Gra część dziesiąta - Kazjuno
Proza » Historie z dreszczykiem » Gra część dziesiąta
A A A
Od autora: Po otrzymaniu wyroku i opuszczeniu sądu bohater/narrator myśli, że usunięto go z filmowego klubu. Okazuje się jednak, że otrzymał szansę na zdjęcie z siebie odium przegranego twórcy filmu.
Jego film, okazuje się, zapracował na sukces. Jednak szansa dostania pracy w telewizji jest kolejnym fiaskiem. Wraca do domu i próbuje odnaleźć się w nowej rzeczywistości.
Jednak życie w Wałbrzychu nie jest usłane różami.

Zachęcam Autorów i Czytelników do śledzenie dalszych dziejów narratora/bohatera.

Zapewniam: nie zawiedziecie się...
Klasyfikacja wiekowa: +18

Rozdział 19 Monika rozwija karierę – ja próbuję podnieść się z kolan

 

W trakcie jednej z „pingpongowych” wyprowadzek żony, siedząc sam w domu Rodziców, wziąłem do rąk jedno z przynoszonych przez Ojca z Empiku czasopism. Był to prestiżowy zachodnioniemiecki magazyn dla bogatych snobów interesujących się życiem europejskiej arystokracji i wyższych sfer: Bunte. Znający niemiecki Ojciec pewnie czytywał zawarte w piśmie pikantne ciekawostki o powabnych celebrytkach i plotki o rodzinach królewskich, udokumentowane efektownymi barwnymi zdjęciami. Nagle mnie zamurowało. Zobaczyłem rozpostarte na całą stronę wspaniałe zdjęcie Moniki.

Na jej piersiach, nieskromnie obnażonych głębokim dekoltem, iskrzył się zapewne ogromnej wartości naszyjnik z brylantów, a uszy zdobiły brylantowe kolczyki.

„Boże, ale się jej udało”! – Nie miałem wątpliwości, że moja aktoreczka musiała zostać wysoko cenioną modelką. Przypomniałem sobie chwilę, kiedy żegnała się ze mną przed wyjazdem do Wiednia. Trzymała w ręce pudło z podarowaną jej przez Jurka Karpińskiego kopią filmu Idole. Nasunęło mi się pytanie: „czy mój film mógł jej pomóc zrobić w Austrii karierę”? Całkiem możliwe...

Parę lat później dowiedziałem się, że niedługo po ślubie porzuciła siedemdziesięciolatka. Musiała go potraktować przedmiotowo, jako trampolinę do przeskoku w świat wiedeńskiego świata mody i celebrytów. Następnym jej partnerem został Heinz Sebek – pochodzący z szanowanej wiedeńskiej rodziny – właściciel wielkiej agencji modelek. Wkrótce potem spotkałem ją w Warszawie. Przedstawiła mi towarzyszącego jej przystojnego Sebeka, była już jego żoną.

* * *

 

Niewiele wiem o powodach wywalenia z MSW pułkownika Piwnika. Później snułem przypuszczenia, że mógł podpaść, ekspediując Monikę do Wiednia z misją działania na rzecz peerelowskiego wywiadu. Tymczasem ona zagrała mu na nosie. Wykorzystała atut swojej urody, by ziścić wymarzoną karierę modelki. Piwnik mógł się narazić wyższemu w hierarchii bezpieczniackiej mocodawcy. Prowadzący go generał MSW prawdopodobnie miał dość podwładnego, który nie panował nad własnymi żądzami i tracił kontrolę nad prostytutkami współpracującymi z bezpieką. Może właśnie zerwanie się Moniki z bezpieczniackiej smyczy przesądziło o życiowej klęsce pułkownika?

 

Pomyślałem tak, bo kiedy go spotkałem po kilku latach, wyglądał żałośnie i był pijany jak świnia. To było kilka lat po mojej filmowej klęsce. Piwnika spotkałem na dyskotece w restauracji Stolica na Placu Bohaterów Warszawy. Odwiedziłem wtedy kolegę Andrzeja, pracował tam, nadzorując jak wcześniej w Stodole bramkarzy rozprawiających się z chuliganami. W pierwszej chwili pułkownika bezpieki nie poznałem. Jeszcze parę lat temu był przystojnym szefem Adama Łukomskiego i kimś, wzbudzającym u Moniki respekt. Był uosobieniem wszechmocy peerelowskich służb.

– Cześć reżyser. – Z trudem do mnie dotarło z powodu nadmiaru decybeli dyskotekowego szlagieru.

Zobaczyłem faceta o wyjątkowo odpychającej facjacie. Podpierał bufet, przy którym siedziałem, sącząc żytnią zmieszaną z sokiem pomarańczowym. Podniósł kieliszek i po wykonaniu gestu toastu, wlał wódkę w gardło.

– Skąd mnie znasz? – Przekrzyczałem hałas, płynącej z głośników muzyki. Jego fizjonomia, choć kogoś przypominała, nie kojarzyła się z nikim znajomym.

Facet miał teraz wyraźną nadwagę, a jego spuchnięta twarz nabrała okrągłości arbuza. Był zaczerwieniony i spocony jak człowiek cierpiący na nadciśnienie. Pewnie w opinii kardiologa, byłby klasycznym przykładem osobnika zagrożonego apopleksją.

– Nie poznajesz?! – przekrzyczał decybele dyskoteki. – A pamiętasz Monikę Jabłońską i Adama Łukomskiego?

– To ty? – Wreszcie go rozpoznałem. – Musi ci się dobrze powodzić – powiedziałem z ironią, kierując wzrok na jego brzuszydło wylewające się z rozpiętej marynarki.

– Wiesz co? Dobrze powiedziałeś. Powodzi mi się nawet bardzo dobrze – powiedział te słowa ze skrzywioną miną, jakby zbierało mu się na płacz. – Jestem ajentem na dużej stacji CPN-u, a tam siedzi moja żona – pokazał kciukiem za plecy, na zatłoczony parkiet otoczony stolikami z klientelą Stolicy. – Właśnie świętujemy mój pierwszy zarobiony milion.

Z ulgą uwolniłem się od jego towarzystwa.

Po spotkaniu zapamiętałem Piwnika jako kogoś nieszczęśliwego, rozbitego wewnętrznie. Nie żałowałem go. Od chwili, gdy uderzył mnie łokciem w twarz, miałem go za bydlaka. Pomyślałem, że za skurwysyństwo tak obleśnym wyglądem pokarał go los.

 

* * *

 

Nieraz próbowałem poddać moralnemu osądowi cinkciarstwo. Przynajmniej ten zakres tego procederu, jaki uprawiałem sam albo wspólnie z bratem Radkiem. Wedle mojego mniemania pracowaliśmy uczciwie. Zawsze wypłacaliśmy ustalone z cudzoziemcami stawki. Przy okazji, wprowadzając dewizy na czarny rynek, pomniejszaliśmy dochody banków państwowych, oferujących znacznie zaniżony kurs dolara i innych twardych walut. Czy było się kim przejmować? Nadzorowane przez komunistów banki, poprzez zdradzieckie umowy handlowe z ZSRR, między innymi rubla transferowego, łupiły nasz kraj. Więc pośrednio działaliśmy przeciwko wschodniemu okupantowi.

Pokątną wymianą złotówek na dewizy zajmowało się wielu amatorów szybkiego zysku, w tym kryminaliści. Prawie wszyscy cinkciarze, którzy zżynali kozaków, niby nie bojąc się władzy ani konsekwencji prawnych, współpracowali z milicją i SB. Za bezkarność płacili władzy haracz. Wystawali pod pewexami – państwowymi sklepami gdzie za dolary można było kupić lepszej jakości zachodnie towary1. Zaczepiali posiadaczy waluty i amatorów atrakcyjnych zakupów, by bez żenady namawiać do sprzedaży dewiz lub oferowali bony dolarowe po wysokim czarnorynkowym kursie. Owi cinkciarze często posuwali się do bezczelnych oszustw. Stosowali tak zwaną „wajchę”. Polegało to na zaproponowaniu bardzo korzystnej ceny zakupu i wypłaceniu drastycznie pomniejszonej kwoty. Oszuści uprawiali proceder, stosując różne sztuczki. Na przykład: zamiast wypłacić cudzoziemcowi obiecaną kwotę, wręczali obłożony banknotami plik pociętych papierów. Metod „na wajchę” stosowano wiele. Niektórzy cinkciarze ćwiczyli sprawność palców, żeby skutecznie stosować wajchę, w czasie odsiadywania wyroków. Inni mieli wrodzone manualne predyspozycje. Nigdy ja ani brat nie posuwaliśmy się do stosowania tych podstępnych sztuczek.

W drugiej połowie lat siedemdziesiątych zaczęła się walić peerelowska gospodarka. Lokatorzy coraz trudniej dopinający domowe budżety, niechętnie inwestowali w usługi oferowane przez domokrążców. Następowała inflacja złotówki, która nie miała pokrycia w towarze. Natomiast wszystko było dostępne za zachodnie dewizy. Po klęsce pomysłu, żeby zarabiać boksem jeszcze jeździłem wkręcać wizjery, zebrałem też kilka zamówień na uszczelnianie okien szwedzką taśmą. Zarabiałem coraz mniej. Tymczasem powstawał coraz większy popyt na walutę zza żelaznej kurtyny.

 

* * *

Dewizami zacząłem handlować sześć lat wcześniej, na początku lat siedemdziesiątych. Miałem za sobą urlop dziekański poświęcony na nieudane rozkręcanie pięściarskiej kariery. Cinkciarzem zostałem przypadkiem. Snułem się po stolicy z kolegą, który wybierał się do matki, do Kanady. Załatwiał w ambasadzie formalności, kupował bilet na transatlantyk Batory, a ja mu asystowałem jako rozrywkowy kompan.

W trakcie „gościnnych występów” czułem się przygnębiony. Przed paroma miesiącami rozstałem się z pierwszą miłością Ewusią. Przestałem regularnie uczęszczać na bokserskie treningi. Na wyjazd do Warszawy zdecydowałem się po rezygnacji z przygnębiającej pracy w biurze kreślarskim, Miałem nieśmiałą nadzieję, że eskapada z kolegą, pomoże poprawić samopoczucie.

Ożywiłem się na Placu Konstytucji, przed Hotelem MDM. Zobaczyłem kilku mężczyzn, usilnie próbujących się dogadać z rosłym Francuzem o czerstwej twarzy, opartym o lśniącą limuzynę Citroen DS19. (Takim autem jeździł prezydent Francji generał de Gualle). Poza boksem i korepetycjami dawanymi Ewusi, żeby przepchnęła się do następnej klasy wieczorowego ogólniaka, miniony rok poświęcałem na naukę francuskiego oraz angielskiego. Nagle nadarzyła się okazja do konwersacji, na dodatek z właścicielem cudu motoryzacji. Rozepchałem otaczających cudzoziemca jegomości i zapytałem:

– Avez vous besoin d'informations?2

– Enfin, qulqu’un qui parle francais3. – Ucieszył się Francuz.

Interesowało go czy MDM to hotel, w którym ma rezerwację dla swojej rodziny. Na pokazanych mi papierach doczytałem się, że tak. Z citroena wysiadła jego żona z dwiema córkami. Wdzięczni Francuzi zaprosili mnie z kolegą na wino. Gdy żegnaliśmy się, właściciel wspaniałego samochodu zapytał, czy nie wymienilibyśmy franków na złotówki. Lepiej znający kursy walut kolega, powiedział, żebym zaproponował dziesięć złotych za franka.

– Kupmy za wszystko, co mamy – zachęcał.

– Za wszystko? – Wystraszyłem się. – I co z tym zrobimy?

– Sprzedamy z zyskiem. – Usłyszałem, nie dowierzając w sens zakupu.

Podjechaliśmy pod bank na ulicy Czackiego i w ciągu dwudziestu minut, po sprzedaniu handlarzowi czterystu franków, staliśmy się bogatsi o trzy tysiące dwieście złotych. Za franki dostaliśmy bez targowania po osiemnaście złotych za jeden. Zarobiliśmy dwie pensje, na które musiałem pracować w znienawidzonym biurze kreślarskim Baranowicza. Byłem w szoku. Kolega wrócił do Szczawna-Zdroju, a ja pozostałem i zacząłem zaczepiać zachodnich turystów, nabierając wprawy jako cinkciarz. W tym czasie wypracowałem najskuteczniejszy zarobkowy patent. Polegał na wysysaniu dewiz od wysiadających z międzynarodowego ekspresu cudzoziemców i zaopatrywaniu ich w złotówki. O godzinie 18.00 z minutami na Dworcu Gdańskim zatrzymywał się pociąg Paryż-Moskwa. Dzięki studenckiej legitymacji mieszkałem w akademiku na ulicy Kickiego, codziennie prałem białą koszulę non-iron, zakładałem krawat, kupowałem trzy róże i skropiony wodą Old Spice wchodziłem na peron przed przyjazdem pociągu. Udawałem krewnego mającego witać przyjeżdżającą rodzinkę. Tak zamierzałem się tłumaczyć, gdyby przyczepił się do mnie jakiś milicyjny tajniak. Po opuszczeniu międzynarodowego pociągu na postoju taksówek ustawiała się długa kolejka przyjezdnych. O zdobycie wolnej taksówki toczyły się między podróżnymi kłótliwe przepychanki, dochodziło nawet do rękoczynów. Wpadłem więc na pomysł. Już przed przyjazdem pociągu kontraktowałem dwa samochody tak zwanych łepków (nielegalnych taksówkarzy), obiecując kurs dla rodziny z zachodu. Na peronie dyskretnie pytałem po francusku lub po angielsku.

– Do you need a taxi? I’v got two at my disposal4.

Prawie nie było dnia, żebym nie wypełnił samochodów przyjezdnymi cudzoziemcami. Kazałem jechać do centrum dookoła, prawym brzegiem Wisły i tam zwracałem uwagę pasażerów na widoczną za rzeką Starówkę. Cytując wyuczone na pamięć zwroty z turystycznego folderu, opowiadałem o całkowitym zburzeniu tej zabytkowej części stolicy w czasie Powstania i jej odbudowie. Chciałem zdobyć zaufanie obcokrajowców, pokazać, że jestem inteligentem, a nie łasym na zawartość ich portfeli cwaniaczkiem. Następnie przechodziłem do konkretów. Tłumaczyłem jakie złodziejskie praktyki stosują komunistyczne banki, wymieniając dewizy za jedną czwartą rynkowej wartości. No i proponowałem korzystną dla obu stron cenę.

Po dwóch tygodniach uprawiania cinkciarskiego procederu wróciłem do domu z poczuciem sukcesu. Torbę miałem wyładowaną prezentami. Zawierała wielką puszkę niedostępnego w polskich sklepach kakao Van Hutena, nowe dżinsy Lee dla Brata, dla Matki srebrną, wysadzaną bursztynami biżuterię, a dla Ojca duże pudełko wedlowskich czekoladek. Sam wystroiłem się jak model, reklamujący galanterię odzieżową z peweksu. Ponadto zostało mi prawie dziesięć tysięcy na wyjazd nad morze.

 

Dopiero w roku 1979 po raz pierwszy uroki cinkciarstwa zakosztował brat Radek. Waluciarski team stworzyliśmy parę miesięcy później. Nie tylko Radek podziwiał pojawiające się u schyłku epoki Gierka zachodnioniemieckie turystyczne autobusy.

„Jadą ci, co przegrali wojnę”. – Ironizowali poszarzali mieszkańcy Wałbrzycha, karmieni przez ćwierć wieku propagandą o „wspaniałym” zwycięstwie bratniej armii radzieckiej wyzwalającej nas z niemieckiej okupacji, by narzucić następną niewolę.

Na tle peerelowskich autobusów o wyblakłym lakierze te niemieckie prezentowały się fantastycznie. Jeszcze bardziej efektownie od lśniącej limuzyny citroena na francuskiej rejestracji koło hotelu MDM, przy której rodzime warszawy i syrenki wyglądały jak zabiedzone sieroty. Właśnie ten citroen niczym potężny magnes stał się wabikiem, sprawiającym, że zostałem cinkciarzem. Klimatyzowane autobusy, przyciągały wzrok pięknymi kolorami reklam. Połyskujące blaskiem metalizowanego lakieru, wydawały się sunącymi po drogach oazami bogactwa. Kiedy przejeżdżały przez Wałbrzych, kontrastowały z tłem poszarzałych od dymów poniemieckich budynków, na które spadały tony sadzy z pozbawionych ekologicznych filtrów kominów kopalń i koksowni.

Szczęście uśmiechnęło się do Radka, w zimny, choć słoneczny marcowy ranek.

– Wysiadłem z miejskiego autobusu w pobliżu Hotelu Sudety – opowiadał o swojej przygodzie.

Ten nowy orbisowski hotel z betonu, szkła i stali, o kształcie płaskiego prostopadłościanu, od pewnego czasu stanowił jeden z charakterystycznych elementów wałbrzyskiego krajobrazu.

– Było koło dziewiątej i miałem chwilę czasu, aby w pobliżu się pokręcić i złapać autobus do Kuźnic Świdnickich. (Tam była sala bokserska). Kilka wspaniałych zachodnio-niemieckich autokarów dumnie stało na hotelowym parkingu. By nie wpaść w oko wszędobylskich wokół zachodnioeuropejskich turystów tajniaków, postanowiłem sprawdzić pobliskie boczne uliczki. Przy odrobinie szczęścia mogłem się natknąć na niemieckiego turystę.
„To jeden z nich” – zabiło mi mocniej serce, widząc samotnego mężczyznę w eleganckim płaszczu i tyrolskim kapelusiku z piórkiem.
– Entschuldigen bitte, Ich brauche westlischen Gelt. Ich muss kaufen Madikamente fuer meine Mutter – zagadałem do Niemca. – Schlage vierzig zloty fuer eine Mark vor5 – dodałem, wyjmując zwitek polskich banknotów, wszystko co miałem przy sobie.

Uśmiech Niemca powiedział, że cena go zadowala. Kupiłem sześćdziesiąt marek i zapytałem, czy inni turyści, z którymi przyjechał, chcieliby również wymienić trochę pieniędzy.

– Na, klar6 – zapewnił turysta.

– Powiedział, żebym przyszedł do hotelowej restauracji o pierwszej trzydzieści. Na tę godzinę mieli zaplanowany obiad. Po treningu pobiegłem w spoconym dresie do sekretariatu – kontynuował opowieść Radek. – Siedziało tam dwóch decydentów klubu: trener Wędzicha i kierownik sekcji bokserskiej. Poprosiłem o chwilę rozmowy. Na widok trzech banknotów dwudziestomarkowych zaświeciły się im oczy. Powiedziałem o możliwości zakupu waluty po kursie cztery dychy za markę.

– Radeczku, odpalam furę i jedziemy. – Ucieszył się kierownik klubu. Nigdy przedtem się do mnie tak serdecznie nie odezwał.

– Punktualnie o pierwszej trzydzieści wszedłem do restauracji Sudetów. W kieszeni miałem gotówkę należącą do pierwszego trenera i kierownika. Czekali na mnie zewnątrz w Peugeot’cie. (Kierownik był wtedy jedynym w klubie posiadaczem samochodu osobowego). Czując się spięty lękiem, że mogę zostać zaaresztowany przez ubranego po cywilnemu gliniarza, rozglądnąłem się po restauracji. Ubrani w czarne smokingi kelnerzy poruszali się szybko, wprawnie roznosząc tace obciążone daniami gorącego jedzenia. Stoliki zajmowali starsi elegancko ubrani ludzie. Szwargotali po niemiecku. Jakiś facet do mnie pokiwał. Nie rozpoznałem go, bo nie miał na głowie tyrolskiego kapelusika ani płaszcza. Jedno krzesło przy jego stoliku było wolne. Skinął, abym usiadł. Zauważyłem, że kelner o kruczoczarnych włosach przylizanych na bok, podejrzliwie mi się przygląda.„Muszę działać szybko, zanim wezwie milicję,”. Szczęśliwie wszystko poszło jak po maśle. Byliśmy z Niemcem z siebie zadowoleni, uścisnęliśmy sobie dłonie.

– Nie zdziw się przy wypłacie – powiedział na pożegnanie kierownik klubu – od dzisiaj przechodzisz na stawkę pracownika dołowego, Do tej pory byłem na niższej o dwa tysiące miesięcznie stawce powierzchniowej.

 

– Teraz ci coś powiem – zwrócił się do mnie Radek po skończeniu relacji o cinkciarskim debiucie. – Wiesz? W Victorii o ciebie pytają, skądś wiedzą, że byłeś cinkciarzem. Miałbyś zbyt na każdą ilość.

– Jak to sobie wyobrażasz, przecież mam wyrok w zawiasach – odpowiedziałem.

– Przecież znamy języki, a tajniacy nie zabronią nam rozmawiać z cudzoziemcami. Te kapuściane łby nie rozumieją po angielsku ani po francusku. Skąd się dowiedzą, że proponujemy wymianę złotówek na dewizy?

– Też byś w to wszedł? – zapytałem podekscytowany.

– Chętnie, ale za półtora miesiąca. Teraz mnie nie puszczą. Mamy sezon ligowy, mecze juniorów i mistrzostwa Dolnego Śląska. Nie ma mowy, żebym się wyrwał.

 

Myśl o cinkciarstwie ożywiła mnie. Kojarzyła się z lepszymi czasami, emocjami i świetnymi zarobkami. Podczas handlowania walutą stać mnie było na posiłki w luksusowych restauracjach. Ostatni raz zaprosiłem przypadkowo spotkanego wakacyjnego koleżkę na kaczkę z jabłkami do kameralnej restauracji Krokodyl na rynku Starówki. Jedząc wykwintne danie przy świecach, czułem się jak zamożny turysta z Zachodu. „Ech, to były czasy...” – Westchnąłem.

Nie mogąc czasem zasnąć, zastanawiałem się, czy zaryzykować. Miałem uciułanych parę tysiaków. „Zanim włączy się brat, mogę już nieźle zarobić. Czemu nie spróbować”?

 

 

Rozdział 20 Duchowa odmiana

Jako dzieci byliśmy z Radkiem ministrantami. Nie dostąpilibyśmy tego wyróżnienia, gdyby proboszcz nie uważał nas za pobożne owieczki. Choć nie raz chwiała się nasza wiara, jakoś w nas trwała. Usiłował ją sprowadzić na manowce przebiegły szatan, wielokrotnie poddawał kuszącym zakusom. Przecież niewiele z pobożnością miał wspólnego rock and roll, big bit, pogoń za ciuchami, alkohol, prywatki. Jeszcze mniej podrywanie dziewczyn i nakłanianie ich do intymnych zbliżeń. Nawet jeszcze jak byliśmy dziećmi, Ojciec poddał naszą wiarę ciężkiemu egzaminowi. Zademonstrował przed swoją siostrą, ciotką Różą, wojskową metodę nawracanie synów do szacunku dla Wielkiej Trójcy. „Musztra” – komenderowana przez ojca – była karą za naszą sprzeczkę na oczach wiernych. Kłótnia z bratem miała miejsce na ołtarzu, powyżej którego widniał złocony fresk Boga Ojca, Syna Bożego i Świętego Ducha. Klęczeliśmy jako ministranci przed tyłem do nas obróconym proboszczem i wówczas, na oczach parafian, między mną i Radkiem prawie doszło do bójki. Stało się to w czasie niedzielnej sumy, podczas ceremonii Podniesienia. Kapłan obiema dłońmi uniósł kielich z winem symbolizującym Krew Pańską. Wówczas uroczystą ciszę przerwało nieoczekiwane dzwonienie mocno wyszarpywanego sobie dzwonka. Chodziło o piękny niklowany dzwonek. Rozległy się też inne dźwięki, podobne do tępego klekotu dzwonków zawieszonych na karkach biegnącego stada baranów. Nawzajem usiłowaliśmy sobie wepchnąć ów inny stary, zaśniedziały dzwonek, by posiąść ten świecący od niklu i brzmiący niczym sopran pięknej anielicy.

– Co wy sobie gówniarze myślicie, że pozwolę wam na obrażanie Najświętszego Sakramentu i Świętej Trójcy?! – wrzeszczał ojciec godzinę później. – Na koksowni mam sześciuset ludzi i przestrzegają dyscypliny! A wy?! Będziecie dawać publicznie popis rozwydrzenia!? Udowodnię wam, że będziecie chodzić jak szwajcarskie zegarki! – łajał nas leżących na podłodze po wojskowej komendzie „padnij”. Obaj byliśmy spoceni po wykonaniu serii rozkazów „padnij – powstań”.

Roniłem łzy w czasie wykonywania pompek, po kolejnej komendzie ojca. Nieoczekiwanie, starsza jego siostra, wybuchła spazmami zjadliwego chichotu, a my patrzyliśmy z przerażeniem na ogarniętego furią rodzica.

– Dobrze wam. Trzeba wypędzić z was diabły – powiedziała ciotka Róża, oglądająca rekrucką tresurę. – No tak, maminsynek okazuje się żydowskim płaczkiem – skomentowała mój widok.

Pomimo wielu doświadczeń, niejednokrotnych zwątpień, wiara w Boga zagnieździła się w nas głęboko. Po latach nie potrafię ocenić, w jakim stopniu szatan zawładnął naszymi duszami, mogły to być promile a może nawet procenty. Nie ulega wątpliwości, że podczas walki o nasze dusze niewątpliwy wpływ miał diabeł, zwalczany przez trzepoczącego skrzydłami Anioła Stróża.

Pod koniec lat siedemdziesiątych dobro musiało solidnie wygarbować skórę złu. A mówiąc poważnie: szesnastego października 1978 roku, kiedy na tronie watykańskim zasiadł Polak Karol Wojtyła. Jak miliony Polaków ogarnęło mnie i Brata mocne wzruszenie. Nadawano transmisję z pierwszego wystąpienia Polaka-Papieża. Siedziałem z synem i żoneczką przed czarno-białym telewizorem i zacząłem drżeć.Po plecach przebiegały dreszcze. Nerwowo wycierałem łzy, by ukryć emocje przed synem i ślubną.Chyba wówczas doznawałem przemiany.

Na chwilę jeszcze wrócę do narracji w stylu inkwizytorów. Tych wydających wyroki na kobiety podejrzane o cielesne kontakty z szatanem, za co topiono je w kloacznych dołach i zadawano straszliwy ból, paląc je żywcem na stosach. Więc gdy drżałem ze wzruszenia, słuchając Wielkiego Polaka,zagnieżdżony w zakamarkach duszy szatan musiał skręcać się i wić w cierpieniach. Jakby to nie mnie grzesznika, a sierść tkwiącego we mnie diabła,nadpalały piekielne płomienie i zanurzano go w kotle z gotującą się smołą.

Razem ze mną ogromna większość Polaków przeżywała swoiste katharsis. W słowach: „Niech zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze ziemi. Tej ziemi”, naród otrzymał zapowiedź wielkich zmian. W tym chyba najważniejszej, zrzucenia nieszczęścia komunistycznej niewoli.

Nie od razu, ale wkrótce zaczęła mi sprzyjać fortuna. „Czyżby za sprawą sił Wszechmocnego, do którego częściej zacząłem się zwracać”?

 

* * *

 

 

Do Warszawy zajechałem w kwietniu po cinkciarskim debiucie Radka. Ku mojemu rozczarowaniu na ulicach rzadko pojawiali się cudzoziemcy, było ich jak na lekarstwo. Śledziłem kilka wycieczek zachodnich turystów. Oprowadzali je znający obce języki przewodnicy. Spróbowałem zaproponować kupno złotówek idącemu nieco z tyłu młodemu Brytyjczykowi z wycieczkowej grupy. Stanął zaciekawiony.

– Exuse me, friend – zacząłem. – I’v got an interesting ofer to you. – Pospiesznie zacząłem wyjaśniać propozycję korzystnej dla niego wymiany banknotów z wizerunkiem królowej Elżbiety z platynową, zabezpieczającą przed fałszerstwem nicią, na mniej ciekawie prezentujące się nominały z pospolitymi twarzami rolników czy górników.

Odetchnąłem z ulgą, kiedy turysta się uśmiechnął i sięgnął po portfel. Lecz wtedy, wyrosła przede mną nawet ładna kobieta z bladą groźną twarzą. Do puchowej kurtki miała doczepioną niklową blachę, z napisem ORBIS GUIDE7.

– Proszę odejść, zaraz wezwę milicję. – Zagroziła, rozglądając się za mundurowym funkcjonariuszem.

Chciała złapać mnie za rękaw. Uskoczyłem.

– Odczep się suko – warknąłem, pośpiesznie odchodząc.

 

Peron dworca gdańskiego, po zatrzymaniu się ekspresu Paryż-Moskwa, prawie zionął pustką. Minęło mnie zaledwie kilku spieszących się przyjezdnych. Jasne, przyjechałem za wcześnie, najazd dewizowych turystów miał się zacząć za prawie dwa miesiące. Bałem się zaczepiać zagranicznych biznesmenów w holu hotelu Forum (obecny Novotel). Tam każdy cieć, portier i kelnerka byli esbeckimi kapusiami.

Nie mając pomysłu co robić, żeby zabić czas, poszedłem do kina Luna. Oglądając dokumentalny dodatek przed marnym filmem fabularnym, wpadłem w zachwyt. Widzowie zaczęli spontanicznie bić brawo. Wyświetlano krótkometrażowe dzieło Krzysztofa Gradowskiego Konsul. Następnego dnia pojechałem do WFD na Chełmską i przez redakcję wytwórni zdobyłem telefon autora świetnego filmu. (Tupetu mi nie brakowało). Zadzwoniłem i umówiłem się z reżyserem. Gratulowałem mu pomysłowego dokumentu. Od razu przeszedł ze mną na „ty”. Rozmowa trwała kilkanaście minut. Napomknąłem o swojej pracy w WFD i filmowych poczynaniach w Stodole. Nazajutrz zadzwoniłem do niego ponownie. Zapytałem, czy nie miałby dla mnie pracy?

– To wpadnij za godzinę do kawiarni przy Hotelu Europejskim. – Zaproponował.

Spotkanie z reżyserem w najelegantszej wtedy kawiarni w Warszawie uznałem za dobry omen.

Gradowski musiał mnie polubić, skoro po zamówieniu kawy od razu zaproponował dobrze płatną pracę asystenta reżysera. Niestety, obowiązki w czasie „asystentury” zaczęły mnie nudzić od początku. Siedzenie w biurze kierownika produkcji na Chełmskiej, czy snucie się na planie, było nie do zniesienia. Czułem się piątym kołem u wozu. Minął tydzień „pracy” i Krzysiek zaproponował napicie się wódki. Usiedliśmy w barku Związku Filmowców Polskich i już po pierwszej pięćdziesiątce spojrzał mi wnikliwie w oczy.

– Myślisz, że nie widzę, jak cię męczy praca przy moim filmie? – zapytał. – Nie mam pomysłu na danie ci ciekawego zajęcia, jeszcze nigdy nie pracowałem z asystentem.

Opowiedział mi jak po skończeniu łódzkiej filmówki, sam dostał pracę asystenta u reżysera Barei. Znany filmowiec kręcił komedię w Sopocie, a on czuł się tak samo źle, jak ja teraz. Nie potrafił się odnaleźć przy realizacji filmu.

– Bareja zaproponował, abym poszukał kilkunastu pięknych dziewczyn – (Krzysiek był przystojnym mężczyzną i pewnie uwiódł niejedną). Nie wyobrażasz sobie, jak się wtedy namęczyłem. Szczęśliwie miałem rozrywkowego kolegę z samochodem. Z trudem udało się nam zgromadzić dziewięć efektownych panienek. Przedstawiłem je Barei, a on zaproponował, abym wmieszał dziewczyny w tłum wczasowiczów schodzących w dół Monciaka8. Wyróżniające się urodą statystki miała filmować kamera z wolno jadącego naprzeciw samochodu. Pomysł nie wypalił. Operator wychwycił może dwie buzie, a dziewczyny poznikały rozerwane przez sezonowych donżuanów. Ty wiesz, jak się wtedy czułem? Zapewniam cię, gorzej niż ty na moim planie. Bareja jednak mnie pocieszył.

„Słuchaj Krzysiek – powiedział. – Nic nie musisz robić. Jest lato, świeci słońce, masz plażę, przestań się przejmować, poderwij jakąś dziewczynę, masz przecież opłacone wakacje i pensję”.

– I powiem ci teraz to samo – oznajmił mi Gradowski. – Wprawdzie jeszcze nie ma lata, ale olej mój film i tego palanta kierownika produkcji. Idź sobie na dyskotekę, czy do teatru. Baw się dobrze. Masz umowę na dziewięć miesięcy i bierz pieniążki z Chełmskiej.

Byłem mu wdzięczny. Nigdy przedtem i potem nie miałem tak wspaniałomyślnego szefa. Spotkałem się jeszcze z Krzyśkiem parę razy. Mówił, że bierze się za kręcenie bajki. I rzeczywiście, za dwa lata na ekranach polskich kin pokazał się jego kultowy film dla dzieci Przygody pana Kleksa.

Pod wpływem Gradowskiego zacząłem pisać bajki o zwierzętach – to pomogło „rozkręcić się” w pisaniu. Tasiemiec o dramatach rozmawiających ze sobą psach, krowach, koniach i sarence, pisałem na starej maszynie Olimpia. Wprawdzie bajka była mizerna, jednak wkrótce złapałem wenę. Stworzyłem kilkanaście opowiadań o boksie i chuliganach, część rozesłałem po wydawnictwach. Spodobały się redaktorowi Nowego Wyrazu. Moje opowiadania ukazały się w Empikach, w całej Polsce.

Czasem sobie myślę, że ziszczenie się pragnienia o zastąpieniu filmu pisarstwem, to premia od Wszechmocnego za zwrócenie się ku NIEMU, a do tego zainspirował mnie polski Papież. Spłynęło też na mnie dodatkowe dobrodziejstwo. do kieszeni zaczęła spływać spora gotówka.

 

* * *

 

Okolica Hotelu Sudety była niebezpiecznym miejscem do cinkciarskich transakcji. Tam nie trudno było znaleźć się w potrzasku. Przeważnie kręciło się paru wścibskich typów. Ich ruchy były energiczne, mieli pewny siebie wygląd, który zdradzał ich uprzywilejowaną pozycję. Nie mieliśmy wątpliwości, musieli być przedstawicielami komunistycznych organów ścigania. Złapani na gorącym uczynku, mogliśmy znaleźć się w nie lada tarapatach.
    Wtedy przez przypadek uśmiechnął się los. Opuściliśmy okolicę hotelu z kwaśnymi minami, kiedy koło dworca Wałbrzych Miasto usłyszeliśmy  stukot kół hamującego pociągu.

– Zobacz. – Trąciłem Radka. – To zagraniczne wagony. Takie same widziałem na warszawskim dworcu gdańskim.

Były intensywnie zielone i w przeciwieństwie do części brudnych polskich, błyszczały czystością. Zabiło mi mocniej serce.

– Chodź. – Pociągnąłem brata.

Pobiegliśmy na dworzec. W okienku kolejowej informacji powiedziano nam, że ostatnie trzy wagony jadą z samego Paryża do Moskwy. Więc zmieniono trasę! Międzynarodowy ekspres nie jechał już przez Poznań, a Jelenią Górę. Musieliśmy ocenić, czy znajdziemy w nim cudzoziemców chcących wymienić walutę. Byłem pewien: tam muszą podróżować potencjalni klienci.
Kupiliśmy bilety do Jaworzyny Śląskiej i wskoczyli do ruszającego pociągu. Jazda pośpiesznym pociągiem między Wałbrzychem a Jaworzyną trwa około pół godziny. „Czy to wystarczy na walutową transakcję”? Wsiedliśmy do polskiego wagonu i nagle KLOPS! Drzwi do francuskich wagonów były zamknięte specjalnym kluczem. „Chybiony pomysł”? Pociąg pędem minął dworzec w Świebodzicach. Pokonał już połowę drogi do stacji, dokąd mieliśmy ważne bilety. Staliśmy bez nadziei w przedsionku, koło przejścia między wagonami. Wtedy przez okno w drzwiach do luksusowego wagonu zobaczyliśmy pasażera w towarzystwie konduktora. Używając nasadowego klucza, konduktor otworzył drzwi i obydwoje przeszli obok, zmierzając chyba do wagonu restauracyjnego. Drzwi zostawili otwarte. W podnieceniu ruszyliśmy na podbój El Dorado. Już w trzecim kolejnym przedziale spotkaliśmy Francuza. Chętnie wymienił nam wszystkie złotówki.
Hura! W kieszeniach mieliśmy pękaty zwitek pięknych kolorowych stu-frankowych banknotów.
                              

Podróż między tymi dwoma stacjami stała się dla nas rutyną. Średnio dwa lub trzy razy w tygodniu pokonywaliśmy tę trasę i stopniowo puchły portfele. Oczywiście, by móc funkcjonować, musieliśmy „odmrażać” zachodnią walutę. Radek znalazł stałego nabywcę marek zachodnich, hodowcę goździków Wańkę. Wiedzieliśmy o nim, że siedział w więzieniu i jego pasją było zaliczanie dziewczyn, bynajmniej nie cieszących się dobrą reputacją. Zanim został producentem kwiatów, zdobył sławę jako okradający klientów złotnik. Możliwość dorobienia się fortuny ułatwiły mu niejasne kontakty z oficerami SB. Uważany był za jednego z najzamożniejszych facetów w Szczawnie-Zdroju. Byliśmy częstymi gośćmi w jego willi, którą kupił na obrzeżu uzdrowiska. Kurs wymiany, proponowany przez Wańkę nie był zły i prawie zawsze dało się coś utargować. Radek kupił fabrycznie nowy motocykl WSK-a. Jednoślad pozwalał na szybsze przemieszczanie się po okolicy – a w naszej działalności było to ważne. Dzięki motocyklowi brat miał czas na godzenie waluciarstwa z boksem.

* * *

Walenie się peerelowskiej gospodarki przyspieszyło przed słynnymi strajkami 1980 roku. . Reakcją skompromitowanej władzy komunistycznej było poszerzanie kręgów donosicieli oraz wszelkiej maści kapusiów. Komuna zachwiała się w posadach, cała energia MSW skanalizowała wysiłek na zwalczaniu „solidaruchów”.

– Nie chcą komunizmu, a zachciewa im się strajków!? – musiał krzyknąć na tajnej partyjnej egzekutywie Kiszczak albo któryś z komunistycznych generałów. – Trzeba im pokazać! Te skurwysyny (czyli społeczeństwo) mają chodzić brudni, nieogoleni i głodni. Mogą wpierdalać kartofle i popijać octem.

Domniemana groźba komunistycznego ważniaka musiała mieć miejsce, bo szybko na sklepowych półkach pozostały prawie wyłącznie butelki z octem. Brakowało mydła, papierosów, żyletek. Znikło prawie wszystko. Nie było alkoholu, a o masełku, skrawku aromatycznej wędliny, czy choćby papierze do wychodków, należało zapomnieć. Zastanawiałem się, gdzie poznikały te podstawowe towary? Nagle krowy przestały dawać mleko? Przecież brakowało masła, serów, śmietany. Czy zabito wszystkie świnie i spalono chlewnie? Zaprzestano produkcji żyletek, mydła, papierosów? Jakoś nie słyszałem o totalnym zatrzymaniu wszystkich branż przemysłu spożywczego i lekkiego. Skoro tak, to nawet na zwolnionych obrotach trwającą produkcję żywności, upraw tytoniu, i wszelkich niezbędnych do życia artykułów gdzieś magazynowano. Jak ogromne musiały to być magazyny? A może wszystko wysyłano do „przyjaciół” zza Buga? Tego tematu nie podniosło nawet Radio Wolna Europa ani Głos Ameryki. Gdzie się to podziało?

 

Reglamentacja przysmaków, rzecz jasna nie dotyczyła luksusowych orbisowskich lokali. Tam przyjeżdżali cudzoziemcy, płacący dewizami. Jednak ceny potraw były poza zasięgiem portfeli przeciętnego Polaka. Nie dotyczyło to na szczęście mnie ani Radka. Mieliśmy fart. Wzmożona działalność SB, jej kapusiów i donosicieli, skupiła się na zwalczaniu wrogów komunizmu, osłabło ich zainteresowanie takimi jak my. Na czele Solidarności stanął super agent specjalny TW Bolek. Sam uwierzyłem w jego zbawienną rolę dla Polski. Wprawdzie, kiedy słuchałem jego pogmatwanego bełkotu, nie raz puchła mi głowa. Ale wtedy, w Sierpniu 1980 prawie wszyscy uważali go za bohatera.

Z dnia na dzień rósł popyt na walutę. Zbieraliśmy z Radkiem cinkciarskie żniwa.

 

 

1 Wyjaśnienie dla młodych czytelników, nieznających ówczesnych realiów.

2 Czy potrzebuje pan informacji?

3 Wreszcie ktoś, kto mówi po francusku.

4 Potrzebujecie taksówki? Mam dwie do dyspozycji.

5 Przepraszam, potrzebuję zachodnich pieniędzy dla matki na lekarstwa. […] Proponuję 40 zł za Markę. […] Oczywiście (zgadzam się).

6 No jasne.

7 Przewodnik orbisowski

8 Ulica Bohaterów Monte Cassino, której przedłużeniem jest sopockie molo.

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
Kazjuno · dnia 02.10.2019 09:52 · Czytań: 158 · Średnia ocena: 4 · Komentarzy: 20
Komentarze
Kazjuno dnia 02.10.2019 11:14
Zastanawiam się, dlaczego tym razem zostałem umieszczony na dolnej półce?
Nagle obniżyłem poziom.?
Dotąd wszystkie moje teksty były umieszczane w kategorii bardziej zasługującej na uznanie.

Więc pewnie nie chodzi jakość, a o zawartość merytoryczną. Wszak mamy Polskę podzieloną światopoglądowo na pół. Część rodaków, słynnego twórcę (jak twierdzą)
Solidarności traktuje nadal jako człowieka, który obalił komunizm. Reszta - w języku tych lepiej wykształconych i bardziej światłych - określana jako ciemnogród, a nawet faszyści, nie zasługuje, by prezentować ich punkt widzenia na współczesną historię. Ci - subiektywnie uważający się za bardziej obiektywnych - pewnie przychyliliby się do opinii, że Instytut Pamięci Narodowej powinno się zaorać. Ja broniłbym poglądów pracowników IPN prof. Cęckiewicza i Gontarczyka, których badania dotyczące Wałęsy - niestety - dowodzą, że Wałęsa był uwikłany we współpracę z bezpieką, a teraz się tego wypiera.

Cóż mi pozostaje. Podziękować redaktorom PP, że w ogóle opublikowali mój tekst.
Więc, Dziękuję.
A że zepchnięty do niższej półki? Trudno.
Należy karać ludzi o "faszystowskich zapatrywaniach".
Chociaż nie czuję się wcale faszystą. Ale czy to ma jakieś znaczenie?
Gorgiasz dnia 02.10.2019 12:56
Nie przejmuj się; mojego nawet nie dopuścili do publikacji. Bez wyjaśnienia. Marksizm kulturowy rozkwita.
Kazjuno dnia 02.10.2019 15:59
Serdeczne dzięki Gorgiaszu za odwiedziny.
Witaj w klubie "ciemnogrodzkich faszystów"!
Pozdrawiam, Kaz
Madawydar dnia 03.10.2019 11:11 Ocena: Dobre
Nie, no wszystko jest ok. Opisujesz egzystencjalną szarzyznę mrocznych czasów PRL-u. Faktycznie tak było. Sam to wiem. Tyle tylko, że tych obrazów po pewnym czasie ma się dosyć. Wiem, że piszesz o sobie i to są Twoje autentyczne przeżycia, ale wybacz, nie stanowi to już takiego zainteresowania jakim cieszyło się na początku. Chyba brakuję tu jakiegoś ożywczego epizodu, niekoniecznie prawdziwego, coś, co urozmaiciło by fabułę, podsyciło gasnący nieco ogień zainteresowania. Kategoria z dreszczykiem, może więc jakieś morderstwo? Czarna wołga jeżdżąca po Wałbrzychu i porywająca dzieci? Wielu pisarzy wplątuje w prawdziwe historie swoje własne niekoniecznie prawdziwe i często całkowicie lub częściowo zmyślone. Może stąd ta dolna półka?

Pozdrawiam
Kazjuno dnia 03.10.2019 16:37
Madawydarze, Kapitanie Żeglugi Wielkiej.
Cenny choć gorzki Twój komentarz. Jednak dzięki za odwiedziny i pochylenie się nad tekstem, które wymusi na mnie potrzebne przeróbki.
Wezmę się za nie wieczorem albo jutro.
Wolę taki koment zamiast kurtuazyjnego słodzenia z którego nie za wiele wyniosę.
Całkiem możliwe, że jednak inni komentatorzy nie okażą się tak surowi. Kto wie? A może już nikt się nie pojawi, bo dolna półka, to jakbym siedział w oślej ławce.
Osłów się olewa.
Więc dzięki serdeczne.
Pozdrawiam oddając marynarski salut, Kaz
al-szamanka dnia 04.10.2019 19:20 Ocena: Świetne!
Ach, lecisz jak burza, ale w tym zaganianiu robisz sporo błędów - stylistycznych oraz interpunkcyjnych.
Poprawiam jednak tylko drobnostkę poniżej.
Cytat:
– Ent­schul­di­gen bitte, Ich brau­che we­stli­schen Gelt. Ich muss kau­fen Ma­di­ka­men­te fuer meine Mut­ter

– Entschuldigen Sie, bitte, Ich brauche westlischen Geld. Ich muss Medikamente für meine Mutter kaufen.

Muszę powiedzieć, że zachłystuję się tempem Twoich opowieści.
Momentami mam wrażenie, że siedzę na krzesełku jakiejś niewypowiedzianie zawrotnej karuzeli.
Dzieje się tak dużo, że starczyłoby na parę żyć takich cwaniaków.
Ale... w końcu pewne rzeczy nie są mi obce.
Na przykład pierwsza wizyta papieża w Polsce, jego legendarne już słowa - oglądałam w zapchanej do niemożliwości sali telewizyjnej mojego akademika.
Historia z dzwonkami rozbawiła mnie do łez, gdyż przypomniałam sobie podobną mojego brata... z tym, że walki nie było, ale dzwonił w nieodpowiednich momentach i bardzo dużo, bo mu się to tak podobało.
Aha, Monika.
Zabawiłam się w detektywa. Zagrała nawet w filmie... "Die Kleine mit dem süßen Po"... przetłumacz sobie sam :D :D :D

czekam na cdn., pozdrawiam urlopowo :)
Kazjuno dnia 04.10.2019 20:48
Ach! Najsympatyczniejsza Al Szamanka!
Chcę obronić przynajmniej zwrot niemiecki. Masz rację, powinno być przez ü - czyli u umlaut, ale czasem gdy nie ma na klawiaturze tej litery można ü zastąpić ue. Dla Ciebie jednak naniosę jak powinno być. Pisząc, spieszyłem się i z lenistwa nie skopiowałem u umlaut ze słownika, co uczyniłem teraz.
Cieszę się, że udało mi się Cię rozbawić.
Wiem, że Monika występowała w filmach dla panów. Ale nie znałem tego filmu.
Tytuł brzmi " Malutka ze słodkimi "Po". I przyznam Ci się, że nie wiem co to "Po". Może chodzi o piersi? No, nie wiem.
I tu Al Szamanko mam do Ciebie prośbę. Jeśli taki filmik znalazłaś na yuotube proszę o link.
Najlepiej jakbyś wysłała mi na e-mail. Mój adres to Kazimierzjuno@gmail.com. Wyślę Ci w rewanżu inne jej zdjęcia, które wysłał mi szef Studenckiego Centrum Filmowego Jurek Karpiński, który z zainteresowaniem czyta Grę.
Twój braciszek też musiał być niezłym urwisem skoro na mszy dzwonił dla przyjemności. Pewnie nie miał pecha jak my z bratem, Taty z wojskową przeszłością.

Znacząco i dopingująco budujesz moją motywację, żeby skończyć opowieść Dzięki Tobie może przełamię impas. Ostatnio zwaliło się trochę kłopotów i opuściła mnie wena. Dość dużo napisałem by napisać kolejny rozdział i nic mi się nie podoba. Jeśli przełamię doraźną niemoc, to dzięki Tobie, bo nie chciałbym Cię zawieźć.
Bardzo ciepło pozdrawiam, Kaz
al-szamanka dnia 04.10.2019 20:53 Ocena: Świetne!
Hihi... "Mała ze słodka pupą"
Niestety, filmu nie znalazłam, ale jakby się przypadkiem trafił to podeślę.

pozdrawiam :)
wiosna dnia 04.10.2019 23:32
Cytat:
Na biu­ście, nie­skrom­nie ob­na­żo­nym sze­ro­kim de­kol­tem, iskrzył się jej za­pew­ne ogrom­nej war­to­ści na­szyj­nik z bry­lan­tów,

coś z tym zdaniem jest nie tak. Po pierwsze nie szeroki, a głęboki dekolt, ale po drugie zastanów się nad całym zapisem.
Cytat:
jako tram­po­li­nę do prze­sko­ku w świat wie­deń­skie­go świa­ta mody

świat, świata
Cytat:
prze­krzy­czał de­cy­be­le dys­ko­te­ki.

raczej muzyka ma decybele, a nie dyskoteka.
Cytat:
Pra­wie wszy­scy cink­cia­rze, któ­rzy zży­na­li ko­za­ków, niby nie bojąc się wła­dzy ani kon­se­kwen­cji praw­nych, współ­pra­co­wa­li z mi­li­cją i SB.

zżynali czy rżnęli kozaków?
Cytat:
Nie­któ­rzy cink­cia­rze ćwi­czy­li spraw­ność pal­ców, żeby sku­tecz­nie sto­so­wać waj­chę, w cza­sie od­sia­dy­wa­nia wy­ro­ków.

Szyk zdania do poprawy, bo moim zdaniem ćwiczyli w czasie odsiadywania wyroków.
Cytat:
Usły­sza­łem, nie do­wie­rza­jąc w sens za­ku­pu.

nie wierząc w coś, nie dowierzając czemuś.
Cytat:
Po tre­nin­gu po­bie­głem w spo­co­nym dre­sie

dres się nie poci
Cytat:
Cze­ka­li na mnie ze­wnątrz w Peu­ge­ot’cie

na zewnątrz
Cytat:
roz­no­sząc tace ob­cią­żo­ne da­nia­mi go­rą­ce­go je­dze­nia.

obciążone gorącymi daniami

Do następnego rozdziału wrócę, a teraz dobranoc:)
Kazjuno dnia 05.10.2019 09:10
Droga Wiosno
Napracowałaś się i jestem Ci za to wdzięczny, Oczywiście naniosę wszystkie Twoje poprawki zarówno tu powyżej jak i do tekstu, który zamierzam zmaterializować w wersji papierowej.
Wykonałaś zaiste majstersztyk pracy redaktorskiej, jakże potrzebnej temu tekstowi.

Co mogę powiedzieć na usprawiedliwienie?
Zacytuję zdanie, zamieszczone w odpowiedzi dla naszej przyjaciółki Al Szamanki:
Kazjuno napisał:
Ostatnio zwaliło się trochę kłopotów i opuściła mnie wena.
.
Piszę niechlujnie i się spieszę.

Więc ta ilość potknięć pewnie sprawiła, że znalazłem się na dolnej półce.

Cóż wypada przeprosić REDAKCJĘ za insynuacje, że wrzucając tekst na dolną półkę, kierowała się względami politycznymi.


PRZEPRASZAM

Więc łaskawie przymknięto oko na fakt mojej niepoprawnej postawy politycznej. Ktoś wrogi opcji rządzącej mógłby wepchnąć mnie do szuflady, homofobów, nacjonalistów i prymitywów ,dążących do przekierowania Polski na tory faszyzmu. Mam tu na myśli prymitywną propagandę tych skarżących na nasz kraj w Brukseli. Moim zdaniem targowiczan, którzy dla odzyskania władzy chętnie sięgnęliby po pomoc krajów ościennych.

Jednak mimo słusznej decyzji dotyczącej mojego utworu, niejasne jest dla mnie zepchnięcie w dół miniatury Mike 17 i odmowa publikacji Gorgiaszowi.

Przeprosiłem na wypadek, gdyby moje wyżej wymienione zarzuty pod adresem Redakcji okazały się wytworem typu "spiskowa teoria dziejów.

Tobie Wiosno jeszcze raz bardzo dziękuję i gdy znajdziesz czas, proszę o korektę następnego rozdziału.
Serdecznie pozdrawiam, Kaz
wiosna dnia 05.10.2019 11:39
Cytat:
Nawet jesz­cze jak by­li­śmy dzieć­mi, Oj­ciec pod­dał naszą wiarę cięż­kie­mu eg­za­mi­no­wi

Czy na pewno wiarę? Zastanowiłabym się nad zmianą kolejności opowieści, czyli to o podrywaniu dziewczyn dałabym po musztrze. Ale to wymaga zastanowienia.
Cytat:
Nie­ocze­ki­wa­nie, star­sza jego sio­stra
Cytat:

jego starsza siostra

Jak mi­lio­ny Po­la­ków ogar­nę­ło mnie i Brata mocne wzru­sze­nie

Jak i miliony Polaków ogarnęło mnie, a także brata...
Cytat:
Nie od razu, ale wkrót­ce za­czę­ła mi sprzy­jać for­tu­na. „Czyż­by za spra­wą sił Wszech­moc­ne­go, do któ­re­go czę­ściej za­czą­łem się zwra­cać”?

Hm... Wątpię czy Wszechmocny skrzyżowałby wasze drogi z pociągiem z Paryża, a tak na początku pomyślałam. I zastanawiałam się jaka to przemiana? Później piszesz o nowej pracy i złapaniu weny, więc może to właśnie o to chodzi, ale rzecz jest niejasna.
Cytat:
Tam nie trud­no

nietrudno
Cytat:
Wtedy przez przy­pa­dek uśmiech­nął się los. Od­da­la­li­śmy się od ho­te­lu z kwa­śny­mi mi­na­mi, kiedy koło dwor­ca Wał­brzych Mia­sto zo­ba­czy­li­śmy za­trzy­mu­ją­cy się po­ciąg.


Dużo się* W paru innych miejscach też tak masz.

Szczerze mówiąc mam mieszane uczucia, co do tego tekstu. Na pewno jest ciekawy, ale sprawia wrażenie chaotycznego i za dużo krąży wokół cinkciarstwa, co moim zdaniem spowalnia akcję i może czytelnika odrobinę nudzić. Zastanawiam się też nad przedstawioną przez Ciebie walką dobra ze złem, szatana zwijającego się z bólu, kiedy Ty ronisz łzy przed telewizorem, ponieważ jak na Ciebie (biorę pod uwagę to, co do tej pory przeczytałam) jest to dość dziwne. Nie ronienie łez, ale to, co piszesz i jakich porównań używasz w związku z szatanem. Takie to świętoszkowate nagle. Mam nadzieję, że nie uraziłam.
Przykro mi z powodu kłopotów i braku weny. Rozumiem.
Myślę, że jak wróci wena, to wszystko Ci się rozjaśni i pięknie ułoży.
Pozdrawiam:)
I nie zawracaj sobie głowy dolną czy górną półką. Te na dolnej też są czytane;)
Kazjuno dnia 05.10.2019 14:51
Ponownie Wiosno, Twój pełny profesjonalizm wywarł na mnie wrażenie.
Kolejna seria trafnie wyłowionych błędów. Teraz nie naniosę wszystkich zaproponowanych poprawek, ale byłbym frajerem, gdybym nie skorzystał z cennych sugestii.
Czyżbyś pracowała w wydawnictwie jako redaktor?

Kiedy usiądę do poprawiania, jednocześnie będę nanosił ulepszenia do wersji przygotowywanej do druku. Muszę mieć do tego spokój. Więc na razie (może do jutra) zostawiam tekst w okaleczonej formie.
Pozdrawiam serdecznie i jeszcze raz wielkie dzięki, Kaz
bruliben dnia 05.10.2019 16:29 Ocena: Bardzo dobre
Kajzuno mile czytanko, wciąga, bo masz dar.

„Do­mnie­ma­na groź­ba ko­mu­ni­stycz­ne­go waż­nia­ka mu­sia­ła mieć miej­sce, bo szyb­ko na skle­po­wych puł­kach (pólkach) po­zo­sta­ły pra­wie wy­łącz­nie bu­tel­ki z octem. Bra­ko­wa­ło mydła, pa­pie­ro­sów, ży­le­tek. Zni­kło pra­w...”.

„Nie dotyczyło to ma (na) szczęście mnie ani Radka. Mieliśmy fart.”.

Bardzo zajmujące ustępy dot. cinkciarstwa. Wspomniałeś przy okazji o ekologii - filtry na kominach (jakże aktualny temat). Interesująco napisałeś o wyborze polskiego papieża.
Zbliżasz się do końca? Będą jeszcze tematy?
wiosna dnia 05.10.2019 16:58
Kazjuno już tak jest, że popełniamy błędy pisząc prozę czy wiersze, a później dziwimy się, że je przeoczyliśmy:) Ile razy ja tak miałam, szczególnie z interpunkcją:(
Pozdrawiam i życzę spokoju, a także weny:)
Kazjuno dnia 05.10.2019 18:02
Brulibenie, wielkie dzięki za bardzo sympatyczny komentarz.
Oczywiście też za znalezione błędy, które umknęły nawet wspaniałemu oku Wiosny.
Rzecz jasna naniosę i Twoje poprawki.

Tak, zbliżam się do końca. Jeszcze może 2 rozdziały i będzie epilog. Na razie mnie zatkało. Napisałem dość obfite kawałki, na kolejny rozdział, lecz co nieco się pogubiłem i próbuję wybrnąć z impasu. Ma się rozumieć, chcę podać Czytelnikom - w miarę swoich możliwości - jak najbardziej atrakcyjny przekaz, jednak nie wychodzi mi to najlepiej.
Wdzięczny Ci jestem za zainteresowanie.
Pozdrawiam, Kaz

Wiosno
Jesteś dziewczyną o bardzo dobrym sercu. Dziękuję za szczerą próbę pokrzepienia mnie na duchu. I to ci się udało. Po Twoim wspierającym mnie wpisie jakoś mi lżej i przyjemniej.

Mimo zimnej i dżdżystej aury, życzę Ci wzajemnie ciepłoty jaką wlałaś we mnie.

Moc serdeczności, Kaz
Marek Adam Grabowski dnia 15.10.2019 15:09
Wiesz za co lubię twoją serię? Za klimat, i ta cześć znów ten klimat oddaje. Jednak tym razem sama fabuła jest (trochę) mniej ciekawe niż przedtem. Tej dolnej półki nie wyjaśniaj w sposób ideologiczny, oni szeregują arbitralnie, i nie ma w tym żadnej logiki.

Pozdrawiam
Ps. Z stąd wiadomo, że Wałęsa był agentem. Gdyby nie był to wówczas komuchy zaprosiłyby go do TV i tam ośmieszyły.
Kazjuno dnia 16.10.2019 11:34
Dzięki, Marku Adamie Grabowski za komentarz.
Z wyjaśnień ideologicznych wycofałem się w jednej z odpowiedzi na wpis.
Natomiast zaskakujesz mnie ignorancją orzeczeń autorytetów z IPN-u. Wszak prof Cęckiewicz i Gontarczyk przez wiele lat prowadzili badania nad życiorysem Wałęsy. Zgromadzili bardzo wiele dokumentów. Dobitnym dowodem były dokumenty przekazane po śmierci Kiszczaka przez jego żonę.
Najnowsze odkrycia dowodzą, że po zakończeniu współpracy z SB (1976), Bolka przejęły służby WSW. A jeśli trochę się interesujesz historią Polski, powinieneś wiedzieć, że wywiad i służby wojskowe przeszły do trzeciej RP suchą stopę, nienaruszone jakąkolwiek weryfikacją. Mają nadal ogromne wpływy na polską gospodarkę i skutecznie sypią piach w szprychy jakimkolwiek reformom. Weź choćby pod uwagę warszawską reprywatyzację. Za przejmowaniem nieruchomości po 130-to letnich spadkobiercach i wyrzucaniem na bruk tysięcy mieszkańców stali właśnie prawnicy na smyczy pociągających za sznurki wpływowych mafiozów rodem z WSI. Ci wszechmocni panowie mają haki na wszystkie opcje polityczne. Aż się boję, że wypisuję takie rzeczy. Ale jak tu Cię nie oświecić? Przecież widzę, że tkwisz w baśniowych oparach tworząc dowcipne, aczkolwiek oderwane od rzeczywistości historyjki.
Pozdrawiam, Kj
Marek Adam Grabowski dnia 16.10.2019 21:22
Kazjuno czy dobrze czytałeś mój komentarz? Przecież ja wyraźnie piszę, że Wałęsa był agentem, a twierdziłem, tak już przed badaniami Cenckiewicza. Chłopie czytaj uważnie!
Kazjuno dnia 16.10.2019 21:30
Wybacz, zwróć uwagę na to pokrętne zdanie. Przeczytałem je ponownie i rzeczywiście słuszna jest twoja uwaga. Ale to zdanie, niestety jakoś dziwacznie sformułowane.
Marek Adam Grabowski napisał:
Ps. Z stąd wiadomo, że Wałęsa był agentem. Gdyby nie był to wówczas komuchy zaprosiłyby go do TV i tam ośmieszyły.

Dzięki. Zwracam honor i pozdrawiam, Kj
Marek Adam Grabowski dnia 16.10.2019 21:46
Spoko; może powinienem dodać po pierwszym zdaniu znak zapytania (aż dziwne, że go nie dałem)? Ja też przepraszam, że nie zauważyłem, że zdementowałeś swoją sugestie o dolnej półce.

Pozdrawiam.
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
marzenna
13/11/2019 22:00
Greg Przemawia do mnie wiersz w całości. Tak, nie łatwo… »
marzenna
13/11/2019 21:50
jeszcze tylko chwilę cierpliwości koralowce zabarwiły wodę… »
ApisTaur
13/11/2019 21:28
poczekam... mroźną zimą latem poczekam... boś jest tą… »
kubarozpruwacz
13/11/2019 21:16
Ceikawie, tutaj bym lekko zmodyfikwał utwór, pajęczyna… »
bruliben
13/11/2019 21:12
Tekst ekspresyjny i szczery, nasycony uczuciami peelki.… »
kubarozpruwacz
13/11/2019 21:11
też nie lubię farbowanych lisów, bardzo fajny wiersz, jest… »
Zdzislaw
13/11/2019 21:10
To w porządku, Wiosno. Jak pisałem, każdy ma prawo do… »
bruliben
13/11/2019 21:05
Aż słychać delikatną melodię sopelków poruszanych wiatrem.… »
Lilah
13/11/2019 21:03
Witaj, Kobro! Byłam na spacerze i taki kadr mi się zapisał.… »
bruliben
13/11/2019 20:58
Łezka w oku się kręci jak ówczesny bączek metalowy, co… »
Kobra
13/11/2019 20:51
Myślę, że i dziś tematów do pisania sporo, u mnie tymczasem… »
Kobra
13/11/2019 20:49
Tak, dobry, ciekawy wiersz. Świetny od początku do końca. A… »
kubarozpruwacz
13/11/2019 20:46
Dawno nie czytałem tak dobrego wiersza, niezwykła aura… »
marzenna
13/11/2019 20:44
Kobra W tamtym czasie tematy były wzniosłe, trudny czas, dla… »
kubarozpruwacz
13/11/2019 20:41
Dziękuję bardzo za wyrażenie swoich odczuć i opinii.… »
ShoutBox
  • mike17
  • 10/11/2019 17:42
  • Jeszcze 5 dni pozostało, by nadesłać swoją pracę na MUZO WENY 8, konkurs dla prozaików. Sprężcie się i ślijcie swoje utwory : [link]
  • Kazjuno
  • 09/11/2019 13:56
  • Przepraszam, Dobra Kobro za długie teksty... Kto wie? Może się kiedyś uda napisać krótki?
  • Dobra Cobra
  • 09/11/2019 13:19
  • Kazjunio, to Internet - każdy czyta co chce i komentuje, jak mu się chce. Nie wymuszaj komentów. Długie formy słabo się sprzedają w tym medium. Pisz dla wlasnej satysfakcji, a nie poklasku. Bez urazy.
  • Kazjuno
  • 09/11/2019 10:06
  • Dzięki Antosiu. Już od dawna wiem, że jesteś poczciwcem o gołębim serduszku.
  • AntoniGrycuk
  • 09/11/2019 09:33
  • Dobra, Kazjuno, jestem czuły na płacz, więc wieczorem postaram się przeczytac ;)
  • Kazjuno
  • 09/11/2019 08:38
  • Chlip, chlip... jest mi przykro. Poza odważną Al-Szamanką, reszta Koleżanek i Kolegów, olała komentowanie Gry cz. 12. Czyżbym na PORTALU wywołał zgorszenie?...
  • Dobra Cobra
  • 08/11/2019 18:02
  • Star Wars kontra Marvel kontra DC na przestrzeni lat: [link]
  • mike17
  • 08/11/2019 12:22
  • Jeszcze mamy tydzień na nadsyłanie prac do MUZO WEN 8, konkursu dla prozaików. Serdecznie zapraszam do udziału : [link]
Ostatnio widziani
Gości online:30
Najnowszy:idykekor
Wspierają nas