Dawno temu w Holandii - mike17
Proza » Miniatura » Dawno temu w Holandii
A A A
Od autora: Czy miłość to przypadek, czy też przeznaczenie? Czy mamy ją w ręku, czy też przychodzi ot, tak, od siebie? Odpowiedź na to pytanie znajdziecie w tej miniaturze. Zapraszam do czytania i dzielenia się przemyśleniami.

Był ciepły wrzesień 1944 roku, w Holandii.
Spadaliśmy z nieba jak gęsty grad, jak zapowiedź tego, co miało nastąpić.
Obok nas lądowały trzy amerykańskie brygady powietrznodesantowe, co w jakiś sposób dodawało nam otuchy i wiary, że mamy po swojej stronie tak silnego sojusznika.
Nie wszyscy z nas mieli to szczęście dobrze wylądować, co więcej, straty w ludziach były ogromne, bo wielu z nas zostało zabitych już podczas spadania, wielu na ziemi.
Kiedy mnie zniosło, był bardzo silny wiatr, i nikt nie usłyszał mojego krzyku, ponieważ powstał ogromny harmider i zostałem pozostawiony sam sobie.
Padłem płasko na ziemię i wszystkim, co poczułem, był wielki ból nogi.
Kiedy próbowałem nią poruszać, wydawała się bezwładna i sflaczała.
Wtedy zrozumiałem, że doszło do poważnego złamania.
Wzywałem pomocy, ale w całym tym zgiełku nikt mnie nie usłyszał, nikt mi jej nie udzielił, podczas gdy ja nie mogłem się podnieść, i w tym wszystkim zostałem uziemiony i pozbawiony szans na ratunek.
 
Krzyczałem, ale na nic się to zdało, płakałem, ale mój płacz porwał bezlitosny wiatr…
I tym, co zapamiętałem z tamtej podłej chwili był ów złowieszczy skowyt powietrza.
Jak piekielny śpiew, jak diabelski zew, dający mi do zrozumienia, że źle ze mną.
Wlokłem się po ziemi w kierunku głosów, ale one zanikały z minuty na minutę.
Gasły gdzieś w oddali, kiedy moje siły były już na wyczerpaniu.
Pełzłem na plecach, odpychając się jedną zdrową nogą.
Ale coś mi mówiło, że to już długo nie potrwa, że lada moment zasłabnę i umrę.
Wtedy przyjdzie do mnie Jezus i mnie stąd zabierze, jak obiecywał.
 
Jak przez sen usłyszałem:
- Mała, tu ktoś leży, to żołnierz.
- Tak, tato, chyba jeszcze żyje.
- Trzeba mu pomóc, podnieśmy go i zanieśmy do chałupy. To nie Szwab. Jeśli przybył tu z innego zakątka świata, to trzeba zobaczyć, czego mu potrzeba.
- Tak, tato, musiał się nieźle poobijać.
- Uradzisz?
- Jasne. A jak nie, będziemy go ciągnąć po ziemi.
- Ireno, gdyby nie my, z pewnością by umarł.
- Tak, tato, nie miałby żadnych szans.
- Miał wielkie szczęście. Sama widziałaś, strzelali do nich jak do kaczek.
- Spójrz na jego nogę – jest złamana. Umiesz się tym zająć?
- Tak, jakoś sobie z nim damy radę.
- To dobrze, bo jest jeszcze bardzo młody. Szkoda człowieka.
 
Słyszałem każde słowo, choć byłem umierający i nieprzytomny.
Jak to możliwe?
Choć nic nie rozumiałem, wiedziałem, że chcą mi pomóc i mnie tu nie zostawią.
A jednak – takie rzeczy się zdarzają, kiedy człowiek mocno trzyma się życia.
Kiedyś czytałem w książce o parapsychologii, że w chwili śmierci człowiek jest jeszcze świadomy, więc wtedy, tam, w tym lesie, balansowałem na cienkiej linie…
Już w zasadzie mnie nie było, choć jeszcze kurczowo trzymałem się bytu.
Bardzo mocno, i nie wiem do dziś, skąd ta siła pochodziła.            
Jakbym oczekiwał pomocy z zewnątrz, jakbym czekał, że może, ktoś…
Że są na tej ziemi siły, które potrafią postawić człowieka na drodze innego człowieka.
I wydobyć go z zapaści, podać rękę i uchronić od czarnego całunu śmierci.               
Kiedy potem wszystko stało się jasne, wierzyłem, że Bóg istnieje.
 
- A ktoś ty za jeden, żołnierzu? - zapytał po holendersku Thomas, ojciec Ireny.
- Jestem Janek, z 1. Samodzielnej Brygady Spadochronowej generała Sosabowskiego, Polak.
Źle wylądowałem, i teraz macie ze mną problem. Tyle skoków i nic, a teraz… Po prostu mi się nie udało. Spadłem jak kamień. I dalej już nic. Zdany tylko na innych.
- Nic nie rozumiem – powiedział stary.
- Mówisz po angielsku?
- Ja trochę, ale Irena dość dobrze.
- To może z nią porozmawiam?
- Dobrze, Janku, opatrzyłem ci nogę deszczułkami, już teraz będzie się dobrze zrastać.
- Tata opatrzył ci nogę, była złamana – powiedziała Irena.
- Bardzo wam dziękuję. Mogłem umrzeć, tam, w lesie.
- Byliśmy wtedy na grzybach, kiedy lądowaliście. Ty nie miałbyś żadnych szans z tą nogą.
My musieliśmy się tam znaleźć, by ci pomóc. To przeznaczenie, wierzysz w nie?
- Tak. W poprzednich akcjach miałem szczęście. I też ratowali nas ludzie. Więc wiem, że Bóg staje na drodze, by podać ci rękę. By nie dopuścić do upadku. Byś powstał. Jest.
 
I wtedy zauważyłem, jakby przypadkiem, że jest piękna, niewybaczalnie urocza, jakbym miał kontakt z aniołem, który całując mnie, wciąga w inną krainę, pełną harmonii i radości.
Miała ten czar rozkwitającego kwiatu, działający mocno na zmysły
I było to piękno absolutne – niewypowiedziane, nienazwane, nieokreślone.
Patrząc na nią miało się wrażenie, że obcuje się ze sztuką, z czymś, co wymykało się ludzkiemu wrażeniu, jakby tu, na ziemi, działy się rzeczy nieziemskie, a z nieba spływały te, które miały zaskoczyć i pozostawić w niemym zachwycie.
Wysoka, ze ślicznymi blond włosami, o smukłych dłoniach i niebieskich oczach.
Jej głos płynął jak aksamit w powietrzu, był jak najpiękniejszy śpiew ptaków.           
Przez chwilę poczułem się zaszczycony, że się mną opiekuje, bo nie miałem zbyt wysokiego mniemania o sobie, ot, metr siedemdziesiąt, brązowe oczy, czarne włosy, niezbyt tęgiej budowy, po prostu przeciętniak.
Nie oceniałem się tak, jak oceniłem ją.
Poczułem, że z każdym dniem staje się coraz bliższa, coraz bardziej moja.
Nie wiedziałem, czy ma chłopca, nie wiedziałem nic, ale coś mnie do niej ciągnęło.
 
- Janku, jak tam twoja noga? – spytał stary.
- Jakoś mniej boli, ojcze.
- To dobrze, znaczy, że się prawidłowo goi.
- A gdzie Irena? – zapytałem.
- Karmi kaczki.
- A zajrzy do mnie?
- Na pewno.
- To powiedz jej, że czekam.
- Zrobię to na pewno.
- Ojcze, czy nie jestem wam ciężarem? – spytałem.
- Niemców się nie boimy, więc śpij spokojnie.
- To miłe. Bo już myślałem, że może…
 
I przyszła, i pozostała.
Choć miałem nogę w deszczułkach, byliśmy tej nocy razem.
Pieściłem jej sutki, gładziłem aksamitne ciało, cieszyłem się przepychem piersi.
Moja dłoń swobodnie wędrowała po jej pośladkach, i kiedy już mnie zapragnęła, wszedłem w nią i byłem długo, tak długo, jak się jest w kobiecie, którą się naprawdę kocha.
Potem nasze ciała się splotły i leżeliśmy tak przez jakiś czas.
Gdzieś obok płynęły ciche minuty…
- Janku, nigdy nie byłam z mężczyzną. Poczułeś to?
- Nie
- Kobieta wtedy trochę krwawi. Mnie się to nie zdarzyło. Czyż to nie dziwne?
- Może, Ireno, było ci to pisane. Miłość, na którą warto czekać. Ja jestem prostym chłopakiem z Polski, ale wiem, że miłość to coś pięknego, coś, co jest warte każdego złota.
- Przytul mnie.
- Gdyby nie wy, nie byłoby mnie już na tym świecie. Kocham cię, Ireno, pokochałem cię od chwili, kiedy cię ujrzałem, ale nie miałem śmiałości, by o tym mówić. Teraz to robię.
- Kiedy cię znaleźliśmy w tamtym lesie, poczułam coś do ciebie. Współczucie? Litość? Potem zrozumiałam, że to coś innego, że to kochanie, takie proste, zwyczajne, spadające na człowieka jak grad z jasnego nieba. I już z tym zostałam. Wiedziałam, że nie pozwolę ci odejść. Że byłeś tym, na którego od zawsze czekałam, którego pragnęłam.
- Nigdy bym tego nie zrobił.
- Czyli zostałbyś w Holandii?
- Tego jeszcze nie wiem. Może zabrałbym cię ze sobą to mojego kraju?
- A gdybym nie chciała?
- Jakoś bym cię przekonał.
- I już zawsze rozmawialibyśmy po angielsku?
- Chyba tak.
- A może ja bym chciała, byś ty został z nami?
- Musiałbym to mocno przemyśleć.
- Źle ci tu, żołnierzu?
- Nie, ale do ojczyzny coś człowieka ciągnie.        
- Niemcy zabronili nam używania radia, więc nawet ci nie powiem, co słychać w twoim kraju.
 
Znów pewnego dnia byliśmy ze sobą, znów miałem łzy w oczach, bo czułem miłość tej małej, jej przywiązanie i oddanie, i coraz bardziej byłem z nią, jakbyśmy byli sobie zapisani w gwiazdach, by wspólnie odbyć tę niezwykłą drogę przez życie, razem, w miłości.
I w namiętnych chwilach odnajdywać siebie, swoje „tu i teraz”, nasze małe „my”.
Nie miałem co do tego wątpliwości – los nieprzypadkowo nas ze sobą złączył.
 
I kiedy oddawała mi swoje młode ciało, ja nie byłem już weteranem wojennym z nogą w deszczułkach, byłem prawdziwym mężczyzną, który posiada swoją kobietę.
Tuliła się do mnie jak mały kotek, a ja byłem dumny z siebie, że tak mi ufa.
Że zwykły Polak potrafił dotrzeć jej do serca i wzniecić tam żar.
Że nie musiała poczuć do mnie tego, co ja poczułem do niej – mogła uznać mnie za zwykłego żołnierza z odległego kraju i zupełnie zignorować, jednak tak się nie stało.
Jednak cuda się zdarzają.
 
Karmiła mnie łyżką i całowała w czoło.
Byłem w najlepszych rękach pod słońcem.
Nie wiem, czy jakakolwiek kobieta dałaby mi tyle szczęścia.
Chyba nie, nie wierzę w to.
Z nią nic mi nie groziło, a i stary codziennie do mnie zaglądał i pytał się, jak tam z nogą.
A z nią było coraz lepiej.
Dobrzałem i czułem, że jeszcze tydzień, dwa, a stanę i pójdę na spacer z moją Ireną.
Jakże pragnąłem, by wykąpać się z nią nago w jeziorze, a potem kochać się na pełnej rosy porannej trawie, o tym marzyłem i wiedziałem też, że to się kiedyś spełni.
Była w moich snach, była w nich codziennie.
Nawet nie wiem kiedy, staliśmy się nierozłączni.
Już nie wyobrażałem sobie życia bez niej, i wiem, że i ona tak samo myślała.
Nasze dusze się spotkały.             
Serca splotły w jedną więź.
Między nami coś się wydarzyło, i od tej pory staliśmy się jak jedno.
Każdy kolejny dzień upewniał mnie w tym, że byliśmy dla siebie stworzeni.
Już nic nie byłoby w stanie mnie odwieść od tej myśli.
I gdy mnie karmiła, całowałem jej ręce, w podzięce i w miłości.
 
I nadszedł dzień, kiedy powiedziała mi coś, po czym każdy mężczyzna płacze:
- Janku, będziemy mieć dziecko. Zostaniesz ojcem. Jesteś na to gotów? Wyjedziesz z Holandii i zostawiasz mnie, ot tak? – spytała tego dnia Irena.
- Nie wiem. Zawsze mogę zabrać cię ze sobą – odparłem.
- Ale może ja nie chcę wyjeżdżać – rzekła.
- Wtedy musimy osiągnąć jakiś konsensus – zakończyłem.
- Jesteś już z nami piąty rok. Czy nadal nie wiesz, gdzie jest twoje miejsce?
- Przy tobie, Ireno.
- Więc nie opieraj się, zostań.
- Nie byłem w Polsce od 1939 roku. Tęsknię za ojczyzną. Możesz to zrozumieć? Mam tam swoje miejsca, swoje pamiątki, swoje małe radości. Rodzinę, której może już nigdy nie ujrzę.
Tam był mój świat. Wszystkie kolorowe obrazy, jakie człowiek widzi w życiu. I co więcej, wszystkie te młode lata, jakie dane mi było tam przeżyć. Czy można to zapomnieć? Wymazać z pamięci? To wrasta w nas. Jest nami. I już nigdy się nie zmieni.
- Czy to jest ważniejsze niż to, że zostaniesz ojcem?
- Nie wiem. Czy miłość do ojczyzny czy do dziecka przeważa?
- Więc po co było to wszystko? Ta nasza miłość? To kochanie?
- Ireno, ja nie mówię temu „nie”.
-To powiedz „tak” lub „nie”.

- A co wy się tak kłócicie? – zapytał stary.
- A o to, czy zostanie – powiedziała Irena
- Tu, z nami, tak? – spytał Thomas.
- Tak.
- O szóstej będą wiadomości. Chciałem ci tego zaoszczędzić, Janku, ale widzę, że musisz poznać prawdę…
- Jaką prawdę? – spytałem.
- A taką, która umożliwi ci podjęcie decyzji – rzekł posępnie stary.
 
W komunistycznej Polsce wszyscy, którzy są katolikami lub zwolennikami prawicy wylądują wcześniej czy później w więzieniu. W Polsce rządzi banda komunistów, nadanych przez Moskwę. Mordowani są działacze niepodległościowi, żołnierze AK, NSZ, Win i księża.
Na masową skalę stosowane są tortury – wybijanie zębów, łamanie żeber, miażdżenie jąder, odbijanie nerek, łamanie nóg i rąk, wyrywanie paznokci, wyrywanie włosów z moszny.
Żołnierze z armii Andersa to wrogowie ludu.
Zasługują na szubienicę lub po radziecku strzał w tył głowy.
Polskie wojsko z Zachodu to przestępcy i ich miejsce jest w katowniach UB.
Szkoleni przez NKWD mordercy nikomu nie przepuszczą.
Mordują nawet młode dziewczęta związane z opozycją, klawisze gwałcą je i nakazują milczeć.
Sfingowane są procesy sądowe, podczas których skazywani są na śmierć żołnierze AK.
Wszystkie główne urzędy państwowe zajęte są przez sowiecko-żydowską klikę.
Znane są przypadki mordów po cichu, gdzieś w lesie, by było „po cichu”.
Wywożono partyzantów gdzieś w krzaki i tam zabijano.
Kazano im kopać sobie groby, jakby byli ostatnimi z ostatnich.
Na procesy sądowe przynoszono na szmatach polskich bohaterów z połamanymi nogami i rękami, nieprzytomnych, i którzy lada dzień umierali, zakopywani gdzieś pod płotem.
Ci, którzy znaleźli się na Zachodzie, nie mają już po co wracać, chyba że po śmierć.
 
Chyba że po śmierć…
 
Leciało to w radio 14 kwietnia 1950 roku.
 
Poczułem się podle, jak skopany do bólu pies, jak dziwka, której nikt już nie chce.
Mieszkałem w Holandii od kilku lat, nawet nauczyłem się języka dość biegle, ale nie przypuszczałem, że tak źle jest w kraju, że skurwiały do szpiku kości nie jest już wspomnieniem z dzieciństwa.
Oni mi tego nie puszczali – może zakładali, że będę chciał za wszelką cenę wrócić.
Może myśleli, że obudzi się we mnie duch patriotyczny.
A może po prostu zatęsknię za rodziną?
 
- Thomas, zostaję, już się z tego nie wycofam, i chcę ożenić się z twoją córką – powiedziałem pewnego dnia, dopalając Pall Malla. – Nigdy w życiu nie poznałem takiej kobiety. Jest moim rajem, moim przeznaczeniem. A tam… już nie ma mojego miejsca. Zabrano mi je.
- To świetna wiadomość – odparł stary. – W sumie na to liczyłem. Jesteś dobrym człowiekiem. To się czuje. Takiego mężczyznę chciałem dla mojej córki.
- Chyba musiałeś puścić mi to radio. Inaczej pojechałbym i umarł. Zatłukliby mnie za to, że byłem w Brygadzie. A tak jestem wciąż żywy, i z wami. To już nie jest mój kraj. To jakaś mordownia. A Bóg? A co z Nim? Wywalili Go na śmietnik? I ja mam się z tym godzić? To ruskie bydło chce zalać Europę. Może Amerykanie spuszczą im atom. Za te wszystkie zbrodnie, o jakich zdążyłem się dotąd dowiedzieć.
- Tak, Janku, oni nie przebierają w środkach. Zabiją każdego wroga. I zwalą winę na niego.
 
20 sierpnia 1950 roku pobraliśmy się w kościele świętego Euzebiusza w Arnhem.
Pogoda nas najwyraźniej rozpieszczała, bo było ciepło i słonecznie.
Zebrała się tylko garstka gości, ale i tak było bardzo miło i dostojnie.
Na ich twarzach malowała się prawdziwa radość, że nam się udało.
Że tak rozbieżne bieguny mogły się połączyć, i dać świadectwo prawdzie.
 
Pod koniec roku urodziło nam się dziecko, co zmieniło całe moje życie.
Już nie myślałem o komunistycznej ojczyźnie, już nie pamiętałem, że trochę utykam na tę złamaną nogę – byłem wolnym człowiekiem, ojcem i szczęśliwym mężem.
 
Tylko Thomas zaczął po śmierci Saar ostro popijać, nie mógł znieść straty żony.
Przesiadywał długo po nocy z butelką Whisky na ganku i gadał do siebie.
To go przerosło, czas zatrzymał się, a on odpłynął do krainy prześnionych snów.
Pił na umór, i nic sobie z tego nie robił, po prostu odnalazł sposób na siebie.
Niejednokrotnie podnosiliśmy go z ziemi, gdzie zległ po pijaku.
Kochał jeden raz w życiu i teraz płacił za to wysoką cenę.
Bo miłość prawdziwa zdarza się tylko raz, i potem jest już tylko pustka.
 
Nie chciał posłuchać.
Był głuchy na nasze prośby, na perswazję, by z tym skończył.
Przynosił ze sklepu pełne plecaki butelek, i spijał się do nieprzytomności.
Pił dalej i trzeba było podnosić go z ganku, gdzie w rzygowinach leżał do rana.
Już nie słuchał dobrych rad.
Pogrążał się w pijaństwie i my, jego domownicy, nie mieliśmy nic do gadania.
On ignorował wszystko, a nasze głosy uważał za przewrażliwienie.
- Dziadku, po co chlasz? – spytałem pewnego dnia.
- Bo ten ból, co jest we mnie, rozrywa mnie na części – odparł z krwią w oczach.
- Może urządzimy sobie piknik?
- A czemu nie. Ale ja muszę mieć flaszkę – zaśmiał się złowieszczo.
- A co chcesz: karkówkę czy kaszankę?
- Karkówkę i dużo whisky.
- Z tym to lepiej uważaj.
- Bo?
- Bo możesz odjechać za daleko..
- Ale mam już przyszykowaną
- No skoro tak…
 
Urządziliśmy sobie piknik nad jeziorem, jak było umówione.
Na ruszcie piekło się mięso, obok stało schłodzone piwo.
Thomas dość szybko spił się, i po rozebraniu się, poszedł sobie popływać.
Był pijany i niewiele rozumował, ale nie mieliśmy na niego wpływu.
 
- Ach! Ach!
 
Wnet dostrzegłem, że Thomas tonie, że idzie na dno.
Cały obraz wydawał się być niesamowicie makabrycznym, by nie powiedzieć, koszmarnym.
Tylko bezładnie szamoczące się ręce świadczyły o tym, że jest z nim naprawdę źle.
Skoczyłem do wody i podpłynąwszy do niego, złapałem go za włosy.                 
Był bardzo ciężki, i z trudem dopłynąłem do miejsca naszego biwaku.
Chwyciwszy go za ręce, wydobyłem z jeziora.
W ten sposób wydostałem go na brzeg.
Nie było z nim kontaktu, więc zastosowałem usta-usta i ucisk klatki piersiowej.
Wrócił do żywych i wypuścił wodę ustami.
- Ty stary głupku, chciałeś się utopić? – krzyknąłem na niego. – Życie ci niemiłe?
- Eee…
- Czasu już nie cofniesz, rozumiesz? Ja też nie cofnę tego, gdzie dziś mógłbym być.
- Przepraszam…
- Masz rodzinę i ciesz się z tego. Żonie życia nie dasz. Ale możesz żyć dla innych.
Zrozum to. Możesz być komuś potrzebny, jak nic na świecie. Pomyśl, ile dni przed tobą, ile szans na coś dobrego. Chcesz to zaprzepaścić? Ot, tak, bezmyślnie?
 
- Naprawdę?
- Masz wnuczkę i mnie, to mało? Człowieku, kiedyś to ty mi pomogłeś, dziś ja muszę wziąć cię w ryzy. Odpływasz. Niedobrze. Nie pozwolę ci na to. Masz pozostać tu, gdzie byłeś.
- Janku, wsadź mi łeb pod kubeł zimnej wody.
 
Kiedy to zrobiłem, oprzytomniał.
Wstał z ziemi i rozejrzał się dookoła wzrokiem dość pewnym.
Na jego twarzy pojawił się uśmiech kogoś, kto wraca.
Poprawił ręką włosy i spojrzał w niebo – co tam chciał zobaczyć – nie wiem.
Po pogodnej fizjonomii spływała woda, a on gwizdał coś pod nosem, jakby nigdy nic, jakby się nic nie stało, a on dopiero wstał z łóżka o ósmej rano i miał zamiar zjeść śniadanie złożone z trzech jajek, by później pobiegać po parku w wygodnych butach jakieś pół godziny.
 
- Ty polski żołnierzu, dałeś mi popalić – krzyknął Thomas. – I co by było komu z mojego trupa? Użyźniłby glebę? Dał pożywkę robakom? Poszedłbym w niebyt, jak gówno?
- Ojcze, jesteś coś wart, póki żyjesz.
- Masz rację, Janku, czasem tak trudno wejść na właściwą drogę… Byłeś ze mną pod sam koniec. Już nie widziałem sensu w piciu. Piłem z rozpędu. Jak kamikadze.
- Zatem postaraj się odnaleźć siebie.
- Zrobię to. A niech mnie diabli. Czasu nie cofnę. Choćbym pękł. Ale muszę wydostać się z tego bagna. Byłem zapijaczonym zerem, które nie potrafiło pogodzić się ze śmiercią swojej kobiety. Moja żona patrzy na mnie i czeka, aż wezmę się w garść i przestanę chlać. Wtedy będę znowu mężczyzną. Wiem, że Saar mnie widzi i czeka. Jak mogłem być tak głupi? Jak mogłem marnować swe życie?
 
Kiedy dwa tygodnie później przepisywał dom na mnie i na Irenę, nie zdziwiłem się.
Trochę znałem się na ludziach i wiedziałem, kto jest kto.
Ale ścisnęło mnie za gardło, bo wiedziałem, co on musiał wtedy czuć.
Był bardzo opanowany i nie drżały mu ręce – wręcz przeciwnie – raczył nas swoim uśmiechem i w kółko mówił, że na tę chwilę czekał od śmierci Saar.
Bo był pewien, że tego by chciała, naszego szczęścia i zabezpieczenia.
Czułem, że stać go na wiele, na gest i na ludzki odruch - i dał nam to tak łatwo.
Był na swój sposób szaleńcem.
Tym samym swoją szczerością zaakcentował wdzięczność.
Patrząc w jego szare oczy ujrzałem tam coś, czego próżno szukać u zwykłych ludzi.
Dobro, tak, to było dobro.
 
Potem wiele razy piliśmy razem piwo, ale nigdy nie pozwoliłem mu skuć się na amen.
Nie dałem mu zgody na mocniejsze alkohole, a on posłuchał.
Zdał się na Polaka z dalekiego kraju, na kogoś szalenie egzotycznego.
Urządzaliśmy grille i śpiewaliśmy szanty.
Grałem na gitarze i nuciłem refreny.
Mocowaliśmy się na rękę i nigdy nie wygrywał.
Wrócił do siebie i starał się trzymać fason.
Jeśli mógłbym coś o nim powiedzieć, to, że przeszedł daleką drogę.
Śpiewał jak główny tenor, a ja, przyglądając mu się z boku, cieszyłem się w duchu, że wyszedł na ludzi i nie utonął.
 
 
Cykl: Bo kiedyś kochałem
 
 
6 sierpnia 2019

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
mike17 · dnia 02.10.2019 09:54 · Czytań: 167 · Średnia ocena: 4,4 · Komentarzy: 24
Komentarze
Kazjuno dnia 02.10.2019 12:51 Ocena: Świetne!
Piękna Mike 17 opowieść. Może i trochę patetyczna, ale jak może nie być patosu w opowieści o wielkiej miłości, w której istnienie tak mocno wierzysz.
Wspaniałym pomysłem pisanie o życiu polskiego komandosa z brygady Sosabowskiego.
No i Majki twoja odwaga! W kontekście nalotów, potępienia prawicowców - jakimi jesteśmy - przyznajesz się jak i ja (w tekście zamieszczonym trochę poniżej) do wiary w Boga.
A przecież TVN, Wyborcza i większość w Polsce (lewackich) mediów z przeważającym kapitałem zagranicznych, wiesza na nas psy. Z kapłanów robią ad gremium pedofilii. Jakby brakowało ich w środowiskach LGTB.
Chyba właśnie dlatego umieszczono nasze teksty w gorszej kategorii, na niższej półce.
Będę zaszczycony jeśli odwiedzisz mój tekst Gra część dziesiąta. Utwierdzę Cię w przekonaniu, że jestem po Twojej stronie.
Trudno, uważają nas za ciemnogród. Dobrze, że w ogóle publikują.
Serdecznie pozdrawiam, Kaz
mike17 dnia 02.10.2019 13:34
Dzięki wielkie, Kaziu, za literacki nalot i piękny koment :)
Jestem po Twojej stronie, jak pewnie wiesz i też nie akceptuję wybryków LGBT i tym podobnych oszołomów - niebawem ich miejsce będzie na śmietniku historii :)
Znam swoją wartość i to, że znalazłem się nagle drugi raz w ciągu 7 lat na dolnej półce świadczy o niezrozumieniu redakcji w czytaniu tekstów albo uprzedzeniu co do konkretnych osób.
Mnie to nie rusza - robię swoje i tyle.
Ktoś zawsze przeczyta, bo mam wyrobiony styl, z którego jestem dumny.

Oczywiście, że zajrzę do Ciebie, ale muszę znaleźć więcej czasu, a ostatnio trochę mi go brak.

Trzymaj się, brachu :)
Kazjuno dnia 02.10.2019 15:12 Ocena: Świetne!
U mnie też ciągle kulawo z czasem. Ważne, że jesteśmy aktywni!
mike17 dnia 02.10.2019 15:27
No i że jesteśmy w literackim kontakcie :)
Gorgiasz dnia 02.10.2019 16:31
Dobre opowiadanie. Nastały takie czasy, że trzeba głośno mówić o pewnych sprawach, szczególnie tych, które pewne siły chciałyby strącić w niebyt. Miejmy tylko nadzieję, że na przekór złu nam i naszym dzieciom historia zgotuje lepszy los.
mike17 dnia 02.10.2019 18:01
Dziękuję, Gorgiaszu, za mądry wpis :)
Każda taka wypowiedź utwierdza w przekonaniu, że jestem po dobrej stronie mocy :)

Pozdrawiam serdecznie!
bruliben dnia 02.10.2019 20:34 Ocena: Dobre
Solidnie, bez udziwnień, ale zajmująco. Taki filmowy obraz namalowałeś. Polska kronika losów ludzkich rozrzuconych i europejskość, pewna surowość charakterów i wreszcie Hollywood - O jeden most za daleko (reminiscencje filmów). Ciekawe sylwetki bohaterów. Ujęły za serce relacje Thomasa z Jankiem, Janka, który odnalazł siebie tak daleko od ojczyzny.
mike17 dnia 02.10.2019 20:49
Bruliben, dzięki za koment i wizytę :)

Widzę, że jesteś zadowolony z lektury, więc skąd tak niska ocena?

Zawsze mnie to dziwi, ilekroć to widzę :)
al-szamanka dnia 03.10.2019 11:18 Ocena: Świetne!
Cytat:
Znane są przy­pad­ki mor­dów po cichu, gdzieś w lesie, by było „po cichu”.

pierwsze możesz z powodzeniem wyrzucić

Zaskoczyłeś mnie.
Myślałam, że będzie tylko o miłości do kobiety.
A tu okazuje się, że i do teścia.
Wiem, Thomas uratował Jankowi życie i należała mu się wdzięczność, ale wyraźnie nie chodzi w Twoim opowiadaniu o wyrównanie rachunków.
Po prostu - trafili na siebie porządni ludzie.
I myślę, że Janek zachowałby się dokładnie tak samo, gdyby nie miał tego długu.
Wyłowił faceta z wody i przemówił do niego typowo po męsku, mocno i przekonująco.
Niekiedy trzeba kimś mocno wstrząsnąć, aby wrócił na swoje tory.
Pomimo wojennej podkładki odbieram tekst jako opiewający człowieczeństwo, piękne relacje międzyludzkie, gdzie czysta miłość ma moc wszystkonapędzającą.
I to mi pasuje.
Bo w dobie dzisiejszych napięć politycznych, manipulacji, zobojętnienia i pogardy dla inaczej myślących takie opowiadanie to jak cicha, relaksująca przystań.

Pozdrawiam ciepło :)
mike17 dnia 03.10.2019 12:37
Dziękuję, Aldonko za jak zwykle piękny i merytoryczny koment :)
Chciałem napisać tym razem coś więcej niż tylko opowieść miłośną: chodziło mi o przejawy człowieczeństwa, pomocną dłoń w chwili, gdy ktoś tonie (dosłownie i w przenośni), no i oczywiście to, co zrobili dla Janka Irena i Thomas, czyli ratunek w nieszczęściu.

To wielowątkowa opowiastka.
I o to mi właśnie chodziło.

Bardzo interesuję się historią II wojny światowej i co jakiś czas umieszczam akcję moich miniatur właśnie w tym okresie.

Ale nie mogło zabraknąć pięknej i romantycznej miłości - Janek odnajduje swoje miejsce na ziemi, nie wraca do komunistycznej ojczyzny.
To kolejny wątek tego opowiadania.

Cieszę się, że poczułaś się jak w cichej, relaksującej przystani :)

Raz jeszcze bardzo Ci dziękuję za odwiedziny i kłaniam się nisko :)
Madawydar dnia 03.10.2019 13:58
U mnie zawsze będzie ognisko, zarówno te domowe, oparte na wielopokoleniowej tradycji przodków naszych rodzin, jak i te prawdziwe, rozpalone gdzieś nad jeziorem, gdzie szumią knieje i dębowy huczy las. Będę wnukom opowiadał starodawne już dla nich dzieje i bohaterski wskrzeszał czas. Takich tekstów nigdy za wiele. Tekst literacki zyskuje wiele, jeśli oprócz faktów historycznych wplatane są w opowieść również inne wątki, np: historia miłosna bohaterów opowiadania, dylematy egzystencjalne odnoszące się do właściwych wyborów. Tutaj to jest. Brawo.

Pozdrawiam
mike17 dnia 03.10.2019 14:22
Madawydarze, pięknym słowem operujesz, i piękne piszesz komenty :)
Chodziło mi własnie o takie egzystencjalne wybory, odwagę w niesieniu pomocy, gdy Niemiec był blisko, w końcu o miłość w czasie wojny.
Lubię, kiedy moje miniatury dobrze się kończą, bo sam tego doświadczam w życiu.
Zależy mi na tym, by zwyciężyło Dobro.
Tak jak w tej miniaturze, gdzie wszyscy na koniec osiągają szczęście.

Bardzo Ci dziękuję za niezwykłe słowa, za pierwszą wizytę w moich skromnych progach.
Myślę, że nieostatnią :)

Pozdrawiam wesoło :)
Lilah dnia 03.10.2019 20:01
Z przyjemnością przeczytałam Twoje kolejne opko, Mike.
Trzeba wierzyć, że Dobro istnieje i w odpowiednim czasie się objawia i zwycięża, jak w Twoim tekście. To budujące.

Cytat:
Zdał się Po­la­ka z da­le­kie­go kraju, na kogoś sza­le­nie eg­zo­tycz­ne­go.


Przed Polaka chyba "na".

Cytat:
Potem wiele razy pi­li­śmy razem piwo, ale nigdy nie po­zwo­li­łem mu skuć się na amen.


Czy "skuć" jest tu odpowiednikiem "spić"? Sorry, nie znam tego określenia.

Pozdrawiam, :) Lilah
mike17 dnia 03.10.2019 20:35
Dziękuję, Lilu, za odwiedziny i za bycie z moimi bohaterami :)
Zawsze jesteś mile widziana.
Tak, Dobro musi zwyciężać i ja będę o tym pisać.

"Na" już poprawiłem, faktycznie brakowało go tam.

"Skuć" w slangu znaczy "spić się" - jest jeszcze wiele innych określeń, ale to uznałem za najmniej prymitywne :)

Bardzo mi miło, że zajrzałaś :)

Pozdrawiam wesoło :)
Lilah dnia 03.10.2019 20:37
mike17 napisał:
"Skuć" w slangu znaczy "spić się"

Dzięki. :)
mike17 dnia 03.10.2019 20:46
Cała przyjemność po mojej stronie :)

Miłej nocki :)
Yaro dnia 04.10.2019 18:37
Wspominasz o brygadzie spadochronowej generała Sosabowskiego, miłość , spadochroniarze czasy wojny .Nie lubię prozy za dużo czytania, jestem oporny lubię krótkie formy.
Twoją miniaturę pomniejsze w swoim nowym utworze .

Pozdrawiam :)
mike17 dnia 04.10.2019 18:54
Yaro, cieszę się, że zainspirowałem Cię do napisania czegoś własnego :)
Wiem, że nie każdy lubi czytać prozę.
Tym bardziej doceniam Twoje czytanie.

Pozdrawiam :)
Arkady dnia 05.10.2019 19:17 Ocena: Świetne!
Znam historie Arnhem, choć mało było literatury na temat zachodniego frontu, ale...
Twoja miniaturka pisana jako luźna opowieść o miłości ujmuje za serce. Ładnie piszesz o miłości, ja tak potrafię tylko w myślach, przelewanie na papier to już nie moja bajka, ale czytać lubię... Dobrze, że mnie tu zaprosiłeś. Piękne. :)
mike17 dnia 05.10.2019 19:57
Ot, skromna miniatura o spadochroniarzu :)
I o miłości.
I Przeznaczeniu.
I o tym, że człek człekowi bratem.
I że można zawsze ułożyć swe życie.
Bez względu na cokolwiek.
I żyć pomimo...

Dzięki, Arkadyza wizytę i koment :)
Arkady dnia 05.10.2019 20:08 Ocena: Świetne!
Ot, skromna miniaturka... A ile tematów i tytułów zawarłeś w komentarzu... nie wspomnę :)
mike17 dnia 05.10.2019 20:30
Dziękuję, Arkady :)
Quentin dnia 16.10.2019 18:09 Ocena: Bardzo dobre
Coś za coś

To opowiadanie ( i nie tylko ono) uświadamia, że miłość to dwie strony medalu. Staruszek po śmierci swojej żony o mało co sam nie wyzionął ducha. Z jednej strony zatem kochamy, żeby nie cierpieć, a czasem cierpimy kochając. Współcześnie powiedzielibyśmy, że to taka transakcja wiązana. Pół żartem, pół serio.

Wojna i miłość doskonale wpisują się w tę konwencję. Myślę, że to właśnie w najtrudniejszych chwilach potrzebujemy miłości, bliskości, wsparcia i nadziei, która nie pozwoli nam pójść na dno. Tak jak wielokrotnie background w postaci rzeczywistych zdarzeń jest tylko pretekstem, tak w twoim opowiadaniu tło historyczne jest jednym z bohaterów całej sytuacji.

Lubię tego typu tytuły, zresztą mój kumpel z dawnych lat Tarantino mógłby każdy ze swoich filmów nazwać roboczo "Dawno temu...". Nie sądzę, abyś zwrócił na to uwagę ( choć może się mylę), ale dla mnie tytuł jest dość przewrotny. W odniesieniu do wydarzeń II wojny światowej używanie określenia "to było dawno temu" jest dość prowokacyjne. Wojna wcale nie była tak dawno temu, o czym czasem zdajemy się zapominać. Zawsze mnie to zastanawiało. I nie traktuj tego jako negatywną opinię. To tylko przemyślenia :-)

Wkrótce biorę się za ostatnią część cyklu, zatem do następnego.

Ciao
Q
mike17 dnia 16.10.2019 18:55
Quentinie, jakże miło Cię znów widzieć :)
Twoje przemyślenia mnie nokautują.
Wchodzisz w sens tej miniatury jak nóż w masło.
Widzisz chyba więcej niż ja chciałem przekazać.
To piękne, i to świadczy o tym, że potrafisz wejść w opowiadanie.

Bardzo chciałem od dawna napisać opko w oparciu o II wojnę światową.
Pomysł nie nadchodził, aż nagle...
I wtedy siadłem do klawiatury i poszło.
Masz rację, że wojna to kolejny bohater tej opowieści.

Sam tytuł już miał wiele powiedzieć, dla tych, co znają historię.
Spadochroniarze Sosabowskiego ponieśli klęskę, stąd rys mojego bohatera.

Chodziło mi o miłość w czasie wojny, ale także rys komunistyczny - Janek nie wraca do Polski, wie, co go tam czeka.

I też chciałem pokazać, że miłość zrodzić się może zawsze - choćby z przypadku, który ja osobiście zwę Przeznaczeniem.

I na koniec ojciec - i on musiał stanąć twarzą w twarz ze swoim Przeznaczeniem.
Był nim Janek.

Stary, raz jeszcze dziękuję i odchodzę pełen podziwu dla Twego komenta :)
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
marzenna
13/11/2019 22:00
Greg Przemawia do mnie wiersz w całości. Tak, nie łatwo… »
marzenna
13/11/2019 21:50
jeszcze tylko chwilę cierpliwości koralowce zabarwiły wodę… »
ApisTaur
13/11/2019 21:28
poczekam... mroźną zimą latem poczekam... boś jest tą… »
kubarozpruwacz
13/11/2019 21:16
Ceikawie, tutaj bym lekko zmodyfikwał utwór, pajęczyna… »
bruliben
13/11/2019 21:12
Tekst ekspresyjny i szczery, nasycony uczuciami peelki.… »
kubarozpruwacz
13/11/2019 21:11
też nie lubię farbowanych lisów, bardzo fajny wiersz, jest… »
Zdzislaw
13/11/2019 21:10
To w porządku, Wiosno. Jak pisałem, każdy ma prawo do… »
bruliben
13/11/2019 21:05
Aż słychać delikatną melodię sopelków poruszanych wiatrem.… »
Lilah
13/11/2019 21:03
Witaj, Kobro! Byłam na spacerze i taki kadr mi się zapisał.… »
bruliben
13/11/2019 20:58
Łezka w oku się kręci jak ówczesny bączek metalowy, co… »
Kobra
13/11/2019 20:51
Myślę, że i dziś tematów do pisania sporo, u mnie tymczasem… »
Kobra
13/11/2019 20:49
Tak, dobry, ciekawy wiersz. Świetny od początku do końca. A… »
kubarozpruwacz
13/11/2019 20:46
Dawno nie czytałem tak dobrego wiersza, niezwykła aura… »
marzenna
13/11/2019 20:44
Kobra W tamtym czasie tematy były wzniosłe, trudny czas, dla… »
kubarozpruwacz
13/11/2019 20:41
Dziękuję bardzo za wyrażenie swoich odczuć i opinii.… »
ShoutBox
  • mike17
  • 10/11/2019 17:42
  • Jeszcze 5 dni pozostało, by nadesłać swoją pracę na MUZO WENY 8, konkurs dla prozaików. Sprężcie się i ślijcie swoje utwory : [link]
  • Kazjuno
  • 09/11/2019 13:56
  • Przepraszam, Dobra Kobro za długie teksty... Kto wie? Może się kiedyś uda napisać krótki?
  • Dobra Cobra
  • 09/11/2019 13:19
  • Kazjunio, to Internet - każdy czyta co chce i komentuje, jak mu się chce. Nie wymuszaj komentów. Długie formy słabo się sprzedają w tym medium. Pisz dla wlasnej satysfakcji, a nie poklasku. Bez urazy.
  • Kazjuno
  • 09/11/2019 10:06
  • Dzięki Antosiu. Już od dawna wiem, że jesteś poczciwcem o gołębim serduszku.
  • AntoniGrycuk
  • 09/11/2019 09:33
  • Dobra, Kazjuno, jestem czuły na płacz, więc wieczorem postaram się przeczytac ;)
  • Kazjuno
  • 09/11/2019 08:38
  • Chlip, chlip... jest mi przykro. Poza odważną Al-Szamanką, reszta Koleżanek i Kolegów, olała komentowanie Gry cz. 12. Czyżbym na PORTALU wywołał zgorszenie?...
  • Dobra Cobra
  • 08/11/2019 18:02
  • Star Wars kontra Marvel kontra DC na przestrzeni lat: [link]
  • mike17
  • 08/11/2019 12:22
  • Jeszcze mamy tydzień na nadsyłanie prac do MUZO WEN 8, konkursu dla prozaików. Serdecznie zapraszam do udziału : [link]
Ostatnio widziani
Gości online:35
Najnowszy:idykekor
Wspierają nas