Musiało minąć parę chwil i parę niejednakich spojrzeń rzuconych gdzieś przypadkiem w bok, tak dla zachowania pozoru rozproszonej uwagi, abym dojrzał w jej oczach coś, co choć troszeczkę odróżniało ją od całego tłumu w barze, od wodzących bezrozumnym wzrokiem czerwono- i matowoustych, kipiących aż z pragnienia kobiet, od tych wszystkich kobiet, które miałem tak bez sensu, tak przypadkiem. Jej oczy pozbawione były tej barowej bezczelności, jej usta darowały sobie pokątny uśmiech błądzący zawsze z tej samej strony, patrzyła wzrokiem, który, choć pełen ciekawości, nie badał ani nie przeszywał. Odegrawszy swoje dość śmieszne przedstawienie, pochyliłem się nad szklanką z niedopitą whisky, w której więcej było już lodu niż trunku. Przez chwilę błądziłem gdzieś w swoich myślach, nawet nie zdając sobie z nich sprawy, a jednocześnie zapominając już gdzie jestem teraz, stałem się swoją myślą, choć nawet nie wiem czego dotyczyła. Pewnie jej, ale nie zapamiętałem żadnego jej obrazu, żadnej śmiesznej sentencji, Bogu dzięki choć raz darowałem sobie tę pocieszną górnolotność i osiągnąłem ten dość płynny stan, konsystencję myśli, która przypominała mi tratwę, pewnie dopiszecie do tego dużo różnych znaczeń, ale w rzeczywistości miała tylko taki kształt. No ale po chwili poczułem, jak obok mnie przysiada się jakieś ciało, także i mi nadając w pełni materialną formę, zobaczyłem jeszcze, jak chmura tratwy rozpływa się w dymie papierosów i cygar, wibrując jeszcze na samym końcu w cichym rytmie barowej muzyki.
- Witaj - rzekł? szepnął? Jego głos nieomal rozpłynął się w klubowym gwarze. Wyglądał trochę na niezdecydowanego, do jakiej płci należy, a raczej, wyglądałby, gdyby jego twarzy nie zdobił w pewien sposób charakterystycznie męski, choć dość drobny, wąsik. Jego oczy zakrywały okulary lennonki o przyciemnianych, jakby przydymionych jasnobrązowych szkłach. Rozsiadł się dość wygodnie na wysokim krzesełku, czekając na swojego drinka i uważnie na mnie patrzył. - Jak masz na imię?
- Nie mam imienia - odrzekłem kpiąco, nie miałem ochoty na pobieżne barowe znajomości z kimś takim jak on, a tym bardziej pić z nim drinka. Rzuciłem okiem w bok, dziewczyna mówiła coś swojej koleżance, barwnie gestykulując, wyglądając, jakby już o mnie zapomniała. Po chwili zamilkła, a jej lewa ręka sięgnęła po talię kart, zaczęła zdumiewająco sprawnie bawić się nią, bawić się kartami, które za rozkazem jej długich, smukłych palców wyprężały grzbiety, aby po chwili posłusznie uformować się w zgrabny stosik. Cudowna zwinność tych drobnych, długich rąk bardzo mi się podobała, w ogóle lubię dłonie, właśnie takie, chociaż nie, najbardziej lubię słodkie małe rączki przemykające prędko po palisandrowej podstrunnicy skrzypiec, wydobywające dźwięk na czas nawet wtedy, kiedy wydaję się, że nie ma szans aby jeszcze dalej wyciągnęły palce lub szybciej przebiegły kolejne tony. Przypomniałem sobie po chwili o obecności człowieka obok, zwróciłem niechętnie ku niemu myśli i dodałem ironicznie, taki żartowniś się we mnie ujawnił, ten, który przychodzi tak jak Batman - ostatnia deska ratunku wtedy, kiedy można już tylko rzewnie zapłakać - Jestem niewolnikiem.
- Ja też. Jestem poetą. Poetą, który pisze słabe wiersze o miłości. - barmanka przyniosła mu drinka, myśl o tym, że na skutek alkoholu stanie się jeszcze bardziej egzaltowany sprawiała, że robiło mi się niedobrze, kto lubi ludzi, którzy nie wyczuwają podstawowych emocji, na przykład takich jak pragnienie samotności? Nic mu nie odpowiedziałem, odwracając oczy ku dziewczynie, łaknąc jej spojrzenia, aby jeszcze raz móc je rozbić na czynniki pierwsze, nadać mu jakąś fałszywą formę, jedno jedyne znaczenie, które i tak nie będzie prawdziwe, żeby móc znowu w spokoju zgubić się w alkoholowej myśli, dopóki jeszcze istnieje doskonała równowaga, cienki most pomiędzy dwoma niedoskonałościami, trzeźwością i pijaństwem, nie lubię obu, trzeźwy pielęgnuję w sobie zdradziecką zdolność do oszukiwania samego siebie, schlany jestem zbyt szczery i bezsensowny. Teraz jest ten idealny moment, kiedy mogę się w kontrolowany sposób zanurzyć i przemyśleć wszystko od nowa, z dala od trzeźwych uprzedzeń, z dala od pijanego bełkotu, a tymczasem ta mameja, ta cipka męska zakłóca mi spokój. Jeszcze jedno spojrzenie w jej łagodzące jak zieleń palce. Jej długi paznokieć (zbyt długi na instrumentalistkę) powoli drapie stół, żłobiąc w nim małe rowki, małe przecięcia, delikatne dysharmonie, każdy jej ruch nadaje temu kawałkowi drewna odrobinę starości i czyni go atrakcyjniejszym. Te palce mogłyby czynić sztukę, niech tylko zetnie te paznokcie.
Poeta w lennonkach zamilkł, sącząc leniwie drinka, pozwalając, aby jedna prześmiewcza kropla ściekała mu po zadbanym wąsiku. Chciał pogadać, było to po nim widać, nawet tego drinka pił jakby chciał, a nie mógł.
- To chyba najżałośniejsza forma sztuki, nie? - spytał.
- Spytaj Mickiewicza - odburknąłem. Niech mu już będzie.
- Mickiewicz… To był prawdziwy artysta. Dużo się ruchał, kłamał i pił absynt. Ponadto więcej gadał niż robił, ot! uosobienie sztuki, czysta sztuka na tym ziemskim padole, rzecz godna pozazdroszczenia, choć niepozbawiająca szczypty niesmaku - nawet mi się spodobało to, co powiedział. Moja twarz straciła nieco tego surowego, niechętnego wyrazu. Chyba to zauważył - Chcesz? Pokażę Ci swoje wiersze. - Z kieszeni marynarki wyjął poszarpane kartki, chyba tworzył to gdzie popadnie. Choć jeszcze pięć minut temu zbyłbym go i zmienił miejsce, aby w dalszym ciągu odurzać się jej spojrzeniem i własnymi myślami, teraz nawet mnie to zaciekawiło. Ciekawe jak bardzo jest słaby. Przeczytałem pierwszą zwrotkę, która rzuciła mi się w oczy, tak mniej więcej w połowie wyświechtanej kartki, stosunkowo najmniej pokreślona, chyba akurat złapał wtedy natchnienie.

Gdy tak siedzieli, zjednoczeni wahaniem
Głowę na jego sercu złożyła
On był dla niej jedynym kochaniem
Ona dla niego jedyną była

W ostatniej chwili powstrzymałem parsknięcie, wprawdzie chyba zdawał sobie sprawę z własnej twórczej niemocy, ale co innego zostawiać wariata w niepewności, a co innego odzierać go z wszelkich złudzeń. Spojrzałem na jej uspokajające palce, żeby znaleźć w nich odpowiedź, a raczej chciałem spojrzeć, przecież wyżej tkwiły jej oczy, jej nieruchome, ciekawe oczy, patrzące w dal, przeze mnie, we mnie, na mnie, jej zielone spokojne oczy lekko zadrżały, a na jej ustach wreszcie zakwitł uśmiech, uśmiech poznania, nie było w nim nic lubieżnego, nic złowrogiego ani sztampowego, była w niej ciekawość poznania, lecz co tkwiło we mnie, co przykuwało jej wzrok, na to pytanie nie umiałem sobie odpowiedzieć. Pomyślałem, że muszę tylko usłyszeć jakieś słowo z jej ust, jakąś sylabę, żeby zrozumieć to wszystko i poukładać w jakąś sensowną całość. Poeta jednak czekał na moją odpowiedź, na moje zdanie, jego wąsik śmiesznie drżał, jakby to w nim zamknął całą swoją tremę i strach przed skarceniem.
- Spóźniłeś się o całe dwieście lat, romantyczna duszo - powiedziałem dość konfidencjonalnie, na pół kpiąco, jeszcze klepnąłem go lekko w ramię dla efektu, ale to z taką ciepłą nutką szyderstwa, które chyba dość dobrze przyjął i pozwolił mi przynajmniej uwolnić się od tego męczącego obowiązku kata poety, który pisze słabe wiersze o miłości.
- To nic. Pewne rzeczy nie umierają. Wiesz, co powiedział Goethe, gdy napisał cierpienia młodego Wertera? Że byłoby źle, gdyby w życiu danej osoby nie byłoby choć jednego momentu, w której poczułaby, że ta książka jest napisana właśnie dla niej. Ja to czuję cały czas. Jestem zakochany w tej książce od pierwszej do ostatniej strony, jestem zakochany w Lotcie tak samo jak on, nawet cierpię tak samo jak on…
- Ja myślę, że ten Werter to straszny pedał - odpowiedziałem. Może dość mało konstruktywnie, ale chyba trochę za bardzo się zapalił tym czytadłem, praojcem wszelkich przytłoczonych małolatów.
- Niejeden już mi to powiedział, po czym po paru miesiącach czy latach zmuszony był przeprosić się z Werterem. Nie wiesz, co to miłość - albo nigdy nie kochałeś, albo błędnie brałeś za nią to, co chociażby teraz czujesz do tamtej kobiety - kiwnął głową w jej stronę.
Nie zrozumiałem swojej reakcji.
- Zamknij mordę, skurwysynu - szarpnąłem go za gardło, zrzucając lennonki na lepką, mokrą od rozdeptanego piwa podłogę, jego wąsik zamigotał w przestrachu i zadziwieniu. - O miłości wiesz niewiele więcej od starych kurew czyszczących półki bibliotek z wyświechtanych harlekinów. Jara cię cierpienie. Jesteś śmieszny, ty, twój Werter i Goethe, ojciec chrzestny twojej sztuki. Zadedykuj mu ten poemat, jemu i tej tak głupiej, że aż pięknej i niezaprzeczalnej idei miłości, w której się rozkochałeś - wstałem i odszedłem od stołu, siadając parę stolików dalej. Rzuciłem jej zastrachane spojrzenie, modląc się w duchu, aby nie widziała tej całej sytuacji, most zawalił się, skazując mnie na utonięcie w rzece trzeźwości. Dyplomatycznie siedziała przy stoliku, pochylona w stronę przyjaciółki, choć nic do niej nie mówiła. Zamówiłem drinka, szczęśliwy, że nikt mnie stąd nie pogonił za robienie awantur, lecz tratwa odpłynęła, nie chciało mi się myśleć, musiałem się szybko napić, aby przywrócić w sobie alkoholową homeostazę. Jej palce stukały o stół, ciągle w tej samej sentencji cztery - trzy - dwa, serdeczny - środkowy - wskazujący, wystukując tętent konia, czego nie mogłem słyszeć, ale co mogłem zobaczyć, znowu mnie zaczarowały, uspokoiły, wręcz widziałem tę uspokajającą jak snookerowe sukno zieleń bijącą z nich, nie pozbawiającą ich czysto ludzkiej witalności.
Powoli sączyłem następną szklankę alkoholu, gdy poczułem, że obok mnie znowu ktoś się przysiada. Nie chciało mi się nawet odwracać wzroku, mimo że impulsy w moim ciele podpowiadały mi, że to znowu nie jest przypadek, tzn. jest, ale nie będziemy dwiema autonomicznymi postaciami z nieprzekraczalnym terytorium w postaci barowego krzesełka, że to nie jest kolejna osoba, która dosiada się z braku miejsca, już, już słyszałem jej niski, gruby, protekcjonalny głos, głos spoconego grubasa, odzywał się on w mojej głowie na długo przedtem, zanim zdołał coś powiedzieć
- No, no, ładnie go urządziłeś - nawet jego głos był spocony, co przekroczyło moje najśmielsze wyobrażenia, pełna synestezja, życie swoimi sensualistycznymi manipulacjami ciągle potrafi zaskakiwać. Zorientowałem się nagle że w ręce trzymam wyświechtany skrawek papieru, na którym szarmancko smukłym i niedbałym pismem naskrobano poemat poety, który miernie pisał o miłości. Gotowy temat do rozmowy, pomyślałem sobie z przewrotnym bezmimicznym uśmiechem.
- Przeczytaj to gówno, które sam napisał - powiedziałem - on mówi, że zna się na miłości - Gruby przeczytał wszystkie zwrotki, zaskoczenie zahamowało nawet jego gruczoły łojowe, jakby zapomniał się spocić z podniecenia, wyglądał, jakby taki wiersz był takim samym reliktem przeszłości jak wartość słowa czy dinozaur. Zapomniałem się spytać poety, czy pisał z nieszczęścia. Chyba tak, wnioskując z miernej wartości tego wiersza, tak mierny mógł powstać tylko w oparciu o jego własne doświadczenia, w końcu najpiękniej pisze się chyba o tym, o czym nie ma się pojęcia, bo pisze się z wyobraźni, która przewyższa życie stukrotnie, życie, które wbrew obiegowej opinii jest naprawdę nędznym scenarzystą, produkującym na zamówienie i dość jednostajnie.

Czyż może istnieć rzecz jakaś piękniejsza
Niż skończone dwojga kochanków życie
Czyż może istnieć radość jakaś większa
Niż śmierć zakochanych w miłosnym zachwycie

Zacytował nagle grubas wyrywając mnie z zamyślenia swoim ochrypłym rechotem.
- Też bym mu chyba zajebał, tego się przecież czytać nie da - charchnął rozbawiony, oddając mi świstek - pozbawione wszelkiego rytmu, bezsensowne i niedzisiejsze, tak, niedzisiejsze. Patrz na tą lalę - rzucił nagle, wskazał na nią, stymulując lepiej niż najmocniejszy impuls elektryczny moją część podwzgórza odpowiedzialną za agresję łowczą - jak to ona się zabawia tymi kartami - Posłusznie odwróciłem ku niej wzrok, nie dlatego że mi kazał, po prostu szukałem zieleni, łaknąłem tej uspokajającej kojącej zieleni z jej palców, tak, przepłynęła ciepłym, gęstym strumieniem jak budyń gdzieś między jej palcami, zmuszając pokorne karty do wyginania grzbietów i układania się grzecznie w szeregu i tak ciągle, powoli, delikatnie, spokojnie. Jej czerwone paznokcie raz za razem chowały się za talią lub grzbietem dłoni, kusząc, Jezu, jak one mnie kusiły, bardziej niż najdelikatniejsza erotyczna scena z mojego życia.
- Cudownie zwinne rączki, tak, cudownie - zarechotał, nie wiem co było w tym śmiesznego, te dłonie były naprawdę inspirujące, zjawiskowe, eteryczne, zbyt doskonałe, by mogły być ludzkie, no i te palce zawsze zginające się wtedy, kiedy wymaga tego sekwencja, zawsze łapiące ostatnią kartę - Lubię i kobiece rączki i karty, hehe, zwłaszcza pokera, grasz w pokera? - spytał.
- Nie - odpowiedziałem lapidarnie. Wkurwił mnie trochę tymi uwagami o jej rączkach i faktem, że jest aż tak bardzo stereotypowo gruby.
- Poker to królewska gra. Życie jest jak poker, jak pierdolony texas holdem. Ważne jak grasz, a nie jakie karty dostaniesz na początku. Możesz mieć nawet z rozdania dwójkę i trójkę w różnych kolorach i wygrać, tak, wygrać. Możesz dostać dwa asy i przejebać. Obojętnie z czym się urodzisz, możesz i tak życie wygrać, mówię ci - chyba nie wymyślił tego na poczekaniu, ale trochę mnie zadziwił, nawet udana analogia. Spojrzałem na niego przychylniej, dobra rozkmina to coś, co lubię, a tu nagle ten pot w ludzkiej postaci, żywy przykład choroby lustrzanej, ostatnia osoba po której bym się spodziewał czegoś ciekawszego niż rubaszny żart i spocony rechot, raczy mnie naprawdę ciekawymi słowami. Spojrzałem na niego przychylniej, ale bez przesady. Ostatnio poeta też najpierw mnie zaskoczył, a chwilę potem wkurwił, tutaj co prawda wydawało się, że wszystko przebiega na odwrót, ale czujności nigdy nie za wiele.
- Tak… - powiedziałem cicho - wiesz co, nie filozofujmy, nie mówmy już o niczym wielkim, ale nie mówmy też o niczym plugawym - dodałem, widząc, że jego wzrok znów kieruje się ku niej - nie jestem dzisiaj w nastroju do wielkich myśli, nie mam taniego wina ani czary, whisky sprzyja bardziej samotności.
- Okej, nie musimy gadać - zaskoczył mnie gruby - ale tak czy tak nigdzie indziej nie ma miejsca.
- Nie, nie musisz się przesiadać - uśmiechnąłem się delikatnie, odpowiedział bardziej jowialnie. Sprawa z grubym załatwiona, rozstaliśmy się w pokoju, tak, zostańmy przyjaciółmi, przynajmniej mogę sobie poobserwować, pomyśleć, zbudować most, który póki co przyjął formę rachitycznej kładki, nie dopuszczającej mnie jeszcze na wymarzony środek. Opróżniłem gorączkowym haustem szklankę do końca. Znów na mnie spojrzała, ile można pisać o tym samym, ile wymyślać wielokrotnie złożonych zdań, wyczerpując nieliczne przymiotniki, które jeszcze mi zostały, porównania, których nie można się doliczyć, ale które rzadko kiedy pasują i mówić o tych palcach, o tych dłoniach i o jej oczach. Widziałem jak bardzo chce do mnie podejść, chce podejść i powiedzieć mi cześć, rzucić tą jedną sylabę, abym wszystko o niej zrozumiał, tak tylko do mnie, jak przez tunel, jak przez telefon, żeby tego cześć nie usłyszał przypadkiem grubas, bo ono nie jest do niego. Widziałem też, że nie podejdzie, nie wiem dlaczego, ale nie odważy się do mnie podejść, choćby wlała w siebie butelkę wódki, to i tak nie podejdzie, bo to nie jest lęk przed odrzuceniem, to nie jest stłumione wyuzdanie, nie podejdzie, choćbym posłał jej najbardziej wymowne spojrzenie zachęcające ją ku temu, bo to jest kwestia jakiejś bariery, jakiejś karty gorszej niż dwójka, antyjokera, który nie pozwala jej nic ugrać. Westchnąłem ciężko. Sam będę musiał tam pójść, zostawić grubasa, który już się wyczerpał, powiedział swoją życiową mądrość i pójdzie dalej, zachęcać następnych frajerów do zwierzeń i wymiany myśli i sentencji. Niestety, ja nie będę jednym z nich.
- Idę do niej - rzuciłem grubemu wstając od stolika. Zaskoczony, oderwał niechętnie od niej oczy, jakby lewym chciał jeszcze trochę ją przytrzymać, choćby kosztem rozbieżnego zeza, spojrzał na mnie z niedowierzaniem i z grymasem jakiejś zazdrości, pewnie myśli, że to będzie jakaś bajera. Widać, że dość średnio dostosował się do swojej życiowej filozofii, do sentencji godnej samego Seneki, dostał słabe karty i nie umie nimi zagrać, pewnie jeszcze nigdy nie miał kobiety i nie może kochać się w pozycji misjonarskiej, bo na brzuchu zrobiłby na kobiecie kołyskę, prasując ją jak walec. Pewnie nieraz postawił już wszystkie zapałki i przegrał. Filozofia to piękna rzecz, ale za łatwo się o niej zapomina właśnie wtedy, kiedy chciałoby się o niej pamiętać.
Zostawiłem go razem z niewesołymi przemyśleniami, ostentacyjnie odwrócił się plecami odsłaniając plamę potu odbijającą się pod pachą tak dokładnie od luźnej, szarej, spranej koszulki z krótkim rękawem. Dość nieporadnie ruszyłem ku niej, przeciskając się pomiędzy stolikami, ustawionymi niebywale ciasno, zbyt ciasno, żeby można było swobodnie przejść.
Zielone oczy znów wpatrzone we mnie, ale teraz patrzyła z jakimś nieuchwytnym przestrachem, jej brwi ściągnięte ku górze, gdyby była psem, na pewno położyła by uszy po sobie, podobno stąd się biorą te przestraszone wysokie brwi, te mięśnie co u zwierząt ściągają uszy u nas zadowalają się jedynie brwiami. Daj mi tę jedną sylabę, proszę, a powiem ci wszystko, co u mnie znalazłaś i dlaczego mnie zafascynowałaś, odkryję tajemnicę twoich palców, które teraz tak zdenerwowane jak i ty kurczowo drapią jeans. Parę chwil, parę stolików obok i już, nie wiem kiedy stanąłem przed nią, zazwyczaj w tym momencie mówi się coś na temat odwagi, ale akurat u mnie wszystko pozostało bez zmian, czułem jedynie delikatne zaniepokojenie, dlaczego ona się mnie boi, a poza tym, skoro się mnie boi to czemu wodzi mnie na pokuszenie swoimi palcami, dłońmi, oczami? To trwało tylko chwilę, w następnej poczułem już tylko spokój, pełen flow, szkoda grubego, u którego flow i dziewczyna obok to antonimy, biegun północny i południowy, jej oczy jakby już przekonane, jakby pogodzone, spokojniejsze, już tylko czeka na moje słowo, na to kiedy powiem do niej
- Cześć - i już nic nie będzie jak było, parę równań zostało rozwiązanych, a ja myślę sobie po co, przecież ta niepewność jest taka przyjemna, o ile by było spokojniej, gdybym pozostał tylko kolejnym anonimowym wielbicielem jej palców.
Na miejsce rozwiązanych niewiadomych wskoczyły nowe, sylaby nie będzie. Odwróciła się do koleżanki, schowane za nią zamigotały szybko palce, tak dyskretnie, żebym nie zauważył co mówią, żebym więcej już nie zachwycał się ich pięknem. Stanąłem bezradny, opuszczając bezwładne, zrezygnowane ręce wzdłuż tułowia. Pomyślałem, że to już koniec, już, skończyła się piękna przygoda, gruby plus pięć punktów do morale, nie tylko jemu nie wychodzi, obok spojrzenie trzeciej koleżanki, przed nią położona jakaś książka, ale zupełnie mnie to przestało interesować, już miałem odchodzić, kiedy nagle
- Ona mówi cześć i prosi cię, abyś usiadł obok - usłyszałem łagodny, ledwo słyszalny głos jej koleżanki.
Człowiek w afekcie nie myśli, nie umie kojarzyć faktów.
- Czemu sama mi tego nie powie?
- Jest głuchoniema.
Przysiadłem obok niej, wiadomość przytłoczyła mnie dokumentnie, nie wiedziałem co robić, mogłem tylko znowu spojrzeć w jej oczy, z fascynacją mniejszą i większą jednocześnie, doszły do mnie jednocześnie brutalna niechęć obcowania z kaleką i zrozumienie i spojrzałem w te oczy ze strachem, którego wcześniej nie czułem i uśmiechnąłem się niepewnie, nawet bardzo. Wyciągnąłem wiersz poety, na drugiej stronie na szczęście kartka była pusta, dziewicza, niesplamiona wybuchem beztalentu, długopis też miałem akurat przy sobie, więc naskrobałem szybko rozchwianym pismem ‘jak masz na imię’, wydało mi się to banalne, no ale co miałem zrobić. No i napisała swoje imię, polskie oczywiście bo rzecz dzieje się przecież w Polsce, a polskie imiona tak dla mnie śmiesznie zawsze brzmią w książkach, nie wiem czemu, James czy Scarlett jest tak jakoś szlachetniej, a przynajmniej jakoś dobrze się wchłania, a tutaj nagle Jacek czy Kasia, ładne imiona, ale tak jakoś mi do książki nie pasują, bez sensu, wiem. Tytułujmy ją więc może po prostu nią, będę mówił o niej Ona, a tymczasem niech ci, którzy są tylko statystami w jej i mojej opowieści, dumnie pozostaną przy swoich imionach.
No więc, napisała, a potem dodała ‘chcesz to nauczę cię jak to pokazać’. ‘chętnie’. I już, znaczek po znaczku pokazała mi, krótkie, czteroliterowe imię, a ja nie mogłem się napatrzeć, każda litera była harmonią w najczystszej postaci, jej smukłe palce przesuwały się idealnie płynnie i powoli, ona nie pokazywała tych liter, ona je rzeźbiła, to było zbyt swobodne w swojej perfekcji, aby mogło być prawdziwe. Każdy palec, perfekcyjnie zagięty, każda kostka odnajdująca swoje miejsce w przestrzeni, w całości jaką jest to ukryte za tymi palcami znaczenie. Próbowałem powtórzyć jej gesty, narażając się jedynie na śmieszność, którą chyba tylko ja dostrzegałem, bo ona uśmiechnęła się łagodnie, odsłaniając równe białe ząbki. Moje gruzłowate palce niezręcznie próbowały przyjąć te same kształty, załamywały się na najprostszych nierównościach, choć długie jak na mężczyznę, zbyt krótkie by uchwycić każdy najdrobniejszy niuans ukryty w literze a. Powyciągane nad wyraz, niezdarnie powyginanie już po chwili zaczęły mnie boleć, puściłem znak, uśmiechając się niemrawo, a ona zabiła mi brawo, bez żadnego szyderstwa, szczerze jej się spodobało, nawet jeśli nie efekt to sama próba. Nawet klaskała jakoś miękko, palce jednej ręki obejmowały drugą, już, już ją przytulały by nagle puścić i przygotować się do następnego uderzenia dłoni o dłoń. Sięgnąłem po kartkę, ‘uwielbiam twoje palce’. Schowałem jednak kartkę do kieszeni. Skinęła głową, odwracając się do koleżanki szybko pokazała szereg treści, tak płynnie, płynnie.
Zwróciłem się ku jej znajomej, wiedząc, że to jeszcze nie jest koniec, jeszcze nic między nami nie zostało pokazane, jej imię to za mało, aby zakończyć dzisiejszy wieczór. Lubię w sumie ten stan, kiedy oboje wiemy, że coś między nami nastąpi, przez coś rozumiem chociażby jeden znak, i odraczamy minutę po minucie to, co nieuniknione, bo czekanie wzmaga przecież pożądanie. Spojrzałem na okładkę książki, która leżała przed tamtą dziewczyną. ‘Podręcznik wojownika światła’ Coelho.
- Cześć - powiedziałem, zauważając, że dziewczyna patrzy na mnie z zainteresowaniem - Co czytasz? - zapytałem, bo niby tak niegrzecznie samemu się gapić komuś na okładkę.
- Coelho - żałosny tytuł taktownie pominęła - mój ulubiony pisarz. Uwielbiam jego sentencje. Żyje według zasady ‘przeżyj każdy dzień, jakby miał być twoim ostatnim’, to najpiękniejsze słowa jakie kiedykolwiek usłyszałam…
- Tak, piękne - przyznałem z zażenowaniem, odwracając głowę gdzieś w bok i kierując wzrok na prawo skos w górę, przeczytałem kiedyś, że to niby oznacza, że się mówi prawdę. Dziewczyna wyglądała na taką, która wierzy w takie gówna. Kolejna młodziutka fanka brazylijskiego baśniopisarza, zaspokajająca swój głód intelektualny, swoje pragnienie obcowania z mądrością za pomocą wielkich sentencji, pewnie wrzuca zdjęcia na facebook, naszą klasę i grono, każde z nich podpisując ‘przeżyj każdy dzień, jakby miał być twoim ostatnim’ i uważa samą siebie za mądrą i oczytaną, a jakże. Ten Coelho to też niezły cwaniak, chyba podrzucę patent grubemu. To plus książki, że pozwala zakochać się w autorze, zanim się go zobaczy. Intelektualizm jest tylko szczególną formą podrywu, nieco bardziej wyrafinowaną, pozbawioną wszelkiej kinoeskalacji i tym podobnych bzdur. Tylko to może wyjaśnić fenomen atrakcyjności arcybrzydkiego Cortazara, chociaż, prawdę mówiąc, nic w tym dziwnego, bo to był chyba prawdziwy, nawet jeśli trochę nadęty artysta, gdyby był teraz gdziekolwiek, pewnie uśmiechnąłby się na to zdanie, taktownie przemilczając fakt, że on przynajmniej pisał po coś, nie tylko tak, wieczorami, żeby potem móc to komuś posłać i udając skromnego z przyjemnością zbierać zachwyty, lub nie zbierać, obrażając się na cały świat.
Nie wiedziałem, czy pić kolejne whisky czy nie, zawstydzała mnie, zacząłem kontrolować się przy niej jak małolat, bojąc się, a co pomyśli, a co powie, a czy weźmie mnie za pijusa, który wszczyna burdy w barach, a taką miałem ochotę, żeby jakiś trunek znowu wypalił mi gardło, trochę otrzeźwił, bo już zagubiłem się straszliwie w palcach i zielonych oczach, pod jej płynącymi dłońmi widziałem skrzypce, starego jak to tylko możliwe stradivariusa, który mruczy jak kot pod jej dotykiem. Kiedy znów dotknęła talii, tak bezsensownie wprawiając to, co już jest idealne, zapragnąłem być jej kartą, asem pik prężącym grzbiet na jej zawołanie i rozkaz by za chwilę potulnie się ukorzyć. Te karty na pewno się kłócą o to, która będzie na wierzchu, czekają, aż w końcu wypadnie ich kolej, aby dotknąć, przesunąć się wewnątrz jej jedwabistej dłoni. Chciałem być tą kartą, która wypada najczęściej, albo nie, tą, która wypada najrzadziej, aby ta rozkosz była jeszcze goręcej wyczekiwana, doceniana i żebym nigdy nie bluźnił jej palcom przyzwyczajając się do nich, pozwalając, aby wszelka przyjemność uległa habituacji, uniewrażliwieniu. W dali gdzieś przemknął poeta, jedno szkło lennonek było rozbite. Aż mi się głupio zrobiło.
- Masz może kartkę? - spytałem dziewczyny obok, ufając w zawartość jej torebki. Nie zawiodłem się, choć otrzymałem ją z małym przekąsem na jej drobnej twarzy, wiedziała co się święci. Nawet nie była brzydka, może zbyt surowo ją oceniłem. Niech sobie czyta tego Coelho, skoro to przynosi jej szczęście, każdy gdzieś się odnajduje. Miło było poznać.
‘Pokaż mi, jak wygląda moje imię’ naskrobałem i podałem jej kartkę. Przeczytała, uśmiechnęła się delikatnie i znów rozpoczęła swoje czary od początku, płynąc delikatnie przez powietrze, tak, jakby nie stawiało ono żadnego oporu. Każdemu znakowi odpowiadał w jej ustach bezgłośny dźwięk, kiedy litera po literze uczyła mnie swojego języka. Zanurzyłem się w jej palcach, w tym delikatnym pływie i patrzyłem, patrzyłem, zupełnie nie zapamiętując żadnej z liter, to przecież i tak był tylko pretekst, żeby jeszcze raz to zobaczyć, jeszcze raz dać się zahipnotyzować. Usta też miała czerwone, tak jak paznokcie, których foremnie zagięte łopatki raz za razem łagodnie cięły zadymione barowe powietrze. To dziwne, ale wzruszyłem się. Odwróciłem się, aby nie zobaczyła szkliście błyskających oczu i szepnąłem, przecież i tak mogę powiedzieć to na głos, ‘Jezu, jaka ona jest cudowna’. Kątem oka ujrzałem jak sięga po kartkę. ‘Uważaj, umiem czytać z ruchu warg’. Za czasów liceum pewnie bym się przestraszył, ojej, odkryła, że się w niej rozkochałem, ale teraz w absolutnie pustej głowie miałem jedno, co zrobić, co jeszcze wymyślić, aby dalej mógł patrzyć w jej palce, tak długo, jak to tylko możliwe, napisałbym, aż się znudzę, ale nigdy bym się nie znudził, wiedziałem o tym. Chciałbym, aby przeczytała mi całą ‘Wojnę i pokój’, ‘W poszukiwaniu straconego czasu’, biblię czy inne opasłe dzieło, byle tylko nie przestawała, byle miała powód, aby zaspokajać zapewne nie pierwszego i nie ostatniego rozkochanego w jej dłoniach, w jej palcach, już, już sięgałem lewą ręką po Coelho, niech czyta nawet tę demagogię, niech przekłada na język migowy wszystkie natchnione sentencje, byle tylko nie przestawała, a tak co? ostatnie ‘r’ wyrzeźbione, czas się skończył, jej koleżanki podnoszą się, ona sama wstaje i, jakżeż to banalnie brzmi, nic już nie będzie takie samo. ‘Naprawdę miło było cię poznać’ szybko napisane, jakby bała się, że się rozmyśli, nawet cię napisane małą literą twardą ręką ustawia mnie na swoim miejscu, w dwuszeregu zbiórka. Wszystkie wstały od stolika i odeszły tak nagle, odwróciła się jeszcze parę kroków dalej, w jej dłoni mignęła talia kart. Zamówiłem kolejne whisky.


Kopiowanie tekstów, obrazów i wszelakiej twórczości użytkowników portalu bez ich zgody, jest stanowczo zabronione. (Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych, Dz.U. 1994 nr 24 poz. 83 z dnia 4 lutego 1994 r.).