| Błąd paralaksy - tulpanowka |
Dorota przeżywała kryzys swojej wiary.
Od dziecka należała do wspólnoty Rodzimowierców Świętowita. Od stulecia ta starosłowiańska religia zaliczała się do najpopularniejszych wyznań na Ziemi.
Rodzimowiercy Świętowita przyciągnęli młode pokolenia liberalnym podejściem do wielu spraw, barwnym panteonem bóstw oraz pacyfistycznym charakterem. Wyznawcy nie musieli nikogo nawracać, przyuczać, ani umierać za wiarę.
Zamiast chodzić na dyskoteki lub imprezy polegające w zasadniczej części na bezsensownym chlaniu, młodzi ludzie coraz częściej wybierali radosne święta w stylu Jare Gody, Kupała, Dożynki czy Święto Godów, które obfitowały w atrakcyjne rytuały. Początkowo robili to wyłącznie dla zabawy, przebieranek, biesiad przy ognisku, walk na dzidy, ale z czasem wciągali się i zaczynali wierzyć w Swarożyca, Peruna, Dolę i innych bogów.
Ludzie zwątpili w moc chrześcijańskiego Boga. Stracił na atrakcyjności, gdyż liczni myśliciele, psychologowie i filozofowie, udowodnili, iż ten Bóg jest chwiejny emocjonalnie, niepewny siebie i tylko pozornie wszechwiedzący. Ciągle coś próbował udowadniać, choćby Szatanowi. Ciągle wytykał ludziom grzechy, a sam nie zawsze był w porządku, i tym podobne.
Natomiast Rodzimowiercy nie uznawali grzechu w rozumieniu chrześcijańskim. Według tej religii bogowie nie ingerują w postępowanie ludzi, ani nie mają zamiaru nikogo rozgrzeszać. Złe uczynki każdy człowiek musi naprawić samodzielnie.
Jak z każdą piękną ideą, czy filozofią bywa... i tą również z czasem wypoczwarzono. Zaczęto tworzyć hierarchię żerców (kapłanów). Kiedy powstaje hierarchiczna struktura na szczyt wspinają się najczęściej ludzie pozbawieni moralności, skrupułów, pragnący władzy dla samej władzy. Takie osoby tworzą kolejne przykazania, wytyczne i reguły, które zasadniczo mają na celu umocnienie ich pozycji.
Ludzie mądrzy wiedzą, że władza to odpowiedzialność za życie innych. Takie osoby odczuwają psychiczny dyskomfort i przykrość za błędne decyzje. Dlatego właśnie świadomie rezygnują z władzy, tym samym dając przewagę ludziom podłym.
Dorota miała już dość życia w społeczności rodzimowierców. Nie mogła czytać gazet, oprócz tych dopuszczonych przez Radę Żerców. Dla jej dobra i bezpieczeństwa wszędzie (w prywatnych mieszkaniach i na ulicach) zamontowano kamery. Internet został ocenzurowany. Spora część stron została zablokowana przez żerców. Mimo tego treści maili oraz częstotliwość odwiedzanych witryn, również poddawana była analizie przez specjalne zespoły powoływane przez żerców.
Dorota została zawezwana do sądu pod zarzutem zbyt częstego czytania Biblii. Musiała wysłuchać żenującej retoryki prokuratora. Kiedy próbowała wyjaśniać, wówczas prokurator ku uciesze zgromadzonej gawiedzi, wywlekał jakieś wstydliwe zdarzenia lub wypowiedzi z jej życia. Prokurator miał dostęp do wszystkich nagrań oraz do informatycznych programów wyszukujących.
Dorota bardzo źle się czuła, gdy prokurator zamiast walczyć na merytoryczne argumenty, starał się ją pokonać poprzez ośmieszenie. Niestety udało mu się.
Dorota została skazana na dożywotni zakaz czytania Biblii, Koranu i tym podobnych dzieł. W uzasadnieniu wyroku usłyszała, że pisma filozoficzno-religijne szkodzą jej psychice, a tym samym szkodzą dobrostanowi wspólnoty rodzimowierców.
- Mam dość indoktrynacji – krzyknęła Dorota w stronę sędziego. - Dajcie mi człowieka, a znajdzie się paragraf. Albo...
- W czasie odczytu wyroku nie masz prawa głosu. Jeżeli jeszcze raz się odezwiesz zostaniesz wyprowadzona z sali – upomniał sędzia.
Dorota szła ulicą. Chciało jej się płakać, ale się powstrzymywała ze względu na miejski monitoring. Czuła przygnębiająca bezsilność, a z drugiej strony chęć odwetu.
Zatrzymała się przy telebimie reklamowym.
„Jesteś młoda i ładna? Chcesz coś zmienić w swoim życiu? Chcesz podróżować po wszechświecie za darmo?” Na ekranie wyświetlały się zdjęcia przestrzeni kosmicznej, atrakcyjnych turystycznie planet, luksusowych pokoi na promach kosmicznych. „Ta oferta jest dla ciebie”. Potem wyświetlały się informacje adresowe.
Być może, gdyby Dorota dłużej się zastanowiła, gdyby nie przegrała w sądzie, albo gdyby była mniej naiwna... po co gdybać. W każdym razie zdecydował się skorzystać z oferty.
A przecież nigdy nie ma nic za darmo.
Pojechała metrem na lotnisko. Samolotem poleciała do wskazanej w spocie reklamowym miejscowości. Blisko lotniska mieścił się biurowiec.
Dorota zgodnie ze wskazaniami portiera udała się do pomieszczenia urządzonego w stylu biura turystycznego. Miła pani poprosiła ją o wypełnienie stosu formularzy.
Formularze wydrukowane były na papierze elektronicznym. Tego typu papier zamienia bazgroły ręczne na standardowe czcionki. Następnie komputer bezprzewodowo pobiera dane z papieru elektronicznego.
- Dlaczego tyle tego trzeba wypełnić? Niektóre pytania są bez związku. Choćby „czy twoi rodzice żyją?”, „gdzie pracują twoi rodzice?”, „gdzie pracuje twoje rodzeństwo?”
- To standardowe arkusze – wyjaśniła miła pani. - Formalność, ale trzeba ją spełnić.
- Pani... - Dorota spojrzała na identyfikator. - Pani Julito. A takie zagadnienia „data pierwszej i ostatniej miesiączki”, albo „podaj ilość implantów zębowych”, albo „opisz zakres zabiegów upiększających”...
- Musimy zdać stan zdrowotny kandydata do podróży kosmicznej – wyjaśniła pani Julita.
- Przecież wszystko jest w bazach danych. Wystarczy zeskanować kod kreskowy na moim ramieniu. – Dorota upierała się przy swoim.
- To też zrobimy. Proszę cierpliwie wypełniać. Lecisz za darmo, więc chociaż wysil się na uzupełnienie kwestionariuszy. - Ton głosu pani Julity stał się zdecydowanie surowszy.
Dorota przestała narzekać i skupiła się na wypełnianiu rubryk. „Biurokracja” - pomyślała. - „Wszystkie dane mają, ale jak coś potrzeba, to i tak człowiek musi wszystko sam pamiętać”.
- Skończyłam – powiedziała Dorota.
- Dobrze. Proszę podać ramię do skanowania.
Dorota odsłoniła ramię, a Julita je zeskanowała.
Dziękuję. Proszę poczekać piętnaście minut. Komputer porówna dane z arkusza.
Po niespełna kwadransie.
- Zostałaś zakwalifikowana – stwierdziła pani Julita.
- Świetnie – ucieszyła się Dorota. - To kiedy mam się zgłosić? A właściwie dokąd będę lecieć?
- Zostajesz tutaj. Teraz przejdziesz procedurę przygotowawczą. Szczegóły poznasz później. Organizujemy kilka wypraw. Jeszcze nie wiadomo, gdzie zostaniesz zakwalifikowana.
- Chciałabym jednak pożegnać się z przyjaciółmi. Wszystko stało się tak nagle. Mogę stawić się za kilka dni. Nie mam nic przy sobie. Żadnych rzeczy, pamiątek...
- To nie będzie potrzebne. Wszystko dostaniesz na statku kosmicznym.
- Ale...
- Powinnaś się cieszyć. Każda dziewczyna chciałaby być na twoim miejscu. Idź tędy...
Julita odsłoniła kurtynę (a wydawało się, że to tylko zasłona okienna) i wskazała Dorocie ciemny korytarz.
Nagle ktoś chwycił Dorotę za ramię i pociągnął w kierunku wielkiej hali wypełnionej mnóstwem urządzeń i sprzętów medycznych. Całe zaawansowane technologicznie wyposażenie ustawione było na zasadzie ciągu toru przeszkód. Między sprzętami poruszał się personel ubrany szczelnie w sterylne jasnozielone kombinezony.
Wszystko działo się tak szybko. Ktoś nakazał się jej rozebrać i położyć na taśmociągu. Ciągle ktoś na nią pokrzykiwał - „noga w górę”, „na plecy”, „na brzuch”. Jechała na taśmociągu zaliczając badania i pomiary na różnych sprzętach. Coś błyskało jej po oczach, coś ją dotykało w różne miejsca, i tak cały czas. Znowu ktoś krzyczał „leżeć prosto”, „nie oddychać”.
Potem przejechała przez tunelową myjnię dla ludzi. Przez kilka minut została wymyta, wydezynfekowana, wysuszona, nakremowana. Włosy na głowie zostały zafarbowane na jasny blond i uformowane w trwałe, duże loki. Włosy na reszcie ciała zostały całkowicie usunięte poprzez opalenie (zastosowano technologię zimnego ognia).
Ktoś (maszyna albo człowiek) kazał Dorocie wstać.
- Co się dzieje? Czy mogę się już ubrać? - spytała.
- Nie! Idź tam. - Ktoś pchnął Dorotę w ciemny tunel.
Po chwili Dorota znalazła się w pomieszczeniu, gdzie pod jedną z ścian stało około trzydziestu – czterdziestu nagich kobiet. Natomiast za sznurkowymi barierkami stali mężczyźni, którzy śmiali się i głośno komentowali wygląd kobiet.
- Co tu się do cholery dzieje?! – krzyknęła Dorota.
- Zamknij się, jak ci życie miłe – powiedział strażnik uzbrojony w laserowy miotacz i inne zabójczo strasznie wyglądające gadżety.
Strażnik popchnął Dorotę w kierunku innych kobiet.
- Jesteś w pułapce. Jesteś na targu kobiet. Bunt nie ma sensu – szepnęła jakaś kobieta w kierunku Doroty.
- Musisz czekać, aż ktoś cię wybierze – dodała inna dziewczyna.
- Swarogu najmilejszy, w co ja się wpakowałam – westchnęła Dorota do siebie.
Dorota wstydziła się nagości. Jedną ręką zasłaniała piersi, a drugą wzgórek łonowy.
Nagle otworzyły się drzwi i do pomieszczenia weszła grupa mężczyzn. Zrobiło się cicho.
- Panowie piloci mogą podejść bliżej, za barierkę – odezwał się strażnik.
Wstydziła się nagości.Nie mam czasu na pierdoły. Wszystko jedno. Może być ta cycata, co się tak zasłania – powiedział Arnold wskazując na Dorotę.
Po tych słowach Arnold wyszedł. Pozostali piloci podchodzili bliżej kobiet, coś mówili, dotykali. Dla Doroty to nie miało znaczenia, gdyż została popchnięta w kierunku kolejnego ciemnego tunelu.
Poczuła w ustach słodkawy smak, zrobiło się jej ciemno przed oczami i straciła przytomność.
Kiedy się ocknęła stwierdziła, że jest w nieznanym pomieszczeniu bez okien.
„Co za pech” - pomyślała. - „Znowu się w coś głupiego wplatałam. Najpierw rodzimowiercy, potem sąd, a teraz podniebny burdel, albo jeszcze coś gorszego. Trzeba jak najszybciej stąd uciec”.
Dorota zaczęła szarpać za drzwi. Zamknięte. Naciskać wszystkie możliwe przyciski w różnych kombinacjach. Włączyła „Aidę” Verdi'ego. Na jednej ze ścian pojawił się trójwymiarowy obraz biegnących po sawannie żyraf i antylop gnu. Światło zmieniło barwę z białego na wściekle różowy. Otworzył się barek z napojami i słonymi przekąskami. Całe mnóstwo różnych rzeczy się zjawiło, albo zmieniło kształt, funkcję, ale drzwi się nie otworzyły.
- Kurcze pieczone! Cholera jasna! – zaczęła kląć.
Zaczęła kopać ze złością w meble.
- Auć, auć... Jasny gwint! – wrzasnęła, gdy poczuła ból w stopie.
Nagle na głowę spadły jej koszulki, majtki, pończochy, biustonosze i szlafrok z pomponikami.
- A co to za gówno, na Swarożyca! - zdenerwowała się Dorota.
Strzepała z siebie bieliźniarskie rzeczy. Usłyszawszy dźwięk otwieranych drzwi, szybko narzuciła na siebie szlafrok z pomponikami.
- Widzę, że się rozgościłaś – powiedział Arnold. - a nawet nabałaganiłaś.
- Nie wiem, co tu się dzieje i nie chcę wiedzieć. Obiecuję milczeć, ale chcę stąd wyjść. Mam klaustrofobię i ...
- Na pewno nie masz. Przeszłaś testy.
- Kurde flaki! – przeklęła i skierowała się w kierunku drzwi.
- Nie wiedziałem, że trafiła mi się ognista dzidzia. Ale niańczyć cię, nie będę. Szkoda czasu.
Dorota krzyczała „nie jestem dzidzią”, „chcę do domu”, „Trygławie”, „Strzybogu”, „ratunku”, „zostaw mnie”. W tym czasie Arnold położył kobietę na wznak. Jedną ręką chwycił jej dłonie i przycisnął do łóżka. Drugą ręką mocno masował jej piersi. Zdecydowanym ruchem kolana rozsunął jej uda i zgwałcił.
- Masz być zawsze gotowa, gdy przyjdę. Poczytaj regulamin – rzucił na odchodne.
Dorota leżała sobie i rozmyślała „Jak mi było dobrze. To okropne. Nigdy bym siebie nie podejrzewała, że lubię przemoc i ostry seks”.
Na ścianie wyświetlił się regulamin o nazwie „Regulamin dzidź”.
Dorota nigdy nie czytała regulaminów, ale ten wyjątkowo zaczęła przeglądać – to znaczy czytać „po łebkach”. Z wytycznych wynikało, że leci na promie kosmicznym w charakterze „dzidzi”, czyli kobiety do towarzystwa. Jej zadaniem jest całodobowe siedzenie w kabinie oraz wypełnianie poleceń jej właściciela.
„A to się wpakowałam”. - myślała Dorota. - „W tym durnym regulaminie ja definiowana jestem jako „dzidzia”, a ten gwałciciel to niby „właściciel dzidzi”. Ale sobie wymyślili nazwy. Już durniejszych nie mogli. Na Świętowita. Czy żercy, czy marynarka kosmiczna – wszędzie jakieś głupawe wytyczne i ograniczenia. Jedyny plus tej idiotycznej sytuacji, że ten cały niby mój właściciel, jest szalenie pociągający”.
Później Dorota przypomniała sobie, że wpisując dane do kwestionariuszy pani Julity, chyba podpisała znajomość i akceptację jakiś regulaminów.
Niestety zwykle najistotniejsze sprawy pisane są drobnym drukiem i w zagadkowy, lekko zamotany sposób, aby podpisujący nie zorientował się na jaką minę się wpakowuje.
Często także należy zadeklarować akceptację regulaminów, których nigdy się nie widziało, ani nie czytało.
Wieczorem (w kosmosie nie ma wieczorów, ale tak się mówi z przyzwyczajenia) zjawił się Arnold.
Dorota przywitała go w erotycznym przebraniu. Założyła białe szpilki, złote pończochy, białe figi, złoty stanik, pelerynkę z białych piórek, a we włosy wplątała złote rajstopy.
- Witaj gwałcicielu z przydziału – zawołała na widok wchodzącego Arnolda.
- W coś ty się ubrałaś? Wyglądasz jak clown.
Dorocie już zachciało się płakać, bo ze trzy godziny wymyślała w co ma się ubrać.
- Nie wiesz, że zakłada się ciuchy w jednym kolorze? Rajtki we włosach?! Ściągnij natychmiast to wszystko z siebie.
- Nie będę z tobą kochać. Idź sobie stąd – powiedziała z żałością.
- Ja jestem u siebie i ja decyduję w co się będziesz bawić.
Widząc, że Dorota nie zamierza się rozbierać, Arnold podszedł do niej.
- Nie mam czasu się patyczkować – powiedział.
Szybko ściągnął jej majtki, zgiął jej ciało i brutalnie wszedł od tyłu.
Po obopólnym orgazmie, Dorota ściągnęła resztki garderoby i rozebrała Arnolda.
Przytuleni położyli się do łóżka. Nic nie mówili. Arnold nie poczuwał się do obowiązku toczenia dyskusji z personelem pomocniczym. Natomiast Dorota chciała coś powiedzieć, ale nie wiedziała co.
Po półgodzinnej relaksującej bezczynności, Arnold zaczął głaskać kobietę po ciele tak, że ona zaczęła miarowo poruszać biodrami. Wtedy wszedł w nią ponownie, a potem raz jeszcze. A w środku nocy kolejny raz.
Nad ranem Arnold znów miał ochotę. Wcisnął się w kobietę, chociaż jeszcze spała.
Kolejne dni przebiegały mniej intensywnie, czyli po dwa, trzy razy dziennie.
Dorota zakochała się w Arnoldzie.
Dlaczego? Jest teoria mówiąca, że każdy może zakochać się w każdym. Gdyby dwoje przypadkowych ludzi, kobieta i mężczyzna znaleźli się na bezludnej wyspie, najprawdopodobniej zakochaliby się w sobie. Wystarczy, że patrzyliby sobie w oczy i rozmawiali ze sobą, albo chociaż naśladowaliby wzajemnie swoje gesty.
Normalnie rozprasza ludzi obecność innych kobiet, albo mężczyzn, dlatego trudniej skupić się na jednej osobie. Dorota została zamknięta w pomieszczeniu, do którego miał dostęp tylko jeden mężczyzna.
Być może dlatego w wielu kulturach panował obyczaj, żeby ograniczyć kobiecie kontakt ze światem. Pomimo obiektywnego zła, ona jeszcze mocniej przywiązywała się do swojego oprawcy.
Mężczyznom zależy, by kobiety ich kochały, były do nich przywiązane, a często uzależnione. Na tym polega ich sukces, nazwijmy go: ewolucyjny. Im bardziej zakochana kobieta, tym mniejsze prawdopodobieństwo, że zdradzi i tym większe prawdopodobieństwo, że jej dzieci odziedziczą geny po mężu (tudzież inaczej nazwanym tyranie).
Oczywiście te procesy i zachowania najczęściej przebiegają nieświadomie.
Arnold nie zakochał się w Dorocie, ponieważ ona stanowiła tylko jeden z licznych elementów jego życia. On był ważną, decyzyjną osobą na promie kosmicznym. Większość dnia przebywał wśród ludzi, a do kabiny z Dorotą wpadał tylko, aby wyżyć się seksualnie.
Poza tym on z nią nie rozmawiał, choćby dlatego że traktował ją jak człowieka gorszej kategorii.
Któregoś razu Dorota zagadnęła:
- Czy muszę tak siedzieć w zamknięciu? Chciałabym gdzieś wyjść. Zobaczyć statek. Przecież nie ucieknę. Pozwól mi wyjść.
- Znasz regulamin. Każdy ma swoje zadania do wykonania.
- Ale ciebie nie ma całymi dniami. Wyszłabym sobie na godzinkę.
- Nie. Nie będę z tobą dyskutować – skwitował Arnold.
Różnie to bywa, ale zasadniczo jeżeli ktoś czegoś bardzo chce, to takim, czy innym sposobem będzie starał się to osiągnąć. Często lepiej pozwolić na kontrolowaną realizację pragnień.
Z czasem Dorota odgadła hasło do prywatnego komputera Arnolda. Potem zasady i częstotliwość zmiany haseł.
Z otwarciem drzwi kobiecie było ciężko, gdyż jednym z kluczy był odcisk palca Arnolda. Odcisnęła jego palec z ciastolinie i różnych innych materiałach, a potem przy pomocy robota pomocniczego oraz komputera udało się jej zrobić sztuczny palec z liniami papilarnymi Arnolda.
- Niemożliwe – westchnęła. - W końcu jestem wolna.
Wiedziała kiedy może spodziewać się wizyty mężczyzny. O dziesiątej czasu uniwersalnego zaczynała się codzienna narada. Często po niej Arnold był podirytowany, podekscytowany, intelektualnie napchany, a w każdym razie potrzebował seksualnego rozładowania. Czyli mógł przyjść między jedenastą, a trzynastą. Potem spokój do wieczora. Dorota przemyślała dokładnie wszelkie ewentualności i po trzynastej wyszła na przechadzkę.
„Jaki ogromy jest ten prom kosmiczny” - myślała snując się po korytarzach, uliczkach latającego miasta. Były tam sklepiki, restauracje, bary, teatr, balet, park palmowy, a także ogród... Na pasażu widokowym usiadła na ławce i podziwiała czerń przestrzeni kosmicznej.
Dorota zastanawiała się, co by się zdarzyło gdyby nie wróciła. Tyle tutaj zakamarków, przestrzeni...
Przed wieczorem wróciła do swojej kabiny.
Zaczęła codziennie urządzać sobie wycieczki. Początkowo bała się rozmawiać z ludźmi, ale z czasem czujność została uśpiona. Dorota dowiedziała się, że na promie żyje około dziesięciu tysięcy ludzi, a poza tym jej wizerunek zna tylko Arnold, dlatego coraz częściej wdawała się w parkowe dysputy ze staruszkami, młodzieżą, dziećmi albo ich opiekunkami.
Pewnego dnia Dorota usłyszała o konkursie na najoryginalniejszy kostium. Nagrodą był komputer z bajerami. Dziewczynie nie zależało na bajerach, ale na własnym komputerze. Nie miała własnych pieniędzy, więc komputer mogła wyłącznie wygrać. Arnold przecież twierdził, że robot pomocniczy i wyświetlacz ścienny w zupełności powinny jej wystarczyć.
Dorota wymyśliła kostium, którego podstawę stanowił szlafrok z pomponikami. Wygrała. Pech chciał, że Arnold przechodząc zobaczył na publicznym telebimie skądś znajomy szlafrok.
Wieczorem powiedział:
- Przynieś szlafrok z pomponikami.
- Nie przypominam sobie, żebym taki miała – skłamała Dorota.
- Miałaś go na sobie w pierwszym dniu.
- Nie wiem. Nie pamiętam. W każdym razie ubrania, które podarłeś, rozszarpałeś zębami, albo pociąłeś nożem... to wyrzuciłam do zsypu.
Dla Arnolda tłumaczenie kobiety brzmiało wiarygodnie. Jednak pierwotny instynkt zasugerował mu wzmożenie czujności.
Następnego dnia Arnold przyszedł do kabiny o nietypowej porze, czyli w okolicach godziny piętnastej trzydzieści. Doroty nie było.
„Jak to możliwe! Tyle zabezpieczeń” - pomyślał.
Włączył komputer. Sprawdził częstotliwość jego użycia. Po chwili wiedział już wszystko.
Po pół godzinie zjawiła się Dorota taszcząc pod pachą pudełko z komputerem. Zadowolona postawiła pudełko na stole, gdy kątem oka zobaczyła stojącego za szafą Arnolda.
- Gdzie byłaś? - Podszedł do niej i zaczął nią trząść. - Odpowiadaj!
Dorota zaczęła płakać.
- Nie rycz! Złamałaś regulamin. Wiesz, co ci za to grozi?
- Nie wiem. - Kobieta nie przestawała płakać.
- Nie wiesz, czy udajesz, że nie wiesz?
- Naprawdę nie wiem. Nie przeczytałam. Przepraszam, że wyszłam... ale tak chciałam mieć komputer i w ogóle...
- Konfiskuję ci komputer.
Ale ja go wygrałam. Czy nie mogę mieć nic swojego?
- Masz ubrania...
- Ale żadnego nie wybrałam sama. Te fikuśne gacie to nie są moje ubrania.
- Za to co zrobiłaś. Opuszczenie stanowiska traktowane jest jak dezercja. Za twoje ucieczki grozi ci śmierć.
- To zabij mnie, proszę bardzo – rozpaczała Dorota.
- Jeżeli przyrzekniesz, że nigdy więcej tego nie zrobisz. Jeżeli opowiesz dokładnie, co robiłaś i z kim się spotykałaś w czasie swoich wycieczek. Jeżeli bez narzekań zniesiesz karę, którą ci wymierzę...
- Ja ciebie kocham, a ty mnie chcesz zabijać.
- Gdybyś mnie kochała, to chociaż przestrzegałabyś regulaminu.
- Mam ciebie dość i tego durnego regulaminu, który ma ponad sto stron. Nie chcę siedzieć w tym więzieniu. Wychodzę, czy tego chcesz, czy nie. - To mówiąc Dorota ruszyła w stronę drzwi.
- Dzidzia, ty sobie na za dużo pozwalasz – syknął Arnold.
Złapał ją w pasie i przytrzymał.
- Jak dla mnie mogłabyś iść w cholerę, ale nie chcę żebyś mnie kompromitowała przed załogą.
Potem ją zgwałcił.
Czym jest gwałt w kontekście błędu paralaksy? Niewłaściwe ustawienie oka względem podziałki przyrządu pomiarowego. Wystarczy spojrzeć z dołu, albo z góry, by powstał błąd. Nie zawsze wiadomo, co to znaczy patrzeć na wprost. Jak menisk górny lub dolny przy odczytach zawartości cieczy w wąskim naczyniu.
Mimo obserwacji tego samego zjawiska w takich samych warunkach, ludzie mogą wyciągać inne wnioski.
Kobieta czasem potrzebuje poczuć, że mężczyzna nad nią panuje, że jest mocny, silny, pewny siebie, odważny. Odczuwa podświadomą satysfakcję oddania się komuś, kto jej imponuje. (Nieświadomie szuka najlepszych genów dla swojego potomstwa. Ale mniejsza z tym aspektem sprawy).
Czym innym jest szantaż, poniżanie w sensie upodlenia, brutalne rzucanie po ścianach, pobicie, albo groźba przemocy.
Do tego dochodzi kwestia nazwania pewnych zdarzeń. Niby to samo słowo, ale w innym znaczeniu.
Według niektórych nie można zgwałcić prostytutki, tak samo jak nie można zgwałcić własnej żony.
Sprawny, certyfikowany przyrząd mierniczy. Spojrzenie z boku, pod nieodpowiednim kątem... błąd paralaksy, błędny wynik. Na podstawie wyników wyciąga się kolejne wnioski. I tak dalej... Można to odnieść do wszystkiego... filozofii, teorii, ideologii.
Wystarczy pomyśleć, że wyników pomiarów są tysiące i jeszcze, że może przyrządy miernicze nie zawsze są prawidłowo wykonane. Tym samym pomimo stosowania prawideł logiki, można dojść do absurdalnych, idiotycznych, bezsensownych wniosków końcowych.
Względność. Do wszystkich mądrości i głupot zarazem, trzeba mieć dystans. Nic nie jest pewne.
Oczywiście powyższe rady - porady tyczą się własnych myśli przekonań, poglądów. Na egzaminach wszelkiego typu preferowany jest styl świętej wiary w wypowiadane słowa.
Arnold nie spał tej nocy, tylko rozmyślał. Zastanawiał się nad swoją rolą w misji. Jak na morale mieszkańców promu kosmicznego mógłby wpłynąć fakt, że jego dzidzia, pod jego nosem łamała regulamin. „Jesteśmy w kosmosie, zdani sami na siebie, a wszelka anarchia, chaos może zaprzepaścić misję. Nie mogę dopuszczać do buntu załogi, a wszelkie objawy niesubordynacji powinienem karać zgodnie z zasadami” - myślał. - „Z drugiej strony sam się skompromituję, że nie potrafiłem poradzić sobie z dzidzią, a przecież jestem jednym z przywódców. Hmmm... co tu zrobić? Żal też zabić dzidzię. Jest dobra w łóżku, a przy tym wykazała się sprytem łamiąc kody dostępu. Nie chciała niczego ukraść, zniszczyć, albo mi zaszkodzić, tylko ma wady wścibstwa i przesadnej potrzeby wolności”.
Rano spytał się kobiety:
- Dzidzia, a jak ty masz na imię?
- Dorota.
- Wierzysz w coś?
- Sama nie wiem. Wychowana byłam w kulturze Rodzimowierców Świętowita. A o co chodzi?
- Nie chcę żebyś była nieszczęśliwa.
I żyli długo i szczęśliwie.
Dorota uzyskała oficjalne prawo do posiadania komputera i spacerowania po mieście. Arnold musiał zmienić jej status z „dzidzi” na „żonę” (nie było innych, pośrednich opcji w regulaminie).
Dorota nagle przestała być postacią anonimową. Gdziekolwiek się pojawiła, każdy człowiek wiedział, czyją jest żoną. Wszak Arnold jako jeden z kierujących misją, był osobą ważną i powszechnie znaną. Chociaż mogła wszędzie pójść, czuła jakby nagle wszyscy zaczęli ją kontrolować.
Każda sytuacja, czy układ ma minusy. Najważniejsze, by plusy przeważały nad minusami.
A lot promem kosmicznym w jedną stronę trwał siedem lat...
Kopiowanie tekstów, obrazów i wszelakiej twórczości użytkowników portalu bez ich zgody, jest stanowczo zabronione.
(Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych, Dz.U. 1994 nr 24 poz. 83 z dnia 4 lutego 1994 r.).
|
|