| Ostatnie obrazki |
|
|
|
| opowieść wigilijna bez karpia - krzeszowska |
OPOWIEŚĆ WIGILIJNA BEZ KARPIA
Czarny guzik opieczętowany symbolem włoskiego projektanta, porwany swym owalem potoczył się po mahoniowej podłodze i przystanął zahamowany narastająca posturą sofy. Przerażony jej ogromem, zawstydzony, owinął się kilkakrotnie wokół siebie, jakby sprawdzając drogę odwrotu, zachwiał i po chwili namysłu uderzył zrezygnowany dwudziurkowym ciałem o ziemię.
Zenon, ściskając poły nieskazitelnie czystego płaszcza, wypluł zębate przekleństwo, które odbiło się od ścian i zginęło, wpadając w pustkę.
Mrucząc jeszcze coś niezrozumiale postawił na kuchennym blacie czerwony stożek, rocznik 1985, tuż obok długiego dwuszeregu wysokoprocentowej armii. Wprost do jego brązowych włosów, niczym do najwyżej punktowanego obszaru, celowała całym zapasem kryształowej artylerii, dostojna lampa. Dyktaturę sprawowała już ponad cztery lata, definitywnie zrzucając na drugorzędne pozycje pozostałe elementy kuchennej rzeczywistości. Z namaszczeniem emitowała liczne hordy migotliwych drgań, rozsianych żarłocznymi spękaniami na chropowatej strukturze ścian, wywaracając nimi wedle aktualnego widzi-misię, igrając i czerpiąc z tego upojną satysfakcję. Napawała zachwytem mocno zaprawionym niesmakiem- niczym caryca Katarzyna wśród pospólstwa- absolutnie nie pasowała.
Z nie kupionym karpiem i narastającą irytacją, posuwistym krokiem przeniósł się do sypialni, gdzie wysypał na śnieżnobiały grzbiet łóżka połyskliwe blaski dwóch spinek do mankietów, szlachetna kratę krawata wprost od Prady i okruszki złości, które wystrzępił, deptając ze znudzeniem płytki największej w Europie galerii. Gdy stąpał ospale pod powałą bożonarodzeniowych girland, podłużne noski lśniąco czystych mokasynów wtórowały obcasom, miarowo przyklaskują po każdym ich stuku. Majestatycznie mijały całe chmary pośpiesznych kozaczków, chwiejne zgraje wózkowych kółek, szklane fasady butików, za którymi kuszącym śpiewem olśniewających syren zawodziły różnobarwne pokusy, przywołując nieszczęśników, by ich omamić i roztrzaskać bezdusznie o zdradliwe brzegi karty debetowej. Płynąc miarowym kursem obok jednej z wysp, wypiętrzonych przez precyzyjne rzędy najnowszych wydań Joanny Chmielewskiej, z przerażeniem dostrzegły rozszalałą bryłę teczki, która, jakby porwana rykiem syczącej fali, całą swą skórzaną charyzmą wtłoczyła się między niebieskie okładki. Zaskoczone patrzyły jak symetria z jękiem rozbryzguje się w niebycie, wypluwając w przestrzeń czarno-białą zgraję zadrukowanych kartek, które na długą chwilę zawisły w przestrzeni i powoli, z wyrażną niechęcią, zaczęły opadać wirującym torem. Noski nie poznały nigdy dalszego ciągu feralnego ataku, gdyż, nie zatrzymane, pognały dalej w kierunku ciężkich szyldów z napisem Zara.
Teraz Zenon przysiadł na kraju pustego łoża, zdławiony nagle surowymi palcami ciszy, które zachłannym uściskiem rozlały mu się na szyi. Obojetnym wzrokiem spojrzał na skórzana teczkę, opartą w pionie o szafke nocną. Ciemnobrązowy uchwyt przeszyło u szczytu ledwo widoczne, podłuzne pękniecie, rokujące pojawienie się w najbliższym czasie kolejnych kilku rys.
Dolna część garnituru miękko wtłoczyła się w bawełniane prześcieradło, tworząc spore zagłębienie. Materiał, pod wpływem ciężaru, ułozył się w wielokrotne zmarszczki, promieniście biegnąc aż do kresu, wyznaczonego przez brzeg posłania, po czym załamywał się i z fantazja opadał w dół, przywodząc na myśl zwiewne firany, dotykane ostrożnie ciepłymi palcami lipcowego wiatru. Zenon, wiedziony instynktem samozachowawczym opuścił nagle łoże i dopadł cienkiej tafli najnowszej, wielocalowej chluby zakupionej w salonie Samsunga , przez chwilę usiłując sobie wmówić że warto spędzić resztę wieczoru przy 10 edycji „tańca z gwiazdami”. Patrząc jak Mucha sunie łabędzim tanem w kolejnych taktach rumby, poczuł, jak lepka maż ciszy wsiąka coraz głębiej, ustępując miejsca lodowatej stali samotności, przykładanej teraz już bezustannie do jego zgnębionego ciała.
.
Gdy Anna Mucha zbierała zasłużone dziesiątki, Zenon wybiegał w tłustą czerń nocy.
Lodowaty chłód zbawiennie owiał czoło szarpane rozbryzgami myśli. Jednak szpikulce mrozu nic nie pomogły, bo już przed oczami roztaczał mu się widok matki wyciągającej do niego na wpół przeżartą przez chorobę dłoń. Bladoszare oczy umęczonym wzrokiem patrzyły na niego błagalnie, wyrażając odwieczną wolę pogodzenia się. Obraz wyolbrzymił się, wspiął, i rozpostarł z niechcianą intensywnością, po czym rozsypał przegoniony energicznym potrząśnięciem głowy.
Zenon przetarł aksamitną dłonią mocno zarysowany kant podbródka i ruszył przed siebie.
Przed nim strumienie światła wylewały się z okien, ściekając w wielobarwnych kaskadach na popękany chodnik. Nad dachami niespodziewanie sznur fajerwerków rozplótł wielobarwny warkocz, za którym z szarym rykiem przekoziołkował spóżniony grzmot, niestosownie burząc podniosłość wieczoru. Majestatyczne cienie latarni wylegiwały wydłużone cielska, nierozważnie kładąc się na ruchliwej jezdni. Jedno z nich zdusił właśnie solidny obcas wysokiego mężczyzny z siwymi nitkami na brodzie, który pospiesznie przemierzał ulicę, ściskając z trudem olbrzymie pudło oklejone papierem w Myszkę Miki, z rubinową, samoprzylepną rozeta u szczytu. Pan, zdominowany ciągnącym go pudłem, zatoczył się niespodziewanie i z gracją walnął Zenona myszkomikowym kantem wprost pod żebro. Zażenowane oczy latarń przygasły na chwilę, słysząc soczystą lawinę przekleństw, która przetoczyła się z rumorem wzdłuż ulicy, zaś pstrokate pudło pomknęło ze zdwojoną prędkością, chowając się za rogiem z westchnieniem ulgi.
W tym czasie rozchichotana grupka iskierek mrozu, nieświadoma rozgrywającej się pod nimi sceny, przelatywała szczebiocząc wśród nagich konarów drzew. Wznosząc się zwiewnie nad domami z rozkosznie falującymi żytnimi włosami, dostrzegły Z. i olśnione jego widokiem, zanurkowały zwinnie w dół, pragnąc przypatrzyć mu się z bliska.
-Jaki on przystojny- szeptały między sobą, nieustannie chichocząc.
Jedna z nich podpłynęła miękko i szczypnęła go wprost w zaróżowiony nos, po czym, zawstydzona, schowała się za towarzyszkami, zadzierając przez nieuwagę śnieżnobiała spódniczkę. Reszta dziewcząt, zachęcona, obsiadła mu policzki i uszy, szeptając melodyjnie: pobaw się z nami, pobaw! Gładziłyby gładką skórę jeszcze długo, gdyby nie energiczne ruchy Zenona, który, niegościnnie, dał do zrozumienia że nie życzy sobie ich obecności.
Dziewczęta, urażone, odfrunęły pośpiesznie w poszukiwaniu wdzięczniejszego towarzysza.
Gdy przecinał muskularnym ciałem swojskie powietrze rynku, w kieszeni zielonej kurtki z wywijanym kołnierzem rozdżwięczała narastająca melodia Pink Floyd, po czym umilkła nagle. Podniósł do oczu czarną treść sms-a i z niesmakiem odczytał: „dlaczego jeszcze Cię nie ma? Czekamy. Brat” Nadęty bufon- pomyślał-niech najpierw przepiszą mi moją własność, a potem bawią się w sentymenty- i nacisnął przycisk wyłączający komórkę. Poczuł jak wzbiera w nim irytacja, w mózgu zaczynają pulsować nabrzmiałe krwią żyłki a przyspieszony oddech unosi się wysoko ponad ściśnięte złością oczy. I być może odczułby coś w rodzaju satysfakcji, gdyby przesunął wzrok nieco w prawo, gdzie w wystawie sklepowej
szczerzyła zęby jego własna, nieludzko wykrzywiona twarz. Leząca obok ręcznie malowana tradycyjnym wzorem lalka odchyliła drewniany kadłubek nieco do tyłu, niepewna, czy monstrualny cień nie przysunie się bliżej.
Nastroju nie poprawił mu też sielski klimat unoszący się z bożonarodzeniowej, centralno-obecnej, rozśpiewanej szopki. Wokół szarobure czapki, rozkołysane skocznymi akordami płynącymi ze sceny, poruszały się bezładnie, uszczęśliwione przyjemnym wieczorem. Budynki, na co dzień otynkowane wielodialektowym gwarem, dziś przywdziały sznury skrzących migotliwą mocą pereł i z dostojną mina, tajemniczo bawiły się grą cieni, przeobrażając się w nieznane, intrygujące budowle z nie naszych czasów. Księżyc, zwabiony hucznymi okrzykami, pochylił lekko głowę, z rozmarzeniem wsłuchując się w melodyjne melodie, nie bacząc, iż wygłodniały grafit nocy obgryzł mu już spory fragment czoła. Ze sceny hektolitrami wyciekała pozytywna energia miłości, zarażając narkotycznym płynem zgnębione odwykiem serca i być może kilka kropel spoczęło by i na Zenonie, gdyby nie okoliczność , że on, w ucieczce przed widmem matczynej dłoni, które po raz kolejny nie chciane wyłoniło się z mroków umysłu, przecinał właśnie na ukos ulicę odchodząca od rynku. Jezdnia, przypominająca pas startowy, wysadzony wieloletnimi dębami, dyscyplinowanymi do pełnienia warty przez zielona siatkę, utonęła nagle w oślepiającym pisku opon, który nuklearnym podmuchem zmiażdżył echo płynące z szopki. Trzech przypudrowanych bielą wartowników wstrzymało oddech i zatrzęsło się z trwogi pod porowatym pancerzem.
W tym czasie młody anioł, spiesząc powitać nowo narodzonego Boga, dostrzegł rozgrywającą się poniżej scenę, a że jednym, złoto-szarym okiem widział terażniejszość, drugim zaś, przeżroczysto-błękitnym, przyszłość pozaziemską, dostrzegł obraz tak niemiły, że zasmucił się głęboko pod swą promienną aureolą. Nie mogąc znieść nieprzyjemnego widoku, podniósł zwiewnie diamentowa dłoń i na ułamek sekundy oparł ją na piersi Zenona. Przez nieuwagę, włochatym skrzydłem pokrytym jeszcze młodzieńczym meszkiem, przeszył śniegowy obłok, aż potoczył się z niego biały tuman. Uśmiechając się pod spiczastym nosem, zadowolony z siebie i wyrządzonej psoty, pognał dalej.
Gdy ucichł mechaniczny turkot rozgrzanych cylindrów silnika, ślad anielskich palców, pozostawionych na Zenona sercu zaczął roztaczać przypisaną im właściwość. Pot, wywołany chwilowym wzrostem adrenaliny, nie zdążył jeszcze zaschnąć mu na plecach lepkimi szlakami, gdy nogi same skierowały się w stronę brązowej, wyznaczającej im azymut, odległej o kilka przecznic, bramy.
Gdy Zenon, napędzany balsamiczną mocą cudownej manny, gnał, rozbryzgując na boki kawały chodnikowej tafli, ciężki zakrzep, porwany nurtem krwi, oderwał się od ścian tętnicy i uderzając o przeżroczystą powłokę żył, wpłynął do tętnicy wieńcowej. Tam, ściśnięty od boku ciasnym przejściem, utkwił na dobre w lewym przedsionku mięśnia gdzie, naparty rosnącym ciśnieniem, pęknął, zamykając światło naczynia wieńcowego.
Mięsień sercowy matki, pozbawiony dopływu krwi, skurczył się boleśnie obumarłą tkanką i pozostał w tej pozie już na zawsze.
Karmazynowy wir przyciągnął ku sobie otaczający mrok i zassał w otchłań fasady kamiennic, uliczną latarnię, chodnik i brązowa bramę, po czym wykonał ostry obrót i wypluł od niechcenia pożarte ofiary. Stalowe drzwi karetki uchyliły się z prostokątnym zgrzytem, wypuszczając na zewnątrz śliskie ostrze światła. Sanitariusz czerwonym kombinezonem przysłonił wnętrze pojazdu. Nogawki spodni, zakończone u dołu odblaskowymi pasami bezpieczeństwa ułożyły się w rozkroku, w którym Zenon dostrzegł białe prześcieradło, spływające regularną falą po składanym łóżku. Fala przelała się przez zimna krągłość barierki i rozchodząc na boki odsłoniła dłoń spętaną siecią bladoniebieskich żyłek. Dłoń odwróciła się niespodziewanie na bok, a z opuszków palców potoczyło się z hukiem trzydzieści, wykutych w ołowiu łez.
Kopiowanie tekstów, obrazów i wszelakiej twórczości użytkowników portalu bez ich zgody, jest stanowczo zabronione.
(Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych, Dz.U. 1994 nr 24 poz. 83 z dnia 4 lutego 1994 r.).
|
|
|
|
|
Nie znaleziono podobnych tytułów.
|
|
|
|
 |
dnia luty 08 2010 10:56:29
zahamowany narastająca posturą sofy
narastającą
gdyż, nie zatrzymane,
niezatrzymane
przysiadł na kraju pustego łoża
skraju
resztę wieczoru przy 10 edycji „tańca z gwiazdami”.
tak to nie, liczebniki zapisujemy literami, a tytuły wielką literą
Gdy Anna Mucha zbierała zasłużone dziesiątki,
polemizowałabym, czy w pełni zasłużone ale nie o tym jest tekst...
do niego na wpół przeżartą przez chorobę dłoń. Bladoszare oczy umęczonym wzrokiem patrzyły na niego
pogrubiłam powtórki
wystawie sklepowej
szczerzyła zęby jego
przeskok do drugiego wersu zbędny
odwróciła się niespodziewanie na bok, a z opuszków palców potoczyło się
2 razy się
Ehe... trudno mi ogarnąć to opowiadanie. Styl świetny, oryginalny, ale jakiś ciężkawy. Jak da mnie za szczegółowe to wszystko, za dużo słów, za mało treści w tym wszystkim, za mało emocji. Całość pozostaje politurowo sucha, beznamiętnie daleka, a ja lubię jak mnie wzrusza...
Niemniej tekst warty przeczytania.
Pozdrawiam. |
 |
dnia luty 08 2010 12:40:38
tekst dosc trudny, albo znow wylazi ze mnie poniedzialek - poczatek tygodnia ciazy zawsze moin neuronom. udalo jednak mi sie wychwycic kilka ladnych obrazkow biednego guzika u nog sofy, marszczacego sie garnituru, dwuokiego aniola, mroznej atmosfery wigilii odbitej w szklanych witrynach, etc. duzo poezji, ale chyba bede musiala podejsc do tego tekstu jeszcze raz i nie dzis. |
 |
dnia luty 08 2010 17:18:58
Elwiro! Dziękuję za uwagi, przyjmuję je z najwyższą pokorą. Rzeczywiście, mogłam rzetelniej zaprezentować postać głównego bohatera, wgryżć się lepiej w jego psychikę, jednak z uwagi na to, iż jest to mój drugi swobodny tekst w życiu (mam na myśli twórczość własną) wolałam raczej przedstawić rys ogólny i sprawdzić co z tego wyjdzie  |
 |
dnia luty 09 2010 09:37:43
Styl i metafory bardziej do poezji niż prozy pasujące. Gdyby tak trochę nad tym popracować, mógłby być z tego całkiem grzeczny poemacik. Daję dobry i + w pamięci. |
 |
dnia luty 09 2010 09:41:54
krzeszowska, jeśli drugi, to nie ustawaj Musisz uchwycić równowagę między opisami a dzianiem, obrazami a emocjami i wtedy będzie świetnie, bo chociaż ten styl nie należy do łatwych i lekkich, to ma niezaprzeczalny urok.  |
 |
dnia luty 09 2010 20:59:15
jak dla mnie to za kwieciście i chyba o niczym z pewną dozą nieśmiałości przyznam się, że się zgubiłem |
 |
dnia luty 10 2010 13:39:10
Ojej, Rackhamie, tekst porusza kilka ważnych problemów, przede wszystkim: samotność, zawiść - tak daleko posuniętą, że doprowadza do długotrwałego skłócenia syna z matką (z inicjatywy syna) i na tyle głęboką, że nawet świadomość rychłej śmierci rodzicielki nie jest w stanie położyć jej kres, konsumpcyjny tryb życia i znieczulenie na otaczający świat. |
|
|
|
|
|
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.
|
|
|
|