FINGERDRUCK: Po lśniącym od pierwszego brzasku bruku sunie ospale stara dorożka. Ciągnie ją zmęczony kary koń, ma spuszczony łeb, prawie szoruje chrapami po ziemi, a przekrwione ślepia rzucają apatyczne spojrzenie. Kopyta ślizgają się po oblodzonych kamieniach. Usiłuje wdrapać się na stromą Große Berggasse. Dorożkarz owinięty w kosmatą derkę leniwie popędza zwierze, przymykając raz po raz powieki.
Pasażerowie: dwóch niemłodych mężczyzn, ubranych w ciepłe płaszcze, z melonikami na głowie, siedzą naprzeciw siebie z zaciętym wyrazem twarzy. Podskakując na każdym wyboju, rzucają sobie gniewne spojrzenia, jakby winiąc siebie nawzajem za niewygody i niedostatki podróży. Jeden z nich: to Sędzia śledczy wydziału IV policji kryminalnej Horst Gruber, drugi to Franz Fiszer jego asystent. Na koźle, obok woźnicy siedzi trzeci podróżny, ubrany wytarty surdut, owinięty szalem nieokreślonej barwy oraz wciśniętym na blond czuprynę sfatygowanym cylindrem. Trzęsąc się i szczękając z zimna zębami, kręci się na siedzisku wyraźnie czymś podekscytowany, swą nadpobudliwością wprawia w niezadowolenie właściciela pojazdu, który usiłuje uciąć sobie drzemkę, wiedząc, iż koń obrawszy raz kierunek nie zmyli drogi.
Fiakier zbliża się do łuku ulicy. Przy kamienicy stojącej nieopodal, młody człowiek dostrzega grupkę ludzi, a wśród nich górujących wzrostem nad resztą, dwóch żandarmów starających się nie dopuścić gapiów do wnętrza budynku.
- To tu! - krzyczy ze słowiańskim akcentem i zeskakuje z kozła – Panie sędzio tu jest numer 17-sty! – sięga ręką po ciężką torbę leżącą u stóp woźnicy i idzie w tłum krzycząc głośno, by ustąpili drogi panu sędziemu. Pan Gruber gramoli się z pojazdu, teraz widać, że ten urzędnik państwowy ma pokaźne brzuszysko, idąc, sapie głośno, niczym zziajany pies. Za nim drepcze jego totumfacki, niepokaźny mężczyzna o wiecznie uniżonej postawie i spojrzeniu. Wchodzą w głąb klatki, jest tu szarawo, zapach prania i gotowanej kapusty wciska się w nozdrza, czuć wszechobecną wilgoć okrywającą białym nalotem dolne partie ścian. Usłużny młody człowiek prowadzi mężczyzn do otwartych drzwi mieszkania z którego bije słabe światło lampy gazowej.
Lokal mieszkalny składa się z dwóch skromnie umeblowanych izb. W kuchni panuje bałagan, jakby zagniewany mąż w jakimś niesamowitym paroksyzmie szału porozrzucał wszelkie sprzęty. W drugim pomieszczeniu leży ona: Jej obnażone ciało błyszczy nieprzyzwoicie. Biała skóra jest utytłana wypływającą z licznych ran czerwienią. Smukłe, rozrzucone na boki nogi ukazują sekretne miejsce kobiety, rażąc przybyłych niezamierzonym bezwstydem. Twarz, przekrzywioną na bok, zasłania fala blond włosów, dając do zrozumienia patrzącym, iż wstydzi się, za to, co muszą oglądać.
Fiszer odwraca ze wstrętem głowę, jest purytaninem, i widok nagiej kobiety wprawia go w święte oburzenie.
- Dajcie tu więcej światła! – gardłowym głosem krzyczy sędzia w głąb korytarza. Po chwili ktoś wnosi lampy, ktoś inny podkręca światło gazowego oświetlenia w pokoju. Widok jaki ukazuje się obecnym nie jest zbyt przyjemny. Wszystko unurzane we krwi: ściany, drewniana podłoga, szara pościel; siennik w miejscu dotknięcia, niczym nasiąknięta gąbka, wypełnia się krwawym płynem.
Horst Gruber pochyla się nad ofiarą, przygląda się jej z bliska; rzuca okiem na toporne dłonie z połamanymi i brudnymi paznokciami. Ołówkiem, wyciągniętym z kieszonki, odgarnia włosy z twarzy. Na sędziego łypie martwym, z odbiciem przerażenia w oku, młoda, może szesnastoletnia dziewczyna o przeciętnej urodzie.
- Panie Fiszer, przesłuchaj pan mieszkańców kamienicy - Franz stoi w progu wejściowym i nie ma odwagi wrócić w przeklęte miejsce. Sędzia musi podnieść głos, by jego asystent dosłyszał polecenie – może coś widzieli!.
Gruber, ciężko sapiąc, wraca do badania zwłok; jego obrzmiała twarz wydaje się wyzbyta z wszelkich uczuć, wzrok jest obojętny, jakby przyglądał się martwej naturze, a nie zwłokom kobiety.
Młody człowiek w surducie ostrożnie snuje się po całym pokoju, wypatrując, przy pomocy szkła powiększającego, sobie tylko wiadomych znaków.
Na miejscu zbrodni jest jeszcze ktoś. Mężczyzna. Elegant ubrany na styl przywieziony zza oceanu: W jednorzędowy paddock, na głowie przekrzywiony lśniący cylinder, w ręku czarna laska zakończoną głową lwa, na której teraz, z wysiłkiem się podpiera. Jest podenerwowany i blady jak pergamin, na cienkim nastroszonym wąsiku perlą się krople wilgoci. Stara się nie patrzyć na ciało kobiety, lecz jakaś tajemnicza siła bijąca z tego miejsca przyciąga jego wzrok. Stoi w cieniu, wiec pozostaje dla reszty niezauważony.
Nagle z miejsca gdzie leży wywrócony stolik dochodzi trzask migawki, oraz błysk jasnego światła. Młody człowiek z uśmiechem zadowolenie odwraca się w stronę sędziego i już otwiera usta, gdy uśmiech zastyga mu na twarzy. Horst Gruber z twarzą wykrzywioną oburzeniem i z zaciśniętym powiekami wydziera się.
- Czyś ty młody człowieku zwariował, chcesz, żebym oślepł?! Cóż to za dowcipy się ciebie trzymają
- Przepraszam panie sędzio - przepraszająco w głosie, ale nie w postawie młody człowiek tłumaczy – nie chciałem nic złego… znalazłem ślad
- pal licho twój ślad, - otwiera trwożliwie jedno oko, potem drugie – ja mogłem wzrok stracić. Na cóż nam się twój ślad przyda, co? – śmieje się kpiąco – zbrodniarza zaraz nam tu złapiesz, co? – teraz już śmieje się pełną gębą – słyszałeś Franz? Jakiego tu mamy detektywa, cha, cha, cha….
- Ależ to może pomóc, panie sędzio…
- Dajże mi spokój Dobrowolsky. Z wami Polakami, zawsze tak jest… fantaści… myśliciele… ale do prawdziwej roboty to nikogo – macha poniżająco ręką – badaj ty sobie te ślady… jak ci burmistrz pozwolił. Ale nam nie przeszkadzaj – Z poważną miną, grozi grubym, jak serdelek, palcem. Odwraca się, chcąc odejść, gdy Dobrowolski woła.
- Panie sędzio… a mogę pana prosić o odciski pana palców?
- Tego młokosie już za wiele! – wrzeszczy - ile jeszcze razy będziesz smolił mi palce, łachudro jeden. Potem trzy dni nie mogę ich domyć… wyglądam jakby jakie choróbsko mnie dopadło… dajże mi spokój – młody człowiek spuszcza głowę w geście pokory, jak wydaje się Gruberowi, lecz na jego twarzy błąka się kpiący uśmieszek, czego sędzia już nie zauważa, opuszczając miejsce zbrodni.
Dobrowolski rzuca ostatnie spojrzenie po pokoju, gdy jego wzrok dostrzega jakiś ruch za drzwiami ukrytymi w mroku.
- Ktoś ty? – pyta ostrym zaczepny głosem – cień porusza się, wchodzi w krąg chybotliwego światła. Mężczyzna ma koło trzydziestki, twarz przystojną, jest wysoki. W oczach Dobrowolski dostrzega przerażenie. „Ale go wzięło” – myśli patrząc na kredowobiałą twarz przybysza –„ wygląda na kogoś z arystokracji”.
- Jestem Józef Dobrowolski, wielmożny panie, zbieram ślady przestępstwa – uniżonym głosem przedstawia się, czujnie obserwując mężczyznę, który trochę uspokojony kiwa ze zrozumieniem głową. – A wielmożny pan co tu robi? To niedobre miejsce dla takiego człowieka jak pan… - uśmiecha się zachęcająco
- Ja, nic – głos ma cichy, zachrypnięty jak od płaczu – ja przez przypadek, ja, ja już sobie idę… - rusza do wyjścia gdy twardy głos Józefa zatrzymuje go.
- Chwileczkę, panie! - Dobrowolski robi dwa susy i staje przy wychodzącym – Wielmożny pan pozwoli – patrzy w jego twarz – wezmę od pana pański odcisk palców, dobrze?
- synu, a po co to? Ja nie mam z tym wszystkim – zakreśla ręką kolo – nic wspólnego – jego głos drży
- Wiem panie – uśmiecha się szczerze – ale biorę wszystkich którzy byli w tym domu… tak na wszelki wypadek – znów szeroki uśmiech – aby nie pomylić z prawdziwym sprawcą.
- Jak wielmożny pan się nazywa? – pyta, gdy zanurza palce tajemniczego mężczyzny w drukarskiej farbie, poczym odciska ślad na kartoniku. Z oddali dochodzi gromkie polecenie sędziego, by zabrać ciało - No, jakie mam wpisać na karcie nazwisko, panie
- Baron von Ludov, chłopcze – umazaną dłonią tarmosi włosy Józefa, powalając je czarnymi plamami – Baron Ludwig von Ludov. – Baron pospiesznie opuszcza mieszkanie przy Große Berggasse nr 17. Józef Dobrowolski dostrzega jeszcze poplamioną nogawkę spodni odchodzącego, chce mu o tym powiedzieć, ale ten już jest na zewnątrz kamienicy, spiesznie odchodzi brukowaną ulicą w dół, o mało co nie wpada pod furmankę wiozącą mleko do niedalekiej mleczarni.
Józef Dobrowolski idzie w ślady barona; Kwietniowe słoneczko delikatnie przygrzewa. Po porannych przymrozkach nie ma śladu. Młody Polak schodząc w dół, podziwia panoramę miasta: daleką wieże ratusza ,potężną bryłę kościoła NMP, a na pierwszym planie wał obronny i bramę Wyżynną. Minął już czas gdy, stojąc na zwodzonym moście, zachwycał się, w niedzielne popołudnia, łyżwiarzami ślizgającymi się na zamarzniętej fosie, teraz leniwy prąd zielonkawej wody unosi uwolnione z lodu jesienne liście i zerwane przez zimowe wichry gałązki.
Mija wóz z bańkami, pod który, o mały włos, wpadłby Ludov; Mocarny chłop wnosi konwie pełne mleka do mleczarni mieszczącej się w narożnym budynku.
Józef polubił miasto, w którym przebywa od niedawna, raptem pół roku. Wszystko było dla niego nowe: świat niepodobny do innych, secesyjne kamieniczki, obok starych wysłużonych domów szachulcowych, mnóstwo ponurych koszar; Wielokulturowość w Danzig odciska swe piętno na historii miasta, odczuwa się i słyszy to na każdym kroku. Tu, ktoś mówi po holendersku, gardłowe słowa niemieckie przeplatają się z polskim świszczeniem. Słychać żydowski jidysz i kaszubskie okrzyki rybaków zachwalających świeże ryby na targu, na budynkach wielojęzyczne szyldy powiadamiają, że są to delikatesy Franza Holza, a ten sklep kolonialny należy do Ibrahima Piotrowskiego.
Dobrowolski stukając obcasami po drewnianym moście, przechodzi przez bramę. Pogwizduje cicho. Jest zadowolony z dzisiejszego poranka, choć nie podważa jego makabryczności - obraz martwej kobiety nie utkwił mu pod powiekami. Jego myśli krążą wokół odcisku. Udało mu się utrwalić na kliszy, pierwszy raz, od czasu gdy bada ślady palców na miejscu przestępstwa tak piękny okaz. Uśmiecha się do siebie. Czuje się niczym Darwin w dalekich krainach trafiający na dowód teorii ewolucji. Wreszcie będzie mógł przedstawić wyniki swojej pracy naczelnikowi. Wie, że człowiek ten, nie darzy go sympatią, czeka tylko, by mu się noga powinęła. Teraz wystarczy tylko porównać odcisk z kolekcją, którą zebrał w czasie swojej mozolnej pracy na odwachach i we wieży więziennej, a zbrodniarz będzie ujęty.
Na Kohlenmarket dorożki czekają na klientów, konie dostojnie przeżuwają obrok z worków założonych na łby. Na ulicę Długą wjeżdża leniwie konny tramwaj. Przy Synagodze kręcą się Żydzi ubrani w chałaty , rozmawiają żywo gestykulując. Robotnicy kończą układać kostkę brukową, której pokaźny stosik usypany jest niedaleko wejścia do Prezydium Policji. Żandarm stojący niedaleko Dworu Miejskiego obserwuje czujnym spojrzeniem wchodzącego do budynku policji Dobrowolskiego.
W ponurym wnętrzu korytarza, wita go woźny z krzywym uniżonym uśmiechem.
– „on też mnie nie szanuję” – przemyka mu przez myśl, gdy wbiega szerokimi schodami na ostatnie piętro budynku, gdzie naczelnik przydzielił mu małe ciemne pomieszczenie oświetlone małą lukarną. Wchodzi do środka, zapala świece, jest to jedyne źródło światła, oprócz małego okienka. Wynalazek elektryczności nie dotarł jeszcze do pokoiku na poddaszu, mimo, że inni w tym budynku cieszą się z patentu Thomasa Edisona już od jakiegoś czasu.
Józef rozkłada naczynia, przygotowuje odczynniki, zasłania okno ciemną tekturą, gasi świece, z aparatu wyciąga kasetę…
Po paru godzinach mrówczej pracy, siada na krzywym krześle. Bolą go plecy od ciągłego pochylania się nad szufladkami wypełnionymi fiszkami. Jego zmęczone oczy rzucają przekrwione, niezadowolone spojrzenie na ciemne wnętrze pokoju. Mimo wzorcowego odcisku kciuka, Dobrowolski nie znajduje w swoich kartotekach identycznego okazu.
Z szuflady biurka wyciąga zniszczone od wielokrotnego czytania czasopismo „ Nature” otwiera na artykule Henry’ego Faulds’a odczytuje po raz kolejny słowa szkockiego lekarza. Jego angielski pozostawia wiele do życzenia, jednak tekst ten, przetłumaczony z pomocą przyjaciół na Lipskiej uczelni stał się jego inspiracja, motorem wszelkich działań. Zawsze gdy ma problem wraca do słów doktora Faulds’a opisującego swoją przygodę z daktyloskopią w Japonii.
Znowu nie ma nic dla przełożonego. Odcisk bez nazwiska jest niczym. Już słyszy szyderczy śmiech, widzi rozdziawioną z uciechy gębę naczelnika i palec wskazujący drzwi wyjściowe z gabinetu. Jak długo jeszcze burmistrz nie ulegnie podszeptom jego wrogów: tłustemu Gruberowi, naczelnikowi Schenk, i Mauerowi, zawistnemu safandule, prowadzącego identyfikacje przestępców na podstawie pomiarów ciała. Józef ma większe powody by być zazdrosnym – To Joachim Mauer ma własny biuro na półpiętrze, elektryczność, paru młokosów do pomocy. A on, jest otoczony zgrają ignorantów, co najwyżej nieżyczliwe obojętnych dla jego innowacyjnych metod. Podnosi się z krzesła, nie może się wyprostować, sufit jest zbyt nisko, niezdarnie przeciąga się. Wieża ratuszowa wybija drugą po południu. Otwiera okno, świeży powiew powietrza wietrzy pokoik z kwaśnego odoru chemicznych odczynników. Dobrowolski staje w przeciągu jaki powstaje dzięki szerokim szparom w drzwiach. Oddycha głęboko. Słucha miejskiego gwaru który tu, na górę, dochodzi w postaci przytłumionych dźwięków, jakby z zaświatów Myśli o pracy jaką włożył w utworzenie swojej kartoteki, a co dzisiaj uświadomił sobie, jest niewystarczająca. Wciąż za mało ma czarnych drobnych kreseczek odbitych na szarym kartoniku. Nie wszyscy przestępcy w Danzig są spisani. Przez głowę przebiega mu niepokojąca myśl – a jeśli ta bestia nie jest z Gdańska…
- całe moje wysiłki pójdą na marne.
- Cóż znowu pójdzie na marne, drogi przyjacielu – do pokoju, niezauważony przez zamyślonego gospodarza wchodzi młody mężczyzna o figlarnym spojrzeniu niebieskich oczu, zaczesaną grzywką zasłaniającą początki łysiny i sumiastym rudym wąsem. – szajze – zaklął gdy jego głowa trafi w krokiew podtrzymującą powałę –zawsze zapominam, że tu jest jak w króliczej norze – osuwa się na krzesło, rozcierając guza na czole – Josef, jak ty możesz pracować w tej norze? Muszę powiedzieć papciowi, jak traktuje się jego protegowanego, do kroćset zepsutych panienek.
- Bruno, daj spokój… trzymaj się od tego z daleka… bez tego mam kłopoty….
- Jaki kłopoty, przyjacielu! – grzmi tubalnym głosem przybyły - nie wiesz, że jak obrażają podopiecznego burmistrza to tak jakby obrażali samego Albrechta Bruno Hanemanna!
- Uspokój się – ściszonym głosem prosi Dobrowolski – nikt mnie tu nie lubi, i tylko dzięki wstawiennictwu twojego ojca jestem tu – i dodaje ze smutkiem – nie wiem jak długo jeszcze.
- Josef, głowa do góry, przedstawisz mojemu papie wyniki swojej pracy – uśmiecha się szeroko – i to ty będziesz się śmiał ostatni – Twarz Józefa posmutniała, kręci zrezygnowany głową – ano właśnie…
- Nie masz nic? – latorośl burmistrza robi zaskoczoną minę – to nie możliwe?! Co rusz wyjeżdżasz, oglądać jakieś trupy… i nic . Czy aby na pewno ta twoja metoda jest tak rewelacyjna jak przedstawiłeś mojemu staremu? – niebieskie oczy pełne zwątpienia spoglądają na niego.
Dobrowolski spuszcza wzrok, staje plecami do towarzysza i chłonąc świeże powietrze płynące z otwartego okienka, odpowiada cicho
– Bruno, wątpisz we mnie?
- Nie, drogi przyjacielu – odpowiedź jest szybka, zabarwiona śmiechem – wierzę ci. I jeśli potrzebujesz czasu to mój ojciec na pewno przychyli się do naszej prośby – śmieje się życzliwie – komu jak komu, ale człowiekowi dzięki któremu synek burmistrza zaliczył te przeklęte studia pan Hanemann nie będzie potrafił odmówić. – wstaje – teraz dość smęcenia. Idziemy coś przekąsić. Bo jak znam ciebie, drogi Josefie to od wczoraj nie miałeś nic w ustach. Zgadza się? – patrzy na niego z uśmiechem.
- Zaczekaj poukładam bałagan i zaraz idę… trafiłeś w sedno… nie jadłem od wczorajszego popołudnia – zaśmiał się krótkim niewesołym rechotem.
Józef Dobrowolski staranie układa szufladki w sosnowej komodzie zrobionej na zamówienie, według własnego projektu i za prywatne fundusze. Aparat fotograficzny Rolleicord pieczołowicie otula miękką tkaniną i wkłada do szafki zamykanej na klucz. Z torby wyciąga jeszcze blaszany pojemnik z farbą drukarską.
- Pospiesz się! – woła zniecierpliwiony Hanemann – potem to uporządkujesz
- Bruno jeszcze chwilkę, – Mężczyzna stoi w drzwiach, rzuca niecierpliwe spojrzenie na przyjaciela, laską wściekle wystukuje rytm Kankana. Kręci głową z niezadowolenia, mruczy pod nosem przekleństwa, które jednak nie docierają do adresata pochłoniętego analizowaniem linii papilarnych ze zdjęcia zrobionego na Große Berggasse, ma niejasne wrażenie, że gdzieś już spotkał podobny rys: haczyk w górnej części i ten zabawny pajączek na trzech nogach.
- Człowieku, możesz się pospieszyć, z głodu żołądek mi do krzyża przyrasta, a ty cały czas swoje. Jutro też jest dzień… - Dobrowolski z coraz większą nieporadnością szuka odpowiedniej przegródki, poczym, widząc spojrzenie przyjaciela rzuca zdjęcie na komodę, z myślą: „potem uporządkuje”. Sięga, po zawieszony na oparci krzesła, surdut i z przepraszającym uśmiechem wychodzi za Hanemannem.
Idą długim ciemnym korytarzem, są w bocznym skrzydle prezydium policji, chcąc opuścić budynek muszą dostać się do głównego holu . Ich kroki odbijają się echem od sklepienia. Bruna zdecydowanie i pewnie, jakby wszędzie był u siebie. Dobrowolskiego odwrotnie: są cichsze ukrywają się w wszędobylskim hałasie czynionym przez nogi przyjaciela.


Kopiowanie tekstów, obrazów i wszelakiej twórczości użytkowników portalu bez ich zgody, jest stanowczo zabronione. (Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych, Dz.U. 1994 nr 24 poz. 83 z dnia 4 lutego 1994 r.).