Gimanie - DamianMorfeusz
A A A

Gniewały się.
Została na kolacji. Wstawiłem makaron, usmażyłem mięso i przygotowałem sos. Mieszałem składniki, zasłuchany w melodyjny głos dziewczyny. Marta siedziała ze szklaneczką wina w lewej ręce; prawą gestykulowała, opowiadając o swoim psie, małym buldogu francuskim.
- Taki malutki, słodki po prostu. A jaką ma mordkę! - Mordkę ma jakby przywalił w ścianę rozpędzając się z drugiego pokoju - pomyślałem. I chrumka. Te małe cholery nie szczekają, tylko chrumkają. - Wracam do domku, a Todi łasi się do pańci, nadstawia główkę do głaskania. - Marta przesuwa dłonią w powietrzu, jakby głaskała psa. - Jest rozkoszny! I przyjdzie na dobranoc dać buziaka, przytulić się; uwielbiam go.
Odcedzam makaron, usiłując wyrzucić z głowy wizję Marty całującej się z psem. Ten jej Todi przypomina świnkę wietnamską - może od razu dać jej wielkiego knura do polizania? Brr! - wstrząsnąłem się w duchu, trąc ser do miseczki. Stawiam talerz przed Martą, przyglądając się pełnym ustom i oczom czarnym jak węgielki. Ma ciemne włosy; kręcą się jej delikatnie - nie wiem, czy naturalnie, czy rano bawiła się wałkami.
- Smacznego - mówię, siadając naprzeciwko. Stukamy się szklankami.
Gniewają się. Wiesz o tym, że się gniewają. Słyszysz ich gniew.
- Co to było? - Marta podniosła głowę znad talerza. Ma sos pomidorowy w kącikach ust. Przenosi wzrok ze ściany na sufit. Chrobot cichnie, po chwili ustaje zupełnie. - Masz tu myszy?
- Nic mi o tym nie wiadomo - rzuciłem z uśmiechem. - Raczej mało prawdopodobne. To stary dom, czasem słychać takie dźwięki. Jak to się nazywa? Dom "pracuje" cały czas, a im starszy, tym głośniej trzeszczy. Jak z ludźmi: w stawach skrzypi, w krzyżu strzyka.
- W starych domach są myszy - mówi Marta rzeczowym tonem, celując we mnie widelcem. - Todi nienawidzi myszy. Poluje na nie.
Przywieź tu tego kundla - myślę. Mam ochotę go zastrzelić, najzwyczajniej w świecie wziąć strzelbę, wycelować w krzywy pysk i nacisnąć spust. Truchło psa kopnąć pod kanapę, a Martę ucałować na przywitanie.
Szszszszszszsz. Wiesz, jak to się skończy. Wiesz, że tak nie można.
Jemy w milczeniu. Wyobrażam sobie małego, czarnego buldoga francuskiego, wiszącego na sznurku od bielizny, dyndającego łapkami w pośmiertnych konwulsjach; z pyska toczy mu się piana, oczy wychodzą na wierzch. Z przygryzionego języka ścieka krew. Uśmiechnąłem się do swoich myśli. Marta odwzajemnia uśmiech.
O czym ona myśli? - zastanawiałem się, obserwując jej smukłe palce, operujące widelcem. Dłonie są fascynujące. Wiele mówią o człowieku. Dłonie Marty przesiąkły zapachem psiej sierści. Założyłbym się o porcję spaghetti, że myśli o Todim. Zamartwiała się o niego na każdym kroku. "O, jak mój drobiazg się ślini! Nie jest mu za zimno? Nie za ciepło? O, mój kochanieńki zrobił rzadką kupkę! O, moje kochanie ma zatwardzenie! Todi, chcesz do łóżeczka?" Spędziłem u niej w domu trzy weekendy. I starczy. Mieszkała z kumpelą, Todim i wyłysiałym kotem-dachowcem. Nie lubię zwierząt. Brr!
Ona nie może tutaj zostać. Znowu będzie to samo. Nie może!
- Cieszę się, że zgodziłaś się spędzić weekend u mnie. - Wycieram usta serwetką, obserwując bladą dłoń Marty, obejmującą szklankę z czerwonym wermutem. Lubię ziołowe wino: jest słodkie, ale z przyjemną goryczką. Absolutnie nie pasuje do spaghetti; powinienem podać wytrawne lub półwytrawne, ale mam to gdzieś. Każdy pije to co lubi - mawiał ojciec przy winie na spirytusie za pięć złotych. Biedny staruszek, wyniszczył tym ścierwem żołądek i wątrobę. Doczekał się przymusowej abstynencji - ledwo przełyka herbatę, co tu mówić o alkoholu.
- Przyda nam się mała odmiana. - Uśmiechnęła się, unosząc dłoń z winem. Nalałem w półprzezroczyste szklanki, których na co dzień używam do soków. I do coli, napojów, alkoholu, do wszystkiego. To nie restauracja, tylko dom na wsi. - Mam nadzieję, że u Todiego wszystko dobrze... - Zrobiła smutną minę.
Jasna cholera, szlag by go! - pomyślałem, a głośno: - Ewa na pewno się nim zajmie, przecież Todi jest dzielnym psiakiem.
- Tak, masz rację! - Rozpromieniła się Marta i dopiła wino.
- Ja pozmywam, kochanie, a Ty poczekaj w pokoju, dobrze? Małe pięć minut. - Puściłem do niej oczko. Marta wstała i objęła mnie za szyję; pocałowała w usta. Smakowała słodkimi ziołami i sosem do spaghetti. Czułem zapach oregano, wymieszany z jej perfumami. - Mmm! - mruknąłem. - Dwie minutki.
- Czekam - Odwróciła się i kusząco zakręciła biodrami. Uwielbiam kobiety z dużymi pupami; nie wielkie maciory, którym tłuszcz wylewa się spod majtek, zza spodni, cieknie nogawkami, brr! nie znoszę tłuścielców. Szerokie biodra, mocny tyłek, taki, na którym miękko się leży - podniecały mnie od zawsze. Marta miała szczupły brzuszek, piersi idealnie pasujące do moich dłoni, i krągłą pupcię, którą uwielbiałem uwalniać z niewygody majtek.
I tak, i tak, i tak, i tak, i tak...
Wszedłem po schodach na górę. Porozkładane przed kolacją świeczki - na stoliku i wokół łóżka - dawały przyjemny blask. Pokój sprawiał wrażenie ciepłego i przytulnego. A Marta, w czarnej bieliźnie, leżąca na plecach i wyciągająca do mnie ręce - wyglądała kusząco. Podszedłem do łóżka, ściągając koszulę. W czarnych oczach dziewczyny odbijał się blask płomieni.
Szszszszsz.

Była szósta rano. Przegnałem już trójkę. Jeden siedział na szyi, drugi macał po powiekach, a trzeci szarpał za skręconego włosa, jakby to była sprężynka do zabawy. Teraz czaiły się gdzieś za meblami i czekały, aż zasnę. Aż dziwne, że w nocy nie odwaliły żadnego numeru. Może te małe cholery spały? Tuliłem Martę tak mocno, jak się dało, prawie na niej leżałem. - Udusisz mnie! - śmiała się przed zaśnięciem.
- A kysz! - Próbowałem strącić jednego z kołdry. Wspinał się dzielnie w naszym kierunku; machnąłem ręką i sturlał się na podłogę. Zerknąłem na zegar stojący na stole: kwadrans po siódmej. Wysunąłem się spod kołdry, tak, żeby nie odkryć Marty, i zszedłem na dół. Kawa. Tego mi trzeba!
Mieszkałem w tym domu pięć lat, sam jak palec. No, prawie sam. Po śmierci matki pod koniec września dwa tysiące trzeciego, sprzedałem mieszkanie i wprowadziłem się do domu wujka Tadeusza. Tadek krążył po świecie, rysując krajobrazy i wydając pieniądze wygrane na wyścigach koni. O ile żył jeszcze; uwielbiał ryzyko, hazard i kobiety. - Może leży gdzieś z nożem w nerce i nigdy nie wróci? - mruknąłem, mieszając kawę. Uwielbiam słodką kawę; bez cukru jest dla mnie za gorzka. Trzy, cztery łyżeczki - i mogę ją przełknąć.
Musiałem wracać na górę; już i tak dałem im za dużo czasu. Małe cholery na pewno coś kombinowały. No tak...
Marta leżała na plecach z lekko uchylonymi ustami. Oddychała spokojnie, oczy miała zamknięte. W niedzielę lubiła spać do południa, zwłaszcza kiedy sobotni wieczór w łóżku przedłużał się do późnych godzin nocnych. Bez makijażu wyglądała ładnie. To podobno dobry znak, jeśli nad ranem dziewczyna nadal podoba się facetowi.
Już zabrały się do roboty. Ile mogą mieć te cholery? Z siedem, góra dziesięć centymetrów wzrostu, nie więcej. Miniaturki ludzi, ubrane w śmieszne kubraczki. Ten z czarną czupryną siedział ze skrzyżowanymi nogami na klatce piersiowej Marty. Trzech innych próbowało przywiązać do stolika jej wystającą spod kołdry nogę. - Już wiem, gdzie podziała się szpulka nici z kuchni - mruknąłem, odstawiając kawę na stolik. One naprawdę myślały, że unieruchomią ją w ten sposób? Chciały zatrzymać człowieka, który miał dłonie dłuższe od nich? Jedno pacnięcie i powinny leżeć martwe. Jedno szarpnięcie i nitki się zerwą. Marta strąci szary kształt z piersi, myśląc, że to mysz. Przetrąci mu kark; lekko spiczaste uszy obrócą się razem z głową o sto osiemdziesiąt stopni. Z ust pocieknie krew, ciałko złamie się jak zapałka, upadając na podłogę.
Tak, byłem pewien, że ją unieruchomią tą cholerną granatową nitką, ukradzioną z kuchni. Choćby się obudziła i szarpała nogą, wierzgała i próbowała się uwolnić - nie da rady. Zaczęłaby krzyczeć, ale ten z czarnymi włosami zatkałby jej usta kawałkiem szmaty. Do tego czasu miałaby spętane nicią ręce, całe ciało poznaczone krzyżującymi się granatowymi krechami, i nie mogłaby wykonać żadnego gwałtownego ruchu.
- Spadajcie! - Machałem dłonią jak wiatrakiem, odpędzając paskudy od dziewczyny. Przeciąłem nożyczkami nitki przy stopie i rękach (już się za nie zabrali, szybkie skurkowańce) i skontrolowałem resztę ciała. Nigdy nie wiadomo, co jeszcze wymyśliły.
- Dzień dobry! - Otworzyła oczy na moment, uśmiechnęła się i objęła mnie za szyję. Czułem kwaskowaty zapach potu i nagrzanej kołdry. Odsłoniłem brzuszek, biodra, nogi - przykrycie wylądowało na podłodze. Ucałowałem pępek i przejechałem językiem po prawym sutku. Kilka kółek po sutkach, zjazd w dół, do podbrzusza.
- Nie rób! Muszę iść do... do...
- Gdzie? - Usta badały miękkość.
- Muszę...
- Musisz? - Zatopiłem język głęboko i poruszałem delikatnie. - Naprawdę musisz?
Grrrr. Szszszszsz. Grrr. Szszszszsz.

Gniewały się za każdym razem, kiedy przyprowadzałem kogoś na noc. Szurały, prychały, skrobały - na wszelkie możliwe sposoby przypominały o swojej obecności. Królestwo Małych Ludzi, którzy zdobyli ten zakątek tylko dla siebie i dzielnie bronili granic. Byłem jedyną osobą, którą tolerowali w domu - nie znosili moich gości: kumpli, dziewczyn, nawet zwierząt.
Czytałem gdzieś, że każdy dom ma swoich opiekunów; chronią mieszkańców przed złem. W zamian chcą tylko trochę kaszy, miodu i spodeczek mleka, i ma się z nimi spokój. Jeśli ich nie nakarmić - gniewają się.
Nie karmię tych małych skurkowańców. Niech sobie radzą same. Cholerne skrzaty, kurduple z mysich dziur. W całym domu nie uświadczysz choć jednego gryzonia. Zastanawiałem się, jak to możliwe - stary dom, pełen dziur i poprzegryzanych przewodów i ani jednej myszy. Wziąłem latarkę w dłoń i przeszukałem strych. Pod oknem, za starymi kartonami okurzonych czasopism, znalazłem kilkadziesiąt sztuk gryzoni; wisiały przebite naostrzonymi ołówkami, niczym poganie wbici na pal. Małe szkielety, na pół zgnite truchła, i całkiem świeże ciałka; świeża zdobycz pokurczy.
Jak to wyglądało? Wprowadziły się do domu, natknęły na stada tuptających w ścianach gryzoni i ruszyły na polowanie? Czy stado myszy stanęło im naprzeciw, dzielnie stawiając czoła i broniąc domu? Skrzaty biegną uzbrojone w naostrzone ołówki, podwędzone wujkowi Tadkowi, szkicownikowi - amatorowi; myszy są szybkie, ale oni ciut szybsi. Zastawiają pułapki z nici, noży i szpilek. Używają zapałek i dezodorantów jako miotaczy ognia. Wylewają buteleczki spirytusu salicylowego, wody po goleniu i spirytu, którego Tadek ma do dzisiaj pełno w barku; zalewają gniazda, przygotowują małe koktajle mołotowa, palą futra, kłują, atakują igłami i nadziewają na ołówki jak szaszłyki. Tak to wyglądało? Jestem pewny, że tak.
Patrzyłem na trupy myszy i zastanawiałem się, ile zrobiły korytarzy w całym domu: ile przejść, wejść i kryjówek. Teraz korzystały z nich kurduple; ile więcej powstało? Labirynt.

- W przyszłym tygodniu chciałabym zabrać Todiego do ciebie. Co ty na to? - pyta Marta. Nie znosiłem tego psa. Mały, chrumkający śmierdziel. Rozpieszczony gnojek.
- Jeśli masz ochotę - odpowiadam, żując kanapkę.
Żadnych zwierząt, węszących po kątach. Żadnych futrzaków!
Życie w związku to nakazy i zakazy, obowiązki i prywatne terytoria. I złota zasada - Udawaj, że lubisz jej zwierzaka, choć nienawidzisz go z całego serca.
Dwa lata temu pies sąsiadki zdychał. Gasł z dnia na dzień, puchło mu podbrzusze. Nie jestem weterynarzem, nie znam się na przepuklinach, czy psich rakach, ale na pierwszy rzut oka spisałem psa na straty. Umierał - tak to określiła. - On umiera. Mój maluszek umiera... - Łkała, patrząc na mnie. - Pomoże mu pan odejść? - Jak o człowieku, jak o żywym człowieku, członku rodziny. Nigdy tego nie pojąłem. Dla mnie pies to pies. Psy zdychają; nie umierają, nie odchodzą na wieczny spoczynek, najnormalniej w świecie zdychają - i do piachu go.
Pomogłem mu. Wieczorem wziąłem szpadel, zaniosłem psa na tyły podwórka - ledwo miał siłę obrócić do mnie łeb i polizać po ręce - i dobiłem go. Trzy ciosy dla pewności. Jak można nazywać takie bydle maluszkiem? - zastanawiałem się, kiedy z ledwością zmieścił się w piecu. Centralne łyknie wszystko - mawiał mój papito, paląc dokumenty, tony plastiku i nowo narodzone koty, dla których nie chciało mu się szukać rodzin. Tak, centralne łyknie wszystko. Tylko trzeba pilnować komina - czyścić regularnie, bo od psiej sierści strasznie się brudził.
Odwiozłem Martę do mieszkania. Nigdy nie zrobiłem prawa jazdy; nigdy też nie miałem kontroli policyjnej, wypadku, choćby drobnej stłuczki. Coś nade mną czuwało i po cichu dziękowałem temu czemuś za opiekę. Kurduple nie lubiły samochodów. Chciałem je powozić moim dogorywającym fordem, miałem nadzieję, że znajdę któregoś w schowku, pod siedzeniem, czy na kierownicy, wpatrzonego w dal, ale nic z tego. Z jakiegoś powodu unikały jazdy ze mną. Może wiedziały, że najchętniej wywiózłbym je daleko stąd, na drugi koniec kraju? Wrzuciłbym je do worka obciążonego kamieniami, a worek zatopił w zatoce. I żegnajcie pokurcze!

Mirek stwierdził, że one są wymaginowane. Czy wymagowane? Wyimogowane? Użył dziwnego słowa, bądź co bądź chodzi o to, że wymyślone. Z wyobraźni. Nie istnieją tak naprawdę, tylko mi się wydają. Wymaginowały mi się. Gimają się od lat.
Siedzieliśmy przy butelce wina; Mirek wytaszczył półtoralitrową butelkę malinowego swojszczaka ze swoich zapasów. I dyskutowaliśmy o życiu, o miłości, o gimanowaniu.
- W twojej rodzinie są artyści. Wujek rysownik, ojciec za młodu pisał wiersze, a mama potrafiła przecież tak pięknie haftować - przekonywał mnie po którejś szklance. - No to masz w genach artystyczne zacięcie. A że nie spełniasz się w żaden sposób, nie potrafisz spożytkować potencjału - to wydają ci się różne rzeczy, wyobraźnia hula jak wiatr. I stąd te twoje skrzaty. - Kiwnął głową niczym znawca. - Zdrówko!
Wznieśliśmy toast za rzeczywistość. Zastanawiałem się, czy moją rodzinę można nazwać artystami. Wujek z kolekcją świńskich rysunków, ojciec po pijaku klecący rymowanki typu: - Nie będzie niespodzianki, już koniec drugiej szklanki! - czy matka, która podarowała mi wyhaftowany obrazek: drzewa przypominały powykrzywiane zapałki, a słońce było prawie kwadratowe.
- Pierdolisz głupoty - chciałem mu powiedzieć, ale przemilczam sprawę. Niech sobie uważa, co chce. Ojciec i tak dogorywał w sanatorium, matka leży w grobie i śni sny wieczne, wujek grandził po świecie, a ja miałem dom pełen małych kurdupli, które rzekomo mi się wyobraziły. Na głos dodałem: - Ale jak to tak? Tylko ja je widzę?
- Zapewne tak. - Mirek dolał napoju bogów. Dostał wypieków na twarzy, oczy się świeciły. Mogę się założyć, że wyglądałem podobnie. Wino jest słodkie i mocne. - Skrzaty nie istnieją. Podobnie krasnoludki. Wymysły różnych kultur, które musiały koniecznie zrzucić odpowiedzialność za swoje domy na barki czegoś nadnaturalnego. Ludzie mają skłonność obarczać obowiązkami kogoś innego - w razie niepowodzenia winne były duchy opiekuńcze, to one zawiodły, nie gospodarz. Proste, prawda? - Mirek studiował kiedyś filozofię. Po roku wyrzucili go, bo zbyt często przychodził na wykłady zalany jak Titanic. Gdyby choć siedział cicho, grzecznie kimał w ławce - przeszłoby bez echa. A on, ledwo stojąc na nogach, próbował wyrzucić profesora za drzwi, przekonując go, że potrafi ciekawiej wykładać. Mirek ma ponad metr dziewięćdziesiąt wzrostu i jest w barkach dwa razy szerszy ode mnie, do tego strasznie uparty. Wyrzucił wykładowcę za drzwi - ten przeleciał przez krótki korytarz i sturlał się po schodach, łamiąc nogę. W ramach odwetu wyrzucili Mirka ze studiów. Otworzył sklep z alkoholem i radzi sobie całkiem nieźle.
- Moje skrzaty nie opiekują się domem. Przeszkadzają mi żyć. - Wzniosłem toast za spokój domowego ogniska. - I gówno mnie obchodzi, czy są gimanowane, czy nie.
Mirek nie wierzył w moje skrzaty nic a nic. Moje pokurcze, małe ludki w kubraczkach. Mówił, że to bzdura totalna do kwadratu. Nic nie mówiłem. Może żyjące w piwnicy gobliny, które podliczały mu utarg są bardziej realne. Bronił ich istnienia zaciekle. Dbałem o swoje zdrowie i chciałem mieć całe nogi, dlatego piłem i zgadzałem się z każdym jego słowem.

Nie. Nie. Nie. Nie może.
Siedział przede mną na stole ze skrzyżowanymi nogami i marszczył brwi. Czarna czupryna, kubraczek z szarego materiału i wielkie, ciemne oczy. Ten sam siedział na piersiach Marty i wpatrywał się w jej śpiącą twarz. Czasem przychodził do mnie, siadał naprzeciwko i gapił się. Wystarczył jeden ruch ręki i zostałaby z niego mokra plama.
Nie zgadzamy się. Nie zgadzamy.
Nie chcieli tutaj psa. Nie dziwiłem się im - ja też go nie chciałem. Ale jak odmówić kobiecie, z którą wam się cudownie układa? Jak powiedzieć, że najchętniej wykopalibyśmy jej ukochanego psiaka na księżyc?
Czarny wpatrywał się we mnie. Jeden ruch ręki... I nie mógłbym zmrużyć oka. Bałbym się choć mrugnąć, a co dopiero mówić o zaśnięciu. Ilu ich jest? Pięciu? Dziesięciu? Sto małych ludków krążących po korytarzach w ścianach, biegających po strychu i badających piwnicę? Zgraja kurdupli uzbrojonych w ołówkowe dzidy, wspinających się po kołdrze, owijających mnie niciami i pochylającymi się nad twarzą. Cios narzędziem: grafit przebijający powieki i wbijający się w gałkę oczną. Pocięte nożami nadgarstki, przebita tętnica, odcięte jądra.
Nie, nie miałem zamiaru robić krzywdy żadnemu z nich. Te małe skurwysynki wyglądały na mściwe. Dostałyby mnie na końcu świata. Poza tym - jaka pewność, że w kolejnym domu, do którego się wprowadzę, nie mieszkają ich bracia?
Bez futra. Bez węszącego nosa. Bez szczekania.
Jak przekonać małego pokurcza, który prawie nie rusza ustami, nie wiem nawet, czy mówi to na głos, czy tylko słowa rozbrzmiewają w głowie, że nie mogę inaczej? Jak wbić do małej główki prawdę o kobietach, które mają swoich pupilów? Prędzej zrezygnuje ze mnie niż z Todiego.
Czarny zmarszczył brwi jeszcze bardziej.
Grr. Grr. Grrr. Szszszszsz.
Nad sobą i wokół - w ścianach, suficie, ba, nawet podłodze - słyszałem szelest małych ubranek. Trzęsły się ze złości. Coś szło nie po ich myśli.
Znowu.

Todi siedział w korytarzu na dole. Absolutnie nie mogłem się zgodzić na spanie z nim w jednym łóżku. Niech sobie weźmie pluszaka, dodatkową poduszkę, cokolwiek ciepłego - ale nie chrumkającego psa, który śmierdział... psem. Brr! Nie znosiłem tego zapachu.
Tuliłem Martę, która w końcu dała sobie spokój z co piętnastominutowym schodzeniem na dół, żeby zobaczyć, co u jej "skarbeńka". Miałem ochotę na seks, ale widać było, że nic z tego. Nie mogła się skupić, leżała jak na szpilkach, niczym fakir; a wszystko przez tego psa. Narażam się kurduplom, pozwalając jej przyprowadzić go ze sobą, hamuję swoje odruchy wykopania psa za drzwi, a ona odwdzięcza mi się w taki sposób.
Marta zasnęła, a ja leżałem w ciemności, nasłuchując. Co robicie, maluszki? - pomyślałem prawie pieszczotliwie. - Macie ochotę na pieska? Rany, chyba by mnie zagryzła, gdyby Todiemu coś się stało.
Zszedłem na dół i usiadłem na schodach. Todi wyturlał się z posłania i przydreptał do mnie, podstawiając łeb do głaskania. Śmiesznie wyglądał na tych rozstawionych łapkach, z płaskim pyskiem i nietoperzowatymi uszami. Pogłaskałem go po grzbiecie. Zachrumkał z zadowolenia.
- Uważaj, mały - szepnąłem. - Uważaj, kiedy nadejdzie świt.
Szszszszszszszsz.

Todi zniknął. Rozpłynął się w powietrzu. Uciekł.
- Nie otwierałem drzwi, kochanie. Nie wypuszczałem na siku. - Marta siedziała w kuchni, kryjąc twarz w dłoniach. Łkała cicho. Tłumaczyłem jej cierpliwie, że nie miałem nic wspólnego z zaginięciem psiaka. Nie uchyliłem drzwi ani na centymetr, żeby poszedł się odlać. Jak dla mnie mógł lać w korytarzu, bylebym nie musiał po nim sprzątać. Nie wykopałem go na podwórko - był cicho, a samą jego cichą, przycupniętą w koszyczku obecność mogłem tolerować.
Mimo tego - zniknął. Przeszukałem dom: cały parter, piętro i piwnicę; zajrzałem nawet do spiżarni, choć nie mam pojęcia, jak Todi miał unieść klapę i zejść na dół. Podwórko obszedłem kilkanaście razy, wołając: - Todi! Todi! - lecz bezskutecznie. Czekały mnie jeszcze drobiazgi: rozwieszenie plakatów oznajmujących zaginięcie psa, zgłoszenie porwania na policji i przekopanie ogródka, bo kto wie, możliwe, że jakiś maniak upatrzył sobie Todiego jako ofiarę i trzyma w trumnie pod ziemią. Czas mija, ostatnie godziny na uratowanie.
Nie znajdzie się. Nie znajdzie.
Wiedziałem, kto za tym stoi. Kto zabrał psa z zamkniętego pomieszczenia, skąd mógł pójść tylko w jedną stronę - do góry, do nas. Drzwi na dwór zamknięte na klucz, brak dostępu do kuchni i pokoi obok. Psiak sam na sam z dziesięciocentymetrowymi pokurczami, które podeszły do niego, związały, uciszyły i wyniosły do swojej kryjówki. Todi zgnije w ścianach; skrzaty będą odkrawały go po kawałku i piekły nad miniaturowymi ogniskami.
Gdzie mogę go znaleźć? Może leży na strychu związany sznurem do bielizny i granatowymi nićmi, z ołówkami wbitymi w gałki oczne. Może tkwi w ścianie między pokojem a kuchnią i za kilka tygodni, jeśli skrzaty nie zdążą go zjeść, zacznie cuchnąć padliną. Choć co to dla nich? Mały buldog, mały kąsek. Francuski przysmak. Może już tli się w piecu centralnego ogrzewania, bo nawet pokurcze nie chciały się w niego wgryźć, tak wydał im się śmieszny i wstrętny?
Kogo jeszcze porwały? Cztery lata temu zginęła papużka tej małej czarnulki - Wiolety. Żółty, hałasujący ptak musiał wyprowadzić kurdupli z równowagi. Wioleta wypuściła go z klatki, dla rozprostowania skrzydeł. Krążył od ściany do ściany i wtykał wścibski dziób w każdą szparę. Rano nie było po nim śladu, nawet jednego piórka. Po tygodniu znalazłem malutki szkielecik zawieszony na żyrandolu. Dyndał nad stołem w kuchni, niczym ostrzeżenie.
A ten czarny wyżeł Andżeliki? Wypuściła go wieczorem na dwór, żeby się wybiegał. Nie mogliśmy go później znaleźć. Poczekała kilka dni (co dzień kilka godzin chodziliśmy razem po okolicy i wołaliśmy tego kundla) i sprawiła sobie nowego. Ja sprawiłem sobie nową dziewczynę. Z królikiem. Biały królik miniaturka, który skakał jak mały kangur; aż dziw, że nie rozbił sobie nigdy tej małej łepetyny. Po trzeciej wizycie wróciła do domu zapłakana, z pustą klatką i króliczymi bobkami na pamiątkę. Na strychu znalazłem białego trupa, z wykrzywioną mordką, nabitego na zaostrzone ołówki i nóż z kuchni. Zesztywniałe ciałko i łapki spętane jakimś sznurkiem. Podziurawiony brzuszek.
Nie znosiły zwierząt. Z tym jeszcze dało się wytrzymać, wystarczyło znaleźć dziewczynę, która nie trzymała zwierzaka w domu. Udało mi się taką spotkać. Edyta była tak szczupła, że bałem się ją obejmować, a stan futra i piór w jej domu wynosił zero. Cieszyłem się jak cholera. Prawie skakałem pod sufit, że w końcu będę miał spokój i nie wypłoszę panny zniknięciem jej ukochanego pupilka.
Rano znalazłem ją do połowy za oknem, spętaną kablem przedłużacza i zakneblowaną. Stopy opierała o mały daszek niżej, tułów i głowa tkwiły w pokoju. Patrzyła na mnie z szeroko otwartymi oczami, a kiedy wyjąłem materiał z jej ust, obrzuciła mnie stekiem wyzwisk. Wciągnąłem ją i rozwiązałem. Dostałem w twarz - jako czubek i psychol, usiłujący ją zabić w czasie snu. Pracowała w schronisku zwierząt. Najwyraźniej przesiąkła smrodem psiej i kociej sierści.
Nie będziemy tolerować. Nie chcemy. Wynocha!
- Przestań się oszukiwać - zbeształem siebie na głos. - Nie chodzi tylko o zwierzaki. A pięć innych, które budziły się spętane na łóżku, krześle, stole? Te kobiety nienawidziły futra tak samo jak ty. Rzecz w tym, że były intruzkami, niechcianymi gośćmi.
Nie mają prawa tu przebywać.
Nie miały prawa tu przebywać. Niechcianych gości kulturalnie wyprasza się za drzwi. Lub za okno. Kurduple, jako pierwsi i najważniejsi gospodarze, delikatnie sygnalizowały swoje niezadowolenie. Znikające ptaki, psy, koty, króliki, ludzie...
- Przestań! - rzuciłem w pustym pokoju. Jacy ludzie? Tylko zwierzęta. Nic więcej, nikt więcej. Żadnych ludzi. Wygimało mi się to z ludźmi. To tylko tak na niby, w głowie.
Nie mają prawa! Nikt!
A Daria? Ewelina? Lidka?
Wyszły sobie nad ranem i nie wróciły. Najwyraźniej potraktowały mnie jak przygodę na jedną noc; bez wymiany telefonów, nazwisk i adresów. Poznanie się na dyskotece, taniec i piwa, jazda w zamroczeniu poza miasto, do samotnego domu. Seks bez zobowiązań. Poranne wymknięcie się i powrót do siebie.
Czy to nie za daleko? Stąd jest kilkanaście kilometrów do miasta, pięć do najbliższej większej wioski. Przyjechaliśmy moim samochodem, wylądowaliśmy w łóżku, a rano... Rano łóżko było puste. Ani śladu kobiety. Leżałem w pościeli, głowiąc się, czy one mi się przypadkiem nie przyśniły. Wygimały się od początku do końca.
Wcale nie wsiadałem do samochodu; ford stał całą noc w garażu, ja leżałem w łóżku, piłem wermut i zajadałem odgrzewaną pizzę. Ubrudziłem przy tym koszulkę - wielka plama ketchupu do dziś nie daje się sprać. Zasnąłem, śniłem o kobiecie, a rano wymyśliłem sobie, że spałem z którąś, ale nie wydałem się dość dobry na dłuższą znajomość.
Gimały mi się kobiety, które baraszkowały ze mną pół nocy i znikały.
Szszszszsz.

Marta nie odbierała telefonów od tygodnia. Od czasu, kiedy jej psiak wsiąkł jak kamień w wodę, obwiniała mnie o całe zło świata. O jej liche samopoczucie, o zaginięcie kocura Ediego (który według Marty ruszył na poszukiwania Todiego) i wyjazd Ewy, współlokatorki.
Kiedy złożyłem im wizytę w zeszłym tygodniu, przyjęły mnie dość chłodno. Nie wygnały za drzwi, nie przepędziły miotłami, oszczędziły mi też upadku ze schodów. Ewa poszła do siebie do pokoju, Marta piła w milczeniu herbatę. Oglądałem mieszkanie, próbując zagadać na jakiś temat. O pogodzie (Todi na pewno zmoknie, jak zacznie padać), policji (czy policja zajmuje się poszukiwaniem psów?), religii (pójdę do kościoła, pomodlić się za mój drobiazg). Dałem sobie spokój.
Na parapecie dostrzegłem jednego z kurdupli. Zerkał zza doniczki; puścił do mnie oczko. Jak one się tutaj dostały? - zastanawiałem się. - Może nie mają aż tak dużego wstrętu do jazdy samochodem i wcale a wcale się nie boją? Może siedziały ukryte w kieszeniach kurtki? Wcale bym się nie zdziwił, jeśli przyszły tutaj pieszo.
Poszedłem sobie i postanowiłem nigdy nie wracać. Marta wysłała mi smsa o wyjeździe Ewy, próbowałem oddzwonić, ale nie odbierała telefonu. I kolejny związek szlag trafił przez te małe skurkowańce. Najchętniej zalałbym wszystkie dziury czymś łatwopalnym i wrzucił tam zapałkę. A może wziąć wielki widelec z kuchni, ten od grilla, i polować na te małe kurduple? Nabijać na metalowe zęby i wrzucać do worka, worek cisnąć do pieca i mieć spokój.
Ile ich było? Kilkanaście? Kilkadziesiąt? Parę setek? Rozmnażają się jakoś? Może mają małe skrzatki, które rodzą jeszcze mniejsze skrzaciki? Nie miałem pojęcia i nie byłem pewny, czy na pewno chcę to wiedzieć.
Zszedłem do piwnicy, otworzyłem drzwiczki i gapiłem się w palenisko. Za mną stały małe pochodnie, których używałem w letnie wieczory do oświetlenia podwórka. Wziąłem jedną do ręki. Napchałem do pieca gazet i szczapek drewna. Ogień tańczył po drewnie, oświetlając pomieszczenie.
W tym piecu spaliłem psa sąsiadki. I wiele innych kundli, które zakradały się tutaj w poszukiwaniu resztek z kubła. Część z nich przegnałem, kilka sztuk dostało szpadlem po głowie, inne padły ofiarą małych ludzi.
- Trzeba chronić swojego terytorium, prawda? - spytałem ścian. Wyciągnąłem z pieca płonącą szczapę i wyobraziłem sobie, jak przykładam ją do równo ułożonych kawałków po lewej. Ogień polizałby drewno, zajęłyby się drzwi i drewniane półki na zewnątrz. Plastikowe baniaczki z benzyną do kosiarki podskoczyłyby do góry; pomieszczenie zalałaby fala ognia.
Szszszszszsz.
Zaszumiało nade mną. Tupot setek nóżek rozbrzmiał w domu. Biegły tunelami wydrążonymi w ścianach. Wyskakiwały zza mebli i zsuwały się z parapetów - biegły przez pokoje, kuchnię, korytarz; falą małych ciałek wlały się po schodach na dół. Stanęły za mną, wpatrując się ciemnymi oczami: pochylone, czujne, gotowe do skoku. W dłoniach zaostrzone ołówki, kawałki drewna wystrugane w małe dzidy; część trzymała igły niczym miecze, ci z tyłu dzierżyli szpulki nici. Armia małych ludzi, kurduple, chcące mnie powstrzymać. Broniły terytorium lepiej niż pies obronny.
- Gdzie jest Ewa? Co jej zrobiliście?
Grrr. Szszsz. Nie twoje. Nasza sprawa.
- Pytam gdzie Ewa. - Wyciągnąłem do nich płonącą szczapę i podpaliłem od niej pochodnię. Smolisty dym snuł się po pomieszczeniu. Małe gniewne twarze, zmrużone oczy z wielkimi, ciemnymi tęczówkami. Jaki miały sposób na ugaszenie ognia? Co mogły wymyślić?
Ona wiedziała. Wiesz, że wiedziała. Nie można było pozwolić.
Czarny stał na przedzie. Dowódca kurdupli. Zbliżyłem głownię pochodni do jego małej twarzyczki. Nie cofnął się. Tkwił nieruchomo. Miał rację. Miał cholerną rację. Ewa wiedziała zbyt wiele i musiały się nią zająć. Przyłapała ich, kiedy pozbywały się tego przeklętego kota. Zajęły się i nią.
Odłóż ogień. Odłóż. Odłóż.
Oświetliłem ich twarze. Tłum małych ludków, stojących przede mną, czekających na moją decyzję. Co mi szkodziło je podpalić? Przyłożyłbym ogień do szarych kubraczków i poskręcanych włosów i pozbyłbym się tych choler raz na zawsze. Miałem je wszystkie podane jak na tacy, wystarczyło przypiec.
Szszszszszsz. Szszszsz. Szszszszszszszsz.
Trzęsły się ze złości. Unosiły ołówki coraz wyżej. Zaczęły stukać o betonową posadzkę. Tupały i trzęsły się coraz mocniej. Tłum falował. A na przedzie on - Czarny, stojący nieruchomo i wpatrzony we mnie. Włożyłem pochodnię w ogień i zamknąłem piec.
Bagażnik.

Stałem przy fordzie, nie będąc ani trochę zaskoczony widokiem ciała. Ewa leżała w pozycji embrionalnej, z siną szyją i związanymi rękoma. Udusiły ją. Zawlokły do bagażnika i zostawiły. A ja woziłem trupa w tę i z powrotem, nawet o tym nie wiedząc.
Nigdzie nie wyjeżdżałem przez te kilka dni, prawda? Siedziałem w domu i nie ruszałem się z miejsca. Na pewno. Sto jeden procent pewności.
A wtedy?
Nie było żadnego wtedy. Gdyby tak zapytać Martę, kiedy dokładnie Ewa zniknęła, gdyby tak się upewnić...
Znowu?
We wtorek. Byłem tam we wtorek. Pojechałem porozmawiać z Ewą, żeby nakłoniła Martę do powrotu do mnie. Siedziałem chyba z kwadrans, przekonując ją do siebie, a na końcu i tak usłyszałem, że jestem nienormalnym czubem i mam się odpierdolić od Marty, bo kiedyś zamiast jej psa, zabiję ją. Osłupiałem. Tak, byłem w takim szoku, że byłem w stanie tylko syknąć: - Głupia kurwa! - i wyszedłem z mieszkania.
Szszszszsz.
Gimało mi się, że na rękach trzymałem ciało Ewy ze związanymi rękoma. Miała siną szyję, bo chwilę wcześniej te małe skurkowańce udusiły ją kablem od laptopa. Ukryłem ją w bagażniku forda i odjechałem. Śmieszne. A co z kotem?
Szszszpalony.

- Kto tam? - Uwielbiałem głos Marty.
- To ja. - Musiałem przyjechać się z nią zobaczyć. Powiem jej, że znalazłem Ewę w bagażniku, powiem jej o skrzatach i ich zaborczości. Opowiem wszystko, jak na spowiedzi. - Wpuść mnie proszę, musimy porozmawiać.
- Nie mamy o czym. Odejdź! - Zimny głos. W niczym nie przypominał jej wcześniejszego tonu: ciepłego i melodyjnego. - Jesteś szurnięty i nie mam zamiaru cię widzieć nigdy więcej.
- Przestań. Wpuść mnie, wyjaśnię ci. Opowiem. Wytłumaczę. Proszę, Marto, proszę cię... - Przyłożyłem ucho do drzwi. Cisza. Stała przed drzwiami, z założonymi rękoma, zastanawiając się, co robić. - Znalazłem Ewę. Siedzi w samochodzie.
Dźwięk przekręcanego zamka. Naciśnięcie klamki.

Gniewały się.
Szszszszsz. Grrr.
Za każdym razem się gniewały. Może mi się gimały, może ja gimałem się im, byłem wyobrażony jak gobliny Mirka, ale gniew był prawdziwy. Kipiały ze złości, szeleściły i zgrzytały zębami. Tupały jak szalone. Powtarzały, że muszę pamiętać, że mam wiedzieć.
I wiedziałem. Przypomniałem sobie dziewczyny, które poznawałem na dyskotece i zapraszałem do siebie. Dziwiły się, że mieszkam tak daleko od miasta, na odludziu, w starym, zapuszczonym domu. Szły ze mną do łóżka, a rano ich nie było. Kurduple pozbywały się niechcianych gości. Blondynkę ściągałem z belki na strychu. Przybiły ją gwoździami za ręce i nogi, w pasie obwiązały sznurem. Ta ciemna leżała w krzakach w ogrodzie, a wysoka z przetrąconym karkiem na posadzce w piwnicy. Małe szkodniki. Pozbyłem się ciał, ćwiartując je i wrzucając po kawałku do pieca. - Piec przyjmie wszystko! - rozbrzmiewał w uszach głos ojca.
Grrr. Szszszsz.
Gniewały się, bo miałem niechcianego gościa. Martwego, niechcianego gościa. Nie miałem zamiaru wrzucać Marty do ognia, nie chciałem jej kroić, nie chciałem zakopywać w ogrodzie. Te małe skurwysynki tylko mi się wygimanowały, nic więcej. Przywidziały, przyśniły, nie istnieją.
Grrr. Szszszsz. Dość! Dość! Dość!
Tak naprawdę nie szły w moim kierunku uzbrojone w ostre igły i noże, w dzidy i siatki z linek. Nie zapełniały całej podłogi na piętrze, nie zwisały ze ścian i sufitu. Wygimały mi się setki małych istotek w szarych kubraczkach, tuptających labiryntem ścian w kierunku mojego pokoju, gdzie klęczałem na podłodze, przytulając ciało Marty.
- One ci się tylko wygimały! - śmiał się w mojej głowie Mirek, znoszący do piwnicy kanapki z szynką dla goblinów. - Tylko wyobraziły.
Ciąć. Kłuć. Ciąć. Kłuć.
Wspinały się po łydkach i udach, chwytały ubrania i skakały z góry na głowę. Kłuły igłami i dźgały ołówkami. Cięły nożami po rękach.
Tylko się gimały, każdy kurdupel tylko się wydawał, wspinał na niby, skakał na niby, zadawał ból nie naprawdę. Marta mi się gimała, ten dom i całe moje życie.
Hhhhhhh. Szszszszszsz.
Charczały i szumiały, zatapiając małymi ciałkami mnie i Martę, pełne gniewu i z nienawiścią w czarnych oczach. Gimały mi się, podobnie jak wylana w piwnicy i na parterze benzyna. Śniły, tak jak paliwo rozlane na schodach i wokół nas. To tylko wygimanowany zapach oktanów. Otwarte drzwiczki od pieca były tylko na niby, podobnie jak ogień rozprószony na posadzce i płomienie liżące stos drewna.
Ogień przyjdzie ścieżką benzyny i rozprzestrzeni się na cały dom. Dojdzie i tutaj, wespnie się po schodach i ścianach; zatli się tapeta, a wykładzina dmuchnie płomieniami. Rozlana kałuża benzyny i nasączone nią ubrania zajmą się ogniem. Zaskwierczą ciała. Dachówki będą strzelały jak na przywitanie nowego roku. Płomienie poliżą wygimanowane szare kubraczki, malutkie rączki i tyci nóżki. Pachniały benzyną, przybiegły tu po kałużach paliwa, i teraz zaskwierczą od ognia.
Gniewały się.
Gniewały się, bo znowu szło nie po ich myśli. Gniewały się, bo za chwilę miały zginąć w płomieniach. Ogień zapłonął wokół nas, polizał ciała.
Aaaaaaaa. Grrrrrr. Szszszszszsz.
Nie rzuciły się do ucieczki, tylko jeszcze usilniej wspinały na mnie. Czarny chwycił się nosa kolanami i uniósł uzbrojone ręce. Gimanowany skrzat zajął się ogniem, wbijając mi zaostrzony ołówek w prawe oko.
Pozbyłem się ich. Spokój.
Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
DamianMorfeusz · dnia 12.05.2009 09:15 · Czytań: 3190 · Średnia ocena: 4,55 · Komentarzy: 13
Komentarze
Usunięty dnia 12.05.2009 21:54 Ocena: Świetne!
krzyżującymi się granatowymi krechami, i nie mogła wykonać żadnego gwałtownego ruchu.

- mogłaby

Nigdy nie zrobiłem prawo jazdy

-prawa

Broni ich istnienia zaciekle. Dbałem o swoje zdrowie i chciałem mieć całe nogi, dlatego piłem i zgadzałem się z każdym jego słowem.

- naprzemiennie używasz czasu teraźniejszego z przeszłym, co utrudnia czytanie

Ewa wiedziała zbyt wiele i musiały się nią zająć. Przyłapała ich, kiedy zajmowali się tym przeklętym kotem. Zajęli się i nią.

- najpierw używasz poprawnej formy - "musiały", a potem coś się pokićkało - "zajmowali"

Przybiły ją gwoździami za ręce i nogi, w pasie obwiązali sznurem.

- jak wyżej

Charczały i szumiały, zatapiając małymi ciałkami mnie i Martę, pełni gniewu i z nienawiścią w czarnych oczach

- znowu : "pełne"

Klasycznie zbudowany horror. Harmonijnie skonstruowany, przemyślany. Czytałam z przyjemnością.
Usunięty dnia 13.05.2009 15:31 Ocena: Dobre
Mam mieszane uczucia. Przyznam, że do przeczytania tego opowiadania zachęcił mnie komentarz powyżej oraz gatunek, w którym zostało opublikowane - thriller.
Masz ciekawy dar opowiadania. Podczas czytania wydawało mi się, że pisanie sprawia Ci przyjemność, a i Twoje pióra jest dosyć lekkie.
Twój styl porównałbym do Whartona, który również lubił urozmaicać teksty własnymi odczuciami i stosował szereg (mniej lub bardzie potrzebnych) dygresji.
Z tym że jest jeden problem. Według mnie to opowiadanie nie bardzo jest thrillerem. Nie ma elementu zaskoczenia, wszystko toczy się sprawnie i równo, a zakończenie samo nasuwa się na myśl. Poza tym rozkręca się przeraźliwie wolno i ja, jako bardzo przeciętny czytelnik, musiałem troszkę walczyć, by dotrwać do końca.
Generalnie jest całkiem nieźle. Potrafisz pisać - tego jestem pewien, ale na to opowiadanie zabrakło trochę pomysłu.
soczewica dnia 13.05.2009 16:12 Ocena: Świetne!
wciągnęło - nawet linka posłałam dalej, bo wyjątkowo wciągnęło. pisałam już gdzieś indziej, że twoja wrażliwość na świat i umiejętność ubierania uczuć i myśli w słowa pasuje mi bardziej do kobiet - lecz jednocześnie masz męskie, chwilami brutalne poczucie humoru. bardzo męskie wręcz. a do tego dochodzi niesamowita wyobraźnia...
Blade_Lico dnia 13.05.2009 16:50 Ocena: Bardzo dobre
Wchodzę, myślę: kurde, ale to długie. Nie wiem, kiedy znalazłam się przy końcowej kropce.
Duża frajda. Bardzo rozległa warstwa językowa i mało wielokropków, na ktore jestem uczulona dożywotnio:)
Usunięty dnia 13.05.2009 21:33 Ocena: Świetne!
Dodam jeszcze swoje trzy grosze i zgodzę się po trosze z Francem. Tyle, że mnie się skojarzył Stephen King. Piszesz z pewnością bardzo dobrze, ale pomysł jest schematyczny - dlatego napisałam wcześniej, że Twój horror zbudowany jest "klasycznie".
Nie łatwo wyjść spod władania mistrzów, czego Tobie serdecznie życzę!
Krystyna Habrat dnia 13.05.2009 21:43 Ocena: Bardzo dobre
Zaczęło się tak apetycznie i miło, ze można było podejrzewać, iż nastąpi coś dla kontrastu strasznego, dziwnego i nie z tego świata a zakończenie straszne.Ten początek wciągnął mnie, bo jakoś historie tego typu mnie nie nęcą. No i, choć bardzo długie, okazało się bardzo dobre! 5
Miladora dnia 18.05.2009 11:05 Ocena: Świetne!
- mawiał ojciec przed winie na spirytusie za pięć złotych. - nie rozumiem tego zdania - czy nie miało być "przed winem" albo "przy winie"?
- prawdę o kobietach, które mają swoje pupilki? - raczej swoich pupilów
- Wcale bym się nie zdziwił, jeśli przyszły tutaj na pieszo. - może lepiej - Wcale bym się nie zdziwił, gdyby przyszły tutaj pieszo?
Sugeruję poprawić to, co wytypowała kmkmk - ma rację.
Czytało mi się płynnie i nie wyszukiwałam na siłę niczego, zapisując tylko to, co mnie zatrzymało. Czyli prawie nic.
Swobodnie operujesz językiem z całym bogactwem jego form i czasów. Pomysłowa zresztą i intrygująca jest ta opowieść.
I dlatego świetna.
Szuirad dnia 18.05.2009 20:03 Ocena: Bardzo dobre
Dobre to "gimanie" - a jak ładnie rozgrzesza :), przejmuje odpowiedzialność. Jakby tak pogrzebać to chyba każdy ma takie małe ludziki. Płynnie piszesz, zauważyłem to już we wczesniejszym Twoim tekście. Wciągnęło mnie opowiadanie
SzalonaJulka dnia 24.05.2009 00:30 Ocena: Świetne!
Świetnie wygimane :D
valdens dnia 11.06.2009 10:54 Ocena: Świetne!
Fajne opowiadanko. :yes: W starym, dobrym, damianowym stylu. Wreszcie!
GdanszczAnka dnia 21.06.2009 19:09 Ocena: Świetne!
ehh... Morfeusz przez Ciebie zaczynam mieć bardzo ukierunkowane myśli c do gimania :) z każdego twojego opowiadania wychodzę zaczarowana i taka.. hmm.. jakby inna... jak dla mnie rewelka.
tequila dnia 24.06.2009 09:22 Ocena: Świetne!
Przyślę Ci rachunek za okulistę - zaczęłam czytać na komórce, no i nie mogłam przestać póki nie skończyłam:) Zgadzam się z Valdensem, całkiem w Twoim stylu, ze wszystkimi smaczkami:yes:
gratulacje;)
Jaga dnia 02.06.2012 22:36
A mi się podoba:)
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
Kazjuno
15/06/2024 11:36
Iwonno. Na pewno udało Ci się stworzyć klimat zabawnych… »
pociengiel
14/06/2024 16:20
W takich parkach starzy Indianie wciąż zbierają chrust z… »
Jacek Londyn
14/06/2024 11:19
Tereso, nie daj mu dłużej czekać. Stary park to dobre… »
Kazjuno
14/06/2024 09:53
Licaaszu. Zarówno Darcon, Ivoona i ja (chociaż z moją… »
Kazjuno
14/06/2024 09:27
Odpisuję Janusz z poślizgiem. Zrezygnowałem wczoraj z jazdy… »
ivonna
14/06/2024 04:05
Hej :) Ciekawy pomysł na opowiadanie, ciekawie poprowadzone… »
valeria
13/06/2024 19:54
Dzięki, po prostu skupiam się na pisaniu. Gdybym była cały… »
mike17
13/06/2024 17:31
Akcenty przyrodnicze mile widziane, zwłaszcza że doskonale… »
Janusz Rosek
13/06/2024 13:51
Kazjuno Z przyjemnością przeczytałem Twoje teksty. W… »
Janusz Rosek
13/06/2024 09:27
Kazjuno Dziękuję bardzo. Słuszne uwagi. Nie zauważyłem tych… »
Kazjuno
12/06/2024 21:51
Jak poprzednie, Januszu, wspomnienia także 3 powyższe mnie… »
Kazjuno
12/06/2024 16:15
Bardzo dziękuję Jacku za opinię i cenne uwagi. Też… »
Jacek Londyn
12/06/2024 14:47
Kazjuno, jestem. Nie będę krytykował. Przedstawię parę… »
Kazjuno
11/06/2024 12:26
Mam Jacku nadzieję na Twoją krytykę moich wypocin… »
Jacek Londyn
11/06/2024 07:53
Dzień dobry. Dziękuję za komentarz. A przesłanie...… »
ShoutBox
  • Jacek Londyn
  • 12/06/2024 14:22
  • a komentarzy ni chu, chu. "Czego oczy nie widzą, sercu nie żal"... Niby tak, lecz ja komentarze sobie cenię. Nierzadko lepiej niż kawa rano podnoszą ciśnienie.
  • Jacek Londyn
  • 12/06/2024 14:19
  • "Ostatnio widzianych" spory tłum,
  • Zbigniew Szczypek
  • 31/05/2024 21:10
  • "Po co tu jesteśmy, skoro ciągle się boimy?"- to taka "terapia", dla duszy i ciała, ekshibicjonizm w innym wymiarze. Skoro już tu jesteś, zrzuć ostatni listek! Bądź wreszcie wolny
  • Zbigniew Szczypek
  • 31/05/2024 19:34
  • Gramofonie - dołącz do nas z komentarzami, a na pewno będzie się działo więcej i lepiej, bo kto, jak nie Ty, swoją siłą głosu dotrze do najdalszych zakątków "galaktyk" ;-}
  • Wiktor Orzel
  • 31/05/2024 10:32
  • Dzieje się to, co zwykle. Ktoś wrzuca tekst, inni go komentują i tak się toczy tutaj życie ;)
  • Gramofon
  • 30/05/2024 11:13
  • dzieje się tu coś?
  • Zbigniew Szczypek
  • 15/05/2024 21:38
  • Najgorsze co może być, jeśli chodzi o komentarze, jeśli zostają tylko grupy tzw. "wzajemnej adoracji", z komentarzami schematycznymi i w zasadzie nic nie wnoszącymi do twórczości. Nie chciałbym tego.
  • Zbigniew Szczypek
  • 15/05/2024 20:30
  • Kaziu, my to wiemy, że to czasem działa na zasadzie "łańcuszka szczęścia" ale denerwuje, gdy ktoś go "przerywa", w tedy wraca cisza i "bezkomentarz" opanowuje znowu kolejną falą
  • Kazjuno
  • 15/05/2024 14:01
  • Piszcie, publikujcie i twórzcie komentarze!
Ostatnio widziani
Gości online:16
Najnowszy:Lena655