Łyżeczka - elwenka
Proza » Obyczajowe » Łyżeczka
A A A
Drzwi były duże, blaszane, obłażące z zielonkawej farby. Przy odrobinie wprawy dawały się otworzyć łyżeczką do herbaty, więc każda z nas nosiła taką łyżeczkę przy sobie. Łyżeczki były wszędzie- w kieszeniach, za paskami, w stanikach, pochowane w skarpetkach. Za blaszanymi drzwiami było dobrze i bezpiecznie, lecz wszystkie musiałyśmy od czasu do czasu wyjść na zewnątrz. Bo papierosy, bo podpaski, bo herbata, kawa, piwo i ciasteczka. Mogłyśmy oczywiście poprosić lekarza o zgodę, siostrę oddziałową o eskortę, ale oni nigdy nie mieli czasu, żeby zająć się naszą potrzebą szerokiego świata. Miałyśmy więc łyżeczki.
Wychodziłyśmy zwykle dwójkami i trójkami, pilnując się nawzajem, by nikt, kto żył poza małą enklawą nie rozpoznał w nas uciekinierek. Nosiłyśmy długie rękawy, dużo bransoletek i ciemne okulary, żeby nie było widać bólu jaki miałyśmy wypisany na rękach. A pani z pobliskiego sklepiku dobrodusznie kiwała głową, udając że nie wie, że przyszłyśmy zza blaszanych drzwi. A może naprawdę nie wiedziała?
Nie umiem powiedzieć. W każdym, żyjącym w świecie zewnętrznym, widziałam wtedy wroga dla swojej chwilowej wolności. Pewnie dostrzegałam w oczach innych rzeczy, których tam nie było. A może widząc swoje odbicie w źrenicach pani ekspedientki, dopisywałam do niego sieć znaczeń, która tworzyła się tylko w mojej głowie.
Nieważne. Prędzej czy później łapał nas lęk, że nasza ucieczka zostanie odkryta, lub że wielki świat na zewnątrz nas wchłonie i nie wypuści, więc szybko wracałyśmy za blaszane drzwi. Cichutko otwierając je łyżeczką.
Czasami siadałyśmy przy oknie, opowiadając sobie bajki o tym, jak będzie pięknie, gdy już nas nauczą żyć. Że będzie dom, studia, praca, rodzina i szczęśliwe lata, aż do późnej starości. Albo słuchałyśmy głośno muzyki i rozmawiałyśmy o sztuce i filozofii, i o tym, że tak naprawdę, to nie nas zabrali ze świata, tylko świat zabrali od nas, by nas już nigdy nie skaził. Bo wiedziałyśmy, że jesteśmy wyjątkowe i najlepsze, a wszystko, co jest za blaszanymi drzwiami jest farsą.
A potem przychodziły dni, kiedy nad naszym małym światem unosiły się ciężkie chmury. I wtedy często siedziałyśmy w kiblu, płacząc i paląc papierosa za papierosem. Z rozwartych rąk B. wypływały wtedy czerwone strumienie beznadziei, Ł. piła dużo wody, by spuchnąć, spuchnąć jak najbardziej przed trudnym rytuałem ważenia, a ja papierosem wypalałam sekretne znaki na swoich rękach i pisałam po ścianach grubym, czarnym markerem. Wiersze o upokorzeniu, żalu i nadziei, o smutku i radości. Swoje i cudze.
I wypalałam je na ścianach, na dłoniach i w sercu. I wszystkie płakałyśmy.
I trzy razy dziennie w nasz mały, bezpieczny świat wdzierał się głos z zewnątrz, krzycząc o lekach. I ten głos był pierwszym i najważniejszym z tych, które mierzyły nasz czas. W biegu rzucałyśmy się do dyżurki i brałyśmy kolorowe pigułki. Żółte, czerwone, niebieskie, różowe. Takie na łzy, i na złe sny, i na to, żeby już nie bolało i żebyśmy były znowu wyjątkowe i najlepsze.
Chowałyśmy je w obiciach materacy, między brudną bieliznę, pod deski podłogi. I brałyśmy wszystkie na raz, pełną tęczą, gdy sny były gorsze niż zwykle. Śniłyśmy wtedy twardo, sny bez snów, pełne ciszy i błogosławionej pustki.
Gdy po raz pierwszy przeszłam przez blaszane drzwi, świat za nimi wydawał mi się mroczny. Skłębiłam się wtedy w kłębek obaw, przycisnęłam plecy do ściany, by nikt mnie nie skrzywdził i patrzyłam z lękiem przez zaciśnięte oczy.
A potem przyszedł nowy dzień i światło wpadające przez kraty w oknach okazało się być przepiękne, urodą raju utraconego. Świat został daleko, oddzielony powyginaną blachą i odpadającą, zieloną farbą i wiedziałam, że wreszcie jestem bezpieczna. Tej blachy nie mógł sforsować nikt niepowołany, chyba że przyniósł ze sobą łyżeczkę. A kto przy zdrowych zmysłach będzie nosił w kieszeni łyżeczkę?
Tak więc, za blaszanymi drzwiami było dobrze.
Pewnym dysonansem we wszechogarniającym spokoju byli lekarze, biegający korytarzem z obłędem w oczach. Całe dnie spędzali w drodze między jednym końcem korytarza, a drugim, zwracając na nas uwagę niezwykle rzadko. Odpowiadało nam to, bo wszyscy, jak jeden mąż, byli szaleni niczym kapelusznicy. Czasami jednak zatrzymywali się i brali nas na Rozmowy. A my wtedy grałyśmy w różne gry.
Ja najczęściej grywałam w "krasnoludki", czasami w "samą prawdę".
Mówiłam na przykład:
-Panie doktorze, po pańskiej głowie chodzi krasnoludek i robi brzydkie miny.
A doktor odpowiadał:
-Jak się kształtowały twoje relacje z ojcem we wczesnym dzieciństwie?
Ja wtedy mówiłam:
-Po nim też skakały zielone krasnoludki.
A wtedy słyszałam:
-Czy możesz to przełożyć na emocje?
Kilka razy w tygodniu graliśmy też w gry zespołowe. Siadaliśmy wtedy w kręgu i każda z nas miała opowiedzieć o swoim dniu, chociaż wszystkie spędzałyśmy czas tak samo. Mówiłyśmy więc tak, jakbyśmy puszczały ta samą płytę, nie wysilając się nawet na różne zdania. A potem pytali o samopoczucie. Trzeba było mieć dobre, bo inaczej dłużej trwała męka pytań.
Czasami jednak grałyśmy z nudów w "nie chcę o tym rozmawiać". Grało się jak w "pomidora", obserwując zmieniającą się barwę twarzy terapeuty. Wygrywała ta, której pierwszej udało się osiągnąć soczystą czerwień.
Któregoś dnia, łudząc się fałszywą nadzieją, przyniosłam na Rozmowę kronikę swojego życia. Opisywałam tam wzloty i upadki, a każda mała śmierć podkreślona była czerwonym flamastrem. Lekarz przyjrzał się jej bez przekonania, przerzucił dwie kartki i oznajmił, że pisanie sprawia mi radość. Radość była dla mnie zawsze słowem nieco tajemniczym, więc sprostowałam zgodnie z prawdą, że lepszym określeniem wydaje mi się ulga. Uniósł wtedy brwi i powiedział, tonem autorytatywnym, że czytając o moim bólu, znajduje w nim radość.
Próbowałam potem czuć radość, gdy pisałam o swoim żalu, jednak wciąż, zamiast radości, przychodziła ulga. Przestałam potem pisać na długo, głęboko wierząc, że źle to robię, jako że produktem łez powinna być radość.
Lekarze burzyli naszą bajkową rzeczywistość.
Czasami, gdy sen był zły, budziłam się, patrząc na ścianę dzielącą moje łóżko od korytarza. Powyżej drzwi cegła przechodziła w brudne luksfery, przez które wpadało mdłe światło przygaszonych jarzeniówek. Liczyłam je wtedy, a one na moich oczach zmieniały kształty, przeistaczając się w kraty, potwory i złe marzenia. Uciekałam wtedy z pokoju, ukradkiem, by wartujące w dyżurce pielęgniarki nie spostrzegły mojej niesubordynacji i w ciemnościach łazienki paliłam papierosa za papierosem, bezgłośnie śpiewając smutne piosenki.
Zawsze mnie jednak znajdowały, prędzej czy później i wtedy wlewały mi do gardła gorzki syrop, po którym miałam spać. Lecz zamiast spać, ciągle liczyłam monstrualne pająki wychodzące spomiędzy krat luksferów i tęskniłam za światem, w którym by nie było tyle żalu. Czułam się naczyniem na żal, zbierającym cały brud wszechświata i choć starałam się godnie znosić swój niechciany obowiązek, ten żal się ze mnie wylewał, przelewał przez oczy, nos, uszy i zachrypnięte gardło.
I po takiej nocy, gdy przychodził poranek, stawałam na nocnej szafce, beznamiętnie omiatana przez ścierkę sprzątaczki i mówiłam, krzyczałam o tym, jak jest źle, wyrażałam swój sprzeciw wobec świata, który nie chce być taki, jakim nas ukształtował. A wtedy przychodzili lekarze, dawali zastrzyk i zapinali w pasy, z których łatwo się było wydostać, jeśli się naprawdę tego chciało. Ale po zastrzyku nie chciało się nawet chcieć, więc leżałam, patrząc się w sufit i nie było już niczego.

W końcu jednak przyszedł dzień, w którym blaszane drzwi zamknęły się za moimi plecami. Raj stał się utracony naprawdę i na zawsze, a przynajmniej do następnego razu. Łyżeczkę zabrali, razem z ostatnimi tabletkami na szczęście, a ja stałam, patrząc w oczy słońcu, które całkiem inaczej świeciło po drugiej stronie.
I gdy zrobiłam krok w przepaść, którą kończyły się schody do wolności, zrozumiałam jedno.
Nikt za blaszanymi drzwiami nie umiał nauczyć mnie życia.
Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
elwenka · dnia 29.05.2009 21:24 · Czytań: 695 · Średnia ocena: 3,8 · Komentarzy: 12
Inne artykuły tego autora:
Komentarze
Asliae dnia 30.05.2009 22:32 Ocena: Bardzo dobre
Bardzo ciekawe opowiadanie, spodobało mi się, jak wyrażasz emocje i przeżycia bohaterki... Niemalże ją rozumiem. Dobrze przedstawiłaś temat, wciągnęła mnie ta historia.
Byle tak dalej :)
Miladora dnia 01.06.2009 04:01 Ocena: Bardzo dobre
Bardzo interesujący tekst.
Trochę błędów - na przykład brak spacji w dialogach po myślnikach, jakieś powtórzenia, czasem styl niedopracowany, ale ogólnie przesłania to wymowa treści i ton, jakim zostało to opowiedziane.
Wrócę jutro (tzn. dzisiaj) i wypunktuję usterki... ;)
Ale i tak bdb...
Miladora dnia 03.06.2009 03:00 Ocena: Bardzo dobre
Przepraszam, że wróciłam dopiero teraz, ale net mi się wykopyrtnął na cały dzień... ;)
No to do roboty... :D
- Mogłyśmy(,) oczywiście(,) poprosić lekarza o zgodę, siostrę oddziałową o eskortę, ale oni... - połączyłabym dla większej płynności i zamiast przecinka po "o zgodę" dałabym "czy"
- widać bólu(,) jaki miałyśmy...
- udając(,) że nie wie, że przyszłyśmy - drugie "że" zamieniłabym na "iż"
- Pewnie dostrzegałam w oczach innych rzeczy, - sugeruję "przypuszczalnie" lub "prawdopodobnie" zamiast "pewnie"
- odkryta, lub że wielki - bez przecinka, ale mnie samej trudno jest się z tym pogodzić... ;)
- że jesteśmy wyjątkowe i najlepsze, a wszystko, co jest za blaszanymi drzwiami jest farsą. - może "a wszystko, co znajduje się za blaszanymi drzwiami bywa farsą"?
- I wypalałam je na ścianach, na dłoniach i w sercu. I wszystkie płakałyśmy.
I trzy razy dziennie w nasz mały, bezpieczny świat wdzierał się głos z zewnątrz, krzycząc o lekach. I ten głos był pierwszym i najważniejszym z tych, - trochę za dużo tych "I"
- Skłębiłam się wtedy w kłębek obaw, - żeby uniknąć powtórzenia dałabym "zwinęłam się"
- patrzyłam z lękiem przez zaciśnięte oczy. - jak można patrzeć przez zaciśnięte oczy?
- A kto przy zdrowych zmysłach będzie nosił w kieszeni łyżeczkę? - sugeruję "Ale kto przy zdrowych zmysłach..."
-Panie doktorze, po pańskiej - spację dodaj "- Panie doktorze..." - w pozostałych dialogach również
- puszczały ta samą płytę, -samą płytę
- Próbowałam potem/Przestałam potem
- łazienki/piosenki - ten przypadkowy rym źle brzmi w zdaniu
- w którym/które/którą - powt.
Na przykład do stylistycznej poprawki - Wygrywała ta, której pierwszej udało się osiągnąć soczystą czerwień. - chodzi o czerwień twarzy terapeuty i chociaż to jest jasne, nie brzmi jednak aż tak dobrze.
Przypuszczalnie można by się jeszcze przyczepić do pewnego nadmiaru przecinków, ale niestety sama mam tendencje do ich nadużywania... :D
Pozdrawiam serdecznie :yes:
Usunięty dnia 03.06.2009 08:31
zielonkawej farby - takie to tkliwe- wystarczy napisać zielonej farby-
Lasówka zielonkawa - to nazwa gatunku ptaka o kolorze oliwkowym.

druga rzecz,

"A pani z pobliskiego sklepiku dobrodusznie kiwała głową, udając że nie wie, że przyszłyśmy zza blaszanych drzwi. A może naprawdę nie wiedziała?" jako znak rozpoznawczy, lepiej brzmiałoby zza zielonych drzwi, kolor ludzie szybciej rozpoznają niż to, czy drzwi są z blachy, czy z dykty, serio serio.


te blaszane drzwi, powtarzające się, blaszane, blaszane... obite blachą się zdarzają, ale łyżeczką nigdy byś ich nie otworzyła.
Miladora dnia 03.06.2009 11:52 Ocena: Bardzo dobre
A skąd wiesz, Małgorzato? ;)
Mnie ten tekst wygląda na opis własnych przeżyć, albo przynajmniej czegoś dobrze znajomego. Potrafię sobie wyobrazić, i być może było tak naprawdę, że drzwi dawały się otworzyć łyżeczką.
Powtórzenia "blaszanych" są według mnie celowe, gdyż stanowią jakby symbol życia za nimi i bariery odgradzającej od świata.
Jest to zresztą zgodne z konwencją opowiadającej osoby i jej stanem psychicznym...
Elwenka, a może byś się tak zjawiła osobiście i porozmawiała o swoim tekście? ;)
Usunięty dnia 03.06.2009 12:08
skąd wiem? Z pracy... mnie blaszane kojarzy się z kubkiem i nocnikiem

Drzwi z blachy są ciężkie i dziecko nie radzi sobie z ich otwarciem.
Miladora dnia 03.06.2009 17:22 Ocena: Bardzo dobre
Margo - ja sądzę, że tu bynajmniej nie o dziecko chodzi.
Poza tym, jest w kategorii "Bazujące na faktach", co teraz jakoś właśnie rzuciło mi się w oczy.
Bohaterką jest młoda dziewczyna - może nawet autorka tego opowiadania.
Usunięty dnia 03.06.2009 17:31
tym bardziej wydaje mi się to wszystko tkliwe

wybacz, jako znawca materiałów, drzwi i innych takich, blaszane wydaje się być co najmniej infantylne.

ale to moje zdanie i wiesz, że mnie nie przekonasz, tym bardziej, że na faktach, a tu wymagam rzetelności, blaszane, to coś dźwięcznego, małego, delikatnego, lekkiego i cudownego, a przecież to nie jest bajka.

Pozwolisz, że zachowam własne zdanie?!

dziękuję :smilewinkgrin: autorkę pozdrawiam, to moje odczucia i tylko moje.
SzalonaJulka dnia 04.06.2009 15:32 Ocena: Świetne!
Fascynują mnie opisy takich stanów, bo sama ciągle walczę z tematem i nie mogę złapać dystansu potrzebnego do pisania.
Tu bardzo ciekawie, choć właśnie z ogromnym dystansem. Ciężar położony na umownej granicy między światami - który z nich jest wolnością, a który bezpieczeństwem?

Daję świetnie pod warunkiem, że uwzględnisz uwagi Milladory :)
elwenka dnia 04.06.2009 23:29
Uf.. zaczęłam pisać posta - głównie na temat drzwi, ale niestety firefoxa mi wywaliło, więc tym razem napiszę skrótowo.

@Małgorzata Południak- to jest tekst bazujący na faktach, takie drzwi naprawdę istnieją w pewnej instytucji ;) Jeśli mamy się szczegółowo zgłębiać w ich budowę, były faktycznie obite blachą, rdzeń stanowiła sklejka- ale na tyle sparszywiała, że już nie była przesadnie ciężka, górną połowę stanowiła szyba z nieprzejrzystego szkła. Dawało się je otworzyć łyżeczką, bo były zatrzaskiwane i mocno zdezelowane- wystarczyło trochę podważyć i zamek puszczał. Kolor też miały zielonkawy. Nie zielony, a zielonkawy właśnie. To był ten paskudny, przybrudzony szpitalny odcień emulsji. I wyraźnie odpadała z tych drzwi, więc bardzo łatwo było określić materiał.

Dlaczego się tak przyczepiłam do tych drzwi i blachy? Blacha, jak sama zauważyłaś kojarzy się z kubkiem i nocnikiem, ewentualnie z dzwoneczkiem ;) Jest cienka, podatna na odkształcenia, a jednocześnie to ona była najbardziej rzucającym się w oczy elementem bariery odgradzającej oddział od świata zewnętrznego. Bariera równie iluzoryczna jak poczucie bezpieczeństwa w środku i wolności na zewnątrz.

@Miladora- większość sugestii, zwłaszcza przecinkowych, wprowadzę- ale to już jutro :) Jeśli chodzi o powtórzenia, przynajmniej ich część oraz pewne elementy nieco zmniejszające płynność narracji - były celowe. Chciałam oddać jak najdokładniej pewne odczucia i przeżycia związane z depresją, pogranicznym zaburzeniem osobowości i fobiami. Gdy wszystkie te trzy przypadłości kumulują się i wchodzą w stadium kwalifikujące się do leczenia klinicznego, "płynność" jest ostatnim słowem, którego można użyć do opisu odczuć :) Emocje i przemyślenia wpadają w swoistą "czkawkę", stają się chaotyczne, i to właśnie chciałam zaznaczyć, używając powtórzeń.

@Asliae, SzalonaJulka- po prostu dziękuję ;)
Abigail dnia 05.06.2009 17:18 Ocena: Dobre
Dosyć dobrze opisane zostały emocje. Można za ich pośrednictwem wczuć się w sytuację, "wgryźć" w psychikę bohaterki. Nie podoba mi się jak na początku zbyt często powtarzasz wyraz "łyżeczka".
Później jest fragment, gdzie zdana zaczynasz od: albo, bo, a, że. Nawet jeżeli było to celowe, niestety wypadło kiepsko.
Zaraz po tym pojawiają się zdania z ogromną liczbą "i" i to było denerwujące do tego stopnia, że chciałam przestać czytać.
Sam temat niezbyt mnie zainteresował, ale to chyba nazywa się gust :) Niemniej nie przeszkadza mi to w docenieniu tego tekstu.
Wanda Szczypiorska dnia 24.06.2009 18:51 Ocena: Dobre
Pierwsze zdanie jest dobre. I blaszane i zielonkawe zupełnie mi nie przeszkadza. Miałam tylko wrażenie, że drzwi otwierają się z zewnątrz do wewnątrz, a nie odwrotnie i ten obraz zakłócił mi prawidłową percepcję tekstu w trakcie czytania pierwszego akapitu.
Opowiadanie jest monotonne, jak życie w zakładzie psychiatrycznym, ale tak być powinno, nie jest to zarzut, raczej pochwała.
Proza: Górna Półka
Proza: Dolna Półka
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
ApisTaur
29/09/2022 22:45
Zbigniew Szczypek rany/ tak dawno tu nie buszowałem/ więc… »
ApisTaur
29/09/2022 22:26
czas każdego załatwi/ nie zawsze po cichu/ mi coraz bardziej… »
Sirpions
29/09/2022 22:18
alt art-oszust, Marek Gajowniczek-ten to produkował… »
ApisTaur
29/09/2022 22:13
Sirpions swoją metrykę spaliłem/ byle wszystkim na… »
Sirpions
29/09/2022 22:09
Pan (Jezus?) nie uważał ludzi za psy, bo stworzono ich na… »
Sirpions
29/09/2022 22:06
Widać, że nie bardzo masz o czym pisać. Banalna opowiastka o… »
Sirpions
29/09/2022 22:03
Ciekawa historia z tym Pawłem. Opowiadanie traktuję jako… »
Sirpions
29/09/2022 21:56
Kolejny nudny tekst. »
Sirpions
29/09/2022 21:55
W sumie nudna opowiastka. »
Sirpions
29/09/2022 21:35
Co ty za pierdoły pociskasz ? Straszenie dzieci topielicami,… »
Marek Adam Grabowski
29/09/2022 21:20
To jedne z najprzyjemniejszych komentarz jakie miałem pod… »
wolnyduch
29/09/2022 21:17
Pięknie o tym, iż lato nas żegna, ale mimo tego mając bliską… »
Sirpions
29/09/2022 21:17
Nie chcę bana. Chcę, żeby mnie wykreślono i moją radosną… »
Tjereszkowa
29/09/2022 20:47
Hej, Marku! Wiadomość o dedykacji sprowadziła mnie na stare… »
gaga26111
29/09/2022 20:04
Dziękuję ludzie ???? Cieszę się że możemy czuć.… »
ShoutBox
  • zawsze
  • 27/09/2022 20:50
  • pozdrawiajki!
  • Ronin
  • 26/09/2022 10:16
  • Przyciśnięcie prawego przycisku myszy nie daje opcji "wklej".
  • wolnyduch
  • 24/09/2022 12:39
  • Dzień dobry - uprzejmie proszę Szanowną Redakcję, o skasowanie mojego ostatniego wiersza, bowiem jest to twór soneto podobny, a miałam dać inny wiersz jesienny, ten dałam pomyłkowo.
  • Zola111
  • 24/09/2022 01:00
  • Głosujcie, bo nie głosujecie: [link]
  • ajw
  • 19/09/2022 17:30
  • Nastrojowe :)
Ostatnio widziani
Gości online:36
Najnowszy:Sirpions
Wspierają nas