Wieża - Bardzki
A A A
Chłopiec cofnął się za plecy matki. Oczy ojca, zwykle tak wyrozumiałe, teraz patrzyły na niego stanowczo i groźnie. Widział w nich kategoryczne żądanie. Zrozumiał, że tym razem matka nie jest wstanie mu pomóc. Były to męskie sprawy, tylko między nimi. Wysunął się więc nieśmiało zza jej pleców. Zrobił krok do przodu.
- Musisz wleźć na samą górę. Nie wyobrażam sobie, aby można było tak po prostu stchórzyć! – krzyczał ojciec.
- Daj spokój! – próbowała załagodzić matka.
- Nie wtrącaj się! – zawołał - będzie wstyd na całą dzielnicę. Inni smarkacze wprost marzą o tym, aby wziąć w tym udział. Ich starzy stają na głowie, aby im to załatwić!
Oparł się ciężko obiema rękoma o stół. Na jego twarzy widać było wzburzenie.
- No nie, nie pokarzę się ludziom na oczy - powiedział do siebie.
Chłopiec powoli podszedł do przeciwległego końca długiego stołu. Przesuwał palcem po starych, sękatych deskach i zaczął przyglądać się ich nieregularnym deseniom. Mogło by się w tej chwili wydawać, że nie ma dla niego nic ważniejszego, niż ta jałowa czynność, lecz to były tylko pozory.
Przez umysł chłopca, niczym błyskawice, przebiegały myśli. Jedna za drugą szybko i chaotycznie. Pojawiały się, i równie szybko znikały. Lecz po chwili, dotychczas rozbiegane, niespokojne, zaczęły się krystalizować. Powoli wyłaniał się z nich obraz jego nocnych koszmarów. Obraz straszny, potworny, który dręczył go od wielu nocy.
Stał gdzieś chen, wysoko nad tłumem. Zachwiał się i mimo wysiłków, aby utrzymać równowagę, zaczął spadać. Usłyszał dźwięk jakie wydało jego ciało, roztrzaskując się o ziemię. Mimo prób, nie mógł wstać. Nogi odmawiały mu posłuszeństwa, a może już w ogóle ich nie było. Sen - mara. Leżał rozciągnięty na bruku. Był taki mały, malutki wśród olbrzymiej ludzkiej fali, która zaczęła się do niego zbliżać, zapewne chcąc nacieszyć oczy jego tragedią. Tłum napierał coraz bardziej. Krąg wolnego miejsca robił się coraz mniejszy. Ludzie, mimo że byli bardzo blisko, podchodzili jeszcze bliżej, jakby chcieli go stratować, zmiażdżyć. Leżąc na ziemi widział ich nogi. Dosłownie miał przed oczyma las nóg, zmierzających w kierunku jego głowy. Ze strachu zamknął oczy. Atmosfera robiła się przerażająca. Chłopiec czuł, że zaczyna brakować mu tchu.
W kuchni zrobiło się wyjątkowo duszno. Nie sposób było tu dłużej przebywać. Spojrzał jeszcze raz na ojca, lecz w jego oczach nie znalazł zrozumienia. Nie wytrzymał i rzucił się do wyjścia. Ojciec próbował zagrodzić mu drogę, lecz chłopak wywinął się zręcznie. Wybiegł trzaskając za sobą drzwiami.
- Zostaw go, może jeszcze zmieni zdanie – powstrzymała go żona.
Wrócił do stołu i zrezygnowany siadł na krześle.

***

- Tyle czasu tam siedzi i chleje. Idź po niego – krzyknęła matka do Marcusa – niech tu przyjdzie. - Natychmiast! Obiad stygnie.
Marcus wybieg z domu. Do knajpy było jakieś dwieście metrów. Przebiegł szybko przez ulicę. Minął kilka domów i stanął pod drzwiami, zza których dochodził gwar pijackich głosów. Nacisnął klamkę i nieśmiało stanął w progu. Była to duża tawerna z niskim, krzyżowym sklepieniem. Przypominała zamkową piwnicę. Stała tu od niepamiętnych czasów, kto wie, może nawet od średniowiecza. Mieszkańcy od pokoleń korzystali z jej gościnności. W tych pomieszczeniach wypito tysiące beczek wina. Stoczono tu wiele dysput i kłótni, które często kończyły się krwawo. Rzadko było tu pusto. Szczególnie wielu gości zaglądało do knajpy po mszy w niedzielę. Spoza kłębów tytoniowego dymu zmieszanego z zapachem kwaśnego wina, można było dostrzec, stojące pod oknami, ciężkie dębowe stoły. Wzdłuż nich siedzieli mężczyźni, dobrze już podchmieleni, kłócili się i dyskutowali zawzięcie. Wśród nich, co chwilę rozlegał się jeden, szczególnie donośny i rubaszny głos. To rej wodził Olo. Był to mężczyzna po czterdziestce. Tęgi z pijacką, czerwoną od gorąca twarzą. W jego mowę dawno już wkradał się bełkot, lecz zupełnie to mu nie przeszkadzało. Wyraźnie, miał kumplom coś ważnego do przekazania. Pewnie jakąś swoją złotą myśl, która nie miała prawa zaczekać nawet minuty na objawienie. Gdy przemawiał, zwykł przy tym mocno gestykulować. Jego wielkie ręce, niczym skrzydła wiatraka, mieliły bez opamiętania powietrze. Wprawdzie mówił teraz do swoich towarzyszy, lecz kontem oka spoglądał na sąsiedni stół, chcąc sprawdzić jakie tam wrażenie robią jego słowa.
- W tym roku to my wygramy. My ustawimy najwyższą wieżę i pobijemy rekord. Słyszałem, że czerwoni nie mają nikogo na czubek! Prawda Manuel - ostatnie zdanie Olo wykrzyczał do sąsiedniego stołu
- Słyszałem, że twój syn ma pietra he,he! O zobacz, tam stoi! – palcem pokazał na drzwi.
W tym momencie wszystkie oczy skierowały się na Marcusa.
Wytrzymał. Nie cofnął się. Stał przez moment niezdecydowany.
- Marcus, chodź no tutaj – zza stołu uniósł się ojciec i kiwną do niego.
- Nie bądź taki chojrak! – krzyknął do Ola, w duchu przeklinając gadatliwą żonę.
- Mój chłopak nie zawiedzie – wypowiedział to wyjątkowo pewnym głosem.
- Marcus!
Posłusznie podszedł do stołu i usiadł na brzegu ławy.
- Mama woła na obiad.
- Kocha to poczeka, a my tu sobie porozmawiamy – ojciec zaśmiał się przyjacielsko.
- Masz, pij - podsunął mu szklankę z oranżadą.
Chłopak wypił powoli. Gdy odstawił szklankę na stół, ojciec zapytał.
- To kiedy przyjdziesz na trening?
- No... no... nie wiem – zaczął jąkać się Marcus.
- Jak to nie wiesz. Myślałem, że już nie ma problemu – pozwiedzawszy to, wbił w niego swój przenikliwy wzrok.
Marcus, chcąc go uniknąć, popatrzył na innych siedzących przy stole. Lecz oni również z ciekawością zaczęli mu się przyglądać. Zwiesił więc tyko głowę i wbił wzrok w podłogę.
- Ja... nie mogę – rzekł cicho.
- Nie możesz? Czy nie chcesz?!
Manuel, spojrzał na na Ola. Widział, jak jego czerwona paskudna gęba szykuje się do wybuchnięcia śmiechem. W jego małych złośliwych oczkach już skrzyły się ogniki.
- Nie mogę! - Marcus powtórzył tym razem zdecydowanie.
- Myślałem, że po ostatniej naszej rozmowie zmieniłeś zdanie.
Powiedział to tak pewnie, jak by od czasu ostatniej kłótni, przeprowadził z malcem co najmniej klika poważnych rozmów, a nie przesiadywał godzinami w knajpie.
- Nie chcę tam wchodzić! Nie chcę i już! - oczy chłopca zaszkliły się.
- To idź syneczku do mamusi na obiadek – odpowiedział ojciec z drwiną i odwrócił się ostentacyjnie do kumpli.
Bardzo zabolało. Dojrzał jak jeden z wyrostków, któremu wolno już było pić wino w towarzystwie swojego ojca, pomachał do niego na pożegnanie ręką. Lecz nie był to zwykły gest. Tak macha się zwykle do małego dziecka. Złożył przy tym usta, jakby chciał pocałować bobasa. Marcus szybko wstał i prawie, że podbiegł do drzwi. Czuł, że do oczu napływają mu łzy, lecz za nic w świecie nie chciał, aby ktokolwiek je zauważył. Zanim wybiegł na ulicę, usłyszał jak Olo zdążył jeszcze krzyknąć.
- Ej mały. Dzięki tobie to my na pewno zwyciężmy!
- Daj spokój wariacie, przecież to jeszcze dzieciak – próbowali uciszyć go koledzy.

***

W pokoju panuje mrok. Na ścianach grają światła ulicy. Przez szpary w oknach przeciska się stłumiony gwar. Marcus leży na łóżku. Po jego policzkach spływają łzy bezsilności i rozpaczy. Ojciec żąda od niego tak wiele, zbyt wiele. Czuje że nie jest wstanie tego spełnić. Niedziela wydaje mu się granicą nie do przebycia. Ma wrażenie, że miara czasu kończy się na tym dniu i nie będzie już żadnego potem.
Czeka na niego, najważniejszy w dotychczasowym życiu, egzamin. Chce przed nim uciec, zniknąć, rozpłynąć się. Rozmyślania, o niedalekiej przyszłości, doprowadzają go do stanu, w którym odczuwa potrzebę samozagłady. Myśl ta, o dziwo, trochę go uspokaja. Podąża więc jej tropem.

Widzi swój pogrzeb i siebie leżącego w wyłożonej białym atłasem trumnie. Ojca pełnego wyrzutów sumienia, klęczącego przy jego wezgłowiu. Jedną dłonią, ukradkiem, uderza się w pierś, a z jego ust dobiegają słowa: moja wina, - moja. Obok matka załamująca ręce. Jej drobna zgarbiona postać, wstrząsana łkaniem, klęczy obok ojca. Naprzeciwko rodziców stoją jego mali bracia. Zwykle tacy ruchliwi, skłonni do psot, teraz pełni zadumy, z sercami przepełnionymi żalem. Marcus nie śmie podnieść oczu wyżej. Ostatnio zbyt dużo złych myśli i życzeń kłębiło się w jego głowie. Nie chce, żeby zostały zauważone.

Zamknięto trumnę czterech, rosłych mężczyzn powoli unosi ją do góry i kładzie sobie na ramiona. Teraz idą powoli środkiem kościoła. Dołącza do nich rodzina oraz inne osoby. Formuję się kondukt, który przez zalane słońcem drzwi kościoła, powoli wychodzi na zewnątrz. Trumna przesuwa się wzdłuż wysokich żywopłotów. Kroki chrzęszczą na żwirowej ścieżce. Mężczyźni i kobiety z kwiatami, kroczą powoli za karawanem. W końcu podchodzą do już zawczasu przygotowanego grobu. Ksiądz zmawia krótką, jak życie Marcusa, modlitwę. Po czym odchodzi. Jego miejsce zajmują grabarze, którzy z należny szacunkiem, sprawnie opuszczają trumnę.

W środku jest ciemno. Odgłosy z zewnątrz są ledwo słyszalne. Słychać grudy ziemi spadające na drewnianą skrzynię. Pierwszą rzuca ojciec. Drugą matka. Następne bracia, rodzina. Teraz już, rzucana łopatami, sypie się szybko. Robi się coraz ciszej. Grobowo cicho. Wszystko milknie. Serce zamiera mu z rozpaczy. Łzy ciekną po policzkach. Uścisk wzruszenia dławi gardło. Dosłownie czuje ból w krtani, lecz w jego myślach powoli pojawia się refleksja. Dostrzega grozę nieistnienia, bycia martwym, czarną pustkę niebytu. Pojmuje bezsens swojej śmierci. Wie, że smutek po nim ma swój kres. Zdaje sobie sprawę, że najbliżsi powoli powrócą do swoich codziennych spraw, a ich smutek, choć wielki, powoli zaczynie tracić na mocy. Nie będzie wieczny. Wieczna będzie tylko jego śmierć. Jego nieobecność.

Wyrwał się z zadumy. Otrząsnął się z dziecinnej wizji. Ze wstrętem zrzucił z siebie koc, który w ciemności, przypominał mu wieko trumny. Poczuł wielką, nieprzepartą chęć opuszczenia tego ponurego pokoju. Nie chciał być już dłużej sam ze swoimi myślami. Przerażały go. Wybiegł na ulicę. Mimo że tego nie lubił, postanowił wmieszać się w wieczorny tłum. Przebiegł chyłkiem przez podwórko. Modlił się, by nie spotkać po drodze kolegów. Bał się pytań, pewny tego, że nie znalazł by u nich zrozumienia. Ostatnio coraz rzadziej pojawiał się na dworze. Stał się małomówny, zamknięty w sobie. Od jakiegoś czasu nie brał udziału w zabawach. Zresztą i tak nikt go by do nich nie zaprosił. Koledzy powoli dorastali. Coraz częściej ich wzrok biegł w kierunku dziewcząt. Tworzyli paczki do których już nie miał wstępu. Nie, żeby go specjalnie przeganiali, ale Marcus odczuwał, że najważniejsze decyzje zapadały bez jego udziału. Nikt już nie dzielił się z nim swoimi tajemnicami. Gdy zbliżał się, rozmowy milkły, jakby rozmówcy odkładali je na później. Czasami zastanawiał się czy może jakimś występkiem, zasłużył na złe traktowanie. Jednak mimo najszczerszych chęci nie mógł sobie nic takiego przypomnieć. Z biegiem czasu przyzwyczaił się do takiego stanu rzeczy. Zaczął okłamywać siebie, że mu na tym nie zależy. Nie szukał więc w tej chwili bratniej duszy, z którą mógłby podzielić się swoimi problemami.

***

Marcus biegł wzdłuż odrapanych ścian. Byle dalej, gdzie nogi poniosą. Koniecznie zobaczyć światło, ruch, gwar. Jego młody umysł potrzebował przestrzeni, powietrza. Przeskoczył przez rynsztok i wpadł na wąską krętą uliczkę. Na moment zatrzymał się. Usłyszał odgłos stukania młotkiem. Dostrzegł, jak na starym, zabytkowym rynku, zbijają trybuny dla oficjeli. Przez głowę przebiegła mu myśl, że pewnie tak samo przygotowywano się w dawnych czasach do publicznych egzekucji. Pobiegł dalej.

Chłopak pędziłby pewnie jeszcze tak długo, gdyby nie to, że drogę zagrodziła mu rzeka. Zatrzymał się zdyszany. Zgiął się w pół. Oparł dłonie na kolanach. Próbował odzyskać oddech. Gdy już doszedł do siebie, usłyszał w oddali jakieś głosy.

Było to o tyle dziwne, że o tej porze miejsce to było zwykle wyludnione. Marcus spojrzał w tamtym kierunku, lecz z takiej odległości nic nie mógł dostrzec. Zaciekawiony skierował się w stronę nabrzeża. W miarę jak się zbliżał, dźwięki stawały się coraz bardziej wyraźne. Zaczął rozpoznawać pojedyncze sylwetki. Nad brzegiem rzeki stało dwóch mężczyzna, a u ich stóp leżał trzeci. Gdy Marcus podszedł na tyle blisko, aby móc usłyszeć słowa, przezornie schował się za niewysokim murkiem. Ostrożność w tym miejscu była w pełni uzasadniona.

- Ty gnoju. Ty śmieciu! – wołał jeden ze stojących.
Człowiek leżący na ziemi powoli próbował się odsunąć.
- Gdzie pełzniesz robalu – mówiąc to niski, krępy wymierzył leżącemu mocnego kopniaka.
- Chcesz odpełznąć? – spytał, i ponownie jego but trafił w nieszczęśnika. Tym razem prosto w brzuch.
Mężczyzna jęcząc zwinął się z bólu. Rękoma próbował osłonić się przed następnym ciosem.
- Leż psie spokojnie, jak pan mówi - krzyknął mu nad uchem.
- Takich jak ty powinno się tępić – przyklęknął i złapał go za poły podartego płaszcza. Zaczął nim potrząsać.
- Jesteś pasożytem. Marną kreaturą, która nie ma prawa żyć. To powiedziawszy podniósł się z kolana i cofnął o krok. Włożył rękę do kieszeni i wydobył z niej zwinięty sznur.
- Teraz przyszła kolej na ciebie – to rzekłszy zaczął, bez pośpiechu, tuż przed jego oczami, rozwijać kłębek.
- Patrz co cię czeka brachu. Zwiążemy ci rączki i nóżki, a potem wrzucimy robaczka do wody i nasz robaczek zrobi bul, bul ,bul.
- Rzekłszy to, wziął się do roboty. O dziwo, mężczyzna potulnie pozwolił mu na to. Napastnik, po chwili, skończył skręcać supeł, po czym wymierzył kolejnego kopniaka, tym razem w głowę . Leżący znieruchomiał.
- No, a teraz nóżki robaczku nóżki, bo skrzydełka już związałem.
Skrępowany leżał teraz u ich stóp i ciężko oddychał.
- Łap go za ręce, wrzucimy go do wody - zwrócił się do kumpla.
- Daj spokój wystarczy – odezwał się drugi z mężczyzn, dotychczas przyglądający się biernie zdarzeniu - mieliśmy przecież go tylko nastraszyć.
- Dawaj, łap go za nogi i do wody!
- Nie wygłupiaj się!
Bierzesz czy nie!Tobie idioto to chyba zupełnie odbiło.
Kurwa mać, łap go!!!– krzyknął wyraźnie już rozzłoszczony.

W tym momencie Marcus nie wytrzymał emocji. Stojąc na drewnianej kłodzie, stracił nagle równowagę. Udało mu się przytrzymać muru, lecz kłoda na której stał, lekko się przesunęła. Rozległ się trzask. Mężczyźni stali się nagle czujni. Zaczęli rozglądać się po okolicy, ale w ciemnościach niczego nie byli w stanie dostrzec. Przez chwilę nasłuchiwali.
- Wiesz co ja spadem, a ty wariacie rób co chcesz. Ktoś się tu chyba kręci.
- A co z nim? - oprawca wskazał na leżącego.
- Spadamy! Zostaw gnoja! Nie ma czasu!

Oboje odbiegli, pozostawiając leżącego samemu sobie. Marcus wysunął się z ukrycia. Podszedł bliżej. W świetle lampy rozpoznał w nim bezdomnego. Często go tutaj widywał. Znał go bardzo dobrze. To był Rudolf, obiekt drwin i żartów. Przypomniał sobie, jak w zeszłym tygodniu, koledzy szli za nim przez cała ulicę Forteczną, wykrzykując pod jego adresem różne obelżywe słowa. Teraz ten człowiek leżał u jego stóp. Był bezbronny, pobity, opuszczony przez wszystkich. Zrobiło mu się go trochę żal. Gdy zaczął rozwiązywać węzły, Rudolf powoli odzyskiwał przytomność. W końcu siadł obolały na ziemi. Jeszcze przez moment dochodził do siebie. Wreszcie dostrzegł obecność Marcusa.

- Ty .. co ...co... tu robisz?
- Nic takiego, próbuje panu pomóc.
- Spierdalaj z taką pomocą – burknął.
Mężczyzna próbował wstać, lecz ostatecznie nie dał rady.
- Spierdalaj mówię ci! Wy wszyscy jesteście tacy sami! - krzyknął rozżalony na cały świat.
Resztkami sił próbował go uderzyć. Marcus odskoczył. Przez chwilę stał, zastanawiał się co robić. Mężczyźnie udało się w końcu stanąć na nogi. Pochylony, mocno zataczając się, ruszył w jego kierunku. Marcus, aby uniknąć drugiego ciosu, odbiegł trochę dalej i zatrzymał się po drugiej stronie ulicy. Stamtąd spojrzał na bezdomnego. Coś tajemniczego powodowało, że nie mógł oderwać od niego wzroku. Wahał się. Jakaś tajemnicza siła powstrzymywał go przed ucieczką. Patrzył na Rudolfa jak zahipnotyzowany. Jeszcze jakiś czas się ociągał. Wreszcie ruszył w kierunku domu. Biegnąc przez słabo oświetloną, nadbrzeżną ulicę, czuł w sercu jakąś dziwna trwogę. Dziwne, że dopadła go dopiero teraz, a nie tam, gdy stał ukryty i obserwował. Skąd się wzięła akurat w tym momencie, kiedy wszystko skończyło się w miarę dobrze – rozmyślał – przecież Rudolf nie był wstanie mnie uderzyć. Gdy przebiegał koło magazynu, nagle uświadomił sobie, że patrząc na niego, zobaczył.... siebie. Tak, siebie. To jest jak wehikuł czasu. To ostrzeżenie. O Boże nie! – zaczął krzyczeć na całą ulicę. Nieee!!!- wrzeszczał z całej siły – nie chcę zostać takim jak on! Obudzone ptaki, skrzecząc niemiłosiernie, poderwały się z drzewa. Stojący na chwiejnych nogach, Rudolf mętnym wzrokiem spojrzał za nim. Wzruszył ramionami. Temu to chyba odbiło – pomyślał. Nie zastanawiał się jednak nad tym dłużej. Tanie wino oraz przeżycia dzisiejszego wieczoru zrobiły swoje. Ułożył się na bruku i po chwili zasnął głębokim snem pijaka.

***

Dzień był piękny i słoneczny. Centrum Barcelony było nieprzejezdne. Od wielu dni do miasta ściągali turyści, chcący wziąć udział w tym niecodziennym święcie. Tłumy gości przechadzały się ulicami, podziwiając zabytki. Zdobycie wolnego miejsca w kafejce lub restauracji graniczyło wprost z cudem. Wszyscy czekali na wieczór, kiedy to rozpoczną się zmagania między zespołami stawiającymi wieże. Marcus nie spał całą noc. Przewracał się z boku na bok. Wstawał, pił wodę, otwierał okno żeby się przewietrzyć. Nic to nie dawało. Dopiero nad ranem, na jakieś pół godziny, udało mu się zmrużyć oko.

Teraz stał na jednej z ulicy prowadzących na rynek. Jago mała, drobna postać ginęła wśród członków zespołu, ubrany tak jak oni, w trójkolorowe szaty. Stał boso. Miał na sobie białe spodnie oraz czerwoną koszule. W pasie przewiązany był czarnym, szerokim pasem (faixa), który miał usztywnić jego sylwetkę. Właściwie był już „za stary”, aby wchodzić na sam szczyt, ale dzięki temu, że był jak na swój wiek niezwykle drobny, pozwolono mu zastąpić chorego Diega. Ruszyli.

Szedł teraz starą barcelońską uliczką. Tłum kłębił się pod ścianami domów, wypełniał każde, najmniejsze nawet wolne miejsce. Widzowie wchodzili na kwietniki. Siadali na murach. Balkony były wypełnione po brzegi tak, że wydawało się wprost nie możliwe, aby mogły unieść taki ciężar. Tłum pozdrawiał castallerów. Ludzie machali, krzyczeli, wiwatowali w ich stronę. Marcus szedł ze spuszczoną głową, z oczyma wbitymi w ziemię. Starał się nie rozglądać, był skupiony, patrzył pod nogi. Wydawało się, że nie słyszy żadnych dobiegających go dźwięków. Szedł tak, aż dotarł do szerokiego placu, gdzie właśnie rozbierano piramidę Ola. Kolejni zawodnicy opuszczali plac.

Olo był zły. Cały wysiłek poszedł na marne, a przecież tak niewiele brakowało. Wystarczyła jedna mała pomyłka, aby wieża zachwiał się i runęła,. Zauważywszy drużynę Manuela, spojrzał wrogo. Splunąwszy na ulicę, zaczął brutalnie przedzierać się przez tłum. Co chwila kogoś potrącając, rozpychając się łokciami, dotarł w końcu do drzwi tawerny. Zimny chłód pomieszczenia nieco ostudził jego emocje. Ciężko usiadł na ławie. Po chwili pojawił się gospodarz z piwem. Olo pociągnął łyk - jeden, drugi. Z każdym kolejnym jego złość zaczęła przeradzać się powoli w smutek, aby ostatecznie zamienić się w obojętność. Kolejne piwa robiły swoje. Oczy Ola powoli zaczęły się zamykać. Powieki ciążyły. Oparł się o kolumnę i zasnął.

Na dworze gwar dochodził do zenitu. Ostatnia drużyna, a rekord dalej nie pobity. Czyżby i w tym roku nikt nie zdoła ustawić dziesięć pięter? Tłum falując, zrobił miejsce dla następnej drużyny. Zawodnicy ruszyli. Szybko i sprawnie kilkunastu silnych mężczyzn uformowało bazę (pinyi).Po chwili zaczęli podchodzić do niej kolejni. Szybkimi ruchami wdrapywali się na plecy kolegów, tworząc piętro. Mocno spletli ręce. Ustawiali się przez chwilę, aby poprawić chwyt i pewnie stanąć na nogach. Gdy równowaga została utrzymana, na ich barki wchodzili kolejni, mniejsi i drobniejsi zawodnicy. Pięter przybywało, lecz im było wyżej, tym tworzyły się dłużej. Wieża była coraz większa, tak więc i czas potrzebny na wspięcie się castellers, też był coraz dłuższy. W tym czasie na dole, bierny dotychczas tłum, zaczął powoli zbliżać się do wieży.

Widzowie rękoma z całej siły starali się dopomóc w utrzymaniu konstrukcji. Młodzi chłopcy, dziewczęta, starsi panowie, turyści, biznesmeni, wszyscy jak jeden mąż, próbowali za wszelką cenę wzmocnić jej podstawę. Ludzie różnych profesji, statusu przez moment poczuli się związani jedną ideą. Ściśnięci razem. Napierając na siebie rękoma, barkami. Zduszeni w wielkim ścisku. Czując na karku oddech sąsiada i zapach jego potu obficie zalewającego skronie, nie strudzenie, z całej siły, pchali swych towarzyszy w kierunku wieży. Ludzie nawzajem sobie obcy, którzy normalnie nie zamienili by ze sobą ani jednego słowa, teraz zjednoczeni wspólnym celem, przylgnęli do siebie pokonując tą niewidzialną linię, która określa osobistą przestrzeń. Granica, którą zwykle nikt nie ośmiela się przekraczać, teraz została przerwana. Z ludzkich, wyciągniętych rąk utworzył się krąg, rozeta, która z każdą chwilą puchła, oblepiana kolejnymi chętnymi. Niczym żywa meduza falowała, skręcała się, pulsowała życiem. Ludzie w amoku, malignie, która coraz bardziej im się udzielała, na moment zapomnieli kim są. Zmartwienia zostawili na chodniku, gdzieś tam, w miejscu w którym przed chwilą stali. Teraz stłoczeni, spleceni razem czuli się wolni i szczęśliwi.

Zawodnicy tworzący podstawę poczuli nagle przypływ energii. Wsparci z zewnątrz przez rozentuzjazmowany tłum, zebrali całe swoje siły, aby utrzymać niewyobrażalny ciężar na swoich barkach. Jak kariatydy, dźwigające balkony, swoimi ramionami utrzymywali żywą ludzką wieżę.

Budowa dobiegała końca. Wśród gwaru i jęków wysiłku wznoszono ostatnie piętro. Zręczni chłopcy wspinali się jak małpki po plecach kolegów. Robili to bardzo szybko i zwinnie. Przede wszystkim oprócz siły, liczył się tutaj czas. W zmęczonych kończynach herosów zaczynało brakować sił.

Manuel uganiał się jak fryga. Krzyczał, wydawał komendy. Posłuszni zawodnicy w najwyższym skupieniu, skrupulatnie wykonywali polecenia. Wiedzieli, że nie ma miejsca na improwizację i własne pomysły. Liczyła się każda sekunda.

W końcu przyszła kolei na Marcusa. Jego osoba miała zwieńczy dzieło. Już od pewnego czasu z zaciekawieniem zaczął przyglądać się tłumowi. Powoli udzielał mu się jego nastrój. Strach zaczął blaknąć. Jego miejsce zaczęło powoli zajmować podniecenie. W miejsce przerażenia pojawiło się inne, dotychczas nieznane, mu uczucie. Jakaś dziwna siła pchała go do przodu. Przedrzeć się przez tłum. Wskoczyć na karki ludziom i po ich plecach wspiąć się do góry. Tak, tak na sam szczyt – pomyślał. Jeszcze przed chwilą był przerażony. Szedł ze spuszczony wzrokiem nie mając odwagi rozejrzeć się na boki. Teraz stał wyprostowany, gotowy, jak rumak, do skoku.

Przez szum tłumu przedarła się komenda ojca. Marcus ruszył. Ktoś go podsadził, by mógł wejście ludziom na głowy. Bezceremonialnie zaczął je tratować. Na czworakach podpełznął pod pierwszy poziom. Uczepił się mocno rękoma barków. Ścisnął je z całej siły jak jastrząb, który wbija się w swoją ofiarę. Mocno obejmując kolanami torsy, podciągał się na rękach. Czuł pod palcami nabrzmiałe mięśnie kolegów. Słyszał ich głośne, zmęczone oddechy. Jego palce wyczuwały na ich szyjach krople potu.

Nagle dotarła do niego myśl, że ci wszyscy ludzie robią to, po to, aby mógł wejść na samą górę. By mógł tam wysoko podnieść rękę w geście zwycięstwa. Zrozumiał, że ich nadludzki wysiłek jest dla niego. Poczuł, że nie może ich teraz zawieść. Czuł się silny. Silny jednością. To dotychczas niewiele znaczące dla niego słowo, nabrało nowego wymiaru, nowej mocy. Wydawało się, że na nowo odkrywa jego sens.

- Właź do cholery! – zawołał ojciec z dołu. Wydawało mu się, że chłopak przezywa kryzys.- Nie zatrzymuj się. Szybko na górę!

Ponownie ruszył. Pokonywał już ostatnie centymetry. Na tej wysokości wieża chwiała się to w jedną, to w drugą stronę, lecz Marcus zupełnie się tym nie przejmował. Nie przerażało go to, że jest praktycznie na wysokości trzeciego pietra kamienicy. Co prawda musiał patrzyć w dół, aby kontrolować położenie stóp, lecz było to spojrzenie krótkowidza. Jego pole widzenia skróciło się. Widział tylko swoje nogi, a nie przepaść, która dzieliła go od zgromadzonych na dole. Grożąca upadkiem, wyginająca się we wszystkie strony dolna część wieży, była poza zasięgiem wzroku. Markus nie odczuwał, widzianej z tej perspektywy, olbrzymiej przestrzeni placu. Jego umysł skupiał się jedynie na tym, co było w tej chwili najważniejsze.

Jeszcze kawałek, jeszcze centymetr. Czuł, że słabnie, a jego dłonie ześlizgują się, mdleją. Próbował zwiększyć uścisk. Włożył w to ostatnie siły. Nieludzkim wprost wysiłkiem woli zmusił kończyny do pracy. Mocniej zacisnął kolana. Usłyszał jak kolega pod nim jęknął. Jeszcze kawałek. Nareszcie ręka spoczęła na ostatnim ramieniu. Krzycząc, Marcus znalazł jeszcze trochę sił, aby ostatni już raz podciągnąć się. Był na samym szczycie. Nie zwracając zupełnie uwagi na to, że w każdej chwili może stracić równowagę, wyciągnął rękę do góry. Odważnie spojrzał w niebo. Jego mała dziecięca dłoń na moment zasłoniła jaskrawe słońce. Na dole zawrzało. Do jego uszu dotarł okrzyk zachwytu. Tłum szalał.

Nagle jeden z zawodników, tworzących dolne piętro, poczuł straszny ból w karku. Tępy, ogromny, przeszył go na wskroś. Koniecznie musiał się poruszyć, przesunąć choć odrobinę. Wiedział, że nie może, lecz nie był już wstanie wytrzymać. Zmienił nieznacznie pozycję. W tym momencie wieża drgnęła i zachybotała się.

Ludzie ze wszystkich sił starli się utrzymać równowagę. Lecz to tym bardziej destabilizowało konstrukcję. W dotychczasowy porządek wkradł się chaos. Został przekroczony punkt krytyczny i nic nie było już wstanie zmienić biegu wydarzeń. Do Marcusa dotarło w końcu, że wieża zaczęła się walić. Postąpił tak jak uczył go ojciec. Zaczął szybko zsuwać się po plecach towarzyszy. Gdy był już jakieś dwa poziomy niżej, zauważył, że wszystko ulega rozpadowi. Kolega, którego pleców się trzymał, po prostu odpadł.

O Boże - zdążył krzyknąć i poczuł że spada na plecy. Zamknął oczy. Usłyszał szum wiatru w uszach. Poczuł pęd powietrza.

Gdy je otworzył, zobaczył, że leży na plecach podtrzymywany przez dziesiątki rąk i na tym żywym, ruchomym pomoście powoli oddala się na bezpieczną odległość od ciągle jeszcze rozpadającej się wieży. Marcus odkrył kolejne nieznane mu uczucie. Nagle poczuł się cząstką ogółu. Częścią społeczności na którą mógł liczyć. Ludzie, których ręce uratowały go od skręcenia karku, stali mu się teraz bardzo bliscy. Jego serce zalała fala spokoju. Po raz pierwszy, leżąc teraz na ramionach ludzi, poczuł się pewnie. Poddał się tłumowi. Zdał się na niego.

***

Niewiele miał do roboty w to sobotnie przedpołudnie. Szedł teraz środkiem ulicy i kopał puszkę, która z łoskotem odbijała się od bruku. Cofnął się kilka kroków. Wziął duży rozbieg i umiejętnie przyłożył nogę. Puszka pofrunęła wysoko. Ładnie podkręcona wykonała łuk i trafiła prosto w stragan. Marcus odruchowo zasłonił ręką oczy.

- Cześć Marcus. Ty urwisie. Co tam słychać? - wyciągniętą do góry dłonią pozdrowił go straganiarz.
- Uff – wypuścił z siebie powietrze – e... nic takiego. Ot, pętam się to tu, to tam.
- Pozdrów ode mnie ojca – krzyknął Max w jego kierunku.
Wydawało się, że chce jeszcze coś powiedzieć, lecz w końcu tylko machnął ręką.
- Olo da się lubić, ale to dupek, żołędny dupek – pomyślał i wrócił do swoich zajęć.
Marcus zręcznym ruchem chwycił jabłko i niepostrzeżenie schował je do kieszeni.
Max dojrzał to, lecz tylko się uśmiechnął. Udał, że nic nie widzi.
- Na zdrowie – życzył mu w myślach – ale następnym razem dostaniesz po uszach.

Marcus szedł dalej ulicą, która w tym miejscu lekko opadała w dół. Jego nogi znowu niosły go w stronę rzeki. Ze zdziwieniem rozglądał się po okolicy. Choć mieszkał tutaj od urodzenia, wydawało mu się, że ulica którą idzie, ostatnio trochę się zmieniła. Dziwne - pomyślał. Dostrzegł jakiś urok w jej krzywym bruku i wykoślawianych krawężnikach. Nawet rynsztok wydawał mu się dzisiaj strumieniem. Pomyślał, że całkiem miło jest jak świeci słońce. Świat wydaję się wtedy trochę ładniejszy. Gdy skracał sobie drogę przez skwer, spostrzegł na ławce sympatyczną dziewczynkę. Posłał jej długie, wymowne spojrzenie. Spojrzała na niego. Uśmiechnął się w jej stronę. Rumieniec zagościł na jej twarzy. Wstydliwie spuściła oczy. Ukryła się za długimi, czarnymi rzęsami. Po chwili uniosła je, lecz zobaczyła już tylko, jak sympatyczny chłopiec niknie za zakrętem.


Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
Bardzki · dnia 13.09.2009 16:23 · Czytań: 1565 · Średnia ocena: 3,5 · Komentarzy: 7
Komentarze
Usunięty dnia 16.09.2009 23:11 Ocena: Dobre
Przede wszystkim, to czuję się oszukana! Zaczęłam czytać z głupa, nieświadoma objętości, ni niczego... Jeden błąd - odnotowuję, pięć błędów - odnotowuję, fabuła idzie, idzie do przodu niezauważenie, ale wciąż bez końca i błędów też bez końca! Co najgorsze!
Ten tekst wygląda tak, jakbyś go napisał, a potem już ani razu doń nie zajrzał, tylko wrzucił tu na portal. W ten sposób zaraz zaserwuję Ci mega długą wylicznkę, bo jak wyliczyłam już te dwadzieścia błędów to co, miałąm resztę pozostawić w spokoju?
Doceń mój heroiczny wysiłek! ;)

"Sen ,mara"
- spacja po, a nie przed przecinkiem

"Był taki mały, malutki wśród olbrzymiego tłumu, który zaczął się do niego zbliżać, zapewne chcąc nacieszyć oczy jego tragedią. Tłum napierał "
- tłumu, tłum - zlewa się, powtórzenie

"- Wrócił do stołu i zrezygnowany siadł na krześle."
- to przecież nie jest dialog, to dlaczego od nowego akapitu i myślnika?

"Stała tu od niepamiętnych czasów,"
"Mieszkańcy od pokoleń korzystali"
- niepotrzebnie powtarzasz, jak to długo ona tam stała

" W tych pomieszczeniach / Stoczono tu / Rzadko było tu "
- tych/tu/tu - zbytnie zagęszczenie "tych"

"z pijacką"/"pijacki bełkot"
- a zaraz znowu powtórzenie

- Dodatkowo masz przypadłość, że do rzeczownika za każdym razem przyklejasz dwa przymiotniki, w dodatku częstokroć nie oddzielając ich przecinkiem:
+jak jego czerwona paskudna gęba
+W jego małych złośliwych oczkac
+Jej drobna zgarbiona postać
+czterech rosłych mężczyzn
+wąską krętą uliczkę
Obawiam się, że może być tam tego więcej.

"Powiedział to tak pewnie, jak by od czasu ostatniej kłótni"
- jakby

"lecz za nic świecie nie chciał, "
- "w" uciekło

"wstanie"
- "w stanie"

"moja wina,moja"
- spacja po przecinku, ale motyw z ojcem nad trumną mi się podobał :)


"czterech rosłych mężczyzn, powoli unosi ją do góry "
- przecinek po czterech, a nie po mężczyzn

"Ze wstrętem zrzucił ze siebie koc"
- "z" siebie

"Zresztą i tak nikt go, by do nich nie zaprosił"
- bez przecinka

"Koledzy dorastali. Coraz częściej ich wzrok biegł w kierunku dziewcząt"
- Pomimo, że całkiem nieźle odmalowałeś świat swojej opowieści, Twój styl jest koślawy. Zdania krótkie, jak poszarpane, najeżone zawiłościami bynajmniej nie celowymi. Np. to powyższe zdanie jest koszmarne, a mogłoby być: "Koledzy dorastali i ich wzrok coraz częściej biegł w kierunku dziewcząt". Brzmi o wiele płynniej, nabiera lekkości..

"Czasami zastanawiał się, czy może jakimś występkiem, zasłużył na złe traktowanie"
- bez przecinka przed "zasłużył"

"wołał jeden ze stojący."
-a "ch" zniknęło

"- Człowiek leżący na ziemi powoli próbował się odsunąć. "
- znowu to samo, przecież to nie jest dialog!

"Takich jak ty powinno się tępić – przyklęknął "
- brak myślnika na początku i nie wiadomo, czy to ktoś mówi, czy co to..

"po czym wymierzył kolejnego kopniaka tym razem w głow ."
- czegoś tu brakuje, a nawet dwóch

"mieliśmy przecież go tylko nastraszyć"
- "mieliśmy przecież tylko go nastraszyć" - brzmi lepiej?

"Zaczęli rozglądać się po okolicy, ale w ciemnościach niczego nie byli w stanie dostrzec"
- a tu jest błąd, ale logiczny - kilka zdań wcześniej piszesz, że chłopak wybiegł z domu, bo potrzebował światła, ludzi i przestrzeni. Nagle piszesz, że był to czas, gdy ulica jest już wyludniona, a potem wyskakują te ciemności. Może i w czasie, gdy chłopiec biegł, zapadł zmrok, ale Ty nigdzie o tym nie wspominasz, przez co burzy się cały obraz.

"Jakaś tajemnicza siłą "
- siła

"Tak siebie"
-przecinek pomiędzy

"aby wieża zachwiał się i runęła,. "
- :rol:

"Zauważywszy drużynę "/ "Splunąwszy na ulicę i zaczął brutalnie przedzierać się "
- miałam ochotę dodać, czytając: "zesrawszy się" - okropny ten szyk i zbyt częsty

"Olo pociągnął łyk, jeden, drugi."
- przydałby się myślnik po łyku.

"Czyżby i w tym roku nikt nie zdoła"
- znowu Ci zeżarło literkę

"bazę (pinyi).Po chwili "
-spcja

"Ludzie w amoku, malignie,"
-przesadzasz z tą maligną

"Strach zaczął blaknąć. Jego miejsce zaczęło powoli "
- zaczął/zaczęło

"gotowy jak rumak do skoku"
- raz, że niestylistycznie, dwa - wytnij tego rumaka lepiej

"Ktoś go podsadził, by mógł wejście na głowy "
- ciekawe to zdanie :rip:

"Uczepił się mocno rękoma barków"
- barki mają ręce? źle brzmi

"Nagle dotarła do niego myśl, że ci wszyscy ludzie robią to, po to,"
- znowu ten cholerny przecinek - usuń ten przed "po to"

"Właś do cholery"
- tutaj moja szczęka sięgnęła sufitu

"- Właś do cholery! – zawołał ojciec z dołu. Wydawało mu się, że chłopak przezywa kryzys.
- Nie zatrzymuj się. Szybko na górę! "
- jeśli mówi cały czas jedna osoba, to nie musisz nowego zdania zaczynać nowym akapitem. Robi się chaos.

"Widział tylko swoje nogi, a nie przepaści, która dzieliła go "
- to ile tam było tych "przepaści"?


Uf, koniec. Słuchaj, mogłam Ci wlepić miły komentarz, mogłam na bidę nawet przełknąć historię samotnego chłopca, który przełamuje swoje lęki i dzięki przeżyciu "jedności z tłumem" nabiera pewności siebie i zaczyna cieszyć się życiem. Ale te cholerne, małe błędy mnie dobiły podczas czytania i zamiast skupić się na całkiem fajnej fabule, potykałam się o przecinki i inne głupstwa. Pomysł miałeś dobry, spostrzeżenia i przeżycia jakieś w tym są, wykonanie jednak kuleje, w szczególności styl - jak już wspominałam - trochę kanciasty, niedorobiony.
Widzę, że jestem pierwszą osobą, która komentuje ten tekst i szczerze mówiąc, wcale się nie dziwię. Jak ktoś się zabiera za czytanie "długiego" tekstu w internecie, to wolałby nie przedzierać się podczas czytania przez gąszcza i chwasty błędów, tylko dlatego, że autorowi nie chciało się (?) do własnego tekstu zajrzeć.
W związku z czym, oceniam jako przeciętny.
Bardzki dnia 17.09.2009 12:27
Jak najbardziej doceniam twój heroiczny wysiłek i szybko poprawiam błędy. Z tym oszukaniem to nie przesadzaj. Wystarczyło przesunąć myszką i sprawdzić długość tekstu. Poza tym nikt nikogo nie zmusza do czytania. Jeżeli tekst mnie nie interesuje to go po prost dalej nie czytam. Potem oczywiście nie komentuję. Większość twoich uwag uwzględniłem, choć nie wszystkie. Ponieważ jest ich dużo nie będę się tu rozpisywał. Masz rację jeżeli chodzi o fragment, który opisuje relację chłopca z rówieśnikami. Jest ciężki i zawiły. Wynika to pewnie z faktu, że próbowałem zbyt wiele wcisnąć w tak mały fragment. Zastosowałem tu coś w rodzaju dygresji. Nie chciałem się rozpisywać i tworzyć kolejnych scen z rówieśnikami. To jest opowiadanie, a nie książka. Spróbuję to jeszcze przeredagować.
Miło mi ,że doceniłaś scenę z ojcem nad trumną. Niestety mam co do niej mieszane uczucia. Z jednej strony wydaje mi się,że dobrze oddaje to co przeżywają dzieci, które wyobrażają sobie takie sceny gdy chcą odreagować swoje rozczarowanie postawą najbliższych. Z drugiej strony gdyby nie to, że jest to wizja dziecka, sam opis byłby wyjątkowo infantylny. Wydaje mi się, że największym rozczarowaniem dla Ciebie nie jest tylko niedopracowana forma, lecz postawiona przeze mnie teza o zbawczym oddziaływaniu tłumu. Oczywiście wybacz jeśli się mylę.

Dziękuję za komentarz
Rafał

P. S.
Nie bardzo wiem gdzie mam umieścić wyraz "zesrawszy się", czy jeszcze na ulicy, czy może już w tawernie. Coś wyraźnie dzisiaj nie kumam.
Usunięty dnia 17.09.2009 14:53 Ocena: Dobre
Przed chwilą wysmażyłam Ci piękną odpowiedź, niestety moja nieudolność ją skasowała, więc muszę rozpocząć cały wywód od nowa :(
Nie gniewaj się na mnie za te ostre słowa (typu:Oszukana, czy zesrawszy się), po prostu zirytowały mnie chwasty co rusz wyskakujące podczas czytania. Rozpoczęłam czytać z nastawieniem na gruntowną recenzję, natomiast te głupie błędy zupełnie zdeterminowały cały proces. Wiesz zapewne, jak to jest, kiedy obierzesz jakąś drogę i potem choćbyś chciał, nie możesz z niej zejść, bo wszystkie kroki są już wyznaczone, wedle nadanego sobie celu. Zabierając się za czytanie tekstu, raczej nie kieruję się jego "długością", jeżeli jednak treść najeżona jest licznymi, uwierającymi błędami, to takie czytanie może przeminić się w koszmar. W tym wypadku, aż tak źle nie było, nie martw się :), bo plusem jest ciekawa i fajnie skomponowana fabuła. Gorzej zaś z formą.
Chyba masz rację, że moment przedstawienia relacji chłopca z rówieśnikami, który zresztą jako jedyny jest zarazem charakterystyką bohatera, jest za krótki? Czy może za nadto skondensowany?
Nasuwa się wobec tego pytanie, co jest przyczyną tej nieśmiałości i wyobcowania? Tylko ojciec? Ja sobie myślę, że może ten chłopiec jest po prostu takim outsiderem, a to zjednoczenie z tłumem w tym momencie, można potraktować jako zafałaszowanie jego świadomości? W końcu pierwszy raz w życiu chłopiec doświadcza akceptacji (w dodatku zbiorowej), ale czy tłum zawsze będzie stawał po jego stronie, czy przyjmowanie takich zewnętrznych nacisków jest właściwe, czy trzeba zadowolić tłum, aby być szczęśliwym?
Obcując z jakimkolwiek dziełem sztuki (i w ogóle ze światem), odbiorca (w tym wypadku czytelnik) staje się jego współtwórcą. Ja się zastanawiam, czy odczytałam dobrze Twoje intencje, czy może wymagam za wiele? Fantazjuje?
Jeśli to opowiadanie jest, jak mi się wydaje, rzeczywiście tak wielowymiarowe to nasuwa się konieczność, aby przybrać je w piękniejszy kształt. Jak już mówiłam wcześniej - koślawość zdań i błędy, w których się pogubiłam, zamiast delektować się, być może, fabułą.
Miałam piękny komentarz, teraz wyszedł miżmaż, mam nadzieję, że czytelny ;)
Tyle, z mojej strony.
Pozdrawiam.
P.S.
Wizja dziecka w całości usprawiedliwia banał wiadomej sceny.
Piszesz dobrze, ćwicz styl - to moja sugestia.
P.P.S.S.
Jakby co, zapraszam w przyszłości do dialogu :)
P.P.P.S.S.S
Podnoszę ocenkę.
Bardzki dnia 18.09.2009 16:26
Oczywiście ,że się nie gniewam. Masz prawo do wyrażania swoich osądów. Czy był odludkiem. Na pewno, lecz nie było mu z tym dobrze. Masz racje co do tego, że nie do końca wiadomo jak wpłynie na niego akceptacja tłumu. Gdy pisałem ten tekst zastanawiałem się jak go zakończyć. W pierwszej wersji, miał iść z innym chłopcami w mocnych wysokich butach ( jak Hitlerjugend), a stukot jego butów miał rozlegać się na ulicach. Lecz ostatecznie zrezygnowałem z tego ponieważ wydarzenia w opowiadaniu nie są umiejscowione w konkretnym czasie. Chłopiec w przyszłości może po prostu zostać zwykłym odważnym człowiekiem, dyktatorem (Hiszpania Franko) lub w czasach nam współczesnych np: artystą estradowym, politykiem, aktorem. Tak więc pod tym względem tekst jest otwarty. To czytelnik sam może sobie dopowiedzieć przyszłość chłopca. Dlaczego wieża? Oczywiście, aby ją zdobyć. Lecz także, aby z niej spaść. Doświadcza wzlotu i upadku. Lecz o dziwo upadek nie oznacza klęskę tylko nowe doświadczenie. Dlatego też jego relacje z tłumem nie będą tylko heroiczne. Wieża to nic innego jak klasyczne ćwiczenie stosowane w grupach terapeutycznych, kiedy jedna osoba upada, nie zabezpieczona na plecy, ufając ,że druga złapie ją zanim uderzy głową w podłogę. Tu inna jest tylko skala. Co do formy, wiem o swoich ograniczeniach wynikających z tego ,że piszę od niedawna, właściwie od tego lata. Tylko dzięki edytorowi mogę się tu wypowiedzieć. Podobno dzięki postępowi techniki niedługo nawet ślepi przejrzą na oczy.
Co do tekstu to na razie go nie zmienię. Wrócę do niego jak poprawią się moje umiejętności. Może będzie kiedyś szkicem do czegoś większego, kto wie.

Pozdrawiam i wielkie dzięki, że jako jedyna zwróciłaś uwagę na ten tekst.
Rafał

P. S. Widzę, że zmieniłaś ocenę. Nie wiem czy słusznie. Jeżeli uważasz, że opowiadanie zasługuje na poprawny, to wróć do poprzedniej. Dla mnie przeciętnie to: - nie najgorzej.
Usunięty dnia 20.09.2009 00:22 Ocena: Dobre
Spoko, to tylko ocenka ;)
Pisz, pisz, życzę wytrwałości i powodzenia! Tobie i sobie :D
Dzięki za rozjaśnienie niektórych kwestii...
Pzdr.
TomaszObluda dnia 20.10.2009 18:52 Ocena: Bardzo dobre
Teraz jak cię pochalę, to będzie uznane za odwdzięczenie się za dobrą ocenę pod moim opowiadaniem. To tez będę musiał uzasadnić moje dobre słowo. Otóż odwiedziłem cię, bo stwierdziłeś pod moim opowiadaniem,że najważniejsza w opowiadaniu jest fabuła, to sobie pomyślałem,że nie ględzisz. Przychodzę i widzę, faktycznie. Nie ma miejsca na jakieś filozofie długaśne, na jakieś opisy bogowie wiedzą po co, mam akcję. Oczywiście gdzie trzeba tam dajesz odetchnąć, ale nie nudzisz. Główna postać jest z krwi i kości, poza tym drugi plan to nie statyści z drewna, oni też żyją(muszę sam na to zwrócić większą uwagę). No i najważniejsze, że to nie polskie smuty, tylko historia żywa, trzymająca w napięciu, ale z pozytywnym finałem. Bogowie! Polak, a nie ma złamanego kręgosłupa, gwałtów, alkoholizmu, nie ma trupów. Nie jest cukierkowo, o nie, ale życie przecież nie jest cukierkowe. Dałeś mi dużo do myślenia, nad tym co powinienem zmienić, i mam trochę podejść inaczej do swoich utworów. Znaczy, wiedziałem to już wcześniej, ale przypomniałem sobie i utwierdziłem się. Pozdro
Bardzki dnia 21.10.2009 17:47
Dzięki za dobre słowo. Staram się jak mogę. Warsztat trochę kuleje ,ale staram się go rozwijać. Tak jak już mówiłem najważniejsza jest dla mnie fabuła. Opisy owszem, ale jej podporządkowane. Co do trupów. Trochę Cię rozczaruję, już jakiś czas temu uśmierciłem jednego aktora, a następny trup czeka w kolejce. Na razie utrzymuję równowagę między optymistycznymi , a pesymistycznymi zakończeniami.

pozdrawiam Rafał
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
skroplami
28/05/2022 17:50
Treść rozmów naprawdę rzeczywista, idealnie rzeczywista :).… »
skroplami
28/05/2022 17:04
Dobre, całkiem dobre. Ale do połowy lepsze jak dalej.… »
Florian Konrad
28/05/2022 16:21
Oj tam, dwie pierwsze powieści poszły z dymem, przyznaję.… »
wolnyduch
28/05/2022 16:20
No to zmienię na brzeg, choć na ogół nie jestem taka… »
wolnyduch
28/05/2022 16:18
Rozumiem, no ale jest ta telepatyczna i duchowa więź, bo… »
wolnyduch
28/05/2022 16:14
Re: D.U Ok, rozumiem, pozdrawiam serdecznie i życzę… »
Kobra
28/05/2022 16:11
...brzeg może być. Jest super. Ja myślałam po potoku, rzece… »
wolnyduch
28/05/2022 16:06
Zmieniłam na wers po wyjściu na brzeg, ale skoro piszesz, że… »
Kobra
28/05/2022 15:59
Coś mi się widzi, że zmiana "wody" na coś innego… »
wolnyduch
28/05/2022 15:46
Witaj Koberko No co ja zrobię, że ja kocham rym...:) No… »
Kobra
28/05/2022 14:48
Wody/tetrapody - zamierzony rym? I może trochę pozmieniać te… »
d.urbanska
28/05/2022 14:42
WD - to nie przejęzyczenie, lecz ludowa forma: udałaś mi się… »
czarnanna
28/05/2022 13:50
Wolny duchu, serdecznie dziękuję za podzielenie się odbiorem… »
wolnyduch
28/05/2022 12:12
Rozumiem, no cóż metafory zawsze są cenne, ale co do układów… »
wolnyduch
28/05/2022 12:08
Czegóż się nie robi w imię przyjaźni/miłości, nawet picie… »
ShoutBox
  • Pulsar
  • 20/05/2022 20:45
  • Szanowna redakcjo! Na mój BLOG nikt nie może publikować. Jedynie komentować i wyrażać wszystko co wątrobie zalega. Zatem nie jestem [link]żeniem.
  • Pulsar
  • 20/05/2022 20:25
  • oto adres:
  • Pulsar
  • 20/05/2022 20:20
  • Oto adres:
  • Pulsar
  • 20/05/2022 20:18
  • Oto adres:
  • Pulsar
  • 20/05/2022 20:15
  • Zabrakło znaków. Coś podobnego. A ja dopiero się rozkręcam. Zatem zapraszam wszystkich do mojego BLOGA, nieśmiałego. u mnie można o wszystkim, nie tylko o poezji. W ramach obowiązujących norm internet
  • Pulsar
  • 20/05/2022 20:08
  • Zapraszam na mojego nieśmiałego BLOGA. Wszystkich, nawet tych bez ślepej kiszki i z dwunastnicą zapasteryzowanymi metaforami. Co zrobić, trudno! Z żołądkiem zakwaszonym refluksem. RRRUU! Wszystko ule
  • Yaro
  • 16/05/2022 19:07
  • To fajnie:)
  • mike17
  • 16/05/2022 17:17
  • Opróżniłem pocztę Jarku :)
  • mike17
  • 16/05/2022 14:29
  • Jarku, nie zapomniałem o Tobie :)
Ostatnio widziani
Gości online:0
Najnowszy:Usunięty
Wspierają nas