Gorąca Krew - Rusma1
Proza » Historie z dreszczykiem » Gorąca Krew
A A A

GORĄCA KREW


Nazywam się Dean Richardson, urodziłem się w Californi w 1967 roku, jestem kawalerem, pracuje jako detektyw i właśnie liczą się losy mojego życia. Pogoda nie sprzyja, krople deszczu uderzają w moje pogruchotane ciało niczym małe twarde kamienie. Jest około północy, nie moge myśleć zalewa mnie zimny pot, i wewnątrz mojego ciała robi się przerażająco gorąco. Gorąca krew, zimny pot, pogruchotane kości i rana postrzałowa w rękę. Chciałbym wrócić do momentu, którym to się zaczęło, przenieśmy się o dwa dni w tył.
Siedziałem za biurkiem i pisałem raport dla mojego szefa, gdy przez radio centrala nadała komunikat.
- Detektyw Richardson, dostał pan wezwanie na Griffin Street 45a, brutalne morderstwo.
- Już jadę. powiedziałem, znowu cholerna robota, nie ma ani chwili spokoju, nie wiem kiedy skończę ten raport. Wyszedłem z biura, gdy zbiegałem ze schodów komisariatu spotkałem szefa.
- Richardson!! Gdzie jest ten cholerny raport!!!! krzyknął, po czym zaczerwienił się jak burak. Był to mały siwy i zarazem gruby niczym beczka człowieczek.
- Właśnie kończyłem go pisać, gdy dostałem wezwanie do morderstwa. powiedziałem w nadziei, że mi się upiecze.
- Właśnie, poprowadzisz to śledztwo, ale raport ma być dziś na moim biurku, zrozumiano??
- Tak jest. po tych słowach zbiegłem czym prędzej po schodach i wsiadłem do mojego starego, dobrego Cadilaca. Po krótkiej jeździe przez ulice Nowego Jorku dotarłem na miejsce, była to opuszczona uliczka na uboczu, mieszkało na niej zaledwie kilka osób, znajdowało się tu wiele opuszczonych domów. Przed małym opuszczonym od lat domkiem, stało kilka radiowozów. Okna zabite były deskami, a drzwi w ogóle nie było, cały dom stwarzał na ogół ponura atmosferę. Wysiadłem z samochodu i wszedłem do środka, powitał mnie smród i dwie znajome twarze, jedną z nich był Michael, był to mój partner, niezbyt bystry chłopak, o krótkich jasnych włosach, ale mniejsza o niego. Druga osobą była Jenifer, była to piękna kobieta, pracująca jako rosoba grzebiąca w zwłokachr1; inaczej, zajmowała się sekcjami zwłok, co moim zdaniem w ogóle do niej nie pasowało. W domku było całkowicie ciemno, nie licząc lamp wystawionych przez funkcjonariuszy.
- O, dobrze, że jesteś powiedziała cicho Jenifer na rękach miała gumowe rękawiczki i trzymała jakiś bliżej mi nieznany przedmiot, służący do zbierania odcisków. Jenifer stała przy drzwiach do pokoju, w którym była ofiara.
- Jak wygląda sytuacja- zapytałem.
- chodż za mną. po tych słowach otworzyła, bardzo ostrożnie drzwi i wszedł do pokoju.
Pokój był pusty nie licząc ofiary powieszonej u sufitu na haku.
- Ustaliliśmy, że ofiara zanim umarła została pobita i zgwałcona, na jej brzuchu widać wyraźne i rozległe siniaki. powiedziała Jenifer, po czym wyszła z pokoju.
Nigdy w życiu nie widziałem niczego podobnie okropnego, ofiara była biała jak śnieg,
w jej czaszce była dziura, w której usytuowany był spory zardzewiały hak.
Po chwili dotarło do mnie, że muszę zbadać ten pokój. Zadziwiające, było to, że nie znalazłem ani jednej małej kropelki krwi. Spojrzałem w kąt pokoju i moją uwagę przykuło coś bardzo małego i brązowego, był to skrawek materiału.
- Jenifer, mam coś! krzyknąłem, po czym Jenifer weszła do pokoju.- skrawek materiału zawieź to do labolatorioum.
- Ok., zaraz pojadę tylko skończę z tą robotą.
Resztę dnia spędziłem w biurze kończąc raport, lecz myśli nie dawały mi spokoju. Czym motywował się morderca?? Nie wiem i chociaż nie chciałem poznawać tej tajemnicy, praca mi to nakazywała, tak już bywa, takie właśnie jest pieskie życie.



Gdy wracałem do domu padał ulewny deszcz, który sygnalizował początek mojego końca.
Poczułem, że muszę opróżnić pęcherz moczowy, więc zjechałem w jakąś przecznicę i wysiadłem z samochodu kierując się w malutką uliczkę, a raczej przesmyk między szarymi kamienicami. Robiąc co trzeba usłyszałem głosy, dochodzące z pobliskiego zabitego dechami okna.
- ..Kurwa jego mać!!! Ten idiota wsadzi nas do pudła, miał ją tylko schludnie sprzątnąć, a nie wieszać na haku jak niewiadomo co!!! powiedział głos, który raczej przypominał skrzek.
- Stało się i już, nie odstanie się. powiedział, drugi głos, tym razem gruby i ociężały.
Nie czekałem dłużej, pomyślałem, że mam sprawców w garści. Pobiegłem do drzwi kamienicy, które okazały się otwarte, wyciągnąłem moją 9mm beretę i ruszyłem w stronę pokoju, z którego dochodziły owe głosy. Idąc przez korytarz poczułem przeszywający ból w okolicach szyi, obraz mi się zamazał, powoli upadłem. Usłyszałem stłumione głosy.
- zmywamy się!!
- mało brakowało a bylibyśmy upieczeni.
- jedziemy do Klubu.
Gdy się obudziłem, głowa mi pękała z bólu. Wygramoliłem się na nogi. Oparty o ścianę dochodziłem po woli do siebie. Spojrzałem na zegarek, było grubo po północy. Z wysiłkiem podniosłem swoją beretę i schowałem ja do kabury. Wszedłem do pokoju, z którego dochodziły owe głosy, był to mały salonik z zapyziałym fotelikiem i obrzyganą kanapą.
Na ścianie były Graffiti, najzwyklejsza siedziba Nowojorskich ćpunów. Gdy zbliżyłem się do fotela, znalazłem na nim pudełko zapałek, choć raz w tym przeklętym dniu uśmiechnął się do mnie los pomyślałem. Na pudełeczku była naga kobieta i napis r LIVE NUDESr1; dalej podany był adres. Gdy siedziałem już w samochodzie skojarzyłem, że te zbiry mówiły cos o jakimś klubie. Postanowiłem się tam wybrać. Gdy zbliżałem się do celu, ulice coraz bardziej zatłoczone były gangami i dziwkami, które zapewne rozpoznały we mnie glinę po pierwszym spojrzeniu. Klub świecił z daleka neonowym napisem "LIVE NUDES" . Wszedłem do klubu i poczułem zapach tytoniu. Dało się odczuć gwar i przepych. Gdy wreszcie dotarłem do baru, zamówiłem ognistą Whisky i kupiłem tabletki przeciw bólowe, ale nie byłem tu w tym celu, musiałem znaleźć tych bandziorów. Usiadłem przy stoliku i sącząc Whisky rozglądałem się dookoła w poszukiwaniu oprychów. Próbowałem sobie przypomnieć wygląd, choć jednego z nich, lecz bezskutecznie. Nagle mój wzrok przyciągnęła grupka trzech facetów, którym za samą mordę dął bym 10 latek, patrzyli się na mnie, a jeden z nich miał u pasa metalowy drągal. Wstałem powoli i poszedłem do ubikacji. Minąwszy milutką parkę zabawiającą się w otwartej kabinie, zamknąłem się w ostatniej z kilku kabin. Wyciągnąłem broń chwyciłem za lufę, i czekałem. Nie musiałem długo czekać, bo po kilku sekundach usłyszałem ciche kroki, gdy oprych podszedł do drzwi od mojego kibla kopnąłem je z całym impetem. Zbir uderzył o umywalkę, rozbijając ją doszczętnie. Byłem w tarapatach, tak naprawdę nie wiedziałem dlaczego tak intensywnie zająłem się tą sprawą, ale coś pchało mnie dalej. Po chwili usłyszałem głosy.
- Jimmy coś nie wraca.
- chodźmy sprawdzić czy wszystko w porządku. po tych słowach wyciągnąłem beretę i schowałem się w środkowej kabinie. Stanąłem na sedesie, gdy właśnie usłyszałem.
- Cholera!!!
-Idz po szefa!!! Gliniarz uciekł pewnie już daleko!! Kurwa mać!!!
Zbir podszedł do leżącego nieprzytomnie w kałuży swojej krwi i w szczątkach umywalki swojego kolegi. Wykorzystałem ta chwilę i otworzyłem spokojnie drzwi, wycelowałem w głowę Napastnika.
- NYPD, opuść broń a nic ci się nie stanie. powiedziałem cicho i spokojnie.
- Cholera! Powiedział zbir kładąc broń na ziemie i unosząc ręce do góry.
- Teraz powiesz mi kto jest odpowiedzialny za to całe gówno!! powiedziałem pewny siebie.
- Ja nic nie wiem, naprawdę! powiedział zbir, lecz nawet kilkuletnie dziecko rozpoznało by, że łże jak z nut. Odbezpieczyłem broń dając mu do zrozumienia, że to mi nie wystarczy.
- No, no.. Dick Murray jest naszym szefem. Po tych słowach, kopnąłem go w jaja i uciekłem przez otwarte okno. Na odzyskanie samochodu nie było szans, złapaliby mnie od razu, a zresztą nie wiem czy nie ukradli mojego wozu. Biegłem przez dzielnice, kierując się w stronę komisariatu, powrócił ból głowy. Powoli wstawał świt, w biurze były dwie osoby.
- Katie sprawdź mi Dicka Murrayra. powiedziałem
- Ok. Dean, szef chce cię widzieć.
Szef nawrzeszczał na mnie, za nie dostarczenie raportu. Z bazy danych okazało się, że Dick Murray, to morderca skazany na 20 lat pozbawienia wolności, wyrok zakończył w dniu ostatniego morderstwa. Stwierdziłem, że muszę złożyć mu wizytę. Było rano, Dick mieszkał na przedmieściach Nowego Jorku w dworku, który oddawał wrażenie najmroczniejszego miejsca w tym cholernym mieście. Siedziałem w samochodzie, przed dworkiem czekając na jakieś oznaki życia. Po dwóch godzinach przyjechała furgonetka i wjechała do garażu przed dworkiem. Przygotowałem broń i schowałem się za murkiem. Z furgonetki wysiadło pięciu goryli i Dick, dwóch zostało przy drzwiach, reszta udała się do środka. Nie miałem dowodów i nakazu, aby wtargnąć do posesji Dicka. Wsiadłem do samochodu i wróciłem na komisariat, gdzie w drzwiach spotkał mnie szef.
- Jesteś skończony Richardson! dałem ci czas! powiedział szef, wyraźnie zdenerwowany.
- Trafiłem na trop czegoś dużego szefie.
- Gówno mnie to obchodzi, nie przyniosłeś mi raportu!! WYLATUJESZ!!!! wycedził przez zęby szef. dawaj odznakę i broń. Zrobiłem co nakazał. Pojechałem do domu, gdy otworzyłem drzwi powitał mnie płacz mojej żony. Jakieś zbiry gwałciły ją w mojej sypialni.
- Pies tu idzie!!! Zabij ją!! krzyczeli.
- NIEEE!! Krzyknąłem i pobiegłem w stronę sypialni.
- Dean!!! POMOCY!! AAA!!! krzyczała moja żona.
Gdy wbiegłem do pokoju, moja żona nie żyła, uderzyło mnie to jak młot. Czułem jak wszystko we mnie wibruje, jak robi mi się gorąco i rozdziera mnie rozpacz. Krew spływała po jej ręce, na łóżku była wielka plama krwi, oczy miała otwarte. Pobiegłem za Zabójcami, lecz ci właśnie odjeżdżali. Rozpoznałem, że jednym z nich był Dick. Oparłem się o łóżko i gorzko zapłakałem. Podniosłem z ziemi telefon zadzwoniłem na pogotowie, po czym wyjąłem z mojej skrytki Obrzyna, i trochę naboi. Jadąc w stronę dworku Dicka kręciło mi się w głowie, różne obrazy wirowały mi w głowie. Padał deszcz, ten sam, który pada na mnie teraz, gdy leżę tutaj w kałuży swojej krwi. W dworku świeciły się światła, nie interesowały mnie konsekwencje, interesowała mnie tylko zemsta. Ruszyłem przez furtkę, strażnicy przy drzwiach patrzyli na mnie przez chwilę, po czym wycelowali do mnie.
- Idź stąd włóczęgo. Padł strzał, jeden strażnik był nieżywy, bez większego zwlekania zabiłem drugiego strażnika, który najwyraźniej nie wiedział co go czeka.
Wszedłem przez piwnicę, było tam wiele pudeł, w których znajdowały się narkotyki.
Nagle usłyszałem głos.
-..Podejrzany o zabójstwo jest Dean Richardson, były detektyw nowojorskiej policji..
Podszedłem to radia i wyłączyłem je, teraz nawet to się nie liczyło, liczyła się tylko chęć śmierci zabójcy mojej żony. Życie straciło dla mnie sens, dotychczas przy życiu trzymała
mnie myśl, że w domu czeka na mnie żona. Wyszedłem z piwnicy, w holu było trzech strażników, zastrzeliłem jednego i schowałem się za ścianą oczekując na następnych.
Słyszałem ich kroki, po chwili zauważyłem jak idą w odbiciu na posadzce, którą miała zaraz splamić krew. Gdy tylko zza ściany wychyliła się lufa jednego ze zbirów wykopałem mu broń z ręki a drugiego zastrzeliłem bez skrupułów. Chęć zemsty dodawała mi szybkości i celności, moja skuteczność w zabijaniu zadziwiła mnie, ale najbardziej zadziwiała strażników.
Przechodząc następne piętra dworku i eliminując strażników jednego po drugim, myślałem o żonie, o tym, że już nigdy jej nie pocałuje i nie zobaczę, nawet nie wiem gdzie będzie pochowana. Nagle, gdy biegłem przez korytarz moja rękę ugodziła kula, obróciło mnie i spojrzałem w oczy śmierci, miał na sobie tweedowy garnitur i celował do mnie z Desert Eagle.
- Lubię takich jak ty, Richardson. Czułem jak gorąca krew spływa po moim ramieniu, rana nie pozwalała mi na podniesienie broni. Stałem oparty o ścianę dysząc.
- Niestety, byłeś zbyt wścibski, więc musieliśmy troszkę pobawić się z tą suką. po tych słowach nie wytrzymałem, Dick przegiął pałę. Z wielkim wysiłkiem podniosłem broń i oddałem szybki strzał w brzuch Dicka.
- Lecz jednak cię nie doceniłem, Richardson- po tych słowach wyzionął ducha.
Obraz przed oczami rozmazał mi się i zobaczyłem moją żonę, krzyczała, biegłem w jej stronę stała w ciemnym pomieszczeniu. Ukazał się obok niej Dick, strzeliłem do niego, lecz on uśmiechnął się ironicznie i zniknął w otchłani. Otworzyłem oczy, leżałem już na chodniku koło dworku, nade mną było rozbite okno. Śnił mi się koszmar, lunatykowałem w oddali słychać było syreny radiowozów. Pogoda nie sprzyjała, krople deszczu uderzały w moje pogruchotane ciało niczym małe twarde kamienie. Było około północy, nie mogłem myśleć zalewał mnie zimny pot, i wewnątrz mojego ciała robiło się przerażająco gorąco. Gorąca krew, zimny pot, pogruchotane kości i rana postrzałowa w rękę. Zemsta była słodka, ale żal po straconej żonie o wiele większy. Jestem w szoku. Właśnie tak wygląda moja historia.
Przyjechały radiowozy.
- Jezu, co tu się stało!!! powiedział jakiś gliniarz.
- Kto to wszystko zrobił!!!
- Tam ktoś jest!! oświetliło mnie światło policyjnej latarki, wolałem umrzeć niż iść do pudła.
- Potrzebujemy lekarza!!!!!!!! Podciągałem rękę z beretą w stronę głowy, gdy miałem oddać ostatni strzał w moim życiu, straciłem przytomność.
Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
Rusma1 · dnia 16.04.2006 10:52 · Czytań: 1143 · Średnia ocena: 1,67 · Komentarzy: 6
Inne artykuły tego autora:
Komentarze
Wiktor Orzel dnia 16.04.2006 16:39 Ocena: Przeciętne
pierwsza uwaga nie sotsujesz pauz po wtrąconych zdaniach bądź wypowiedziach.
Wiktor Orzel dnia 16.04.2006 16:41 Ocena: Przeciętne
2. za długie zdania, za dużo przecinków, za mało kropek :]
Wiktor Orzel dnia 16.04.2006 16:41 Ocena: Przeciętne
dedektyw nie zna przyżądu do zbierania odcisków ?! :O
Wiktor Orzel dnia 16.04.2006 16:56 Ocena: Przeciętne
z kryminału zrobiłeś rozpierdówkę niczym w quaku..sam nie wiem, mam mieszane odczucia. Popoprawiałem troche błędów ale jeden to chyba przejdzie do hisotri związków frazeologicnzych :

"- Gówno mnie to boli," :D :D :D - nie no trzymajcie mnie :D
koniokrad dnia 17.04.2006 21:12 Ocena: Słabe
rada na początek - wydłub z klawiatury litery "b" "y" "l" i zamiast nich daj "-" i ".". Poza tym wszystko zerżniete z gier komputerowych, dziwnym trafem nazwy pistoletów wielką litera, zdania których sie czytac nie da bo są za długie, usiłowanie wplatania uczuć wewnętrznych przy kopniaku zbirem w umywalke, pięc kilo powtórzeń...zenua... daje sobie palce połamac ze jak naoisłąec to tego nie przeczytałeś
DamianMorfeusz dnia 06.07.2008 00:32 Ocena: Przeciętne
Max Payne, prawda? Błędów bez liku - popraw te dialogi, choćby pisownię.
Rada na całe życie. Można opisać niestworzone rzeczy, coś, co nie miało miejsca, nie ma miejsca, nie będzie miało miejsca. Trzeba to zrobić w sposób, żeby czytelnik się nie zorientował lub miał to po prostu gdzieś.
Styl, sposób przedstawienia wydarzeń - porażka. Ćwicz!
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
Zbigniew Szczypek
20/02/2024 00:55
Gabrielu No niestety Kazjuno ma rację - to już nie jest ten… »
Zbigniew Szczypek
19/02/2024 23:56
Cześć Nikon Nie wiem, jakiej prawdy szukasz, według górali… »
mike17
19/02/2024 20:38
Jarku, piszesz w bardzo amerykańskim stylu. Nie ma tu… »
Marek Adam Grabowski
19/02/2024 15:28
Spoko. To chyba rzeczywiście jedno z moich lepszych, a… »
Kazjuno
19/02/2024 14:15
Dzięki Marku. Na Ciebie mogę zawsze liczyć. To kontynuacja… »
Kazjuno
19/02/2024 14:11
Ten kawałek też przegapiłem. Sorry! Pomysł, jak to u Ciebie… »
Marek Adam Grabowski
19/02/2024 13:39
Sympatyczne opowieść. Niestety słabo pamiętam poprzednie… »
Marek Adam Grabowski
19/02/2024 13:30
Dzięki Kazju! Bardzo fajny komentarz. Pozdrawiam »
Kazjuno
19/02/2024 11:41
Masz rację Marku, że olałeś roszczeniową Witch. Babsztyl za… »
Kazjuno
19/02/2024 11:18
Przeczytałem Gabrielu G. Niestety nie całość. Dlaczego, za… »
Marek Adam Grabowski
19/02/2024 10:02
Dziękuję; miło słyszeć o takich grzebaniach. Polecam też… »
Marek Adam Grabowski
19/02/2024 10:00
Dziękuję za miły komentarz. Przy okazji przypomnę o mojej… »
Zbigniew Szczypek
19/02/2024 00:56
Bernierdh Nie było mnie w tedy, więc piszę teraz ;) Jest… »
Zbigniew Szczypek
19/02/2024 00:23
No tak Marku, babie nie dogodzisz! Całkiem, jak w bajce… »
Zbigniew Szczypek
19/02/2024 00:14
Witaj Marku Grzebałem sobie w "Kościach" i… »
ShoutBox
  • Redakcja
  • 20/02/2024 16:43
  • Nie mamy nic przeciwko, jeśli każdy z narzekających sprowadzi choć jedną osobę ze starej gwardii. Nie mamy niestety siły, żeby konkurować z mediami społecznościowymi, jesteśmy skromnym portalikiem ;)
  • Zbigniew Szczypek
  • 18/02/2024 22:24
  • Szkoda, wielka szkoda! Co zaglądam, a trochę mnie nie było, to jest coraz gorzej! Przez tydzień obserwuję zapaść, było żle ale teraz, to jakaś tragedia z komentarzami, czy to martwy magazyn?
  • RonaczeK
  • 09/02/2024 19:16
  • Chciałem tylko powiedzieć że choć ostatnio nie mam czasu na to by być tu online to zaglądam poczytać. A Ty czytasz? [link]
  • mike17
  • 09/02/2024 16:19
  • Wczoraj minęło 12 lat, jak jestem na portalu :) Jak ten czas leci. To były naprawdę fajne, udane lata. Szkoda tylko, że tak wielu wartościowych użytkowników już tu nie zagląda...
  • Druus
  • 20/01/2024 22:16
  • Bywam tutaj co jakiś czas i domniemam, że Wasz Król „umarł”.
  • ajw
  • 13/01/2024 15:52
  • Również wszystkiego dobrego :)
  • Wiktor Orzel
  • 02/01/2024 09:38
  • Wszystkiego dobrego Wszystkim, dziękuję że tu nadal jesteście! :)
  • mike17
  • 31/12/2023 18:00
  • Oby ten Nowy Rok był dla Was lepszy niż ten, który się właśnie kończy, niech dopisuje zdrowie i wena, a co do portalu, to najlepszy portal w Polsce i tak trzymać, ole :)
Ostatnio widziani
Gości online:13
Najnowszy:joanna_wie