Nie dam już rady uciekać. Nie dam.
Kiedy stąpam po jej wyglansowanym asfalcie czuję jak zaczyna mnie ściskać tą swoją lekkością, przyczepnością, niejako spójnością. Kiedy moje nogi, zginające się ze strachu, nie mogą już iść- zaczynają biec. Biegną. Z językiem u nóg. Noga za nogą, milimetr za milimetrem przebieram nogami. Coraz szybciej, coraz bystrzej i już, już prawie osiągam prędkość światła, kiedy pasy bezpieczeństwa zahaczają o róg mojego płaszcza i ciągną mnie w czarną dziurę.
Boję się tego uczucia. Nie sytuacji. Uczucia.
Ale najbardziej boję się tej drucianej ulicy.
Wokół widzę poustawiane jak na służbie budynki z towarami (nie wiadomo jakimi), z których widać wyraźnie tylko łepetyny sprzedawców. Frankenstainowskich sprzedawców. Tak, to właśnie oni mają zasiwiałe włosie, skórę buldogów, żmijasty wygląd i mózg (a raczej jego brak) szczura.
Tego widoku także się boję. Boję się, że pożrą mnie na żywca i nawet nie przyprawią. (Dlatego zawsze noszę przy sobie opakowanie kolorowego pieprzu i worek soli. Do smaku.)
Te cynamonowo-różane poustawiane na przemian bunkry są takie same. Prostokąt 15x20, zarzygana trawa, człowiek. I gdzieniegdzie drzewo wycięte z "Wyborczej".
Któż pomyślał, że można bać się monotonności?
KTÓŻ POMYŚLAŁ, ŻE MOŻNA BAĆ SIĘ KAWAŁKA ZDESTELOWANEJ ROPY?
A jednak.
Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
futurystyczna · dnia 25.10.2009 07:55 · Czytań: 913 · Średnia ocena: 1,89 · Komentarzy: 10
Inne artykuły tego autora: