NARA - czastykl
Proza » Groteska » NARA
A A A
NARA

TOM I

Pieśń Pierwsza

Rozdział I

Budząc się owego pięknego poranka Pan Jan Karuzela nie myślał nawet, że właśnie rozpoczęty dzień przyniesie odpowiedź na gnębiące go corocznie pytanie o hobby w ankiecie wyborczej. Jak zwykle zatem wyłączył budzik i położył się dalej spać. Jakiś czas później, idąc przez trawnik, wdepnął w psie odchody. Sytuacja to - przyznajmy – dość nieprzyjemna; pozbycie się z buta przetrawionej substancji stało się pierwszym tego dnia prawdziwym wyzwaniem dla Pana Jana.
Droga Czytelniczko/Czytelniku: pierwszy plus dla Ciebie za to, ze sięgnęłaś/eś po tę Księgę. Jeżeli okażesz wytrwałość i doczytasz ją do końca, będziesz mogła/mógł napisać do mnie list mniej więcej takiej treści: Kochany Panie Autorze! Dziękuję Panu bardzo za napisanie tego Dzieła, jest naprawdę świetne!!! Tu mogą nastąpić inne superlewatywy pod moim adresem, a zakończenie mogłoby brzmieć następująco: Dołączam również drobną sumkę (dorobek całego mojego życia) oraz znaczek i kopertę zwrotną – jeśli zechciałby Mistrz przesłać mi swój autograf – byłabym/byłbym dozgonnie wdzięczna/wdzięczny. I tu podpis. Z góry oświadczam, że listy o innej treści będę przed otwarciem darł i oddawał na makulaturę.
Uwaga: W następnych akapitach Pan Jan znajduje swoje hobby. Zajmuje się hodowlą róż i oczyszczaniem miasta z psich odchodów, co w końcu doprowadza go do bankructwa, a także odsiadki w zakładzie resocjalizacyjnym zwanym dumnie pierdlem.
To było tak: Pan Jan miał domek- mały, wybudowany przez jego pradziada za czasów, kiedy jeszcze nie pędził bimbru. Domek ów, od własności Spółdzielni Mieszkaniowej „Kopiec Termitów”, odgradzał płotek ze spróchniałych, acz ze śladami białej farby, sztachet. Beton po stronie domu był własnością Pana Jana, natomiast resztki róż należały do Spółdzielni. W chwili kiedy Pan Jan strzepywał resztki psich odchodów w anemiczne róże, mijała go ośmioletnia Dziewczynka z młodszym od niej pieskiem. Przy obiedzie powiedziała do mamy:
- Mamciu, a ten Pan z naprzeciwka to hoduje róże!
- Tak, to romantyk, nie to co ten – odpowiedziała ni to ze złością, ni to z rozmarzeniem Mamcia, uczyniwszy niekoreślony ruch dłonią w kierunku stygnącej przed pustym krzesłem zupy.
Dziewczynki w wieku ośmiu lat kochają romantyków. Następnie, osiągnąwszy lat dziesięć, na romantyka nawet nie spojrzą. Starsze Panie posługują się romantykami dla swych własnych celów. Ale to taka dygresja. Tak więc przez najbliższe dwa lata Pan Jan znajdował na chodniku przed domem psie odchody, a róże – pod wpływem regularnego nawożenia naturalnymi preparatami – odżyły.
Zresztą nic dziwnego, że Dziewczynka zakochała się w Janie. W końcu każdy mężczyzna z jego rodu odznaczał się niebywałą gładkością twarzy i szlachetnością rysów. Chociaż, prawdę powiedziawszy, należy odnotować dwa wyjątki:
1. Szlachetnie urodzony przodek Pana Jana stracił głowę dla Pani Gilotyny podczas Rewolucji Francuskiej i teraz nawiedza potomka w koszmarach.
2. Stryj Pana Jana stracił gładkość twarzy podczas bliskiego spotkania trzeciego stopnia z plutonem egzekucyjnym. Sprawę tę należy od razu wyjaśnić. Kapral stryja Pana Jana uparł się był aby ten wyczyścił szczoteczką do zembów (tak mówił) hol koszar w przeciągu czterech godzin. (Nikt nie lubi przeciągów, jak ponoć mówił Odyseusz.) Rzecz ta stryjowi naszego bohatera wydała się niemożliwa, niehigieniczna i bez sensu. Dlatego też nie poddał się próbie. Kapral, gdy to odkrył, był mało zadowolony. Napomykam od razu, że kapral palił cygara, stąd też miał żółte zemby (tak mówił). Stryj Pana Jana zaczął tłumaczyć, że zadanie było nierealne do wykonania, ponieważ szczoteczka prawie nie czyści, a na poparcie swojej tezy zaczął nią myć zęby (powiedzmy) owego kaprala, co znów się onemu nie spodobało. Stryj Pana Jana postawiony więc został przed koniecznością przytrzymania zwierzchnika, który po trzech minutach bezdechu, niewiadomo zresztą po co, umarł. (Pamiętaj !- Szczotkuj zęby co najmniej dwa razy dziennie po trzy minuty minimum!) Brat ojca Pana Jana, pamiętny na dokonania protoplastów, nie poddawał się łatwo i kolejno tłumaczył sprawę wszystki wyższym oficerom przebywającyn owego feralnego dnia w ganizonie. Od tego zdarzenia w tej niesławnej jednostce zemby (tak mówią) myje się palcyma.
3. F = mc3
Jak już wcześniej mimochodem napomknięto- Pan Jan Karuzela był romantykiem, tak więc nie miał żony i nigdy nie był z żadną kobietą. Proszę sobie Droga Czytelniczko/ Drogi Czytelniku zwizualizować jego zdziwienie, kiedy pewnego wieczora do jego domu wszedł gość o kopę lat od niego starzy i od progu krzyknął:
- Tato!
(W tym miejscu chciałbym Państwu przybliżyć fragment pierwszego rozdziału mojego wielotomowego i przełomowego, niestety nigdy niepublikowanego dzieła "Nara.") Oddajmy jednak głos Panu Janowi.
Owego pięknego wieczoru siedziałem sobie w domu rozkoszując się pięknym, pełnym patosu dziełem madeinusa. Nagle moje antywłamaniowe drzwi sforsował czterdziestoletni facet i rzucając mi się w objęcia krzyknął: „Tato!” Nie mogłem opanować mojego zdziwienia, przecież facet był prawie dwa razy starszy ode mnie, niemniej nie było to dla niego żadnym argumentem. Zacząłem mu tłumaczyć, że jestem romantykiem więc nie mam żony i nigdy nie byłem z żadną kobietą. Jednakże racje mojego nagle odnalezionego syna przekonały mnie o jego prawdomówności i zapewniły miesięczny niemalże darmowy wikt i opierunek w hotelu zwanym przez tutejszych inżynierów i magistrów szpitalem.
Na szczęście sprawa z synem nie zakończyła się tym przykrym epizodem. Wróciwszy do domu posmutniałem, ponieważ nie zastałem w nim swojej latorośli, nie mówiąc o meblach i schowanej w pościeli gotówce, przeznaczonej na kwaterę cmentarną. Przez parę minut nosiłem się z zamiarem pójścia na policję. Doszedłem jednak do wniosku, że (nawet jeśli taki numer mi wyciął) to bardzo nie ładnie donosić, bądź co bądź, na własnego syna, zwłaszcza jeśli jest ode mnie starszy. Drugim powodem dla którego nie poszedłem na komendę były dwie nogi w gipsie, natomiast trzecim- uświadomienie sobie faktu, że syn bardzo łatwo może mnie znaleźć, a pomimo tego, że kocham swoją rodzinę, nie życzę sobie spotkania z nim.
Niestety często zdarza mi się unikać rodziny. By to osiągnąć jestem w stanie wymyślić tysiąc kłamstw i samemu sobie ugotować niedzielny obiad. Z pośród wszystkich członków mojej familii najbardziej staram się wymigiwać od spotkań z siostrzeńcem, ale nie dlatego, że jest moim chrześniakiem i wypadałoby, od czasu do czasu, coś mu kupić, chociażby na urodziny. Moja niechęć do niego wypływa z faktu, iż brzydzę się przemocą, a smyk, już od pierwszych dni gaworzenia, przejawia skłonności sado- masochistyczne.
Nie jestem zbyt głębokim człowiekiem, choć staram się stwarzać pozory, które jednak, jak bańka mydlana, pękają przy zderzeniu z wyrafinowanymi igraszkami krewniaka. Siostrzeniec bowiem, dawno już wyrósł z pytań: „dlaczego?”, na które automatycznie odpowiadałem: „nie wiem”. Chrześniak, nie dając się zwieść opinii rodziny, szybko przestał wierzyć, że jestem debilem i ubzdurał sobie, że ukrywam przed nim największe tajemnice, nie chcąc odsłonić nawet ich rąbka. Jego pytania stawały się coraz trudniejsze, co przysporzyło mi wrzodów, a jemu parę siniaków i złamań. Nie poddał się jednak i ostatnio zwykł zasypywać mnie pytaniami typu: „czy można punktować punktowiec?” , „czy raczek może raczkować?” , „czy należy zapamiętywać swoje zapamiętania?” , „czy działając z rozmysłem można się rozmyślić i czy można się zamyślić nad zamysłem?” , „czy zapalczywy zapaleniec może zapalając papierosa zapalniczką zapalić się do zapalnika przy zapalonym stanie zapalnym zapału?”
Teraz siedzę sobie wygodnie przy rozkręconych kurkach kuchenki gazowej i mam nadzieję, że zdążę ze wszystkim zanim siostra zostawi u mnie swego syna na cały weekend.
Droga Odbiorczyni (drogi Odbiorco) tego Dzieła – dałem już popis swoich możliwości, więc – jeśli się Tobie podoba – zachęcam do czytania drugiego rozdziału; jeśli nie to nie musisz, najważniejsze, że był się wykupił nakład. (Pisząc niniejsze nie zdaję sobie sprawy, że za pięć lat od daty wydania, niniejsza Księga będzie lekturą szkolną. )

Rozdział II

Rozdział drugi okazał się wyjątkowo nudny. Zwłaszcza z przeciągającymi się opisami przyrody (ożywionej i nie), a najgorszy był już opis domu sąsiadów. Autor się nie popisał. Do chrzanu również okazały się zbudowane w wielkim trudzie sylwetki psychologiczne czwartoplanowych bohaterów, jak na przykład psa Dziewczynki z naprzeciwka, który gryzł Pana Jana w nogę tylko w czwartki osiemnastego maja między godziną szesnastą a osiemnastą czasu środkowoeuropejskiego. Mimo zawarcia w niniejszym rozdziale pożytecznych uwag na temat: Jak ubierać się latem gdy przy 30° C pada deszcz i wspaniałego przepisu na zupę rybną z grzybami i makaronem – proponuję przejść od razu do rozdziału trzeciego.

Rozdział III

Krótki, ale może następne będą dłuższe.

Rozdział IV

Nieszczególny, ale zostawiłem, by było co czytać w ekspresie jadącym średnio dwie godziny od stacji do stacji w godzinach szczytu. (Oczywiście nie chodzi o Czomolumgmę, ale o szczyt związkowy strajkujących maszynistów unikających spotkania z przedstawicielami Władzy - - na zawsze Wam wierny Chochlik Drukarski.)
- Może dacie mi w końcu dojść do głosu? – Autor
- A co ty masz do powiedzenia, fujaro? – Chochlik
- Spadaj, mały! – Autor (mały, acz niezasuszony)
- Sam spadaj jabłeczniku suszony (???) w południowym brazylijskim słońcu, gdy w najlepsze insurekcja kościuszkowska trwała! – Chochlik
- Aaa… (tu Pan Autor się zawahał) i niefortunnie upadł na Pana Chochlika, którego zepsuł. W nagrodę otrzymał wczasy zwane również karą pozbawienia wolności do lat 3 z artykułu kodeksu karnego za niszczenie cudzej własności (jak to określiła Pani Chochlikowa) i majątku publicznego (tym razem Pan Prezes Wydawnictwa).

- Po odsiedzeniu wyroku autor powrócił do pisania dzieła życia. (Bowiem wcześniej inne miał rozrywki.) - Kronikarz

Już jestem! – Na pewno za mną tęskniliście drogie Czytelniczki/ Drodzy Czytelnicy! Szybko zatem kończę historię z rózami, bo wyszedłem tylko na przepustkę z powodu śmierci w rodzinie. Strażnik w bramie bardzo ubolewa, że w przeciągu ( ;c] ) paru miesięcy zdążyłem pochować wszystkich bliskich (łącznie z psem), ale szybko.
Pan Jan, wychodząc pół roku po czasie akcji, która rozegrała się na początku pierwszego rozdziału, po wdepnięciu zobaczył, że róże pięknie kwitną; postanowił zerwać kilka do domu. W sekundzie, kiedy dokonywał tego przerażającego, wiejącego grozą czynu, zatrzymała go Straż Spółdzielni Mieszkaniowej „Kopiec Termitów” i odprowadziła na komisariat, gdzie został podejrzany z tego samego artykułu, co autor niniejszej książeczki w bieżącym rozdziale. (Tam się spotkali, tam opowiedzieli sobie swoje dzieje, tam podzielili się czymś tam.)
W poprzednim rozdziale: W areszcie Pan Jan spotkał Brata Piotra, a co z tego wynikło dowiecie się w rozdziale następnym. Teraz lecę by zdążyć na „Ichacha” w obecnym, stałym miejscu mego zamieszkania. Poprosiłem jednak, aby ten rozdział skończyło troje moich dobrych znajomych: Jaś i Miałgościa.
- Ja, co prawda, nie umiem tak ładnie pisać jak Pan Autor, ale mogę za to coś narysować. – M.
- Mała, zjazd! Ja w robocie dużo piszę, bowiem cenię sobie ciszę! Bo taka robota! A kto wie? Może i styl mam lepszy? (Jestem internistą, czyż to nie jest wspaniała recepta na anginę?)

Rozdział V

Motto: Philip Marlow nabrał wody w usta.
Zbryzgał płynem swój wełniany sweter.
Na tkaninie plama wzrosła tłusta.
Prasowanie szło mu coraz lepiej.

Jak się wypsnęło, Pan Jan był romantykiem. Wypsnęło się również wiele innych faktów i wydarzeń, które w tej chwili nie mają większego znaczenia, dlatego możemy przytoczyć o czym myślał Pan Jan gdy był odprowadzany na komisariat. Powiedzmy – główkował – podczas godzinnego odcinka serialu TV na ekranie ginie blisko pięć osób, mnożąc to przez średnią liczbę kanałów, tj. pięćdziesiąt – otrzymujemy dwieście pięćdziesiąt trupów obojga płci na godzinę. To jednak dobrze – kombinował - że statystów nie zabijają naprawdę. Prawdopodobnie upadłyby szkoły filmowe i może nawet telewizyjne. Ten logiczny wywód przerwał nagle policjant:
- Cholerny płot!
- Faktycznie! – odparł był przytomnie partner ze Straży SMKT.
(Czytelniczce- Czytelnikowi/ dziwnym się wyda sam fakt tej rozmowy/ Historia płota opowiada o nim/ o czym zaświadczy sam Pan G. Anonim.) Dzieje sięgają dni, kiedy na miejscu bloku, któren owym płotem obleczon jest, były błoto, drzewa, potuczone butelki itp. Wiadomo, miasto się rozrasta, trzeba było stawiać nowe bloki. Wbrew temu, co może zdawać się Odbiorczyni/Odbiorcy tej książeczki, dawno temu nie mieścił się tam wcale park osiedlowy, tylko plac zabaw, trzy boiska i lasek. Jak więc widzimy - plac był wcale duży. I zespolono wielkie płyty w akcie tworzenia wielu nowych mieszkań. Dzieciaki z okolicy, straciwszy wspaniałe miejsce do picia jaboli i grania w piłkę, przeniosły się pod sklep, lub też zrezygnowały ze sportowego picia alkoholu na rzecz innych aktywności. Najpopularniejszą z nich stały się wyścigi samochodowe. Z tym, że znikoma część realizowała się w tym sporcie grając na komputerze, a większość wolała mocniejsze, prawdziwsze doznania. Chłopaki z mojej dzielnicy, bardzo twardzi zawodnicy, yo! nie mając kasy bez liku, pożyczali samochodziki z parkingu, który jak ślubna obrączka otaczał serdeczny palec pogrążonego w zasłużonym, bogobojnym śnie, bloku. Samochody wypożyczane były coraz częściej. Z incjatywy właścicieli pozostałych pojazdów benzynowych powstał okalający parking mur o wysokości około półtora metra. Jak łatwo sobie wyobrazić, trudno taką przeszkodę pokonać w galowym mundurze strażnika osiedlowego. Nie to, żeby na parking nie było wejścia, brama jest, jedna, idąc gdziekolwiek trzeba nadkładać spory kawałek drogi. Również osiedlowa młodzież wykazała swój brak aprobaty dla rzeczonego murku. Wysmarowała go obrzydliwymi napisami w stylu Kopiec Termitów grobem emerytów i sprayem. Dorośli, choć narzekali na młodzież, sukcecywnie rozkładali irytujący mur - i tak - po niespełna miesiącu – każdy lokator miał w zsypie spory zapas cegieł na czarną godzinę.
- Faktycznie cholerny mur – zawtórował Pan Jan.
Pan Jan był romantykiem, ale nie dlatego przypomniał sobie historię z przed miesiąca, kiedy to poprzednio Ten Mur mijał. Sytuacja taka: z parkingu wyjeżdża trabant, samochód zwany dawniej na terenie całego kraju mydelniczką, a nawet mydelniczką wszechczasów w okolicach Zamościa. Przez pasy obok parkingu, na zielonym świetle, przechodzi facet, a jakaś kobiecina, pewnie żona, bo niezadowolona, czeka go na krawężniku. Trabant potrąca przechodnia i – możecie wierzyć lub nie – ucieka z miejsca wypadku.
W tymi miejscu książeczki mój mecenas życzy sobie bym wywalił parę ciepłych słów pod jego adresem, przeprosił za obelgi, którymi obrzuciłem go na ostatniej imprezie u hrabiny DePampalipam Rouse. Zresztą obrzucałem go nie tylko obelgami, raz nawet udało mi się ugodzić go ostrygą dokładnie w lewe oko, a więc Drogi Mecenasie, nad przeprosinami pomyślę, gdy zobaczę jakieś prawdziwe pieniądze, teraz o dalsze losy Pana Jana dopytują się zatroskane Czytelniczki (i zmartwieni Czytelnicy).
Przejechany przechodzień wykrzykuje za trabantem, że oda jego właściciela do Sądu! A żona poszkodowanego, że chyba zgłupiał do reszty, że taaaki wstyd, co powie sąsiadka z pod numeru trzysta pięć, co powiedzą koleżanki z pracy, rodzina, że też debil nie mógł sobie wybrać innego samochodu, coby pod niego wpadać, fajtułapa. Tu, by nie wyszedł z szoku pourazowego, kopnęla męża parę razy pantofelkiem, przyłożyła torebką po czerepie rubasznym, końcem parasolki przeprowadziła lecznicze zabiegi akupunktury.
- Miłość, jak gadulstwo teściowej, nie zna granic – pomyślał wtedy Pan Jan i postanowił nigdy w życiu, nie wiadomo zresztą dlaczego, nie jeść krwawej baraniny z kością na ostro.
Przez to wszystko zapomniałem odnieść pościel do magla. Znowu mi się dostanie. Pewnie wytłumaczenie, że na całe przedpołudnie przenieśli blok z maglem do innej gminy, nie przejdzie. No, ale wracajmy do fabuły (jaka by ona nie była). Albo nie. Zastanawiam się, czy to prawda, że czegokolwiek bym nie napisał, to i tak to przeczytacie… Mogę więc rozwijać każdy wątek jak i kiedy chcę. Wspaniałe. Pan Jan, jak już wcześniej wspomniałem, był romantykiem… Jak można się przeto domyślać, znał miliony romantycznych wierszy, jego ulubioną strofę przytaczam w całości i w jak najwierniejszym tłumaczeniu:

Z pokorą zwieszam mą głowę zepsutą-
Dojrzysz-li wstyd w mych oczach spalonych?
Zdeptałem! Wszystko! Stopą! W! Stal! O! Butą!
Me myśli smutne, płoche- szare ortaliony.

Jak można się domyślać kochał często i mocno. Właściwie kochał cały czas. Właśnie, paradoksalnie, miłość stała się przyczyną kłótni ze starszym bratem. W tym okresie bowiem Pan Jan pałał szaleńczą, młodzieńczą miłością do nogi stołowej, która bardzo przypominała mu styl Ludwika XVI, którego też, w swoim czasie, kochał. Jego brat natomiast, nie zdając sobie sprawy z rozpłomienionego afektu, spalił ją podczas jednej z niezapomnianych – kto był, ten potwierdzi – libacji, w ognisku rozpalonym w wannie. Wróćmy jednak do momentu, kiedy to Pan Jan odprowadzany jest na komisariat. Wróciliśmy? Dobrze, to teraz możemy zmienić temat. Czytałem ostatnio, że w kraju sąsiedzkim trzy tysiące pełnoetatowych robotnic straciło pracę w wyniku powrotnego przebranżowienia budynków fabryk na synagogi. W podobnej sytuacji znalazł się brat Pana Jana, Pan Piotr.
Opowieść o Panu Piotrze najzgrabniej jest zacząć od momentu, kiedy zaparzał sobie herbatę. Pominę zupełnym milczeniem, że stracił pracę po upadku fabryki. W owym zakładzie był kierownikiem lotnej brygady do spraw serwisu marketingu i rekreacji biznesu. Nie trzeba chyba dodawać, że był pomysłodawcą powstania tego działu. Idea przyszła mu do głowy, gdyż w owym czasie bardzo blisko przyjaźnił się z pewną Panią, o której również, jeżeli będę chciał, napiszę. Nikt dokładnie nie widział czym lotne brygady się zajmowały, jednak sam Pan Piotr twierdził, że są bradzo potrzebne. Pomimo ich trudu zakład produkcji warzyw i jarzyn, bo w takiej to fabryce pracował nasz bohater, upadł - nie wypłacając (nawet w naturze) - pracownikom zaległego, półrocznego wynagrodzenia. Jednak również i ten fakt postanowiłem pominąć milczeniem. Zrobienie herbaty wydaje się być zadaniem banalnym. Lecz nie było tak w sytuacji, w której znajdował się bezrobotny Pan Piotr, któremu odcięto gaz, prąd i wodę, a czajnik, zapas herbaty i cukru zabrał był Pan Komornik.
- A u mnie taka twarda woda, że aż strach nogi moczyć. Tyle w niej żelaza, rdzy i Bóg jeden wie czego jeszcze, że aż się pokaleczyłem – Aquarius.
O kurde! Nowy akapit! Sam nie zauważyłem! No trudno. W takim wypadku kończę rozdział, zwłaszcza, że poczułem ogromną ochotę na kanapkę z majonezem, żółtym serkiem i kiszonym ogórkiem, na kanapkę mistrza. À propos – bardzo lubię nabiał. Najbardziej zaś smakuje mi biała czekolada.

Rozdział IV, o przepraszam VI

W poprzednim rozdziale:
- Pan Jan, podczas spaceru, obmyśla szatański sposób ratowania polskiego kina.
- Pan Piotr postanawia zrobic sobie herbatę.
a także:
- Przedstawiony został śmieszny skecz z życia małżeńskiego

W następnym rozdziale:
Que Sera, Sera – jak twierdzi moja wątroba.


Rozdział VII

Się zgubił.

Rozdział VIII

Motto: Philip Marlow przygotował kąpiel.
Zanurzył się w wannie po szalik.
Kładł się do niej niczym w lej po bombie.
Czuł się dziwnie odkąd przestał palić.


Wielokrotnie na łamach tego best-selera wspominałem, że czegokolwiek by nie wypoetyzować – Pan Jan był romantykiem z krwi i kości. Większymi geniuszami duszy i buntownikami serca byli niewątpliwie Mickiewicz, Słowacki i Chmielnicki. I to o nich właśnie ten rozdział nie będzie opowiadał. Następne karty nie będą też pieśnią pochwalną czynów Jana Zamoyskiego. Jednakże, uważam, iż mam obowiązek poinformować PT Czytelników, że następny segment dzieła nie ma nic współnego z historią Polski do roku 1978. Podejrzewam, że mój wierny i oddany fanklub dużo bardziej zainteresowany jest sprawami dziejącymi się teraz – lecz ich opis pozostawię specjalistom. Sam natomiast nie będę opisywał niczego, co działo się przed prekambrem. Za to ucieszy może Szanowną Odbiorczynię/Szanownego Odbiorcę wyliczenie, że słońce zajdzie dzisiaj o godzinie czternastej.
Celem, założonym à priori, niniejszego - par excellence – wstępu, było poinformowanie Czytelnikczki tudzież Odbiorcy alias Eksploatatora zaczernionych stron (aka Konsumenta) o treści woluminu alias best-selera vel Dzieła. Istnieją przesłanki, aby twierdzić, że realizacja tego projektu nie jest finalna, dlatego proponuję zacząć książkę od nowa, na przykład tak:
Pan Jan był romantykiem. Kiedy nieporozumienie z różami zostało już wyjaśnione, nie pozostało mu już nic więcej do roboty prócz zapłacenia kosztów sądowych i uregulowania niewygórowanej grzywny, której równowartość stanowiła (w zaokrągleniu) jego renta z ostatnich trzech lat. Ponieważ nie był w stanie zapłacić kary – poszedł do więzienia. Notabene siedział tam lat dziesięć, czyli dokładnie pięć razy tyle ile pijani motocykliści, sprawcy nieszczęśliwych wypadków.
Autor pragnie złożyć kwiaty podziękowań, zatem: Dzięki Ci, Królu Słońce za noce bezgwiezdne, muzyczne. Dziękuję Wam, dziewczyny, że nie obgryzacie paznokci. I… dzięki Ci … za konwulsyjne pocałunki namiętności.
To, tak naprawdę, powinno pojawić się na końcu, ale chciałem mieć już z głowy, zatem wstawiłem tutaj. Tak ni w pięć, ni w dziewięć. Witam Drogą Czytelniczkę/Szanownego Czytelnika i dziękuję za zwrócenie uwagi akurat na tę pozycję. Oczywiście jest to trafny wybór. A ponieważ nie chce mi się dalej pisać, a jutro muszę złożyć tekst, następuje –

Koniec Pieśni Pierwszej



Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
czastykl · dnia 05.12.2009 10:32 · Czytań: 785 · Średnia ocena: 0 · Komentarzy: 0
Komentarze

Ten tekst nie został jeszcze skomentowany. Jeśli chcesz dodać komentarz, musisz być zalogowany.

Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
Gramofon
14/07/2024 20:40
Lżejsza usadzona mocno przez grawitacje. »
skroplami
14/07/2024 11:07
Jak dzień i noc, różnice :). Chociaż jak one tak Twoja… »
skroplami
14/07/2024 10:00
Stara prawda, wieczna prawda, boska prawda. Zawarłeś kilka… »
al-szamanka
13/07/2024 17:07
Sumiennie przeczytałam tekst od początku do końca i mam… »
al-szamanka
13/07/2024 14:50
Mam pytanie. Czy wyzwolone kobiety, to te z tymi wszystkimi… »
Florian Konrad
13/07/2024 13:58
Dziękuję. Wiersz jest nieromantyczny, bydlak jeden :) »
Janusz Rosek
13/07/2024 12:19
Kazjuno To bardzo ciekawa historia. Czytając takie… »
Kazjuno
13/07/2024 07:42
Bardzo ciekawe, Januszu, 3 opowieści. Przeczytałem jednym… »
Janusz Rosek
12/07/2024 08:57
Kazjuno Bardzo dziękuję za Twój komentarz i słuszne… »
Kazjuno
12/07/2024 08:07
Przeczytałem Januszu z zainteresowaniem. Wewnętrzne rozterki… »
valeria
10/07/2024 13:53
Podoba mi się. Łagodne lato :) »
valeria
10/07/2024 13:51
Dziękuję, opis poprawiony już:) zachęcam :) od soboty jestem… »
Berele
10/07/2024 13:37
Pointa mogłaby okazać się jakaś lżejsza, ale udała się ta… »
Jacek Londyn
10/07/2024 13:08
Valerio, cieszę się, że się wydało, że ktoś z nas (a… »
Berele
10/07/2024 10:59
Nawet fajne neolęgi. Spodobał mi się wiersz ubogi w… »
ShoutBox
  • Jacek Londyn
  • 12/06/2024 14:22
  • a komentarzy ni chu, chu. "Czego oczy nie widzą, sercu nie żal"... Niby tak, lecz ja komentarze sobie cenię. Nierzadko lepiej niż kawa rano podnoszą ciśnienie.
  • Jacek Londyn
  • 12/06/2024 14:19
  • "Ostatnio widzianych" spory tłum,
  • Zbigniew Szczypek
  • 31/05/2024 21:10
  • "Po co tu jesteśmy, skoro ciągle się boimy?"- to taka "terapia", dla duszy i ciała, ekshibicjonizm w innym wymiarze. Skoro już tu jesteś, zrzuć ostatni listek! Bądź wreszcie wolny
  • Zbigniew Szczypek
  • 31/05/2024 19:34
  • Gramofonie - dołącz do nas z komentarzami, a na pewno będzie się działo więcej i lepiej, bo kto, jak nie Ty, swoją siłą głosu dotrze do najdalszych zakątków "galaktyk" ;-}
  • Wiktor Orzel
  • 31/05/2024 10:32
  • Dzieje się to, co zwykle. Ktoś wrzuca tekst, inni go komentują i tak się toczy tutaj życie ;)
  • Gramofon
  • 30/05/2024 11:13
  • dzieje się tu coś?
  • Zbigniew Szczypek
  • 15/05/2024 21:38
  • Najgorsze co może być, jeśli chodzi o komentarze, jeśli zostają tylko grupy tzw. "wzajemnej adoracji", z komentarzami schematycznymi i w zasadzie nic nie wnoszącymi do twórczości. Nie chciałbym tego.
  • Zbigniew Szczypek
  • 15/05/2024 20:30
  • Kaziu, my to wiemy, że to czasem działa na zasadzie "łańcuszka szczęścia" ale denerwuje, gdy ktoś go "przerywa", w tedy wraca cisza i "bezkomentarz" opanowuje znowu kolejną falą
  • Kazjuno
  • 15/05/2024 14:01
  • Piszcie, publikujcie i twórzcie komentarze!
Ostatnio widziani
Gości online:22
Najnowszy:Arcte