Obca - lina_91
A A A
Ukradkiem umoczyłam usta w alkoholu. Do osiemnastych urodzin brakowało mi jeszcze dziewięciu dni, ale gwar wokół stołu był taki, że nikt nie zwracał na mnie uwagi. Zresztą nikogo to nie obchodziło. Simon z konspiracyjnym uśmiechem szepnął mi na ucho, że sfałszował moją datę urodzenia na karcie wstępu. Pewnie kłamał, ale liczył się gest. Tylko Damien obserwował mnie spod oka, pilnując.

Bolała mnie już głowa, ale nie żałowałam, że przyszłam na to christmas party. Do tej pory twierdziłam, że klub karate to tylko klub, że z tymi ludźmi nie łączy mnie nic poza zakurzoną salą treningową. Chyba zaczynałam zmieniać zdanie.

Sięgnęłam po karafkę z winem, kiedy James prychnął tak głośno, że wszystkie głowy zwróciły się odruchowo w jego kierunku. Pogrążony w rozmowie z Damienem, chyba tego nie zauważył.

-Daj spokój, każda Polka to kurwa...

Ręka mi drgnęła i gdyby Jack nie chwycił butelki, z pewnością bym ją stłukła. Nie puszczając szyjki karafki, Jack drugą ręką złapał mnie za ramię. Zapadła gwałtowna cisza. Oparłam się mocno o stół, żeby nie upaść i odsunęłam krzesło.

-Lina, poczekaj - odtrąciłam rękę Jacka.

Spokojnie sięgnęłam jeszcze po swój kieliszek i wychyliłam go do dna. James już przy mnie stał.

-Posłuchaj, ja...

Nie zwracając na niego uwagi, powiodłam wzrokiem po zastygłych postaciach ludzi, których lubiłam, którzy w Anglii byli dla mnie jakąś oazą spokoju. Klub Simona to najlepsze, co mnie spotkało na Wyspie. Przynajmniej tak myślałam do tej pory.

Simon aż poczerwieniał, rozdarty pomiędzy lojalnością wobec swojego asystenta, a faktem, że to ja płaciłam mu za treningi. Damien dolał sobie do drinka wódki, Dan pokręcił w milczeniu głową. Amanda wyszeptała coś ze swoim ciężkim francuskim akcentem, czego i tak nikt nie zrozumiał. Gemma patrzyła na narzeczonego z dziwnym wyrazem w oczach.

-Pójdę już - mój głos ociekał sarkazmem. -Oszczędzę wam towarzystwa kurwy.

-Lina... - szczera, dobra twarz Jacka przybierała wolno kamienny wygląd.

-Na razie, Jack.

-James! - Jack prawie wrzasnął. Na tyle głośno, że siedzący za nim Ash podskoczył na pół metra w górę.

-Lina, ja nie to... - chyba po raz pierwszy w życiu James nie wiedział, co powiedzieć. Znowu go zignorowałam.

Zarzuciłam na plecy bluzę i skierowałam się do drzwi. James szarpnął mnie za rękę.

-Puść - warknęłam.

-Wysłuchaj mnie, do cholery!

-Już wysłuchałam. Teraz puść.

Na twarzy Jamesa błysnął dziwny uśmiech.

-Chcesz się bić?

Zacisnęłam dłonie w pięści. On miał czarny pas, ja zielony. Wiedziałam, że go nie pokonam. Ale w tej chwili to nie było najważniejsze.

Zastanawiałam się, jakie mam szanse na wymierzenie choć jednego ciosu, ale Bogiem a prawdą, James prawdopodobnie był dla mnie za szybki. Gemma podeszła do mnie i chciała pogłaskać mnie po ramieniu, prawdopodobnie zastanawiając się, z jakim dupkiem się zaręczyła. Odsunęłam się. Moja sytuacja była gorsza. Zakochałam się w tym dupku, wiedząc, że nigdy nie będzie mój.

-Lina, James nie...

-Gem, James umie mówić sam za siebie. Zresztą już dziś wystarczająco dużo powidział. Dajcie spokój. Powiedział to, co uważa za prawdę. Co ja na to mogę poradzić?

Moja złość wyparowała i teraz tylko sekundy dzieliły mnie od wybuchnięcia płaczem. Jack zaciskał pięści. Nie był porywczy, ale wiedziałam, że kiedy on straci panowanie nad sobą, skończy się to bójką. I to nie byle jaką.

Odwróciłam się, wyrywając dłoń z niezbyt silnego uścisku Jamesa. Złapał mnie jeszcze raz, mocniej. Tym razem nie powstrzymywałam ręki, wiedząc, że jeśli zacznę się zastanawiać nad kolejnym ruchem, przegram. Moim jedynym atutem był instynkt. Moja pięść prześlizgnęła się po jego skroni. Odruchowo zbił moją rękę, ale nie skontrował, tylko chwycił mnie za ramiona.

-Nie chciałem, słyszysz?! Nie powiedziałem tego, żeby cię obrazić, zapomniałem...

-Odwal się!

-Przepraszam! Nie bądź taka drażliwa.

-Drażliwa?! - wrzasnęłam na cały głos, na tyle głośno, że James mnie puścił i cofnął się o krok. -Wyzwałeś mnie od kurw, bo miałeś jakieś doświadczenie z łatwą Polką i...

-James, zamknij się. Nie pogarszaj swojej sytuacji - Jack w końcu postanowił przemówić. Stał przy mnie najdłużej, od kiedy tylko po raz pierwszy pojawiłam się w klubie, akceptując mnie od początku, bez żadnych pytań czy wymówek. Zawsze wydawał się zbyt dobry, żeby być prawdziwy. I dlatego teraz mu nie wierzyłam. Znałam Jamesa i każdego innego w tym klubie dobrze, ale nigdy nie przypuszczałam, że ktokolwiek byłby w stanie mi tak dokopać. Może Jack też do tej pory grał.

Nie zrozumcie mnie źle. Ja naprawdę przeszłam już przez wszystkie etapy imigrantki. Byłam ignorowana, wytykana palcami i wyśmiewana w szkole, ledwie akceptowana w sklepie, gdzie pracowałam. Wydawało mi się, że w klubie Simona po raz pierwszy ludzie mnie zaakceptowali. Też nie od razu i też nie bez zastrzeżeń. Chodziłam na treningi dobry rok, zanim w końcu nasze stosunki się ociepliły, przeszły poza tą fazę obserwacji z daleka i milczenia.

-Jack, ty też się nie wtrącaj - burknęłam. Gemma chciała wziąć mnie pod rękę, ale się wyrwałam. Choć jej nie odepchnęłam, Gem zatoczyła się lekko i uderzyła w stół. Butelka coli zachwiała się, zalewając kałużą płynu podłogę. -Odwal się ode mnie!

-Nie mów tak do niej!

To był absurd. Kłótnia pomiędzy mną i Jamesem roznosiła się na cały klub. Wiedziałam, że muszę się opanować. W tak małej grupie i zamkniętym środowisku wszystkie sprzeczki zaraz urastały do rang wielkich awantur. Poza tym nie chciałam, żeby Jack i Chris, stając po mojej stronie, napytali sobie wrogów. Zdecydowanie nie byłam tego warta. Pomijając też oczywisty fakt, że James do pewnego stopnia miał rację. Dobrze wiedziałam, jaką opinię miały Polki wśród Anglików.

-Okej. Okej! - James uniósł obie ręce do góry w geście poddania. Jego szarozielone oczy pałały. Jak zawsze, patrzył mi w oczy, ale miałam wrażenie, że myśli o czymś innym. -Przepraszam. Naprawdę. Ty po prostu... Ty nie jesteś Polką. Jesteś nasza.

Sama nie wiedziałam, czy powinnam się rozpłakać ze wzruszenia, czy dać mu w twarz za tę jawną kpinę. James, pełen zalet, za które go kochałam, miał też jedna główną wadę: nigdy nie wiedziałam, kiedy mówi poważnie, a kiedy żartuje.

Cofnęłam się o krok i moja noga w czarnych kozaczkach natknęła się na rozlaną colę. Pisnęłam, próbując zachować równowagę. Na darmo. Grzmotnęłam w marmurową kolumnę z hukiem, którego nie powstrzydziłby się upadający Goliat. I w tym momencie zrozumiałam, że za późno na zastanawianie się; właśnie wybuchnęłam płaczem.

Okej, zanim coś powiecie. Ja już słyszałam na swój temat wszystko. Byłam zdzirą, byłam polską suką kradnącą miejsca pracy i stypendium, przeznaczone dla Anglików z krwi i kości. Ani jedna z tych rzeczy mnie nie dziwiła, bo ostatecznie w Polsce tak samo traktują ludzi zza wschodniej granicy. Przyjmowałam to z dobrodziejstwem inwentarza. To był mój krzyż, który musiałam dźwigać; cena za marzenie mojej mamy o wydostaniu się z Polski.

Nie chodziło ani o słowa, ani nawet o karate. James. To imię powtarzałam nocami. Gdyby powiedział to Dan, wzruszyłabym pewnie ramionami, Damien - parsknęłabym śmiechem, doskonale wiedząc, że dla niego wszystko jest powodem do żartu. Gdybym usłyszała coś takiego od Simona, pewnie zrezygnowałabym z klubu, żeby nie wpychać palca między drzwi, ale nie obeszłoby mnie to. Nawet te same słowa od Jacka przyjęłabym bez większego wzruszenia. Wszystko rozbijało się o Jamesa. Tylko z jego powodu byłam w stanie lać łzy.

Dookoła mnie wybuchł gwar. Zaciśniętymi pięściami otarłam łzy. Gemma klęczała przy mnie, Amanda ścierała rozlaną colę. Jack chwycił mnie za ramię i podciągnął do góry, nawet Dan wyglądał na przejętego.

-Dajcie spokój. Muszę już iść. Cześć.

-Lina! - ktoś jeszcze krzyknął, chyba Jack, ale tym razem nikt mnie nie zatrzymał. Wybiegłam w mroźne, wieczorne powietrze, spazmatycznie łapiąc powietrze w szeroko otwarte usta.


Kiedy wróciłam do domu, dochodziła dziesiąta. Moja genialna, pełna uroku osobistego siostrzyczka, Kaśka, wydzierała się na cały głos, ubliżając ojcu. Mama swoim zwyczajem położyła uszy po sobie i zamknęła się w kuchni, sącząc kawę. Śwetny plan, pomijając fakt, że nie będzie mogła zasnąć. Ale to już nie był mój problem. Unikając palących spojrzeń, wzięłam butelkę wody i zatrzasnęłam się w swoim pokoju. Od przyjazdu do Anglii, kiedy moja rodzina zaczęła się rozpadać, przy życiu trzymały mnie trzy rzeczy: matematyka, karate i muzyka. Na rozwiązywanie przykładów mimo najszczerszych chęci nie miałam już sił, więc założyłam na uszy słuchawki. Przesunęłam gałkę, aż decybele zaczęły bombardować moje bębenki. Rozbolała mnie głowa, ale dopiero po chwili zrozumiałam, czego tak naprawdę potrzebuję.

Wyskoczyłam z łóżka, ale zimno sprawiło, że zadrżałam. Skąpstwo wśród emigrantów było przedmiotem wielu żartów, ale mnie już dawno przestało śmieszyć. Do noszenia szmat z lumpeksów, oszczędzania nawet na jedzeniu, ograniczaniu lotów do Polski - do tego mogłam się przyzwyczaić. Ale była jedna rzecz, która wywoływała u mnie szał - zimno. W domu panowała stała temperatura w granicach piętnastu stopni, a idealna dla mnie powinna być o siedem wyższa. Nic więc dziwnego, że natychmiast wróciłam pod kołdrę. Przykryłam się po uszy i niemal natychmiast zasnęłam.

***

-Otwórzcie podręczniki na stronie sześćdziesiątej trzeciej - głos nauczyciela wytrącił mnie z zamyślenia. Rozejrzałam się półprzytomnie. Jednym ruchem otworzyłam podręcznik do wosu i odszukałam odpowiednią stronę. Oparłam głowę na rękach i przymknęłam oczy, udając, że czytam. Facet i tak na ogół nie zwracał na mnie uwagi. Tylko przypadkiem wpadł mi w oczy nagłówek: problem imigracji. Prychnęłam. Będzie zabawa.

-Tak, słucham? - choleryk miał słuch jak nietoperz.

-Nic, nic - burknęłam. Nie miałam ochoty wysłuchiwać, jaką to zarazą są imigranci, nie po wczorajszym. Mój telefon pikał nieprzerwanie, grzejąc się od nieodebranych połączeń i nieprzeczytanych wiadomości. Ludzie z klubu nie chcieli zostawić mnie w spokoju. A ja wciąż nie wiedziałam, jak spojrzę wieczorem na treningu Jamesowi w twarz.

Od roku nie opuściłam żadnej sesji. Trenowałam ze skręconą ręką, z zapaleniem kości, z gorączką. Nie byłam dobra. Ale nie umiałam bez tego żyć. Bez tej pewności siebie, uczucia przynależności do jakieś grupy.

-Myślę, że nie powinniśmy o tym rozmawiać - wyrwał się Scott. Zaskoczyło mnie to, bo rzadko się odzywał. Jakaś dziewczyna pod ścianą parsknęła śmiechem.

-Dlaczego? - Harrison zmarszczył brwi i usiadł na swoim bujanym krzesełku, które z impetem stuknęło w ścianę. -To bardzo na czasie problem.

-I bardzo niedelikatne, psioczyć na imigrantów w ich towarzystwie.

Na krótką chwilę zapadła cisza. Harrison chyba poczerwieniał, w każdym razie jego twarz zmieniła kolor. Ktoś mruknął coś pod nosem, na tyle cicho, że nie dosłyszałam. Miałam szczerą ochotę się odezwać, nawet tylko dla zasady, ale kątem oka złowiłam kpiące spojrzenie Scotta. Puścił mi oko i teatralnie przykrył usta dłonią. Stłumiłam histeryczny śmiech.

-Jeśli Ewelina - skrzywiłam się, bo w jego ustach zabrzmiało to raczej jak Imilina - czuje się z tym niekomfortowo, to tylko jej problem. Takie są realia.

To dopiero była cisza. Słyszałam nawet szum klimatyzatora w klasie obok. Chwilę zastanawiałam się, czy powinnam się tym przejąć. Kolejne kilka sekund powtarzałam sobie w myślach słowa nauczyciela, obliczając statystyczne szanse na to, że się przesłyszałam, że coś źle zrozumiałam. Były marne. Mówiłam mało, ale rozumiałam wszystko. Więc teraz nawet nauczyciel zdecydował się podkreślić, że nie powinno mnie być w jego klasie. Świetnie.

-Więc co myślicie o przyjmowaniu do szkół imigrantów, w tym dzieci, które nie mówią po angielsku? - to pytanie zostało rzucone w klasę niczym bomba. Scott zamrugał kilka razy, jakby upewniając się, że nie śni. Paul, największy dupek w szkole, podniósł rękę. W tym samym momencie podniosłam się z krzesła.

-Skoro chcą żyć w tym kraju, powinni nauczyć się języka - powiedziałam zimno. -Szkoda tylko, że małych dzieci nikt nie pyta o zdanie, czy chcą wyjechać ze swojego kraju... - zawiesiłam głos, po czym zgarnęłam wszystko z biurka do plecaka i wymaszerowałam z klasy.

---

Byłam tak wściekła, że ręce mi drżały, ale James wciąż stał przy mnie niczym natrętny wyrzut sumienia. Przesadziłam. Wiedziałam o tym. Ale co z tego.

-Lina, może chociaż...

Wyszarpnęłam z plecaka swój pas, o wiele za gwałtownie. Coś stuknęło o podłogę. Zmartwiałam. James schylił się po mój składany nóż i na ułamek sekundy zaciął usta. Simon był liberalny, dopóki w klubie szanowaliśmy jego zasady, nie obchodziło go, co robimy na ulicy. To James pilnował dyscypliny. A w Anglii noszenie noża o długości powyżej siedmiu centymetrów było wykroczeniem.

Zawsze miałam przy sobie jakiś gadżet: scyzoryk, gaz pieprzowy. Nawiasem mówiąc, zupełnie bez sensu. Dobrze wiedziałam, jak trudno jest naprawdę zadać komuś cios. W mózgu włącza się wtedy blokada. Byłam kiedyś w takiej sytuacji. I wierzcie mi, samoobrona czy nie - tłoczą ci się wtedy w głowie setki pytań. O problemy z prawem, o trwałą krzywdę, jaką możesz wyrządzić tej drugiej osobie, nawet nieświadomie, nawet jeśli ona na to zasłużyła. A może to ja po prostu byłam nienormalna.

-Naprawdę to nosisz?

-Daruj sobie morały.

Otworzył usta, żeby coś powiedzieć i natychmiast je zamknął. Nóż wrzucił w otwartą przegrodę mojego plecaka i z westchnieniem położył mi rękę na ramieniu. Chciałam go odepchnąć, wiedząc, że to przysporzy mi tylko więcej bólu, ale jego palce promieniowały tak silnym ciepłem, nawet przez mój mundur, że nie mogłam się na to zdobyć.

-Przepraszam.

Jego oczy pałały szczerością. Był świetnym aktorem, ale nie miałam sił analizować jego słów. Chciałam wiele powiedzieć: że to nic, że mu wybaczam, że byłam głupia, że tylko on tak długo trzymał mnie przy życiu... Zamiast robić z siebie idiotkę, krótko, po żołniersku skinęłam głową. Zwykle mu to wystarczało. Były żołnierz, szukał dyscypliny i posłuchu. Pod tym względem zostałam jego ulubienicą. Nie zadawałam głupich pytań, nie musiałam wiedzieć, po prostu robiłam co mi kazał, byłam gotowa salutować mu przy każdym jego słowie.

Inna sprawa, że moje zachowanie tylko w niewielkiej mierze wywodziło się z szacunku.

-Podejdź ze mną do sparingu - rzucił półgłosem, tak cicho, że tylko ja mogłam to usłyszeć. Przekręciłam sugestywnie oczami. Tempo Simona wytrzymywałam, ale James zawsze był szybszy: zawsze potrafił zrobić kilka więcej pompek czy brzuszków, szybciej dobiec do mety. Ciosy też wymierzał szybciej niż normalny człowiek mógłby je zablokować. Unikałam sparingów z nim, bo zawsze wpędzały mnie w kompleksy.

-Okej - burknęłam niechętnie. Idąc do sali, przesunęłam przedramieniem po framudze drzwi. Ostra krawędź wbiła się tuż powyżej długiej, dość głębokiej ranie po wypadku na treningu tydzień temu ledwo pokrytej strupem. Lekkie pieczenie natychmiast zniknęło, zastąpione przez ciepło świeżego osocza. Naturalny lek. Skaleczenie wydziela endorfiny, ten sam hormon obecny podczas ćwiczeń fizycznych lub jedzenia czekolady. Prawie się uśmiechnęłam, ale James musiał kątem oka zauważyć, że zwolniłam, bo odwrócił się do mnie.

Chciałam przesunąć opaskę uciskową z nadgarstka nieco wyżej, ale za późno. James już przy mnie stał.

-Co się stało?

-Musiałam zahaczyć...

-Taaa - usłyszałam parsknięcie za plecami i zawirowałam, chcąc dojrzeć, kto to. Damien stał w progu klubu i patrzył na mnie z dziwnym wyrazem twarzy. W tej samej chwili z sali gimnastycznej dobiegł przeraźliwy pisk Amandy. James drgnął, rozdarty pomiędzy ciekawością a moją krwawiącą ręką.

-Damien, idź zobaczyć, co się stało - rzucił w przestrzeń, ciągnąc mnie do kuchni. Posadził mnie na krześle i wybiegł, żeby sześć sekund później wrócić z apteczką i swoją torbą. Lekko pogładził mnie po ramieniu, podciągając rękaw bluzy. -I ze sparingu nici - mruknął pod nosem i wyczarował swój najpiękniejszy uśmiech.

-Niewielka strata. I tak wiadomo, kto wygra.

-Nie bądź taka pewna. Jesteś coraz lepsza.

-A ty szybszy od światła - ze swojego plecaka wyciągnął strzykawkę i napełnił ją jakimś płynem. -Hej! Żadnych prochów.

-Daj spokój, to musi cię boleć.

-Potrafię sobie radzić z bólem.

Wzruszył ramionami. Chwilę pracował przy mojej ręce w milczeniu.

-Tęsknisz za Polską?

Przekręciłam oczami.

-Daruj sobie.

-Miałaś mi wybaczyć.

-Jakby cię to interesowało.

-Teraz jesteś niesprawiedliwa.

-Nie.

-Jesteś. Gdybyś...

-To była odpowiedź. Nie tęsknię.

Znowu cisza. Patrzyłam na niego, bo wiedziałam, że odwrócenie wzroku sprawi mi więcej bólu. To były te momenty, ułamki sekund, które kolekcjonowałam skrzętnie, wiedząc, że zawsze tylko tyle od niego dostanę. Nigdy nie da mi niczego więcej.

Patrzyłam na jego wysokie czoło, krótko ostrzyżone włosy, ciemne rzęsy, zbyt długie jak na mężczyznę, małą bliznę nad prawą brwią, szarozielone oczy, zarost na policzkach, zaciśnięte usta, kolczyk w lewym uchu. Na chwilę uniósł głowę i nasze spojrzenia się spotkały. Umknęłam wzrokiem, skupiając się na jego rękach. Silne, teraz poruszały się z niezwykłą delikatnością.

-Boli?

Pokręciłam głową. Czułam na twarzy jego uważne spojrzenie, ale dopiero kiedy przesunął palcem po moim policzku, zrozumiałam, że jest mokry. Mój policzek, żeby nie było. Moje gruczoły łzowe brały nadgodziny.

-Co się dzieje? - nachylił się do mnie tak, że teraz dzieliło nas najwyżej pięć centymetrów. Zwinęłam dłonie w pięści. Tak szybko, że nie byłam nawet pewna, czy na pewno to zrobił, przycisnął swoje usta do mojego czoła. Przeszył mnie ból tak ostry, że zgięłam się wpół. Oparłam dłonie o jego piersi, chcąc go odepchnąć, ale nie miałam na to dość siły. Złapał mnie za nadgarstki, próbując zmusić, żebym na niego spojrzała. -Jasne, że nie tęsknisz.

-Nie rozumiesz - potrząsnęłam głową. -Ja już ten etap mam za sobą. Etap odliczania dni do kolejnego wyjazdu, zastanawiania się, co się dzieje w kraju, dzwonienia codziennie.

Nie kłamałam. Przeszłam już przez fazę tęsknoty, kiedy człowiek, nawet będąc gdzie indziej, naprawdę wciąż żyje w swoim kraju. Miałam już za sobą fazę buntu, kiedy spaliłam wszystkie zdjęcia z przyjaciółmi, nie odpisywałam na mejle i uparcie odmawiałam rozmowy telefonicznej z dziadkiem.

Bałam się. Bałam się momentu wyjazdu do Polski, w którym stawałam nagle przed domem czy sklepem i docierało do mnie z przeraźliwą jasnością, że ten świat się nie zatrzymał, że karuzela pędzi dalej, chociaż ja już z niej wysiadłam. Przyjaciółki się przegrupowały, pokończyły szkoły, Babcia odeszła, a ja wciąż stałam w tym samym miejscu, co przed wyjazdem i zastanawiałam się, co się stało z moim światem. Światem, który znałam tak doskonale, że mogłabym go opisać nawet z zamkniętymi oczami, światem mojego dzieciństwa, który istniał dalej, toczył się dalej, tylko że już beze mnie. Ja tu nie należałam, nawet jeśli z całego serca tego pragnęłam.

Anglia pozbawiła mnie ojczyzny. Oderwała mnie od korzeni, a ja, młode drzewko, poleciałam z wiatrem, nigdzie u siebie, nigdzie prawdziwa, zawsze ta druga, imigrantka, obca.

Nie zadając sobie nawet trudu, żeby otrzeć łzy, spojrzałam w okno. Lał deszcz.

To była moja Zielona Wyspa. James. Moje błogosławieństwo i największe przekleństwo.
Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
lina_91 · dnia 16.01.2010 19:31 · Czytań: 4307 · Średnia ocena: 5 · Komentarzy: 13
Komentarze
MarioPierro dnia 17.01.2010 03:37 Ocena: Świetne!
Kurczę, nie wytrzymałem! Też chciałem się zabrać do napisania czegoś na ten konkurs, więc sobie myślę: zobaczę, czym się już popisała konkurencja. I teraz wiem, że nędzne jakiekolwiek moje wysiłki:)

Lina, zmiażdżyłaś mnie tym tekstem! A szczerze mówiąc nie spodziewałem się tego...
lina_91 dnia 17.01.2010 20:56
Zarumieniłam się ;). Dziękuję za miłe słowa.


Edycja
Inna sprawa, ze to cudowne, wiedziec, ze ktos tak we mnie wierzy... xDD
tequila dnia 01.02.2010 21:18 Ocena: Świetne!
Moje gruczoły łzowe też wzięły nadgodziny przez Twój tekst:) Moją Siostrzycę wywiało do kraju kiltów, muszę zaraz do niej napisać:yes:
Gratuluję wygranej, należało się:smilewinkgrin:
Usunięty dnia 01.02.2010 23:48 Ocena: Świetne!
gratulacje :) fajny tekst.
MarioPierro dnia 04.02.2010 09:55 Ocena: Świetne!
Ha! 3manie kciuków na coś się zdało :) Gratulacje!
lina_91 dnia 04.02.2010 10:44
Dzieki :)
Elwira dnia 04.02.2010 20:48 Ocena: Świetne!
Wiedziałam, że to opowiadanie wygra, bo jest prawdziwe, szczere i ma w sobie coś, co pobudza do czucia razem z bohaterką. Jej wściekłość była moją wściekłością, jej cierpienie - moimi, a jej łzy paliły moje policzki. Tak, trzeba to uładzić, udoskonalić językowo, powyrzucać nadmiar zaimków, ale prawda jest tylko jedna i tu ją zwyczajnie czuć.

Gratuluję w pełni zasłużonej nagrody. ;)
lina_91 dnia 04.02.2010 21:14
Dziękuję Ci za ten komentarz. To chyba najlepsze, co można usłyszeć w odpowiedzi na swój tekst. Prawdziwe jest, bo w większości pisane z autopsji. Ale to już inna sprawa.
Szuirad dnia 26.02.2010 13:04 Ocena: Świetne!
Gratulacje. Pierwsze miejsce jak najbardziej zasłuzone. Tekst łapie uwagę i nie puszcza do ostatniej linijki. Podpisuję się pod wczesniejszymi komentarzami, że czuć realność przezyć, nie ma nic sztucznego i to przemawia. Jeśli kolejne odcinki są podobne to mam przed soba bardzo przyjemny czas.
jeepnety szakal dnia 22.06.2010 00:58
Wzruszyłem się czytając, i za to wielkie dzięki. Moją „Zieloną wyspą” przez prawie 10 lat była Austria i znam to wszystko od podszewki. Temat nadal jak najbardziej aktualny, prawdziwy i wymagający. Gratulacje za wspaniałe , dobrze napisane opowiadanie i za pierwsze miejsce w konkursie.

Pozdrawiam
miodzik dnia 06.07.2010 18:06
Lino, świetna robota. Mimo, że po przeczytaniu pierwszego fragmentu chciałem na tym skończyć, coś ciągnęło mnie dalej i dalej...Wyjechałem kiedyś w ciemno do Londynu, nie znając tam kompletnie nikogo i Twój tekst...przypomniał mi jaki wyobcowany czasami się wtedy czułem. Gratulację, pracuj nad warsztatem, bo widać, że pisanie przychodzi Ci z łatwością. Przynajmniej takie mam wrażenie. Pozdrawiam serdecznie!
magdam dnia 11.07.2010 18:34 Ocena: Świetne!
Tylko szczerze pogratulować, co niniejszym czynię. Skupiłam się na treści tylko i wyłącznie.
ArienneMD dnia 27.10.2010 22:03
To było... Jakby to powiedzieć taktownie i nieobraźliwie... Genialne! Perfetto! Masterpiece! Choć powyższe słowa nie oddają całkowicie moich uczuć po przeczytaniu I części :D
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
Jacek Londyn
29/02/2024 11:09
Wreszcie ciekawszy (dla mnie) tekst. Teksty z podróży nie… »
Zdzislaw
29/02/2024 09:45
Jacku, dobrze odebrałeś mój przekaz :) Na szczęście miałem… »
Kazjuno
28/02/2024 22:59
Gosposię, Zbysiu, w odpowiedzi na mój komentarz, ująłeś w… »
Kazjuno
28/02/2024 22:13
Zbysiu Zaciekawiłeś mnie powyższym komentarzem. Bliski… »
Jacek Londyn
28/02/2024 19:03
Zdzisławie, z treści fraszki wnioskuję, że pomimo… »
Marek Adam Grabowski
28/02/2024 15:55
Zamiast pisać od nowa wklejam mój komentarz z innego… »
Zbigniew Szczypek
28/02/2024 15:24
Kaziu Nie zrozumiałeś mnie niestety, jeśli chodzi o… »
Zbigniew Szczypek
28/02/2024 15:06
Kaziu To jest niedokończony przeze mnie komentarz, tak jak… »
Kazjuno
28/02/2024 13:26
Sposobów na poderwanie "gosposi" może być wiele.… »
Kazjuno
28/02/2024 13:01
Cieszę się, że przeczytałeś i dzięki za taaaaaaki duży i… »
Zbigniew Szczypek
28/02/2024 00:40
Kaziu Pisałem wcześniej o pomyśle na część 5-tą, już ją… »
Zbigniew Szczypek
28/02/2024 00:14
Roninie Podobała mi się ta miniatura. Chociaż zacząłem od… »
Kazjuno
27/02/2024 23:32
No, Zbysiu, Muszę pogratulować! Nie należę raczej do… »
Zbigniew Szczypek
27/02/2024 23:23
Kaziu Nie pamiętam, co czytałem i nie skończyłem… »
pliszka
27/02/2024 23:22
Muszę przyznać, że tekst ten skłonił mnie do szczególnie… »
ShoutBox
  • Redakcja
  • 28/02/2024 12:15
  • Dla nas to było takie samo zaskoczenie jak i dla Was ;)
  • Zbigniew Szczypek
  • 28/02/2024 12:00
  • No to śmieszne nie było, już rozwijałem matę i owijałem papierem ryżowym krótkie tanto... ;-]
  • Redakcja
  • 28/02/2024 11:50
  • Wracamy po krótkiej przerwie. Tęskniliście? ;-)
  • Zbigniew Szczypek
  • 22/02/2024 23:33
  • I teraz dopiero, gdy byłem tu i tam, pozwolę sobie zaprosić Was do mnie, na "Bal". Z góry dziękuję, za odwiedziny ;-}
  • Zbigniew Szczypek
  • 22/02/2024 22:50
  • Hej! W tym "skansenie" chroboczą korniki - więc jeszcze żyje!
  • Kazjuno
  • 22/02/2024 13:52
  • Oby nie z mocą Covida. Część ucieknie w popłochu. Niektórzy przeciążeni intelektualnie mogą powiększyć grona pacjentów zakładów psychiatrycznych. Tym zalecam mokre kompresy na rozpalone czoła.
  • Kazjuno
  • 22/02/2024 13:45
  • Sorry za literówkę. "Macie", a nie "Maci"!
  • Zbigniew Szczypek
  • 22/02/2024 13:44
  • I tu Ci Kaziu przyklasnę - brawo! "Zarażmy" towarzystwo PP nową "pandemią" ;-}
  • Kazjuno
  • 22/02/2024 13:09
  • Maci rację Pliszko Zbyszku. Szczypku. Może właśnie my (bo też ostatnio dorzuciłem pięć groszy) ponownie obudzimy z letargu PP rozleniwione towarzystwo? Szkoda było patrzeć, jak marniało w oczach.
  • Zbigniew Szczypek
  • 22/02/2024 12:48
  • Zgadzam się z Pliszką. Gdy tu się działo - komentarze/rady{kilkadziesiąt dziennie) - PP żyło, przyciągając także młode pookolenia, radosną dyskusją na temat literatury wszelakiej. Był taki gwar!
Ostatnio widziani
Gości online:15
Najnowszy:seo-city_2023