Etöre Agardü! - deathhascome
Proza » Fantastyka / Science Fiction » Etöre Agardü!
A A A
Powiadali, że człek ten przybył z ziem, o których bóg zapomniał, bo nie słyszano o nim w żadnym z miast Północy. Wyłonił się światu od tak, zza horyzontu. Wyczerpany i słaby niczym niemowlę. Wygłodzony i odwodniony.
On sam powiadał, że pędził przez nienazwane szlaki, kamieniste pustkowia i wilcze, leśne padoły. Nazwali go zatem Żeglarzem Pustyni. Tułaczem.
Wypowiadał się komicznie, szybko, strzelając zbitką gardłowych warknięć i basowych pomruków, których żaden Dähäkkeńczyk nie mógł zrozumieć. Nawet powtórzyć, mimo, że wielu przyjęło to wyzwanie.
Żeglarz Pustyni różnił się od wojowników Północy. Był wysoki, chuderlawy. A że Dähäkkeńczyk to mężczyzna rosły, mężny i honorowy, to surowo patrzył na przybysza. Ten jednak prędko nauczył się tańczyć z ich ogniem i śpiewać ich żelazem. Szybko pojął też tutejszą mowę, szybko posiadł także obyczaje. Nawet głos mu się zdarł od miejscowego piwa.
Wtedy jego prawdziwe imię nie było już takie ważne. Został Żeglarzem Pustyni. Tułaczem.
Był swój.
Toteż prędko spuszczono z nim pojednawczą kroplę krwi do jednej misy i biesiadowano na cześć zagubionego brata Dähäkkeńskiego, który powrócił do ojczyzny. Był dobrą wróżbą zesłaną przez bogów.
A potem przyszła wojna, a ten chciał dorównać męstwu swych nowych rodaków.
Był gotów.
A nadchodził czas mordów. Czas ciemności, szczęku żelaza, metalicznego zapachu krwi i gnijącego truchła. Czas Ognia i Kwiatów, jak mawiano w Dähäkkenie. Czas walki, która przyniesie wojom Świętą Śmierć będąc nabitym na ostrze wroga. Jedyne godne wojownika skonanie.
I kolejna okazja, by ucztować i tańczyć, i poużywać dziewek, nim wróg podejdzie pod wzgórza. Nim zapuka do bram.
A nieubłaganie dzień ten nadchodził.


Pochwycił z namaszczeniem stylisko topora wgryzionego w ziemię. Z trudem wyszarpnął go z mokrego, usianego gęstą trawą podłoża. Ten wdzięcznie zaśpiewał swymi żelaznymi strunami. Majestatyczna broń sprawiała wrażenie tak ciężkiej, że nawet wóz taborowy by jej z tej ziemi nie wyrwał. Ale on wyrwał.
Był Żeglarzem Pustyni.
Ważył go teraz kościstymi, lecz silnymi, umorusanymi piachem dłońmi. Stał w zbroi łuskowej na czele wielu ludzi, którzy bacznie i spokojnie, zaś z podnieceniem w oczach, doglądali jego topora, którego władczo oparł na żelaznym naramienniku.
Był już jednym z nich, więc stanął w ich szeregach.
Wtem ciężkimi, głośnymi krokami, podszedł do nich dowódca. Towarzyszyło temu dźwięczne szeleszczenie stalowych płyt jego pancerza. Był pewny w swoim chodzie. W spojrzeniu także. Mimo zbroi, która ważyła tyle, co dwa wieprze zarzucone na plecy, ruszał się wartko.
Zwolnił, prawie przystanął by obrócić się w stronę długiego, ludzkiego szeregu. Armii, która pokryła całe wzgórze. Zauważył, że każdy bacznie nastawia uszu, w oczekiwaniu jego rozkazów. Patrzyli na niego w odrętwieniu wilgotnymi, sarnimi oczami opierając dłonie na głowicach mieczy i krawędziach tarcz. Z nabożnym szacunkiem czekali na kilka słów od swego wodza.
- Bracia! Dziś bój stoczy dziesięć tysięcy Dähäkkeńczyków, z trzydziestoma tysiącami Saffaków! - zakrzyknął tonem niskim z determinacji. Ślina wytrysła mu z ust - stajemy dziś na wzgórzach Dähäkkanu. Na ziemiach, które wypuściły nasiona naszego życia. Stajemy dziś na udeptanym piachu, na którym nasi przodkowie stawali tysiące razy, tak jak my dzisiaj, by bronić naszej mowy, naszych tradycji, naszych rodzin. Naszej chwały.
Nie pozwólcie naszym dzieciakom o sobie zapomnieć, rycząc dziś jak potwory, przelewając dzbany krwi w brutalnym boju i spoglądając dumnie śmierci prosto, w jej plugawe gały! I tak jak my nie zapomnieliśmy o naszych dziadach, którzy rozłupywali każdą czaszkę nieprzyjaciela i starli swe żelazo wystarczająco wiele razy, byśmy teraz mogli biesiadować z naszymi kobietami, przy naszym wybornym piwie i wzniosłych śpiewach, tak i wy zasłużcie dziś na swoje własne Pieśni! Na swoją własną pamięć! - wskazał otwartą dłonią, gdzieś za horyzont - kiedyś nadejdzie dzień, w którym dostąpicie Świętej Śmierci. Kiedyś nadejdzie dzień, w którym poniosą was w glorii na tarczy, którą dźwigną barki waszych braci miecza!
Oczekujcie dnia, w którym wasi rodacy postawią wam pomnik i wypiją za waszą godną czci śmierć w walce. Ale ten dzień... to nie TEN, dzień!
Zapytacie, czy ja, Mäkinen Niedźwiedzi Pazur, wasz Wódz, Drugi Jeździec i Książę Ziem Północnych, zostanę dziś legendą? Nie - wskazał teraz palcem w ich stronę, nie kierując jednak gestu do nikogo konkretnego - To wy zostaniecie legendą! Wszyscy nią będziemy! To wasze ostrza zatopią się dziś w cielsku historii, i już dziś wieczorem napiszecie ją nowymi słowami. Słowami ludzi Północy! - zacisnął ceremonialnie pięści. - Do boju bracia! Do boju, wojownicy Północy! Etöre Agardü!
Zakrzyknęli tubalnie i radośnie, a Mäkinen Niedźwiedzi Pazur rozpostarł wielkie ramiona.
- Mäkinen Niedźwiedzi Pazur! - wrzasnął ktoś w tłumie. - Niech żyje książę! Etöre Agardü! - dodał inny.
Zakrzyknął w przypływie emocji wraz z nimi, ale on sam tego nie słyszał, bo wzdłuż szeregów już skandowano jego imię, a łoskot mieczy walących o okucia tarcz i hełmów przypominał burzę.
Niepewny wzrok wojów obrosłych w piórka po wielu latach pijaństwa i zabawiania się w grodzie z niewiastami, w jednej chwili przemienił się w istne morze rozpalonych spojrzeń, które przypomniały sobie stare, dobre czasy.
Tylko Żeglarz Pustyni zachował powściągliwość nie ruszając ogromnego żelastwa ze swojego ramienia. Zaśmiał się szczerze i z zapałem, gdy książę wyłapał jego wilcze spojrzenie.
Wtem Mäkinen Niedźwiedzi Pazur podszedł do niego i jego wielka łapa pochwyciła przedramię towarzysza mocno, jak imadło, druga zaś otuliła kark. Odpowiedział tym samym gestem i przez chwilę stykali się czołami.
- Dziś dzień także twojej chwały, bracie - rzekł donośnie dowódca starając się stłumić wszechobecną burzę żelastwa tłukącą o tarcze. - Dziś ochrzcisz w boju swój topór i będziesz wołał się Północnym. Ożenisz się z Dähäkkanką i spłodzisz silnych, mądrych wojów!
- Powiadam Ci Mäkinenie, to wielki dzień dla Dähäkkenu. Tuż po zmroku zwycięstwo uczcimy rogiem palmowego wina - książę poklepał towarzysza po wielkiej potylicy i odsunął się. Mruknął ze smakiem.
- Dobrze gadasz, bracie. Serce masz tutejszych - rzekł, a potem zagwizdał, na co odpowiedział jeden z wojów z pierwszego szeregu. Wpierw ubrał księcia w czarną opończę, która była prezentem od króla. Potem wręczył mu srebrny hełm z rubinowymi oczami, a gdy ten go włożył i przewiązał rzemienie, wetknął iście królewski miecz w jego prawicę.
Obrócił się, by wyglądać nadciągających Saffaków, którzy przed momentem wychynęli zza najbliższego wzgórza. Wielu z nich nosiło tyczki z łopocącymi, żółtymi i czerwonymi chorągiewkami. Z tej odległości przypominały zawieszone w powietrzu, tańczące płomienie.
Dähäkkeńczycy stali teraz w milczeniu i patrzyli. Wielcy jak beczki, w lśniących zbrojach i otuleni grubymi skórami przy akompaniamencie wiatru. Wyczekiwali. A tamci pojawili się nagle, wyrastając jak wielkie krzewy, ścieląc gęsto szczyt wzgórza. Gdzieś z oddali dobiegał dźwięk dotkliwego rzępolenia fletów zmieszanych z ich dzikim śpiewem.
Na Północy postrzegano Saffaków jako dzikusów. Brzydzono się nimi nieprzeciętnie, co pokazał teraz Mäkinen spluwając siarczyście pod swoje stopy. Mawiano o nich, jak o odmieńcach, których dobry bóg zepchnął w kamieniste pustkowia, by tam mogli odprawiać swe mroczne rytuały. Po każdą równinę nosiła się wieść, że mają splugawione swoją czarną magią twarze, które zakrywają maskami, a cali spieczeni są od swego piekielnego słońca. Powiadało się, że niebo nad ich osiedlami rumieni się tak długo, aż rozpali się do czerwoności. Nikt nie śmiał zaprzeczyć, że to klątwa zesłana przez Gobakkena - najpotężniejszego z bogów.
To nie było niebo dobrych bóstw, jak na Północy, gdzie widziano piękne, skołtunione jak włosy niewiast chmury, na tle jednolitej, żelazistej barwy. Barwy miecza. Niebo godne narodu wojowników.
Saffakowie mieli także słabe postury jak u Dähäkkeńskich niedorostków. To wiedzieli wszyscy. Nawet ich kobiety nie były takie, jak to Gobakken przykazał, bo nie sposób było ich odróżnić od mężczyzn. Też były wysokie, smukłe i nosiły długie, zlepione błotem włosy. Ich kraj to istna wylęgarnia szczurów, powiadał król.
A ci, gdzie tylko by nie byli, przygrywali sobie na bębenkach i dmuchali w flety, a te zawodziły dziko. Brzmiało to jak zew potwornego, drapieżnego ptaka. A śpiewem i tańcem do tej straszliwej muzyki unosili się wszyscy ich mężowie, bez wyjątków. Starcy, w sile wieku i chłopcy. I podobno mieli melodyjkę na każdą okazję. Czy nie byłaby to bitwa, śmierć bliskiej osoby, czy ceremonie zaślubin. Zawsze musieli dmuchać w ten upiorny instrument.
Zaś to wszystko potężny i dumny Dähäkkeński człowiek widział jako słabość i wstyd. Niegodne to było tradycji dumnych mężów, jacy rodzili się od wieków na Północy. Ich melodią były wrzaski i chóralne buczenie, tupanie, oraz bicie orężem o okute powierzchnie tarcz i hełmów. To były lepsze melodie. Bo śpiewała z nimi sama Wojna.
- Przywędrowali tu razem ze swoją klątwą! - krzyknął przez ramię wielki Mäkinen, gdy nagle ołowiane chmury połknęły słońce. Wiatr wezbrał na sile.
Monotonna, niesiona wiatrem melodia, do której maszerowali, zmieniła się prędko we wściekłe, nerwowe świszczenie, a tamci zaczęli wykrzykiwać i wyć niczym psy gotując się do walki. Powarkiwali i pohukiwali imitując zew swojej pustyni, z której tu przyszli. Chyba szykowali się do szarży.
- Plugawe szczury - odrzekł z obrzydzeniem Hoghar Końska Podkowa, który stał tuż obok Żeglarza Pustyni. Był prawdziwym olbrzymem, o ogolonej czaszce i rudej brodzie, o dwie głowy przewyższającym wszystkich innych wojów. To właśnie on był największym przyjacielem Żeglarza Pustyni, radził mu i nauczył go jak obchodzić się z bronią. Klepnęli się wzajemnie po plecach życząc sobie jak najwięcej ściętych głów.
Mäkinen ponownie obrócił się do swojej armii, która ze zniecierpliwieniem przystępowała z nogi na nogę, ważyła w rękach miecze i topory, osłonięta już zawczasu tarczami.
- Niech cierpią żmije! - zakrzyknął unosząc miecz nad głowę - pobijemy ich dziś i sprawimy, że znów wpełzną do swojej nory! Gobakken jest po naszej stronie! - skierował ostrze w stronę Saffaków, a potem wydarł się tak nieludzko, że brzmiało to jak zawodzenie morskich potworów - Za króla!
Ruszyli bez zastanowienia wrzeszcząc i wymachując orężem nad głowami, przeskakując nad niewielkimi kamieniami. Szarża tysięcy stóp wprawiała ziemię w drżenie.
Wtedy posypały się pierwsze strzały, które wystrzeliły w posępne, ciemne niebo. Długo unosiły się leniwie, ale w mgnieniu oka przyspieszyły trafiając z wizgiem w ludzi. Uderzyły tak szybko, że wielu nawet nie zdołało zasłonić się tarczą. Hoghar Końska Podkowa odepchnął jednego z nieszczęśliwców, który zanosił się rozpaczliwym kaszlem po tym, jak strzała przeszyła jego grdykę na wylot.
- Trzymać szyk! Nie wyprzedzać! - rozkazywał szybko książę z pierwszego szeregu. Biegli w szaleńczym wręcz tempie po stromej ścianie wzgórza. Saffakowie nadal czekali.
Kolejne strzały wytrysnęły prędko, nim jeszcze pierwsze zdołały wbić się w ciżbę ludzi. Gdy nieubłaganie zaczęły pędzić na dół, Żeglarz Pustyni usłyszał ich bzyczenie, podobne do roju rozdrażnionych os i zareagował. Teraz wojownicy Północy byli prędcy i zasłonili się. Pociski wgryzły się wściekle w ich osłony.
Trzy z głuchym brzęknięciem wbiły się w okrągłą tarczę Żeglarza Pustyni. Sprawnie przesunął wielkim toporem po kutej powierzchni i połamał je jak zapałki. Nie przestawali szarżować.
Napastnicy rodem z pustyni nie dawali za wygraną. Jeden z nich wykrzyknął następną komendę i kolejna połać pocisków o jaskrawoczerwonych brzechwach pokryła niebo. Znów szybowały leniwie, niczym sokół wypatrujący gryzonia, ale potem poczęły pikować w nadciągających Dähäkkeńczyków. Tarcze popłynęły nad hełmy i po raz drugi poniósł się głuchy dźwięk zatrzymywanych pocisków.
Przynajmniej tak było w pierwszym szeregu, w jakim biegł Żeglarz Pustyni. Nie miał czasu, by oglądać się za pozostałymi.
Dzika, gniewna melodia cały czas świszczała, a tamci wyli i szczekali do niej bez ustanku. Nagle, bez żadnego ostrzeżenia zaczęli zbiegać ze swojego wzgórza tak nieludzko szybko, jakby ktoś ich wszystkich popchnął. Tańczące w powietrzu, ogniste proporce podpaliły ścianę wzgórza.
W tym momencie melodia urwała się, jakby ktoś podciął jej gardło. Głuchota i kroki dzieliły ich od starcia. Wielu, w tym Żeglarz Pustyni, zarzuciło tarcze na plecy, by dobrze uderzyć podczas pierwszego kontaktu.
Dopiero w tym momencie zobaczył ich oblicza. Miedziane twarze, które okrywały dopasowane, odlane w złocie maski. Przez wąskie otworki na oczy zobaczył ich rozwścieczone, tygrysie źrenice. Każdy z nich był wyższy od wojów Północy, jednak ich wątłe ciała zakrywały obszerne, rude szaty pustynne, a na nich mieli kolcze koszule. Warczeli i wyli jak goniące za zdobyczą szakale, z krzywymi szablami starannie ułożonymi tuż przy głowie, z ostrzem skierowanym lekko do góry. Głowy zaś okrywały im hełmy, zwieńczone długim na łokieć kolcem.
Żeglarz Pustyni wyszczerzył zęby jak lew i zaryczał miotając majestatycznym toporem wokół głowy. Wyczuł moment, gdy od pierwszego z nich dzieliły go korki i huknął z całej siły. Nie patrzył gdzie. Gdziekolwiek by nie przyłoił, pogruchotałby nieszczęśnikowi wszystkie kości.
Tak też się stało, bo zmiótł Saffaka ze swojej drogi jak kurz, który wymiata się miotłą ze schodów. Nawet jeśli jakimś cudem zachowałby życie, szarżujący, potężni Dähäkkeńczycy beznamiętnie go już zadeptali.
Zewsząd popłynął posępny dźwięk szczęku żelaza i przeraźliwych krzyków. Tępy huk ciał wpadających na siebie.
Hoghar Końska Podkowa, i tak wyższy od wielkich Saffaków i dwakroć od nich szerszy, wgniótł jednego w ziemię swoim bojowym młotem. Gdy począł tłuc się z kolejnymi dwoma, ktoś wskoczył mu na plecy i oplótł gardło silnym przedramieniem. Zacharczał, ale nie mógł sobie pozwolić na nieuwagę, odpierając dzikie ataki tych z przodu. Poczerwieniał wytrzeszczając gały, nie ustawał w swoim kaszlu. Desperacko starał się zrzucić zawziętego dusiciela, który szeptał mu do ucha w rytmie swej dzikiej melodii.
Wtem kilkoma susami dopadł ich Żeglarz Pustyni, który zatopił ogromne żelastwo w Saffaka wiszącego na olbrzymie. Rozległo się obrzydliwe, zdławione mlaśnięcie topora, wbitego ochoczo i mocno w jego plecy. Strużka krwi, jak bicz zdzieliła Żeglarza Pustyni w czoło. Ten w jednej chwili poluźnił uścisk i zawył okropnie ześlizgując się.
Bez zbędnego namysłu, zupełnie jak upiór, Żeglarz Pustyni wyskoczył zza pleców olbrzyma i rzucił się z wrzaskiem w stronę napastników. Temu z lewej przywalił łokciem w brzuch, schylił się przed cięciem kolejnego i runął mu toporem w nogi, które omal nie odleciały. Chrupnęło paskudnie, trysnęła fontanna gorącej krwi, a Saffak obrócił się w powietrzu i wylądował na plecach. Krzyczał zdławionym przez maskę głosem i wił się przeraźliwie patrząc na zwisające bezwładnie kawały mięsa poniżej swoich kolan. Hoghar Końska Podkowa doskoczył jak rozwścieczony niedźwiedź i bez zbędnych celebracji rozrąbał mu czaszkę. Zrobił to z taką łatwością, jakby rozdusił śliwę zaciśniętą pięścią. Posoka chlasnęła jego nogi, zabarwiła trawę na kilka dobrych stóp. Wielkolud uniósł się ciężko i powędrował dalej, by zatańczyć też z innymi.
A Żeglarz Pustyni trwał w przygarbieniu przystępując z nogi na nogę i patrzył w beznamiętną, złowieszczą twarz w złocie. Tylko te piękne, bursztynowe, tygrysie spojrzenie przypominało mu, że ma do czynienia ze zwykłym człowiekiem. A ten zupełnie jakby miał ptasie ślepia, łypał nimi przerażająco, szybko i sprawnie.
Saffak zamruczał najpierw słabo, a potem ryknął jak pustynny drapieżnik, całkiem jakby szydził, albo prowokował. Nieustannie w swojej prawej, miedzianej łapie, obracał rękojeść zakrzywionej szabli.
Mierzyli się spojrzeniami i zataczali kręgi jeszcze długo, jakby zapomnieli, że dookoła nich padają zakrwawione, blade niby pergamin truchła. Że wszędzie wywijają miecze i topory trąc o tarcze, gruchocząc kości, prując skórę. Że te krzyki chyba na stałe już wsiąkły w powietrze, bo dało się wyczuć wszechobecną, śmierdzącą woń strachu.
Żeglarz Pustyni miał świadomość, że ten kto pierwszy się odkryje, umrze. W takim pędzie i gniewie, jaki rządził teraz równiną, trzeba było umieć się bronić. Przeskoczył ciężko ku swojej prawicy, a potem znów na lewo grając ze złotogłowym i prowokując go do jakiegoś ruchu. Ten syknął opryskliwie nie spuszczając Północnego z oczu i sięgnął za swoje plecy, po trójkątną, czarną tarczę. Gładką i lśniącą niczym z obsydianu. Była śmiesznie mała, jak dla dziecka bijącego się jeszcze na drewniane mieczyki. Przecież tym nie dało się zrobić żadnej krzywdy. Tym bardziej się nią obronić.
Jednak pewny swego Saffak przybrał pozycję pantery szykującej się do skoku i mruknął złowrogo i dziwnie, a potem jednym susem pokonał dzielącą ich odległość i uderzył jak prędko tylko potrafił. Żeglarz Pustyni sparował cios tarczą, a szabla szczęknęła wzniecając iskrę.
To było mgnienie. Prędko łapali równowagę szukając się jednocześnie kącikami oczu. W boju zastosowanie miała tylko jedna mądrość - kto pierwszy, ten lepszy. Zatem starał się dobrze ułożyć stopy, tak by każdy atak, nawet tarana, nie był w stanie złamać jego wyprostowanego, napiętego ciała. Oddychał szybko, ale miarowo. Nie chciał też, by przestrach zamglił jego zmysły.
Nim jednak zdołał wypatrzeć przeciwnika w tym całym zgiełku i zaduchu, ktoś znienacka dopadł go z prawej drąc się tak potwornie, jakby chciałby go tym rykiem ogłuszyć.
To był instynkt. Po prostu znad krawędzi tarczy dostrzegł mężczyznę w pofałdowanej, rudej szacie i kolczudze, który szarżuje samobójczo z mieczem nad głową. A potem Żeglarz Pustyni zakrył się wielką, owalną ścianą z żelaza i wyczekiwał. Gdy tamten podbiegł wystarczająco blisko, zaparł się o wewnętrzną ściankę tarczy i prawą ręką, a potem wyskoczył powalając Saffaka. Ten runął głośno na jakieś truchło i przetoczył się krótko. Próbował się bronić wymachując rozpaczliwie szablą, ale Żeglarz Pustyni wytrącił mu ją potężnym kopniakiem. Szczur w złotej masce począł błagać, mamrotać coś, ale bogowie chcieli inaczej i topór boleśnie rozpłatał mu żebra, jucha spłynęła wartko jak niewielki, górski strumyczek. Krzyk zastygł mu w gardle.
Wpierw poczuł uszczypnięcie, prawie nieodczuwalne, lecz zaraz potem jego ciało przeszedł zimny dreszcz. Tak mroźny, że aż go poparzył. Dopiero kątem oka dostrzegł szablę raniącą jego udo, chronione jedynie przez wilczą skórę. Głębokie nacięcie. Zacisnął szczęki. To był potworny ból.
Obrócił się jak rażony piorunem, zakrzyknął zapominając o cierpieniu i siekał gdzie popadnie, byleby przed siebie. Ale ten sprawnie odbijał ciosy swoją niewielką, gładką tarczą. Czarną, niczym węgiel.
I znów poczęli się mierzyć namiętnymi spojrzeniami, ale na krótko, bo Żeglarz Pustyni ponownie zaatakował. Machał jak opętany, ale jego topór spotykał się albo z tarczą, albo ze świstem ciął powietrze. Saffak o drugiej, złotej twarzy bardzo zwinnie wyginał smukłe, wyćwiczone ciało.
- Giń żmijo! - wydarł się i odrzucił wielką jak smoczy łeb tarczę. Ciążyła mu już za bardzo. Jął stylisko oburącz i gotował się do zamachu, a Saffak nie przestając tańczyć, znów przygotował tarczę do zmyślnej obrony. Jednak tego diabolicznego huknięcia już nie przetrwała. Rozłamała się jak zeschła gałązka, a jej części potoczyły się gdzieś między walczących.
Tuż pod nogi przybysza z kamienistej pustyni, który ścierał się z Mäkinenem Niedźwiedzim Pazurem. Nadepnął na nią tracąc równowagę, tylko na czas mrugnięcia powieki, ale to wystarczyło, by książę dopełnił woli Gobakkena i wściekłym, zamaszystym ruchem ściął mu głowę z imieniem ojca na ustach. Łeb potoczył się gdzieś daleko ciągnąc za sobą krwawą nić. Zwłoki stały jeszcze chwilę odpowiadając kilkoma wytryśnięciami juchy, które wylewały się z poszarpanej szyi, ale potem runęły obojętnie. Wódz splunął siarczyście na plugawe truchło wroga, a potem zaczął dyszeć potwornie.
Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
deathhascome · dnia 01.05.2011 19:57 · Czytań: 996 · Średnia ocena: 0 · Komentarzy: 12
Komentarze
Usunięty dnia 02.05.2011 10:38
Cytat:
Powiadali, że człek ten przybył z ziem, o których bóg zapomniał, bo nie słyszano o nim w żadnym z miast Północy.

czego dotyczy się to "nim"?

Cytat:
Wyłonił się światu od tak, zza horyzontu.

ot, tak, i kto się wyłonił?

Cytat:
On sam powiadał, że pędził przez nienazwane szlaki, kamieniste pustkowia i wilcze, leśne padoły. Nazwali go zatem Żeglarzem Pustyni. Tułaczem.
Wypowiadał się komicznie, szybko, strzelając zbitką gardłowych warknięć i basowych pomruków, których żaden Dähäkkeńczyk nie mógł zrozumieć.

skoro nie mogli go zrozumieć, to skąd wiedzieli, o czym opowiadał?

Cytat:
śpiewać ich żelazem

hmmm?

Cytat:
Czas walki, która przyniesie wojom Świętą Śmierć będąc nabitym na ostrze wroga.

absolutnie niegramatyczne zdanie...

Dużo do poprawy, ale gdzieś mi tam miga, że pisałeś, że zależy Ci na krytyce, wiec jak chcesz, to mogę tak przelecieć cały tekst, bo na razie wzięłam się tylko za ten początkowy fragment. Póki co, mogę Ci powiedzieć, ze gubisz podmiot - nie zawsze wiadomo, czego dane zdanie/określenie dotyczy. Momentami zdarzają się też powtórki i dosyć niebezpiecznie ocierasz się o patos.
deathhascome dnia 02.05.2011 16:38
Chętnie poddam się krytyce. Właśnie chciałem, by ktoś pomógł mi zauważyć błędy. Przeanalizował go.
Będę wdzieczny.

"ot, tak" - wyłonił się owy człek. Wydawało mi się, że to dość jasne.
"skoro nie mogli go zrozumieć, to skąd wiedzieli, o czym opowiadał?" - bo w dalszej części tekstu piszę, że szybko nauczył się ich mowy i obyczajów.
deathhascome dnia 02.05.2011 16:48
Jednak nie chciałbym jedynie artylerii w moją stronę. Jeśli coś zrobiłem dobrze, albo interesująco, to również chciałbym o tym wiedzieć.
Usunięty dnia 03.05.2011 12:00
Jak będzie coś do pochwalenia, to pochwalę, ale nie obiecuję ;)

"ot, tak", nie "od tak" :)

Cytat:
Pochwycił z namaszczeniem stylisko topora wgryzionego w ziemię. Z trudem wyszarpnął go z mokrego, usianego gęstą trawą podłoża. Ten wdzięcznie zaśpiewał swymi żelaznymi strunami. Majestatyczna broń sprawiała wrażenie tak ciężkiej, że nawet wóz taborowy by jej z tej ziemi nie wyrwał. Ale on wyrwał.

Tutaj znowu gubisz podmiot, bo z drugiego zdania wynika, że wyszarpnięto zostało stylisko, nie cały topór. Potem mamy zbytek poetyki, bo jak niby topór może zaśpiewać żelaznymi strunami? Unikaj takich kwiatków, bo w nadmiarze powodują, że tekst brzmi śmiesznie. Później masz powtórzone "wyrwał", to nie brzmi dobrze. Jeśli chcesz stosować powtórzenia, to musisz je dobierać bardzo rozważnie i z wyczuciem.

Cytat:
Stał w zbroi łuskowej na czele wielu ludzi, którzy bacznie i spokojnie, zaś z podnieceniem w oczach, doglądali jego topora, którego władczo oparł na żelaznym naramienniku.

"zaś" tu w ogóle nie pasuje, prędzej "ale" albo "lecz", "doglądali" to też złe słowo, doglądać można zwierząt albo gospodarstwa, potem nie jestem pewna, czy oparł na, czy o

Cytat:
Mimo zbroi, która ważyła tyle, co dwa wieprze zarzucone na plecy, ruszał się wartko.

czy wieprze biegające wolno ważą inaczej niż te na plecach? :) podejrzewam, ze wiem, o co Ci w tym zdaniu chodziło, ale źle to przekazałeś

Cytat:
w stronę długiego, ludzkiego szeregu.

a były tam szeregi nieludzkie?

Cytat:
Armii, która pokryła całe wzgórze

jak szereg mógł pokryć całe wzgórze?

Cytat:
sarnimi oczami opierając dłonie na głowicach mieczy

oczami oparli dłonie :) zła interpunkcja :)

Cytat:
Nie pozwólcie naszym dzieciakom

dzieciaki wypadają tu nazbyt nowocześnie w porównaniu do reszty tekstu

Cytat:
Zakrzyknął w przypływie emocji wraz z nimi, ale on sam tego nie słyszał,

nie rozumiem tego zdania...

Cytat:
Ożenisz się z Dähäkkanką i spłodzisz silnych, mądrych wojów!

dziś to już chyba raczej nie :)

Cytat:
- Powiadam Ci Mäkinenie, to wielki dzień dla Dähäkkenu. Tuż po zmroku zwycięstwo uczcimy rogiem palmowego wina - książę poklepał towarzysza po wielkiej potylicy i odsunął się. Mruknął ze smakiem.

i tu zgłupiałam, ja cały czas myślałam, że to książę jest ten Makinen... :|

Cytat:
a gdy ten go włożył i przewiązał rzemienie, wetknął iście królewski miecz w jego prawicę.

i znowu gubisz podmiot

Ok, jeszcze wrócę :)
deathhascome dnia 03.05.2011 14:06
Hmmm... Dzięki, wiele rzeczy było pomocnych, ale momentami mam wrażenie, że chcesz z tego zrobić wypracowanie szkolne. To jest sztuka, tutaj (chyba) podmiot nie zawsze ma największe znaczenie, czyż nie?

"Zakrzyknął w przypływie emocji wraz z nimi, ale on sam tego nie słyszał" - chciałem zaznaczyć, że oni tak głośno skandowali jego imię, że nawet siebie nie usłyszał.

"Ożenisz się z Dähäkkanką i spłodzisz silnych, mądrych wojów!"
Ty: dziś to już chyba raczej nie
- Jeśli mam być szczery nie rozumiem co miałaś na myśli...? Sugerujesz, że napisałem to w taki sposób, jakby miał ich płodzić już dziś? To co miałem zrobić? Dodać np. "niedługo" tak?

"ważyła tyle, co dwa wieprze zarzucone na plecy" - wiem, że biegający czy leżący wieprz waży tyle samo, ale chciałem zaznaczyć to, że on miał tyle kilogramów na swoich barkach. Pokazać, co dźwigał.

Z resztą się zgadzam, co do tego mam lekkie zastrzeżenia. Nie wiem jak to skomentujesz.

Pozdro :)
Usunięty dnia 03.05.2011 14:54
Wypracowanie szkolne? Dlaczego? Uważasz, że tylko w szkolnych wypracowaniach obowiązuje poprawność językowa? :)

Zakrzyknął w przypływie emocji wraz z nimi, ale on sam tego nie słyszał

Zakrzyknął w przypływie emocji wraz z nimi, ale sam swojego krzyku nie słyszał

Czy tak nie jest jaśniej?

Z tym żenieniem, nie sugeruję, po prostu tak napisałeś. W poprzednim zdaniu określiłeś czas na "dziś" :) Z "niedługo" byłoby znacznie lepiej :)

No tak myślałam, że o to Ci z wieprzami chodzi, ale ze zdania to nie wynika. Ja bym odpuściła sobie to "zarzucone na plecy".
deathhascome dnia 05.05.2011 00:36
Ok, masz rację. Coś jeszcze widzisz?
deathhascome dnia 05.05.2011 21:55
Na innym portalu, gdzie wystawiłem to opowiadanie, jeden śmiałek określił to opowiadanie "komicznym i żałosnym". Też tak uważasz? Jestem Ciekaw jak Ty to postrzegasz.
Usunięty dnia 06.05.2011 13:54
Nie wychylasz się z szeregu młodych próbujących swoich sil w fantastyce ;) Także nie przejmuj się, każdy od czegoś zaczynał, a niektórzy startowali nawet gorzej niż Ty :)

Do poprawek wrócę, tylko chwilowo mam bardziej pilne sprawy.

A czytałeś warsztaty Pilipiuka?
http://portal-pisarski.pl/readarticle.php?article_id=3919
deathhascome dnia 06.05.2011 19:40
Nie czytałem, ale jeśli polecasz to zajrzę.

Dziękuję za Twój wkład w moją twórczość. Mam nadzieję, że jakoś się odwdzięczę :)
Usunięty dnia 08.05.2011 20:23
Cytat:
Wielcy jak beczki

hmmm... chyba nie jest to dobre porównanie

Cytat:
Mawiano o nich, jak o odmieńcach, których dobry bóg zepchnął w kamieniste pustkowia, by tam mogli odprawiać swe mroczne rytuały. Po każdą równinę nosiła się wieść, że mają splugawione swoją czarną magią twarze, które zakrywają maskami, a cali spieczeni są od swego piekielnego słońca.

tu bardzo koślawo, nie wiadomo właściwie, o co chodzi. I zdecydowanie niepotrzebnie stosujesz zaimki tam, gdzie sprawa jest jasna i oczywista. Kwestia doboru zwrotów:
Mawiano, że to odmieńcy, których dobry bóg zepchnął na kamieniste pustkowia, by tam mogli odprawiać mroczne rytuały. Po wsze strony nosiła się wieść, że pod maskami kryją splugawione czarną magią twarze, a cali spieczeni są od piekielnego słońca.

Cytat:
Powiadało się, że niebo nad ich osiedlami rumieni się tak długo, aż rozpali się do czerwoności.

absolutnie nie mam pojęcia, co to znaczy

Cytat:
To nie było niebo dobrych bóstw, jak na Północy, gdzie widziano piękne, skołtunione jak włosy niewiast chmury, na tle jednolitej, żelazistej barwy.

dobrze jest podbarwiać język, ale Tobie na razie to nie wychodzi...

Cytat:
A ci, gdzie tylko by nie byli, przygrywali sobie na bębenkach i dmuchali w flety, a te zawodziły dziko.

a ci, czyli kto?

Cytat:
Powarkiwali i pohukiwali imitując zew swojej pustyni, z której tu przyszli.

przykład niepotrzebnego dopowiedzenia

Cytat:
Długo unosiły się leniwie, ale w mgnieniu oka przyspieszyły trafiając z wizgiem w ludzi.

mogę się mylić, ale strzały chyba w trakcie lotu zwalniają, a nie przyspieszają, no i nie bardzo wiadomo, która strona te strzały wypuszcza

Cytat:
w pierwszym szeregu, w jakim biegł Żeglarz Pustyni

w którym

Cytat:
Tańczące w powietrzu, ogniste proporce podpaliły ścianę wzgórza.

czyli co się stało?

Ok. Widzę konkretny problem. Prawdopodobnie określenie "komiczne i żałosne" zostało wywołane przez określenia, które stosujesz. Przedobrzasz w kombinowaniu i efekty momentami są faktycznie śmieszne. Ja wiem, że w heroic fantasy tak wypada, ale czas patosu już jakiś czas temu minął i nie jest mile widziany. Najczęściej po prost śmieszy. Zwracaj też uwagę na zaimki: w teorii im mniej ich, tym lepiej. Tam, gdzie oczywiste jest o czym mówisz, możesz je śmiało eliminować.

Ok, to na tyle w tej porcji. Obiecuję, że jak przelecę cały tekst, to jakoś ładne to wszystko podsumuję.
deathhascome dnia 14.05.2011 15:08
Długo unosiły się leniwie, ale w mgnieniu oka przyspieszyły trafiając z wizgiem w ludzi. - strzały zwalniają, leciały wolno unosząc się w powietrzu, a potem przyspieszyły, bo poczęły pikować w dół - w ludzi.

To proste do wyobrażenia ???

Z resztą się zgadzam. Zwracam już na to uwagę. Jednak napisałaś:

"To nie było niebo dobrych bóstw, jak na Północy, gdzie widziano piękne, skołtunione jak włosy niewiast chmury, na tle jednolitej, żelazistej barwy." - powiedziałaś, że robie to nieumiejętnie. To jak to zdanie powinno wyglądać, żeby było umiejętne?
Proza: Górna Półka
Proza: Dolna Półka
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
voytek72
05/10/2022 10:49
Moze uzylas 'czcionki sympatycznej' i teraz do… »
TakaJedna
05/10/2022 08:43
Wolnyduchu, dziękuję za komentarz. I za ocenę. Moje wyroby… »
voytek72
05/10/2022 07:58
Moim zdaniem jest wiersz. Niby latwo jest ponarzekac na… »
Berele
05/10/2022 01:24
Co do tego upolitycznieniena, to nie jest to agitacja, nie… »
wolnyduch
05/10/2022 00:11
Niezwykle nietuzinkowe, wydźwięk smutny, ale za pomysłowość… »
TakaJedna
04/10/2022 21:17
Dobry tekst. Prosto napisany, nieprzekombinowany, przemawia… »
pociengiel
04/10/2022 19:07
dzięki »
wolnyduch
04/10/2022 18:49
Ciekawe nawiązanie do przeszłości, które wypełnia peelkę,… »
wolnyduch
04/10/2022 18:43
"wspólnie łączymy każdorazowe szczęścia w akordy… »
wolnyduch
04/10/2022 18:36
Ciekawy wiersz, choć ten lot dość niepokojący. Pozdrawiam… »
wolnyduch
04/10/2022 18:32
Wiersz, z podglądactwem w tle i oceną kogoś, ciekawe czy ta… »
wolnyduch
04/10/2022 17:48
Wiersz z kontekstem politycznym, nie lubię takich wierszy,… »
pociengiel
04/10/2022 14:30
dzieki »
pociengiel
04/10/2022 14:29
dzieki »
Mareczek
04/10/2022 14:12
A mnie też lepiej, że 'uciekł Pekaes na… »
ShoutBox
  • TakaJedna
  • 04/10/2022 10:38
  • Jasne, bo to miejsce na takie rzeczy. Bez odbioru, o przepraszam: bo.
  • Berele
  • 04/10/2022 10:24
  • Ministerstwo Spraw Zagranicznych msz
  • TakaJedna
  • 04/10/2022 09:41
  • Takie małe pytanie przy wtorku: co to za moda pisać skrótami? Pytam o "msz". Moim skromnym zdaniem - ani to trudne, ani skomplikowane... Ktoś coś (jak to się mówi)?
  • zawsze
  • 27/09/2022 20:50
  • pozdrawiajki!
  • Ronin
  • 26/09/2022 10:16
  • Przyciśnięcie prawego przycisku myszy nie daje opcji "wklej".
  • wolnyduch
  • 24/09/2022 12:39
  • Dzień dobry - uprzejmie proszę Szanowną Redakcję, o skasowanie mojego ostatniego wiersza, bowiem jest to twór soneto podobny, a miałam dać inny wiersz jesienny, ten dałam pomyłkowo.
  • Zola111
  • 24/09/2022 01:00
  • Głosujcie, bo nie głosujecie: [link]
Ostatnio widziani
Gości online:0
Najnowszy:Usunięty
Wspierają nas