Matka część 2 - Bajdurzysta
Proza » Długie Opowiadania » Matka część 2
A A A
Łudziłem się nadzieją, że dowiem się czegoś więcej. Wierzyłem w to, że ta garść informacji, którą mi przekazywała z tak wielkim skąpstwem przez całe moje dzieciństwo, nagle się roztworzy. Chciałem ją poznać, chciałem móc doświadczyć za sprawą jej historii, wszystkiego tego, co stało się i jej udziałem. Dziś myślę, że moja mania przepytywania ludzi, poznawania ich od przysłowiowej podszewki wzięła się właśnie z tamtego okresu. Rajmund, Wiesława, Mieczysław … wszystkich w mniejszym lub większym stopniu namówiłem do mówienia; swoimi zachętami, długim nagabywaniem, a często tylko tym, że słuchałem, gdy oni tego potrzebowali. Na bazie obcych żywotów, dziejów innych ludzi budowałem swoje własne życie; okraszałem je postaciami, dodawałem szczyptę humoru i akcji, by w końcu powstała historia nader nieprawdziwa i zmyślona. I choć wkładałem w to całe swoje serce, moje badania okazywały się zbędne i bezsensowne. Tylko ona mogła mi powiedzieć, co tak naprawdę się stało. Tylko ona mogła mi zdradzić, dlaczego była takim człowiekiem, dlaczego zmieniła się w szmaciany worek. Modliłem się, by choć szeptem, pomrukiem, skinieniem, rozwiała moje wątpliwości; bym mógł odkryć prawdę, bym dowiedział się dlaczego za życia zabiła własne dziecko.
Moja matka, Cecylia, była … skałą.
I ja jestem skałą; szczególnie teraz....


... Rankiem ponownie zasiedliśmy do wspólnego posiłku. I tym razem prowadziła ze mną chaotyczną pogawędkę, raz prosząc o wybaczenie, to znów żądając tego, bym natychmiast wrócił do domu, do jej domu. Wpatrując się w talerz i próbując skupić uwagę na dwóch sadzonych jajach, słuchałem i milczałem. Z każdym słowem wypowiadanym w tak charakterystyczny dla niej, słodko-mdlący sposób, oddalaliśmy się od siebie. Wciąż miałem w pamięci nocne igraszki. Godzina ósma rano to był jeszcze ten czas, gdy hormony posiadały władzę nad umysłem Gdyby tylko zamilkła, a służba, szczególnie pani Zosia, przestałaby strzyc na korytarzach uszami, zdarłbym z niej muślinowy kostium i przerzuciwszy ją przez ramię niczym szmacianą lalkę, pognałbym do owej sypialni, gdzie nasza zażyłość osiągnęła ostatniej nocy wyższy stopień wtajemniczenia. Nie zamilkła jednak, służba nie opuściła swego detektywistycznego posterunku, a i moja żądza z sekundy na sekundę stawała się coraz mniejsza. W pewnym momencie pozwoliłem sobie na nią spojrzeć i właśnie wtedy, kiedy to lędźwie przestały wydawać rozkazy, uświadomiłem sobie, że ta irytująca kobieta potrzebuje nie syna, lecz zbiornika spermy, którą to, odpowiednio dobrany dozownik, wlewać będzie w czeluść nigdy niezaspokojonej pochwy. Wstałem i już miałem wyjść, gdy poczułem na policzku falę gorąca. Siarczyste uderzenie niemal zwaliło mnie z nóg. Raz jeszcze usiadłem i trzymając prawą dłoń przy bolącym miejscu, pozwoliłem, by mówiła dalej. Cukierkowy ton zniknął bezpowrotnie, jako zamiennik, z gardła rozzłoszczonej już matki wydobył się jazgot, od którego tak bardzo w dzieciństwie starałem się uciec.

- Nie odchodź jeśli do ciebie mówię! - Odetchnęła gwałtownie, lecz był to zaledwie sekundowy antrakt w spektaklu złości. Palcem wskazującym, na którym pozostał jeszcze ślad po dawno wyrzuconej obrączce, dźgnęła mnie w pierś. - Wracasz ze mną do domu! Zorganizowałam nam powrót. Spakuj się!

Patrzyłem na nią z mieszaniną pokory i złości. Złość pozostawała jednak uczuciem drugorzędnym. Wiedziałem, że jakikolwiek sprzeciw akurat w tym momencie, gdy żyły na jej szyi zdążyły już nabrzmieć falą gniewu, a źrenice zwęziły się, by jeszcze baczniej móc przyglądać się mym ruchom, jest wyrokiem śmierci. Podobnie jak erotyczne uniesienie wcześniej, z którego lubieżnych ramion wyswobodziłem się zaledwie przed kilkoma minutami, tak teraz strach zajął miejsce za sterami mej woli. Już nie siedziałem. Cecylia również wstała, oderwała plecy od bogato zdobionego oparcia krzesła, po czym, dumnie wyprężywszy pierś, zakreśliła ręką młynek w kierunku schodów, niczym szykujące się do pierwszego w swym życiu lotu, wciąż nieopierzone, pisklę. Takie porównanie nie pasowało jednak do osoby jej pokroju. Kiedy bowiem czegoś chciała, zawsze to otrzymywała. Nawet, jeśli wiązało się to z wytoczeniem przeciw oponentowi najcięższego z dział. Zrobiła to i tym razem. W jednej chwili maska apodyktyczności opadła odkrywając przede mną, takie przynajmniej odniosłem wrażenie, prawdziwe oblicze matki. Raz jeszcze wskazała te kilka stopni schodów, których nie zasłaniała błękitna ściana pokryta ornamentyką wprost z fajansowej zastawy, by następnie uczepiwszy się mego ramienia, zapłakać. Uderzyła mnie dysproporcja jej sylwetki. Wieloletnie kuśtykanie przekrzywiło ciało kobiety na prawą stronę i tak jak zwykle starała się ów mało atrakcyjny szczegół wyglądu zatuszować, tak teraz uczyniła go jednym ze swych głównych atutów. Rozpoczęły się utyskiwania, żale, a gdy dotarliśmy już do dębowej poręczy, którą ścisnęła, jakby to była ostatnia deska ratunku, monodram wszedł w decydującą fazę. Wpadła mi w ramiona, nie tak jak robiła to wczorajszego wieczora, bez cienia erotyzmu. Połykając płynące po twarzy łzy, pociągając nosem, przywarła do mojej klatki piersiowej i wtuliwszy się w nią, drżała niczym bezbronne, zastraszone dziecko. Drżała, tak jak drżałem i ja kiedyś, zawodziła, tak jak zawodziłem i ja, kiedy to skórzanym pasem wydzielała mi niezasłużone razy, gdy krzyczała z nienawiścią i ... Zapomniałem o tym. Bolesne wspomnienia odeszły zakryte warstwą naniesionego przez czas kurzu, drogę do nich przegrodziła zwarta pajęcza sieć. I tym razem wygrała. Aktorskim geniuszem, który ja, z infantylną wręcz nadzieją pomyliłem z przebłyskiem jej prawdziwej osobowości, bez zbędnych krzyków i rozkazów przekonała mnie do tego, bym spakował swój bagaż i tak jak sobie tego życzy, jechał z nią.

Uśmiechnąłem się, gdy dotarliśmy do szczytu schodów. Mogłem ją tutaj postawić. Nie musiałem jej dłużej nieść, skończyły się bowiem nierówności schodów, których bała się z wręcz histerycznym lękiem. Jednak nie zrobiłem tego, W zamian, chyba głównie po to, by choć na chwilę ukoić to rozdygotane ciało, złożyłem na policzku matki pocałunek. Pierwszy, prawdziwie synowski pocałunek, bez ukrytego podtekstu, bez lubieżności, bez chęci dokonania czegoś więcej. I ona się uśmiechnęła. I właśnie to, ten promyczek nadziei na powracający dobry humor ostatecznie przekonał mnie do tego, że mogę z nią wrócić, że matka, po kilku latach izolacji, zaczyna się zmieniać. Dorasta na swój własny, dziwaczny sposób do tego, by w szerokim wachlarzu swych ról móc w końcu umieścić rolę matki, by wreszcie móc się nią stać.
Z jaką łatwością dałem się oszukać i tym razem...



Cztery lata. Jak długi jest to okres uświadomiłem sobie dopiero na miejscu. W pałacu, którego upływające lata nie naruszyły, lecz wręcz zdruzgotały. Z samochodu wysiadła jako pierwsza. Ogrom... zmian, obraz tak bardzo licujący z mymi wspomnieniami, zdawał się nie robić na niej żadnego wrażenia, mnie natomiast wprowadził w osłupienie. Otworzywszy drzwi, wysiadła zwinnie niczym zupełnie zdrowa osoba, choć ostatnie dni, w tym i czas podróży minęły nam na odgrywaniu ról rekonwalescentki i będącego na każde jej skinienie sanitariusza. Spod rondla monstrualnego, z trudem mieszczącego się w pojeździe kapelusza, zamrugały teraz dwa wypełnione ognikami ślepka. Niemal łobuzerskim uśmiechem zapraszała mnie do opuszczenia auta i podziwiania wraz z nią zapierającego dech w piersiach widoku... trumny. Patrząc na prawe skrzydło budynku, gdzie ojciec miał między innymi swoją bibliotekę, a ona kapliczkę, nie potrafiłem odpowiedzieć, jakim też rodzajem broni dokonano aż takich spustoszeń. Choć zaparkowaliśmy przy fontannie stojącej przed drugim, jeszcze istniejącym skrzydłem matczynego domu, zniszczenia poczynione w tamtej części pałacu były aż nazbyt widoczne. Na wybrukowanym dziedzińcu leżały sterty cegieł. Pomarańczowych i ciemnych, udekorowanych, jakby komuś na górze, w niebie, ów harmider nie przypadł do gustu, czapkami utkanymi ze zbitych płatków śniegu, nieomal na naszych oczach topniejących za sprawą słońca, buchającego dziwnym, niedopasowanym do tej pory roku, żarem. W skromnych progach matki nic nie było jednak do siebie dopasowane i sam już wkrótce miałem się o tym przekonać. Tak więc z prawego skrzydła, niegdyś piętrowego z galeryjką antycznych postaci dookoła, ocalały jedynie zabudowania parteru, w tym i znajdująca się przy granitowym portalu prowadzącym do parku na tyłach posesji, wypełniona atmosferą modlitewnego uniesienia, kapliczka. Reszta obróciła się w gruz. Ukłucie w żołądku, jego nagły skurcz nastąpił szczególnie wtedy, gdy spostrzegłem balustradę z hebanu, a raczej kawałek drewna wijący się smętną spiralą ku górze, ku bezchmurnemu niebu zimy. Ciemnobrązową, która w latach swej świetności prowadziła gości z szerokiego holu, całego w bieli i amarantowych wykończeniach przywodzących na myśl motywy roślinne, aż do niewysokiej wieży o kopulastym, opalizującym na zielono zwieńczeniu, wznoszącej się jakieś pięć metrów nad zabudowaniami tej części pałacu. Wieża nie przetrwała, podobnie jak i schody. Z nich, z granitowych stopni wzbogacanych holenderskimi kaflami i z balustrady sprowadzanej sam nawet nie wiem skąd, pozostał żałośnie mały fragment skryty pod podłogą pierwszego piętra. Tak bardzo lubiłem tam wchodzić, podziwiać zachodzące słońce i ogrodników, którzy kontynuowali swą niewdzięczną pracę pod moim czujnym, lecz nigdy nie karcącym okiem. Lubiłem się tam bawić, a czasami, kiedy to matka wypluwała dziwne oskarżenia pod moim adresem, biegając za mną po całym pałacu i starając się dać mi nauczkę, którą miałem zapamiętać na długo, to właśnie tam chowałem się najczęściej. To właśnie tam znajdowałem upragnioną ciszę po sztormach i burzach, jakie przetaczały się na niższych kondygnacjach budynku. A teraz, już tego nie było...

Wciąż staliśmy przed samochodem, a ona, z rozłożonymi szeroko ramionami, uśmiechała się. Odniosłem wrażenie, iż jest z siebie dumna. Pokazywała mi renesansowy pałac z końca XVI będący diamentem w koronie rodu mego ojca, który przetrwał niemal cztery stulecia, a teraz, w żałośnie krótkim czasie ugiął się pod jarzmem jednej kobiety. Uśmiechała się tak jakby prezentowała mi, swemu jednoosobowemu audytorium, owoce mozolnej pracy, jaką musiała tu wykonać.

- Wprowadziłam kilka zmian! - dodała, biorąc mnie pod rękę i prowadząc ku głównemu wejściu. - Z pewnością przypadną Ci do gustu. Musisz tylko zobaczyć je wszystkie. Niestety nie udało mi się jeszcze skończyć, ale z twoją pomocą te ostatnie poprawki nie zabiorą nawet miesiąca. A potem zamieszkamy w miejscu, o którym zawsze marzyliśmy kochanie.

Aby dać wyraz swej ekscytacji uszczypnęła mnie w policzek palcami wolnej, lewej ręki, po czym raz jeszcze, zatracając się w słowach, zaczęła opowiadać. To nie była część dawno minionej historii, część jej własnej, tak skwapliwie ukrywanej przede mną, historii. Opowiadała o życiu współczesnym i choć miałem nieco inne priorytety związane z opowieściami matki, wysłuchiwałem z prawdziwą uwagą aktualnych doniesień, które każda upływająca minutą wywodu zmieniała w coraz bardziej skomplikowaną mozaikę jej obecnego stanu psychicznego. Stanu będącego wypadową najbardziej niebezpiecznych cech charakteru matki: pragnienia dominacji i żądzy spełnienia.

Dopiero w salonie udało mi się dojść do głosu. Matka przystanęła przy barku i napełniając dwa kryształowe kieliszki winem z karafki, przytknęła szyjkę butelki do pomalowanych warg i pociągnęła łyk tak wielki, iż ze zdziwienia aż otworzyłem usta. Sącząc, a raczej wlewając w siebie alkohol stała odwrócona do mnie plecami i z przekonaniem, że zapewne właśnie w tej chwili kontempluje nowy wystrój urządzonego przez nią salonu, zachowywała się tak jakby nikt poza jej własnym lustrzanym obliczem na nią nie patrzył. Wciąż tam jednak byłem i zignorowawszy nowatorskie podejście do funkcjonalności salonowych mebli, nareszcie zadałem pytanie, które kotłowało mi w głowie już od chwili opuszczenia samochodu.

- Mamo, co ci strzeliło do głowy?
Ten całkowity brak kurtuazji z mojej strony nieco zbił ją z tropu. Odwróciła się od barku i szybkim krokiem podeszła do czarnej kanapy, na której chwilę wcześniej kazała mi usiąść. Zapomniała o kieliszkach, zapomniała także o woalu grzeszności, jakim ostatnio aż nader często okrywała swą prawdziwą twarz.

- Pokażę ci coś - szepnęła, pociągając mnie za ramię. Wstałem i choć nie miałem ochoty podążać za osuwającą się w odmęty złości matką, zrobiłem to. Po raz kolejny wypełniałem jej polecenie, nie do końca wiedząc, czy winnym tejże decyzji jest mój strach, czy też moja ciekawość. W trakcie tego przemarszu, milczała, przynajmniej starała się to robić. Ja natomiast, wspominając wszystkie jej wcześniejsze słowa dotyczące ostatnich wydarzeń, postanowiłem utkać sieć wspomnień, z nadzieją, iż ten zabieg choć po trosze rozświetli niejasności, jakich było tu bez liku.

Pierwszą cegiełką stworzoną na bazie matczynych słów stanowił jej wyjazd. Podróż, którą odbyła przed czterema laty, dosłownie w chwilę po naszym odejściu, a z której wróciła dopiero po sześciu długich miesiącach. Celem tejże podróży, choć aż trudno było mi z początku w to uwierzyć, była Afryka, a dokładniej samo jej tętniące życiem i porośnięte sawanną, serce. O swych wojażach relacje zdawać poczęła już przed głównym wejściem. Tak więc całą resztę drogi aż do salonu, gdzie w mało wyszukany sposób zadałem owe pytanie, poświęciła na rozprawianie o dzikich zwierzętach, zapierających dech w piersiach widokach i chmarach czarnoskórych tubylców tańczących niejednokrotnie nie wokół buchającego żarem ogniska, lecz właśnie wokół niej.

Sądziłem, że kłamię. Nigdy nie miała daru do układania spójnych i logicznych historyjek, a ta historia po prostu nie tyle brzmiała mętnie, co wręcz naiwnie. Ukazała w niej obraz Czarnego Lądu i licznych jego mieszkańców w groteskowym ujęciu. Stworzyła coś na wzór mozaiki: o typowo europejskie cechy charakteru, jak również o przypisywane przede wszystkim obywatelom Starego Kontynentu zachowania wzbogaciła rdzenną ludność kraju, ubrała ich w niepasujące ani do tradycji, ani tym bardziej do warunków atmosferycznych stroje, a koniec końców obwołała samą siebie królową jednej z wiosek, aby wprowadzić tam, jak sama stwierdziła, choć namiastkę cywilizacji.

Idąc korytarzem, pozwalając by raz za razem pociągała mnie za rękaw płaszcza i czując jak przez zamknięte drzwi przemyka do wnętrza pałacu chłód zimy, przywoływałem w myślach każde jej wcześniejsze słowo i każde poddawałem szczegółowej analizie, a robiłem to wszystko głównie po to, aby w chwili gdy matka położy dłoń na klamce, z całą stanowczością móc stwierdzić, iż jej opowieść jest jedynie wymysłem udręczonego samotnością umysłu. Nie wierzyłem i nie miałem zamiaru tego robić. Cecylia wymyśliła bzdurę, za pośrednictwem której chciała wytłumaczyć się ze swego postępowania, ze zniszczenia pałacu i odebrania zarówno ojcu, jak i mnie, prawdziwego domu.

Już miałem zamiar przemówić. Przyprzeć ją do muru i wydusić z niej, jeśli byłoby to niezbędne nawet siłą, prawdziwe wytłumaczenia. I Bóg mi świadkiem, że chciałem to zrobić. Tyle, że właśnie wtedy matka otworzyła drzwi prowadzące na usytuowany z tyłu pałacu ogród, a ja dostrzegłem ubranych w surduty, spacerujących między kupkami topniejącego śniegu i czytających, czytających jakieś romansidła, Murzynów. I chyba właśnie wtedy, myśląc sobie, że coś jest tutaj naprawdę bardzo dziwne, zemdlałem.

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
Bajdurzysta · dnia 15.05.2011 09:43 · Czytań: 1595 · Średnia ocena: 4 · Komentarzy: 28
Komentarze
Azazella dnia 15.05.2011 10:24
Cytat:
Łudziłem się nadzieją, że dowiem się czegoś więcej. Wierzyłem w to, że ta garść informacji, którą mi przekazywała z tak wielkim skąpstwem przez całe moje dzieciństwo, nagle się roztworzy. Chciałem ją poznać, chciałem móc doświadczyć za sprawą jej historii, wszystkiego tego, co stało się i jej udziałem. Dziś myślę, że moja mania przepytywania ludzi, poznawania ich od przysłowiowej podszewki wzięła się właśnie z tamtego okresu.
dużo tego się

Nie porwała mnie ta opowieść. Raczej znudziła, prawie usnęłam. Pierwsze akapity są jeszcze znośne, ale potem już jest gorzej. Nie doczytałam do końca.
TomaszObluda dnia 15.05.2011 10:51
Początek interesujący. Jest trup :shy:
Przespał się z matką? Wow. Niezły hard :D
Mega porąbana historia. Powiem ci, że jakby nie ten multum opisów to by mi się bardzo podobało, ale niestety nie było tak lekko.
Ogólnie ok.
Pozdrawiam.
bury_wilk dnia 15.05.2011 11:02
Historia wygląda na nieźle rypniętą. Może nawet trochę za bardzo, ale to pewnie kwestia gustu. Podobnie z opisami. Jedni lubią, drudzy chorobliwie nie. Ja zaliczam się do tej pierwszej grupy, ale tutaj, jest tego tyle i w takim stylu, że zupełnie mi nie podeszło. Generalnie rzecz ujmując tekst mnie nie porywa, choć oczywiście doceniam sprawne pióro i sam niebanalny pomysł.
green dnia 15.05.2011 11:17
Jak dla mnie zbyt pokręcone. Nie lubię takich klimatów. Właściwie dobrnęłam do połowy.
No nie dam rady więcej. Pewnie to moja wina....

Pozdrawiam :)
MaximumRide dnia 15.05.2011 11:21
Ojej. Ta historia jest jakaś zwariowana. Czternastoletni syn a sypia ze swoją matką? Coś tu jest nie tak. Nie podoba mi się. A do tego strasznie długa. Ciągnie się jak flaki z olejem. Tak naprawdę nie dzieje się nic co mogło by mnie zaciekawić. Wpadłam jeszcze na poprzedną część, żeby może tam coś znaleźć, ale okazała się jeszcze dłuższa, przez co bardziej męcząca. Przeczytałam po łebkach i wróciłam tutaj. No nie porywa mnie to w ogóle. Nie wiem co chcesz pokazać przez tą historie. W ogóle jej nie czuje, nie przemawia do mnie.No nic. Pozdrawiam:)
julanda dnia 15.05.2011 11:28
Musiałam zerknąć na pierwszą część. Lepiej lub gorzej "bajdurzone", nie dla mnie. Mam prawo poczuć niesmak do sytuacji. Nie wiem, ale nie wydaje mi ona możliwa, może więc być fantazją Autora, a ja dziękuję za takie opowiastki. Nie wykluczam poczytności powieści po skończeniu, myślę nawet, że może być dobra, niestety. Pozdrawiam!
Bajdurzysta dnia 15.05.2011 11:47
Dziękuje za wszystkie komentarze. Taki zimny prysznic bardzo mi się przyda - mam przynajmniej nauczkę na przyszłość, żeby nie zamieszczać na portalu tekstów bez wcześniejszej korekty i dogłębnej analizy.
Pozdrawiam
Usunięty dnia 15.05.2011 12:06
Nie wiem za co:confused: Być może jakby zostało to dopracowane usunięte to co zbędne, dostrzegłabym coś po za faktem, że bzykał matkę. Nic więcej z tego nie zrozumiałam, nic mnie nie zaciekawiło, ani nie zainspirowało. No nic moja strata. Pozdrawiam
Elwira dnia 15.05.2011 12:17
Przeczytałam, ale za którymś tam podejściem. Zupełnie nie moje klimaty, tematyka budzi mieszane uczucia, z których te negatywna biorą górę. Zdaję sobie sprawę, że literatura rządzi się swoimi prawami i autor może popuścić wodze fantazji i pozwolić sobie na szokowanie, kontrowersję, dochodzenie od norm obyczajowości, ale jak dla mnie tu tego za dużo, za ostro, tekst zbyt zakręcony. To moje odczucia, więc nie muszą być miernikiem wartości tekstu.
Pozdrawiam.
zajacanka dnia 15.05.2011 12:55
Dosc mieszane mam uczucia po przeczytaniu tego tekstu. Relacje matka-syn, duzo rzadziej opisywane w literaturze niz ojciec-corka, napawaja mnie jednak niesmakiem. Choc malujesz tu portret psychologiczny kobiety, nie moge oprzec sie wrazeniu, ze i z potomkiem cos nie jest w porzadku. Ogolnie rzecz ujmujac: zgnilizna emocjonalno-moralna.
Pozdrawiam
Wasinka dnia 15.05.2011 13:09
Czuję się trochę, jakbym wytaplała się w psychice dwóch osób. Zakręcone relacje między matką a synem napędzają tutaj tekst, jak widzę. Kobieta zostawia ślady na psychice syna, który też zaczyna wchodzić w tę dziwaczną grę, daje się pociągnąć matce za sobą i za jej fantazjami, "odskokami psychicznymi". Chłopak widzi, co się dzieje, jednak nie potrafi tak naprawdę niczego zatrzymać i to pogłębia dramatyczną sytuację, jaka się rozgrywa między nimi i w każdym z nich z osobna równocześnie. Można przypuścić, że i matka miała jakieś spaczenia rodzinne i wtedy ujrzymy napędzające się kółko uzależnień i "odchyłów", przekraczających granice.
Za owymi kazirodczymi "ekscesami" kryje się dużo więcej, a styl, który przybrałeś, podkreśla owe zapętlenie i chore relacje.
Czasem Ci się jakieś zdanie wysmyknie i poleci własnym torem, więc prosi o uładzenie, jednak ogólnie styl uwypukla fabularny wątek. Współgra.
A i symbol domu - także wiele mówiący... (tak mi się jeszcze przypomniało).

Słonecznego dnia.
TomaszObluda dnia 15.05.2011 13:16
Oj dużo jest ciekawych rzeczy. Nie samo bzykanie! Zniszczony zamek, murzyni w ogrodzie. Sam pomysł z tą arystokryczną rodziną. Matka manpulantka, która maltretowała syna. A syn postać iście z Pożegnania Jesieni Witkacego. Taki to właśnie klimat, jeszcze brak naćpanej niedźwiedzicy ;) No i podróż do Afryki. Nie znacie się.
TomaszObluda dnia 15.05.2011 13:19
Cytat:
Ogolnie rzecz ujmujac: zgnilizna emocjonalno-moralna.
Tak, tak - ale Ci zazdroszę autorze. Wywołać takie reakcje. Ludzie jesteście miękcy jak chusteczki Velvet :lol: Polecam też film OldBoy Koreańską opowieść o miłości :smilewinkgrin:
Krystyna Habrat dnia 15.05.2011 13:55
Bardzo mozolnie się to czyta. Styl rozwlekły, trudno wczuć się w akcję. Mnie nie wciąga. A jednak poszczególne zdania są piękne, dobrze napisane i tworzą udane fragmenty, jeśli czytelnik zmusi się do czytania.
Izolda dnia 15.05.2011 15:00
Znam Twoje teksty i uważam, że piszesz bardzo dobrze. Nie boisz się konfrontować z tematami, których niektórzy nawet czytać nie dają rady. Nie przeraża mnie patologia, z którą się mierzysz, ani niełatwy styl, który nawet zakrawa na stylizację.
Twoja proza jest oryginalna i dla koneserów. Ja lubię i chłopskie jadło i wykwintne dworskie frykasy, a nawet ich kompilacje, więc przeczytałam, pomyślałam i chwalę.
Bajdurzysta dnia 15.05.2011 16:53
Dziękuje bardzo Izoldo i Tomaszu za słowa otuchy.
Niestety ten tekst powstał w dużej mierze pod wpływem impulsu jakieś dwa lata temu. Od tego czasu nie zaglądałem do niego, a teraz, nie wiem nawet po co, wrzuciłem go bez jakiejkolwiek korekty na portal, tak że rozumiem uwagi wszystkich komentujących... i posypuje głowę popiołem
P.S. Wasinko, jak zawsze jestem wdzięcznym za podjęta przez Ciebie próbę przeanalizowania tekstu. Dziękuje bardzo
Tjereszkowa dnia 15.05.2011 17:30
Minusem tekstu – jest... miejsce publikacji. Ciężko tak z marszu w niedzielne popołudnie wczuć się w ciężki emocjonalnie tekst. Plus – to sprawne, gładkie pióro. Tematyka, jak wspomniałam wyżej, ciężka, pozostawiająca czytelnika z brudną zupą w głowie. Łamiesz, a wręcz roztrzaskujesz schematy, naruszasz tabu... To wszystko na plus w literaturze.
Aura nie dla mnie, ale nie sposób nie docenić zdolności. Pozdrawiam
zawsze dnia 15.05.2011 17:53
To moje ente podejście i wciąż nie mogę rzec, że przeczytałam od deski do deski. Wiem, że piszesz dobrze, a jednak ten rozwlekły i mocno naciągany tekst do mnie zupełnie nie trafia.
Bajdurzysta dnia 15.05.2011 18:12
W takim razie zapraszam Ciebie do innych tekstów - ten możesz sobie darować. To nie jest niestety tekst, którym mógłbym się chwalić :)
Usunięty dnia 15.05.2011 22:15
Czytając ten tekst miałam wrażenie, jakbym stąpała po pięknej, misternej posadzce, całej utaplanej błotem... Aż mi było żal. Nie czytałam pierwszej części, ale chyba się za nią zabiorę. W sumie szkoda, że porzuciłeś pomysł.
julass dnia 15.05.2011 22:23
dalece posunięta dygresyjność sprawia że całkowicie nie potrafię przebrnąć przez tę plątaninę znaczeń i rozgałęzień... gubię się w rozproszonych tunelikach misternie tkanych przez autora i z rozbrajającą szczerością mogę napisać:
Nie wiem o co chodzi:)
liliium dnia 15.05.2011 23:25
Pomieszanie z poplątaniem trochę.

Mama wariatka, syneczek, pułapka.
I tylko dwie kalorie.
Nie ma tu osób trzecich, czwartych, dzieci.
A mogą być tylko spodnie,

W sensie jedne, w związku.Albo po nogawce.

Ciekawi,a raczej święcie oburza mnie tu ten wątek kazirodczy, chyba, że źle to odczytałem. Jakoś tak, jest on chyba jednak przepełnieniem, przelaniem tej narośli między pokoleniami.

Aż mi się spać odechciało, brr.
Bajdurzysta dnia 15.05.2011 23:32
Określibym go raczej jako próbę zbliżenia się do drugiego człowieka - skoro nie możliwą jest bliskość duchowa, zastępuje ją cielesność.

Dzięki za komentarz
liliium dnia 16.05.2011 15:43
Co dalej mi nie smakuje zupełnie.

Salam alejkum.
Adela dnia 19.05.2011 20:23 Ocena: Bardzo dobre
Oj, długo Cię nie było Bajdurzysto. Czyżbyś odwiedzał stare pałace i zaglądał w każdy kąt, aby poznać brudne rodzinne sekrety? Na to chyba wygląda. Moim zdaniem - tekst napisany bardzo dobrze. Odnoszę wrażenie, ze dużo lepiej niż poprzednie. Wplątanie szczegółów czy wątków mi nie przeszkadza w lekturze, bo odnajduję w nich dookreślenia. Twój styl przypadł mi do gustu. Użyłeś ciekawych sformułowań i dobrze nakreśliłeś obraz psychologiczny bohaterów. Historia sama w sobie - tak, zakręcona, nietypowa, mogąca wzbudzić niesmak u czytelnika, bo temat jest dosyć (że się tak wyrażę)- ostry. Ogólnie wrażenie: jeśli chodzi o pióro/klawiaturę - ostrzysz różki i idziesz w górę.
Pozdrawiam,
A.
Bajdurzysta dnia 19.05.2011 21:31
Witaj Adelo,
długo mnie nie było, masz rację. Niestety nie zwiedzałem ani starych pałacy, ani też nie zaglądałem w każdy kątek mojego zdegenerowanego świata:) po prostu utonąłem pod stertą książek z zadaniami z gramatyki niemieckiej:)
Dziękuje za Twoją opinie - zawsze równie przychylne, choć nie pozbawione dozy konstruktywnej krytyki.
Troszkę nie pokoi mnie jedno: piszesz mianowicie, że Twoim zdaniem jest to tekst lepszy niż poprzednie. Powstał on jednak przed dwoma laty, w momencie gdy jeszcze nie myślałem ani o Basi, ani też o opowiadaniach Dziadkowie, czy Duch... w związku z tym sam się zaczynam zastanawiać czy jest widoczny jakiś progres, czy też wręcz przeciwnie:rol:

Dziękuję bardzo.
Pozdrowiam
B.

P.S. Przepraszam za chaotyczność komentarza, ale powieki już mi opadają:)
Adela dnia 19.05.2011 22:25 Ocena: Bardzo dobre
Bajdurzysto, wyczułam w tym tekście "wbicie się w klimat" bez nadmiernego mętliku pod względem literackim i wątkowym - jak np. w "Basi". "Duch" był super - więc trochę zapędziłam się w poprzednim komentarzu. W "Basi" podałeś (moim zdaniem) za dużo "niestrawnych" posiłków na stół - przy czym (i znów powtórzę się: moim zdaniem) nie były one dobrze okiełzane literacko. Piszesz, że ten tekst napisałeś wcześniej... ale to nie znaczy, że tamtem autor już zniknął. On jest i mam nadzieję, że będzie:)
Pozdrawiam,
A.
Bajdurzysta dnia 19.05.2011 22:42
Ja również mam taką nadzieję...
Dziękuję raz jeszcze Adelo
:)
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
skroplami
28/05/2022 17:50
Treść rozmów naprawdę rzeczywista, idealnie rzeczywista :).… »
skroplami
28/05/2022 17:04
Dobre, całkiem dobre. Ale do połowy lepsze jak dalej.… »
Florian Konrad
28/05/2022 16:21
Oj tam, dwie pierwsze powieści poszły z dymem, przyznaję.… »
wolnyduch
28/05/2022 16:20
No to zmienię na brzeg, choć na ogół nie jestem taka… »
wolnyduch
28/05/2022 16:18
Rozumiem, no ale jest ta telepatyczna i duchowa więź, bo… »
wolnyduch
28/05/2022 16:14
Re: D.U Ok, rozumiem, pozdrawiam serdecznie i życzę… »
Kobra
28/05/2022 16:11
...brzeg może być. Jest super. Ja myślałam po potoku, rzece… »
wolnyduch
28/05/2022 16:06
Zmieniłam na wers po wyjściu na brzeg, ale skoro piszesz, że… »
Kobra
28/05/2022 15:59
Coś mi się widzi, że zmiana "wody" na coś innego… »
wolnyduch
28/05/2022 15:46
Witaj Koberko No co ja zrobię, że ja kocham rym...:) No… »
Kobra
28/05/2022 14:48
Wody/tetrapody - zamierzony rym? I może trochę pozmieniać te… »
d.urbanska
28/05/2022 14:42
WD - to nie przejęzyczenie, lecz ludowa forma: udałaś mi się… »
czarnanna
28/05/2022 13:50
Wolny duchu, serdecznie dziękuję za podzielenie się odbiorem… »
wolnyduch
28/05/2022 12:12
Rozumiem, no cóż metafory zawsze są cenne, ale co do układów… »
wolnyduch
28/05/2022 12:08
Czegóż się nie robi w imię przyjaźni/miłości, nawet picie… »
ShoutBox
  • Pulsar
  • 20/05/2022 20:45
  • Szanowna redakcjo! Na mój BLOG nikt nie może publikować. Jedynie komentować i wyrażać wszystko co wątrobie zalega. Zatem nie jestem [link]żeniem.
  • Pulsar
  • 20/05/2022 20:25
  • oto adres:
  • Pulsar
  • 20/05/2022 20:20
  • Oto adres:
  • Pulsar
  • 20/05/2022 20:18
  • Oto adres:
  • Pulsar
  • 20/05/2022 20:15
  • Zabrakło znaków. Coś podobnego. A ja dopiero się rozkręcam. Zatem zapraszam wszystkich do mojego BLOGA, nieśmiałego. u mnie można o wszystkim, nie tylko o poezji. W ramach obowiązujących norm internet
  • Pulsar
  • 20/05/2022 20:08
  • Zapraszam na mojego nieśmiałego BLOGA. Wszystkich, nawet tych bez ślepej kiszki i z dwunastnicą zapasteryzowanymi metaforami. Co zrobić, trudno! Z żołądkiem zakwaszonym refluksem. RRRUU! Wszystko ule
  • Yaro
  • 16/05/2022 19:07
  • To fajnie:)
  • mike17
  • 16/05/2022 17:17
  • Opróżniłem pocztę Jarku :)
  • mike17
  • 16/05/2022 14:29
  • Jarku, nie zapomniałem o Tobie :)
Ostatnio widziani
Gości online:37
Najnowszy:Urok osobisty
Wspierają nas