Pieniądze Szczęście Dają - deathhascome
Dramat » Tragedia » Pieniądze Szczęście Dają
A A A
- Cześć skarbie, wróciłem! – wszedł do apartamentu i zamknął za sobą drzwi. Na wielki, przytulny fotel odłożył przewieszoną przez ramię marynarkę, a potem odstawił teczkę przy zdobionej komodzie z dębowego drewna. Odetchnął z ulgą i rozciągnął się. Spojrzał na wielką, lśniącą tarczę swojego zegarka. Złote wskazówki wskazywały godzinę dwudziestą drugą czterdzieści dziewięć. Dziś udało mu się wrócić wyjątkowo wcześnie.
Był wysokim, przystojnym mężczyzną o przenikliwych i chabrowych oczach. Nosił gęsty, ciemny zarost okalający jego męską, kwadratową szczękę. Kobiety od zawsze się nim interesowały.
Rozluźnił krawat, który dusił jego szyję jak rozwścieczony boa i rozpiął kilka guziczków, a potem zdjął zamszowe, drogie buty.
- Kochanie, zmarnowany mąż wrócił! – krzyknął w mieszkanie z nutką pretensji, ale odpowiedziało mu tylko niewyraźne mruczenie telewizora w pokoju obok. – Gdzieś się schowała?
Już w chwilę później zapomniał, że kogokolwiek wołał, bo jego uwagę przykuł stosik pieczołowicie ułożonych dokumentów na biurku. Zmęczone dotąd, wpółprzytomne oczy zabłysły zapałem, a przebiegły uśmiech rozciągnął bruzdy wokół oczu. Czekało go jeszcze sporo pracy, za którą chciał zabrać się jak najszybciej. Nawet biznesmen jego formatu nie mógł zatrzymać czasu, a następnego dnia czekało go ważne spotkanie z prezesem Union Technology Tokio, na które nie mógł tak po prostu zaspać, albo przyjść z nieprzeanalizowanym kontraktem. Zbyt wielkie pieniądze przyniesie mu ta umowa.
Zdjął imponujący, lśniący zegarek jaki zafundował sobie za piętnaście tysięcy euro i rozprostował spocony nadgarstek. Rozpiął resztę pasiastej bawełnianej koszuli i przebiegł wzrokiem po wypolerowanych półkach w poszukiwaniu pilota od wieży stereo. Powciskał kilka guzików uważnie obserwując seledynowe napisy pojawiające się na wyświetlaczu sprzętu grającego i już po chwili pokój otuliło przyjemne, głębokie brzmienie jazzu, w wykonaniu jego ulubionego artysty. Harry Jenkins to gość. Mistrz saksofonu. Przymknął oczy i potrząsał chwilę głową w rytm instrumentów chcąc się zrelaksować, a potem otworzył butelkę rumu i wlał trochę do szklanki. Zamieszał złocistym płynem i jednym ruchem opróżnił całą zawartość. Zachrypiał po tym potężnym, gryzącym gardło przyłożeniu i nalał znowu. Tym razem wziął niewielki łyk i spokojnie zasiadł przy biurku. Z nabożnym szacunkiem począł rozkładać dokumenty na szerokości całego blatu i czytać, racząc się co jakiś czas kolejnymi łykami bursztynowego trunku.
Union Technology Tokio. Ogromna azjatycka firma elektroniczna, która już od dziesięciolecia jak wygłodniały potwór pożera wszelką konkurencję. Producent elektroniki do siedemdziesięciu procent azjatyckich samochodów, fabrykant zmechanizowanych, ociekających sztuczną inteligencją zabawek podbijających Europę i komputerów pokładowych wszystkich wahadłowców kosmicznych NASA. Bezwzględny imperator ukryty pod niewinnym skrótem UTT, który nie cofnie się przed niczym, by powiększyć swój budżet o kolejne kilka zer. Jedna z tych firm, którymi kieruje pyszałek, tuląc dupę do wielkiego, skórzanego fotela, niczym cezar stawiając pionki na mapie świata. Mashuki Tao. Jutro go pozna.
A Tao sra na to, że filarem jego sukcesu jest tania siła robocza, o którą nie trudno w Korei i Chinach, składająca się z setek wychudzonych mężczyzn i kobiet pracujących w obskurnych warunkach, w pocie czoła, mając porcję ryżu dziennie, i nie przejmuje się tym, że dwanaście procent wykarczowanych lasów deszczowych, to jego zasługa. Pewnie nawet nie wie, że jego cięcia budżetowe, brak filtrów w kurzących dymem fabrykach i anormalna ilość zużytej przezeń energii elektrycznej spowodowała podwyższenie się poziomu dwutlenku węgla w atmosferze, o dwa procent. On ma to gdzieś. Jest bogaty, ambitny i żądny współpracy z najlepszymi. I wybrał właśnie jego. Polaka mieszkającego we Francji, Dariusza Zdolińskiego.
Darka nie obchodziło nawet to, w jaki sposób takie korporacje osiągają sukces. Pomagał im w tym od kilku lat wprowadzając ich produkty na rynek Polski, a ostatnio i Niemiecki. W końcu świata nie da się naprawić w pojedynkę. To jak walenie głową w mur. Żyjemy w świecie zbudowanym na złotej monecie. Ci, którzy potrafią zarabiać, są drapieżnikami.
Zrozumiał to już bardzo dawno temu. Gdy jego koledzy chodzili pić, by rozluźnić się w dobrze znanym gronie zapominając, o nikomu nie potrzebnej nauce, on studiował giełdę i planował przyszłość. Oni piją do teraz, tanie wino, z rozpaczy nad zmarnowanym życiem, a on drogi karaibski rum przeglądając wielomilionowy kontrakt. Dorobił się. Ciężko na to pracował. Od kiedy tylko pamiętał, chciał pieniędzy. A potem wpadł w wir wyścigu szczurów i już się nie wykaraskał.
Wziął pilota i przeskoczył o kilka utworów. Zatrzymał się na tym, w którym Harry Jenkins daje czadu, dmuchając w saksofon jak szalony do utraty tchu. To był jego ulubiony. Łyknął rumu nie odrywając wzroku od kartki.
Angqlique pojawiła się w progu bezszelestnie jak kot, a potem wychynęła z cienia i zbliżyła się do Dariusza. Smukła dłoń wybranki serca okryła jego ramię. Zadrżał zaskoczony, a potem jego męską twarz zalał ciepły uśmiech. Pocałował ją czule nie odrywając wzroku od kartek.
- Hej – szepnęła po francusku gorącym oddechem, wprost do jego ucha. Dopiero teraz na nią spojrzał. Zamarł wpatrując się w jej szkliste oczy przypominające węgielki. Czarna burza włosów otuliła mu głowę gdy pocałowała go w policzek. – Powinieneś się ogolić.
- Masz rację. W weekend to zrobię – odparł całkiem niezłym francuskim. Akcent nadal był do dopracowania, ale to nie był dla niego problem. Gramatycznie mówił płynnie już od kilku lat. Ściszył muzykę. Przeniósł uwagę na kontrakt, ręka z rumem zastygła mu tuż obok głowy.
Angelique westchnęła i odsunęła się od niego z surową miną. Była tym znudzona. Jego wieczną nieobecnością i oschłym traktowaniem. Zapadła cisza. Dariusz ocknął się po dokończeniu strony i rozejrzał się po pokoju.
- Co dziś robiłaś? – spojrzał na nią przez ramię.
- Czytałam jakąś książkę, a potem oglądałam telewizję. Nic nadzwyczajnego. A ty? – powiedziała od niechcenia licząc, że to wychwyci i przytuli ją chociaż.
- Ja? Ja widziałem się z Hugo Mantanje.
- Tym od sprzedaży?
- Tak, tym. Musieliśmy ustalić pewne problematyczne kwestie, ale nie martw się, mój biznes to kura znosząca złote jajka. Hugo ocenia, że za dwa, trzy lata, powinno nam się udać wprowadzić nasze produkty do Paryża i Marsylii – zrobił pauzę nalewając sobie jeszcze trochę rumu. – Tak sobie myślę. Czy ty go poznałaś w ogóle? Jesteśmy współwłaścicielami już trzy lata, a ja jak taki głupek nawet was sobie nie przedstawiłem – parsknął śmiechem.
- Hugo Montanje? Taki krępy facet z rechotem zamiast śmiechu? Jeździ Audi i wiecznie ubiera się w polówki?
- Tak… - Darek nie krył zdziwienia. – Ale skąd ty to wiesz?
Przewróciła oczami i założyła ręce na krzyż.
- Powiedziałem coś nie tak?
- Byliśmy u niego dwa miesiące temu, w maju. Na jego polu golfowym, gdzie uczył cię grać, a potem jedliśmy grilla na terenie jego posiadłości.
- Mhm. Chyba masz rację. Mogło mi wypaść z głowy…
- Byliśmy u niego już trzeci raz – wtrąciła pretensjonalnie. – Gdzie ty masz głowę?
- Przepraszam kochanie – podszedł do niej i objął czule, a potem pocałował namiętnie. – Ostatnio jestem zabiegany.
Angelique milczała wpatrując się w niego z odrazą i żalem. Ostatnio. Ostatnio trwające cztery lata. Zauważył ten napuszony wzrok. Nie wiedział co z tym zrobić. Na pewno wynagrodzić, ale jak? Pieniędzmi? Zawsze lubiła drogie zakupy, szybkie samochody i wakacje nad cudownie niebieskim morzem. Pomyślał, że może zahaczy o którąś z tych kwestii.
- Nie męczy cię już życie w apartamencie, w środku miasta? – zmienił temat i rozejrzał się po nieprzyzwoicie bogato urządzonym wnętrzu. Z miesiąca na miesiąc wydawało mu się mniejsze. Przytulne, oczywiście, ale coraz ciaśniejsze i zagracone niepotrzebnymi rupieciami – może kupimy większe? Albo wprowadzimy się do domu? Pewnie masz tutaj za mało miejsca, skarbie. Twoja szafa zajmuje z dziesięć metrów kwadratowych. – Zażartował i objął ją. Uśmiechnął się szeroko jednym ze swoich wypraktykowanych, wzbudzających zaufanie grymasów. Miał je z pracy.
Jednak ona spojrzała na niego jak na idiotę.
- Oj, Angelique, o co chodzi? – zniecierpliwił się. – Większe będzie lepsze. O! Sześćdziesiąt metrów kwadratowych i dwa tarasy! Nasza rocznica za kilka miesięcy, może warto by było sprawić sobie taki prezent?
- Darek, TEN apartament ma sześćdziesiąt metrów. Ma też dwa tarasy. Nie wiesz, bo nawet na nie nie wchodzisz.
- To większy. Na pewno znajdzie się jakiś większy… Albo nie, zostawmy apartamenty. Spaliny i hałas za oknem, uciążliwi sąsiedzi, denna, szara panorama miasta. To nudne. Oboje mamy samochody, przenieśmy się wreszcie do domu na obrzeżach. Hm? Stać nas na to.
- Darek, ale to nie o to chodzi – odparła z rezygnacją i odsunęła się. Zamarł widząc to zachowanie. To już któryś z kolei raz. Po co te fochy?
- A o co chodzi? – odstawił szklankę. Lepiej żeby nie miał jej w ręce, gdy zaczną się kłócić, a gdy rozpoczynali dyskusję, żaden z nich nie potrafił się opanować. Spięcia towarzyszyły ich związkowi coraz częściej, co wcale mu się nie podobało.
- Wiesz…
- To znowu to, że spędzamy za mało czasu razem? – ta przytaknęła mu bezgłośnie. – W zeszłym tygodniu zabrałem cię na kolację. Sama mówiłaś, że w kwietniu…
- W maju – poprawiła go.
- Że w maju byliśmy u Hugo, graliśmy w golfa, a potem zjedliśmy grilla w zaciszu jego ogrodu. Spędzamy czas razem. Może mniej, niż jeszcze kilka lat temu, ale sama widzisz – wskazał na biurko obładowane papierami – ja pracuję. Union Technology Tokio. Wiesz, co to? To żyła złota. To najlepszy z najlepszych w branży elektronicznej. Chcą, żebym otworzył im drzwi do rynku w Polsce. Wielomilionowy kontrakt, ogromna zapłata. Nie rozumiesz? Jestem na szczycie! – zacisnął pięści. – Pracowałem na to tyle lat. Wyjechałem z zapyziałej Polski, która nie daje żadnych perspektyw. Zatrudniłem się w biurze nieruchomości, poznałem Hugo i wielu innych, którzy pomogli mi coś osiągnąć.
Potem spotkałem ciebie, w Rzymie, na Via del Traforo. Oboje byliśmy na wakacjach. Piłem kawę w kawiarni, a ty przechodziłaś. Istny anioł! Jedyny błąd, jaki wtedy zrobiłaś, to to że szłaś w momencie, w którym piłem. Polałem się – zachichotała cicho widząc zaangażowanie z jakim opowiada. – Spójrz, czego ci brakuje? Masz mieszkanie, masz najdroższe ubrania, kosmetyki, plazmę, dowolność w wyborze miejsca, w które pojedziemy na urlop. Dobry samochód. Czego ty chcesz kobieto?
- Chcę ciebie. Chcę ciebie takim, jakim cię pokochałam. Chcę niepozornego, ambitnego mężczyznę z wielkimi planami. Teraz jesteś charyzmatycznym, zimnym biznesmenem. Wojownikiem giełdowym – prychnęła. – Tylko pieniądze, bankiety i Hugo ci w głowie. A ja? Jestem kobietą do cholery, zasługuję chyba na trochę uczucia!
- Jak będziemy się wiecznie tarmosić, to niczego nie zarobię! Powinnaś to rozumieć! Ta rozmowa do niczego nie prowadzi. Angelique, jakkolwiek by ci to nie wyglądało, ja muszę skończyć czytanie kontraktu. Jest późno, jutro wyjeżdżam, by złożyć na nim podpis. Zrozum to.
Ta jednak spojrzała złowrogo, by następnie machnąć ręką z dezaprobatą i fuknąć pod nosem.
- Przestań się zachowywać jak dziecko! – warknął i trzasnął pięścią w stół aż papiery poszybowały na podłogę.
- Dość mam już tego – syknęła. – Tarmosić... Czego ci brakuje... Cenie nasze pieniądze, ale chcę uczuć oraz mężczyzny, który będzie ze mną w domu, będzie mnie przytulał i mówił jak bardzo mnie kocha. Kiedy ostatnim razem powiedziałeś mi, że mnie kochasz? Mówisz to tylko wtedy, gdy się kłócimy! – rzekła z bezrozumną satysfakcją w oczach, lecz z żalem i niepewnością w głosie. Spojrzała na niego błyszczącymi od łez oczyma, które tak wielbił. Zawsze roześmiane i beztroskie, a teraz takie zimne, obojętne. To przecież niemożliwe.
- Co ty bredzisz? – zapytał gasnącym głosem. – Przecież cię kocham.
- No nie wytrzymam! – roześmiała się tak paskudnie i donośnie jak tylko pozwoliło jej sumienie. – Jasne. Nie chcę cię widzieć. Nie pasujemy do siebie. Idź i trzep kasę dalej! Zmarnuj na tym życie!
- Wcześniej jakoś lubiłaś robić drogie zakupy! – wrzasnął kopiąc w krzesło.
- Lubiłam, ale jesteśmy razem już pięć lat! To nie może tak wiecznie wyglądać!
Pokręciła głową i otarła łzy.
- To koniec. Rzucam cię, rozumiesz? – zakończyła beznamiętnie jakby mówiła o pogodzie.
To go rozbiło. Mamrotała coś dalej, ale Darek już nie chciał słuchać. Porwał zegarek i marynarkę, a potem przysiadł na fotelu by włożyć buty. Sprawdził, czy kluczyki od samochodu nadal są w bocznej kieszeni. Komórki także nie wyciągał.
- Milcz! – uciszył ją, a potem huknął za sobą drzwiami. Angelique została sama. Pośród cichutkiego brzmienia jazzu.
Minął windę. Nie chciał czekać aż przyjedzie, a potem stać jak kretyn, wysłuchując kilkudźwiękowej, irytującej melodyjki umilającej długą podróż na sam dół. Nosiło go. Był cholernie wkurzony. Jeszcze nigdy nie usłyszał od niej „to koniec”. Ruszył w stronę schodów i zaczął zbiegać na łeb na szyję, klnąc do tego jak szewc.
W międzyczasie założył zegarek i marynarkę, zapiął też koszulę.
Wyszedł w mrok i skierował się na parking.
Rzuciła go. Po tym wszystkim, co razem przeszli. Po tych prezentach, które jej podarował. Tak odpłaciła mu się zwykła dziewczyna z tradycyjnej, średniozamożnej rodziny, przed którą otworzył drzwi do nieba. Pięknie.
Minął kilka samochodów, a potem z bocznej kieszeni marynarki wyciągnął kluczyki. Srebrny rumak z potarganą przez wiatr grzywą zalśnił na powierzchni pilota w niemrawym świetle latarni. Nacisnął okrągły przycisk, na co odpowiedział przeciągłym piknięciem czarny, sportowy samochód.
Wsiadł i odpalił, a potem pochwycił oburącz matową kierownicę z napisem „Ferrari” na samym środku. Wykręcił na wstecznym biegu, a potem ruszył z piskiem opon w stronę bramy wyjazdowej. Po ekskluzywnym osiedlu poniósł się atrakcyjny wizg silnika.
Wyjechał na ulicę, a potem rozmyślał wpatrując się w białe światło reflektorów swojego auta, które oświetlały mu drogę. Jego marynarka zadrżała znienacka, a potem zaczęła grać prostą melodyjkę. Jak rażony piorunem zaczął szukać, aż w końcu odnalazł telefon i zaakceptował połączenie nie patrząc kto dzwoni.
- Halo? – warknął nieprzyjemnie.
- Gdzie jedziesz? – w słuchawce rozległ się słodki, piskliwy głosik Angelique.
- Tam, gdzie będę mógł pomyśleć. I nie próbuj mnie szukać! – rozłączył się nie czekając na odpowiedź. Po niespełna minucie telefon zadzwonił ponownie.
- Cholera jasna! – wrzasnął i spojrzał na jaskrawy wyświetlacz. Hugo Montanje. Wziął głęboki oddech i odebrał. – Tak?
- Dobry wieczór Przedstawicielu UTT! – zakrzyknął radośnie jego wspólnik i przyjaciel. – Jak tam kontrakt? Przeczytałeś już?
- Hugo, nie mogę wylecieć jutro do Tokio. – odrzekł spokojnie starając się patrzeć na drogę.
- Co? – zapytał po chwili ciszy – jak to nie możesz? – był całkowicie zdezorientowany. – Wiesz jaki to zastrzyk gotówki dla ciebie, dla Angelique, dla naszego interesu?! Opanowaliśmy Lyon. To najlepszy moment by rozszerzyć dystrybucję na Marsylię i Paryż! Nachlałeś się, czy co, że tak pierniczysz?
- Nie Hugo, nie nachlałem się, ale to fakt, jestem po kilku szklankach rumu, a jadę samochodem więc nie bardzo mogę rozmawiać.
- Kurwa, rzeczywiście się nachlałeś.
- Hugo, to nie takie proste.
- To co się stało?
- Właśnie wyszedłem z domu. Rozstaliśmy się z Angelique. Hugo, ja naprawdę nie mogę teraz rozmawiać. Muszę pomyśleć.
- Dojadę do ciebie. Pogadamy. – odrzekł z troską w głosie.
- Nie, Hugo. To moja osobista sprawa. Jadę teraz przed siebie. Gdzieś tam. Pomyślę w samotności.
- Jedziesz? Powiedziałeś, że piłeś. Wracaj do domu i połóż się spać. Na kanapie. Z dala od tej jędzy.
- Dobranoc Hugo. – odparł Darek z rezygnacją i rozłączył się.
Dla Hugo to było takie łatwe, bo był wiecznym singlem. Wróć, nie odzywaj się do niej, a potem połóż tyłek na kanapie i idź spać. Wszystko ułoży się samo. Jasne. Nic już nie będzie takie, jak dawniej. To było dla Darka, jak cios obuchem w łeb. Poza tym, ignorowanie się narobi jeszcze większego kwasu. On usłyszał już dość. „Nie chcę cię widzieć. Nie pasujemy do siebie”. Jasny gwint!
Stanął na światłach. Obok zatrzymał się pospolity, czerwony samochód jakich pełno na ulicach Lyonu. Kierowca wraz z pasażerem patrzyli dociekliwie na przyciemnione, bezosobowe szyby samochodu Darka, a potem z zachwytem obserwowali kształty jego Ferrari zupełnie, jakby był to zakazany owoc. Bo w sumie był. Już sam zapomniał ile kosztowała go ta zabaweczka.
Opuścił miasto i wjechał na autostradę E77 w stronę Vienne. Cały czas trapiły go pytania.
Co zrobił źle? Przecież zarabiał dużo, a zapowiadało się, że zarobi jeszcze więcej. Wraz z Angelique żyli w pięknym apartamencie, znali wpływowych biznesmenów i filantropów. Bywali na bankietach. Wiedli żywot pączków w maśle. Powinno im raczej zależeć na tym, by to trwało, a oni robili niepotrzebne zamieszanie. Błahe, babskie problemy wchodziły mu w perfekcyjne życie. Ale co powinien naprawić? Czy w ogóle cokolwiek da się tutaj zreperować? Angelique, gdy mówiła „dość”, albo „nie”, było to wypowiedziane raz, na zawsze. Otarł łzę i potrząsnął głową, jakby się tego wypierał. Przecież nigdy nie zdarzało mu się płakać. Jedna wielka katastrofa.
Mknął teraz gładką, opustoszałą autostradą z rasowym rykiem silnika, a ten niósł się dumnie po wolnej przestrzeni. Spojrzał w stronę czarnych, oblanych smołą wzgórz, których krawędzie lśniły jasno w świetle księżyca.
Rzadko mijał jakieś samochody. Najpierw dostrzegał dwa reflektory, które już po kilku sekundach rozpływały się tuż za nim. Upajał się ciszą i samotnością, którą wbrew pozorom lubił. Wyłączył nawet telefon.
To był jego czas. Przecinał tak noc dwadzieścia minut, może pół godziny, ciesząc się z jazdy, ale wtedy znów wszystko wróciło. Pretensje Angelique, ciągłe spięcia, szklanki rozbijające się o ścianę, a teraz rozstanie. Nie miał zamiaru się tym denerwować. Już miał tego serdecznie dość. Tak dawno nic mu się nie zepsuło, że już nawet nie wiedział, jak cokolwiek naprawiać.
Wrzucił wyższy bieg. Potem kolejny. Może Angelique miała rację i był pracoholikiem? Chyba rzeczywiście powinien odpocząć, a teraz, pojawił się idealny moment na odreagowanie. Noga obróciła się w ołów i zmusiła pedał gazu do kapitulacji. Ferrari gnało przed siebie z opętańczym wizgiem silnika, a Darek pokusił się o kolejny, wyższy bieg. Teraz czas dla niego. TYLKO dla niego. Dość stresów, drżących rąk, planowania i działania. Dość narzeczonej z wiecznymi pretensjami o jego późne powroty. Koniec z wyuczonymi gestami i uśmiechami, jakich wcale nie miał ochoty robić. Pieprzyć to Union Technology Tokio.
Z oddali widział dwa, ogromne światła ciężarówki. Nie martwił się tym – w końcu każdy z nich jechał innym pasem. Wtem w białym świetle reflektorów pojawił się rowerzysta. Ubrany w brązową kurtę i czarne spodnie. To była tylko sekunda - obrócił głowę do samochodu i zrobił niefartowny, gwałtowny ruch kierownicą, jakby miał wjechać Darkowi pod koła. W rzeczywistości łapał równowagę po oderwaniu wzroku od drogi. Cholerny zbieg okoliczności. Pieprzona sekunda.
Dariusz rozpędzony do niemal dwustu kilometrów na godzinę, szarpnął odruchowo kierownicą. Wizg silnika zamienił się w krótki pisk po oderwaniu kół od podłoża. Samochód zawirował metr nad ziemią i runął wprost w nadjeżdżającą ciężarówkę. Darek usłyszał przeciągłe, dudniące trąbienie nim czas zamarł. Na dobre.
Rozległ się obrzydliwy trzask łamanego podwozia, a maska z metalicznym hukiem zwinęła się jak harmonijka. Zaraz potem, Ferrari pokoziołkowało za ciężarówkę zupełnie, jakby było zabawką ważącą kilka gramów. Dachowało niepowstrzymanie w śmiertelnym tańcu, a w powietrze wzbiły się odłamki karoserii i kawałki szyb. Ohydny, głuchy łomot rozbrzmiewał za każdym razem, gdy auto waliło o asfalt.
A potem przestało. Z leniwym trzaskiem przechyliło się na dach i znieruchomiało, dymiąc i obracając koła.
Zapanowała martwota. Ciężarówka stała w poprzek drogi, a za jej oponami ciągnęły się czarne ślady hamowania. Po chwili drzwi otworzyły się ze szczękiem i z wnętrza wysiadł otyły mężczyzna w czapce z daszkiem. Przetarł twarz jakąś szmatką i stał tak chwilę jak słup, odzyskując zmysły.
Cyklista porzucił rower i podbiegł do dymiącego wraku. Zajrzał do środka i jęknął przerażony, a potem wołał, by kierowca ciężarówki dzwonił prędko po pomoc. Znów wsadził głowę do wnętrza i patrzył upiornie blady na zakrwawioną, nieprzytomną twarz Dariusza.

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
deathhascome · dnia 02.07.2011 09:00 · Czytań: 855 · Średnia ocena: 0 · Komentarzy: 10
Komentarze
MaximumRide dnia 02.07.2011 12:30
Nie zgadzam się z tytułem.
I mamy bardzo ładnie przedstawione Dlaczego Pieniądze Szczęścia NIE Dają.
Koleś był bogaty a i tak jest bezbronny wobec kalectwa i śmierci.
Tak samo z dziewczyną. Za pieniądze nie kupi prawdziwych uczuć.
Zadawał głupie pytania: czego ci brakuje?
Masz pieniądze, samochód, wakacje, apartament,...
ble ble ble. Na miejscu bohaterki zrobiłąbym to samo. Nie mogłabym tak żyć.
Twój tekst to kolejny temat rzeka. Czy pieniądze dają szczęście? W pewnym stopniu tak. Ale napewno nie do końca. Nie wszystko można mieć za pieniądze.
Ok, co do tekstu, to całkiem mi się podoba. Choć sam bohater mnie odrzucał. Wydaje mi się taki egoistyczny i agorancki. Ale pokazujesz prawdę. Przed śmiercią nie ma ucieczki. Ciekawie to przedstawiłeś. Z jednej strony świat bogaczy i sławy a z drugiej dziewczyna, która potrzebuje nie tylko drogich prezentów, ale przede wszystkim prawdziwego uczucia.
Mnie się podoba jak to przedstawiłeś.
Pozdrawiam
deathhascome dnia 02.07.2011 18:56
Bardzo Ci dziękuję :) A tytuł jest taki, jaki ma być. Miał być ironiczny i przeciwstawny do dobrze znanego przysłowia "Pieniądze szczęścia nie dają". Pozdrawiam!
Azazella dnia 02.07.2011 20:35
Cytat:
Angqlique
Angelique
Cytat:
jedliśmy grilla
wiem o co Ci chodzi, ale to zdanie smiesznie brzmi
A mi się tytuł podoba. Koleś myslał, że jak kupi dziewczynie apartament z dwoma tarasami, auto, szafę wypełni ciuchami najdroższych marek i kosmetyki super jakości to ją uszczęśliwi. Przywykł, że dzięki kasie miał to czego chciał, a zdobywanie jej sprawiało, że się cieszył. Niestety doszedł do momentu, kiedy ma już wszystko, co może kupić za pieniądze, ale to co jest najcenniejsze pozostaje poza jego zasięgiem. Mimo, że nie napisałeś nic nowego, podoba mi się ten tekst. Ładnie i interesujące przedstawiłeś temat nad, którym można długo dyskutować. Pozdrawiam;)
deathhascome dnia 03.07.2011 01:18
Hmmm... to jak to powinno brzmieć?
"Zjedliśmy z grilla"?
Wasinka dnia 04.07.2011 01:32
A mnie się, niestety, niezbyt podobało... Jakoś tak sztucznie poprowadzona historia, z nienaturalnymi dialogami - w moim odczuciu. To, że facet jest bubkiem, to oczywiste, ale kobieta też jakoś tak dziwnie mówi...
Czasem mam wrażenie, że używasz słów, które nie pasują do kontekstu.
Ogólnie dość banalna sytuacja, co nie znaczy, że to źle, bo przecież to życie wszak samo, jednak niczym mnie nie zaskoczyłaś - i już nie chodzi mi nawet o treść, skoro ma być "typowo życiowo", ale marzyłoby mi się jakieś błyskotliwe stwierdzenie czy też coś przemawiającego w stylu.
A że się rozwali Darek w swym luksusowym samochodzie, było wiadomo od momentu, gdy tylko się do niego zbliżył...
Aha, i interpunkcja Ci bryka.
Zatem nie tym razem, deathhascome. Może następnym, czego i Tobie, i sobie życzę :-)
Pozdrowienia księżycem nakrapiane.
julass dnia 04.07.2011 01:53
no dobrze... wszystko ładnie pięknie opisane (chociaż się zdarzają literówki i koślawki gdzieniegdzie) ale jaki wniosek właściwie płynie z tej opowieści? to tylko przedstawienie sytuacji które jakoś do dalszych przemyśleń nie skłania... ot historia czyjaś... i nie byłoby w tym nic złego gdyby nie to że nie jest specjalni odkrywcza... tak więc napisane poprawnie ale na tym się kończy...
deathhascome dnia 04.07.2011 04:25
Dziękuję za opinie. Akurat w tym przypadku wiele znaczy dla mnie stwierdzenie "poprawnie napisane". :) Jak to powiedział mój idol, Jarosław Grzędowicz, nie wszystko co piszesz, musi być mistrzostwem świata. Chciałem nie robić sobie zastoju, a poza tym, to mój pierwszy obyczajowy tekst. Pozdrawiam.

Do Wasinki - jestem mężczyzną ;D
julanda dnia 04.07.2011 06:30
Czytając miałam wrażenie już mocno wytartego, w dodatku przejaskrawionego motywu, w dodatku długo. Napisane tak, że nie wciąga, jak powinno, jest sztampowo, fimowo-kiczowo, jak dla mnie, ale może to sprawa tego, że "to już było", a czytelnik poszukuje smaków i smaczków, nawet w schemacie.
Pozdrawiam!
Wasinka dnia 04.07.2011 09:26
Racja, to, przez zmęczenie, wszak pod poprzednimi tekstami miałam Cię za mężczyznę ;)
Pozdrowienia deszczowe.
deathhascome dnia 04.07.2011 16:59
Widać nie nadaję się do obyczajówek ;)
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
Abi-syn
16/05/2022 22:36
Wszyscy jesteśmy poruszeni tym co się dzieje na świecie,… »
Abi-syn
16/05/2022 22:19
Nauczyć się wyobraźni Autora, umieć posługiwać się… »
Yaro
16/05/2022 22:17
Jeżeli słownik potwierdza, że tak można to Pozdrawiam z… »
Abi-syn
16/05/2022 22:03
hejka, trochę sobie z tym dworuję, spotkałem za dużo… »
Lilah
16/05/2022 22:02
Bardzo się cieszę, Francodebies. Dziękuję i pozdrawiam… »
Florian Konrad
16/05/2022 21:25
Zawaliste, ale tytuł jednak walnąłbym z wielkiej litery. »
Nalka31
16/05/2022 21:17
Lilu Mocny ten wiersz, a jednocześnie pełen liryki i… »
Galernik
16/05/2022 21:15
Marku, dziękuję za odwiedziny. Fakt, lubię zabawę słowem,… »
Galernik
16/05/2022 21:11
Yaro, przeczytałem i się troszeczkę zadumałem. I to chyba… »
Yaro
16/05/2022 16:44
Wiersz jak wiersz , pisze i będę pisał ale Twoja poczta jest… »
mike17
16/05/2022 14:28
Jarku, ostatnio miałem mało czasu na portal, stąd moja… »
Marek Adam Grabowski
16/05/2022 14:14
Kila elementów humorystycznych masz dobrych, ale całość nie… »
annakoch
16/05/2022 11:04
Fajnie napisane Pozdrawiam »
Aleksandra Kaczmarek
15/05/2022 21:33
Ciekawe »
Florian Konrad
15/05/2022 15:26
Dziękuję. Wolałem przezornie dać tę "osiemnastkę"… »
ShoutBox
  • Yaro
  • 16/05/2022 19:07
  • To fajnie:)
  • mike17
  • 16/05/2022 17:17
  • Opróżniłem pocztę Jarku :)
  • mike17
  • 16/05/2022 14:29
  • Jarku, nie zapomniałem o Tobie :)
  • Yaro
  • 15/05/2022 18:40
  • Michał odezwij się. Pozdrawiam:)
  • Galernik
  • 10/05/2022 12:27
  • Dobra Cobro, ale to tak dobrze brzmi "Żywot bałwana". Myślę, że tytuł jest trafny, ale jak mi coś fajnego podrzucisz, to czemu nie, można zmienić. Dzięki za przeczytanie.
  • Dobra Cobra
  • 09/05/2022 15:30
  • Piękne zaproszenie. Zmieniłbym tytuł, żeby było bez słowa "balwan" , bo odzierasz punkt kuliminacyjny z zaskoczenia. I od początku wiadomo, co będzie.
  • Galernik
  • 09/05/2022 15:00
  • Witajcie. Melduję się po roku nieobecności. Żywot bałwana, jedna z moich najnowszych humoresek / opowiadań oczekuje Waszych opinii i ocen.
  • Darcon
  • 08/05/2022 09:57
  • Cały czas trwa nabór na konkurs "Malowanie słowem". Liczę, że wypoczęliście podczas majówki i teraz ruszycie z pisaniem. :)
  • Darcon
  • 04/05/2022 21:52
  • majka100, Strona główna, na dole, archiwum newsów. Marzec i kwiecień 2021. :) Pozdrawiam.
  • majka100
  • 04/05/2022 18:57
  • Dzień dobry, jest gdzieś zapis pierwszej edycji 'Malowanie słowem'?, bo jakoś nie mogę znaleźć. 'Muzoweny' też nie do odkopania.
Ostatnio widziani
Gości online:0
Najnowszy:Usunięty
Wspierają nas