Jack Hardy - Eferelin Rand
A A A
Północ. Godzina, kiedy zbrodnia wypełza na ulice miasta.
Komisarz Jack Hardy zaciągnął się papierosem, po czym strzepnął popiół za okno. Drugą rękę trzymał na kierownicy. Czarny niczym noc pontiac firebird sunął leniwie drogą, podobny do skupionego, sprężonego do skoku drapieżnika.
Na widok przejeżdżającego samochodu dziwki prężyły się, prezentując wdzięki, alfonsi spuszczali wzrok, a dilerzy natychmiast chowali się głębiej w cień mrocznych zaułków.
Każdy od razu rozpoznawał zarówno charakterystyczny pojazd, jak i jego właściciela. Hardy – to nazwisko budziło respekt na mieście, a w światku przestępczym trwożliwy szacunek.
Komisarz z zadowoleniem obserwował reakcje ulicznych mętów. Skutecznie zaprowadził w swoim rewirze porządek. Nawet, jeśli czasem któryś z bandziorów wychylał łeb z pozostawionej im niewielkiej niszy, to szybko żałował arogancji, gdy spadał na niego nieubłagany, podkuty but sprawiedliwości.
W każdym mieście znajdują się takie rejony, gdzie po zmroku nawet najgorsze oprychy boją się zapuszczać. Tam też skierował się Hardy na koniec objazdu. Powitała go opustoszała ulica i rzędy podupadłych budynków, których zniszczone fronty pochylały się nad asfaltem niczym okaleczone twarze.
Cisza została przerwana przez gardłowy pomruk silnika i lecący z radia jazz. Stróż prawa wyglądał na rozluźnionego, lecz były to tylko pozory. W rzeczywistości zachowywał niezwykłą czujność. Niewypowiedziana groźba wisiała w powietrzu, a instynkt podpowiadał mu, że należy mieć się na baczności.
Przeczucie jak zwykle go nie myliło.
Gdy usłyszał przeraźliwy kobiecy krzyk, wcisnął gaz do dechy. Samochód wystrzelił do przodu z piskiem opon. W ciągu paru sekund pokonał całą długość ulicy i gwałtownie zahamował u wylotu zaułka, skąd dobiegło wołanie o pomoc.
Blondynka opierała się plecami o ścianę. Zbliżało się do niej dwóch drabów o byczych karkach.
- Nieładnie tak zaczepiać panie – powiedział twardo Hardy. Mężczyźni odwrócili się i obrzucili intruza nieprzychylnymi spojrzeniami. Wyglądał na niezłego twardziela.
- Coś ty za jeden?
- Policja – błysnęła odznaka.
- Aha – byczek nie wydawał się zbytnio przejęty. Jego towarzysz milczał. Sądząc po małpiej mordzie, można było powziąć wątpliwość, czy w ogóle potrafi mówić. – Nie wtrącaj się w nie swoje sprawy. Spadaj.
- Wszystko, co dzieje się na moim terytorium, jest moją sprawą.
- Sam się o to prosiłeś! – Bandyci sięgnęli po broń. Hardy uśmiechnął się pod nosem. Amatorzy. W jego dłoniach, jakby znikąd, pojawiły się dwa rewolwery Magnum 44. Lufy bluznęły ogniem.
Dwa ciała po przeleceniu paru metrów ciężko gruchnęły na ziemię.
- Nic ci się nie stało? – spytał, podchodząc do kobiety. Nie dane mu było usłyszeć odpowiedzi.
- O kurwa! Ale boli – warknął jeden z drabów, gramoląc się z ziemi. – Teraz naprawdę mnie wkurwiłeś. Razem z Mitchem urządzimy cię tak, że rodzona matka cię nie pozna, psie!
Niemożliwe. Był pewien, że kule trafiły w cel. Hardy nie chybiał. Nigdy.
Działo się coś innego, coś trudnego do ogarnięcia rozumem. Na oczach komisarza w napastnikach zaczęła zachodzić przemiana. Twarze uległy potwornemu zniekształceniu, a mięśnie naprężyły się, rozrywając koszule i kurtki.
- Teraz zdechniesz! – ogromne zębiska ułożyły się w coś na kształt uśmiechu. Bestie z zadziwiającą jak na swoją posturę prędkością rzuciły się na mężczyznę.
Gdyby nie nadnaturalna, wyćwiczona w oddziałach specjalnych zwinność, cios potężnej łapy zdmuchnąłby mu głowę z karku. Wykonał salto w tył, a gdy lądował wypalił z obu spluw. Tym razem mierzył między oczy. Kaliber zrobił swoje. Potwory ścięło z nóg.
Hardy podszedł i strzelał w zniekształcone łby, dopóki nie opróżnił bębenków. Dopiero, kiedy upewnił się, że przeciwnicy nie żyją, przyjrzał się uratowanej dziewczynie. Była śliczna. Jej zniewalająca uroda poruszyła dawno zapomnianą strunę w twardym sercu komisarza.
- Jak się nazywasz? – spytał. – Nic ci nie jest?
- Alice – odpowiedziała. – Mam na imię Alice, ale wszyscy mówią na mnie Candy.
Widząc te wielkie, błękitne, rozszerzone ze strachu oczy, zmysłowe usta, zaróżowione od emocji policzki, nie miało się wątpliwości co do trafności ksywki. Słodka jak cukierek.
- W porządku, Candy. Już nie musisz się bać. Jestem przy tobie. Kim byli ci faceci?
Przez chwilę mierzyła go wzrokiem, zastanawiając się, czy może mu zaufać. Nieznajomy roztaczał wokół aurę władczości. Po raz pierwszy od wielu dni poczuła się bezpiecznie. No i powiedział, że jest policjantem. Diablo przystojnym policjantem. Gdy podjęła decyzję, coś w niej pękło, puściła tama, wypuszczając na zewnątrz falę tłumionych od dawna emocji.
Candy wybuchła płaczem.
- Oni mają moją siostrę – zaszlochała. Hardy niezręcznie objął dziewczynę, która z wdzięcznością wtuliła się w muskularną pierś. Wydawała się taka lekka, taka krucha. Ze zmęczenia ledwo trzymała się na nogach.
Powinien zawieść ją na posterunek, ale szósty zmysł podpowiadał mu, że to byłby błąd. Nikt nie uwierzyłby w historyjkę o potworach. Tę sprawę musiał rozwiązać sam.
- Pojedziemy do mnie – oznajmił.

Hardy siedział na parapecie i wsłuchiwał w nocne szepty miasta. Z łazienki dobiegał odgłos lecącej wody. Palcami gładził chłodną powierzchnię saksofonu. Po chwili zastanowienia włożył ustnik do ust, a z instrumentu popłynęła rzewna melodia. Lubił smutne utwory. Były prawdziwe. Życie zaklęte w nutach. Muzyka pozwalała mu się zrelaksować, naprowadzała myśli na właściwe tory.
Miał nad czym rozmyślać. Ludzie zmieniający się w potwory. Wiele widział w życiu, ale nigdy czegoś takiego. W co ta dziewczyna się wpakowała? Wyczuwał kłopoty. Poważne kłopoty, z których tylko on mógł ją wyciągnąć. Niesforne myśli raz po raz wracały do Candy.
Candy.
Z trudem odepchnął podsuwane przez wyobraźnię obrazy, ale w tej chwili drzwi od łazienki skrzypnęły i ze środka wyłoniła się ona. Niemal naga, parująca, mokra, owinięta tylko ręcznikiem.
- Pięknie grasz – powiedziała, podchodząc bliżej – Nie przestawaj.
Lazurowe oczy wpatrywały się w komisarza z niezwykłą intensywnością. Czy kryło się w nich coś jeszcze? Pod wpływem tego spojrzenia przeszedł go elektryzujący dreszcz.
Przystanęła tuż obok. Czuł zapach jej skóry, bijący od nagiego ciała żar. Nachyliła się tak, że ich usta niemal się spotkały.
- Uratowałeś mnie. Dziękuję – delikatnie go pocałowała. Odwzajemnił pocałunek.
- Jesteś pewna, że tego chcesz? – wychrypiał, poddając się zupełnie zalewającym go falom podniecenia.
- Tak – szepnęła.
Ręcznik opadł na podłogę.

Hardy wracał do domu w podłym nastroju.
Informatorzy, nawet gdy ich przycisnął, zarzekali się, że nic nie wiedzą. Żadnych plotek, żadnych pogłosek, dosłownie nic. Ulica uparcie milczała. Jeśli milczenie wynikało z niewiedzy, to była to zła wiadomość. Natomiast, jeśli ze strachu, to jeszcze gorsza. W obu przypadkach oznaczała, że tuż pod jego nosem zupełnie niezauważone powstało gniazdo plugawego występku. Obelga, której nie zamierzał puścić płazem.
Rankiem, gdy promienie słońca przegnały nocne strachy, Candy wszystko mu opowiedziała. Historia dziewczyny wydawała się nieprawdopodobna, ale nie miał powodów, żeby jej nie wierzyć.
Siostra Candy, Amanda, była wybitnym naukowcem. Zajmowała się genetyką. Przez kilka lat prowadziła badania wspólnie z profesorem Makiawelisem. Na zlecenie wojska pracowali nad możliwością wykorzystania modyfikacji ludzkich genów do celów bojowych. Makiawelis zbytnio zaangażował się w projekt – mutacje stały się jego obsesją, a kierunek prac zaniepokoił nawet szychy z Pentagonu. Kiedy Amanda odkryła, że profesor zaczął eksperymentować na własnym ciele, zerwała współpracę i powiadomiła przełożonych. Zbyt późno jednak, gdyż laboratorium w tajemniczych okolicznościach spłonęło. Po Makiawelisie przepadł ślad.
Rok później Amanda została porwana i uwięziona w sekretnej kryjówce, gdzie szalony naukowiec wciąż prowadził badania. Chociaż poczynił znaczne postępy, okazało się, że do dokończenia prac potrzebny mu geniusz dawnej koleżanki. Amanda odmówiła uczestnictwa w eksperymencie. Profesor zdawał sobie sprawę, że tortury nie wchodzą w rachubę. Potrzebował jej umysłu, w pełni sprawnego i pracującego na najwyższych obrotach. Dlatego kazał uprowadzić Candy. Użył dziewczyny jako zakładnika, żeby wymusić na Amandzie współpracę.
Candy o wszystkim dowiedziała się z krótkich rozmów z siostrą. Kiedy projekt wszedł w końcową fazę, Makiawelis zadecydował o przeniesieniu laboratorium. Właśnie wtedy wykorzystała okazję i uciekła. Zbirom szaleńca udało się ją dopaść, ale na szczęście na scenie pojawił się Jack Hardy.
Komisarz kazał dziewczynie nigdzie nie wychodzić, a sam wyruszył na poszukiwanie informacji.
Poszukiwanie, które okazało się zupełnie bezowocne. Nie miał pojęcia, jak można przenieść całą placówkę i nie zostać zauważonym. Pomimo usilnych starań, paru złamanych szczęk i wielu gróźb, nie trafił na żaden ślad.
Kiedy wchodził po schodach, ogarnęły go złe przeczucia. Wyjął broń i popędził na górę. Mieszkanie było puste. Na stole leżała karteczka z wiadomością od Candy.
„Poszłam do domu po rzeczy. Niedługo wrócę. Nie martw się. Całuski.”
- Cholera! – zaklął.

Powietrze wypełniał odór śmierci tak charakterystyczny dla wszystkich miejsc zbrodni. Hardy od razu go rozpoznał. Serce komisarza pękło, jeszcze zanim otworzył drzwi. Wiedział, co za nimi znajdzie.
Pokój nosił ślady walki. Przewrócona szafa, stłuczona lampa, rzeczy porozrzucane po podłodze, a pośrodku ona, leżąca nieruchomo w kałuży zastygłej krwi.
Taka piękna. Taka martwa.
Uklęknął przy ciele i odruchowo zbadał puls. Nie łudził się.
- Candy… – wyszeptał, gładząc palcami zimny policzek. – Dlaczego mnie nie posłuchałaś?
Nagle jego spojrzenie przykuł ślad buta pozostawiony na posadzce. Przyjrzał mu się uważniej. Z pewnością należał do mężczyzny. Jednego z napastników. Ostrożnie zebrał do foliowej torebki drobiny piasku. Instynkt podpowiadał mu, że w końcu znalazł ślad.
- Candy, byłaś dla mnie aniołem miłości – powiedział twardo. W jego głosie zabrzmiały stalowe nuty. – Teraz ja będę twoim aniołem zemsty.

- Dobrze, że do mnie z tym przyszedłeś, Jack – oznajmił Matthew Gobbler, as laboratorium kryminalistycznego, odrywając się od mikroskopu. – To bardzo ciekawe ziarenka. Opowiadają całą historię. Spójrz na ten stopień połyskliwości. Jeśli dodasz do tego lekko obtoczony kształt i wyodrębnisz cząstki zanieczyszczające próbkę, dowiesz się wszystkiego. Tutaj, na przykład, mamy śladowe ilości iłu oraz pyłu, a także organiczne drobiny. Ich szczegółowa analiza pozwoliła mi zaklasyfikować te związki jako…
- Wiesz, skąd jest ten piasek, czy nie? – Hardy obcesowo przerwał nużący monolog okularnika. Palił się do działania i z każdą upływającą bezczynnie sekundą robił się coraz bardziej niecierpliwy.
- Wiem, wiem. Jasne, że wiem – odburknął nieco urażony naukowiec. – Z naszych doków. A konkretnie gdzieś z rejonu w pobliżu fabryki chemikaliów. Przyniosłeś mi zanieczyszczony muł.
- Dzięki, Gobbler. Jestem twoim dłużnikiem.
- Nie ma sprawy.
Czarny samochód wystartował w stronę nabrzeża. Jack Hardy był na tropie.
I pragnął krwi.

Właściwe miejsce odnalazł bez problemu. Stary, położony na uboczu magazyn od razu przykuł uwagę komisarza. W rozsypującym się budynku zamontowano stalowe drzwi oraz zadbano o profesjonalny monitoring.
Podczas kilkugodzinnej obserwacji, gdy czekał na zapadnięcie zmroku, zauważył również trójkę mężczyzn pozornie tylko wałęsających się w pobliżu. Nie miał wątpliwości, że to zakamuflowani strażnicy.
Kiedy nastała noc, Hardy był gotów.
Przemknął w stronę magazynu, starannie unikając cyklopich spojrzeń kamer. Rzucone z zabójczą precyzją noże bezszelestnie zgasiły życie strażników. Nie zamierzał okazywać nikomu litości.
Niesiony na skrzydłach bezlitosnej furii nadciągał niczym anioł zemsty, a śmierć kroczyła tuż za nim.
Wdrapał się po schodach przeciwpożarowych i przez okno wszedł do środka. Wewnątrz panował mrok i absolutna cisza. Poczekał, aż wzrok przyzwyczai się do ciemności, po czym ruszył dalej.
Idąc korytarzem, minął szereg zrujnowanych pomieszczeń. Wszystkie opustoszałe i zapomniane. Można było odnieść wrażenie, że w budynku nie ma żywego ducha.
Hardy nie dał się zwieść zwodniczemu spokojowi. W żyłach buzowała mu adrenalina, instynktownie wyczuwał zbliżającą się konfrontację. Zdjął z ramienia strzelbę i przeładował.
Gdy otworzył kolejne drzwi, znalazł się w głównej hali magazynu. Ogromne pomieszczenie również tonęło w mroku. Zamarł z bronią gotową do strzału. Nic się nie wydarzyło. Po kilkunastu sekundach nasłuchiwania, ostrożnie zszedł po schodkach na dół. W powietrzu dało się wyczuć dziwny, piżmowy zapach.
- Skończmy tę zabawę – oznajmił, stając pośrodku.
Zabłysły światła.
Sześciu mężczyzn otaczało go półkolem, mierząc do niego z broni automatycznej. Za nimi w bezpiecznej odległości stał Makiawelis. Z kpiącym uśmiechem przyglądał się komisarzowi.
- Brawo! – zaklaskał. – Udało ci się odnaleźć moją kryjówkę. Niestety znajdziesz tu tylko śmierć, Jacku Hardy. Tak, znam cię – dodał, widząc zaskoczenie na twarzy przeciwnika. – Sława cię wyprzedza.
- Jeszcze zobaczymy, kto dziś zatańczy z kostuchą – odparł groźnie Hardy. – Gdzie dziewczyna?
- No tak, dziewczyna. Dawać tu ją! – rozkazał. Po chwili zakneblowaną Amandę wprowadziło dwóch goryli. Podobieństwo do Candy było uderzające. Starsza, bardziej dojrzała, ale równie piękna co siostra. – Spóźniłeś się, bohaterze – oznajmił triumfalnie szaleniec. – Ukończyłem badania. Teraz już nic mnie nie powstrzyma, a świat padnie przed Makiawelisem na kolana. Ty niestety tego nie zobaczysz. Zabić go!
Karabiny plunęły ogniem.
Hardy zwinnie uniknął kul i zaatakował. Ruszył biegiem wzdłuż ściany, naciskając raz po raz spust. Czterech przeciwników leżało martwych, gdy szczęknięcie oznajmiło, że magazynek jest pusty. Komisarz odrzucił strzelbę i, obracając się dokoła własnej osi, płynnym ruchem wyciągnął rewolwery.
Hala zadrżała w śmiertelnym rytmie Magnum.
Po chwili ostatni z mężczyzn padł na ziemię.
- Całkiem nieźle – przyznał profesor. – Ale to jeszcze nie koniec. Chodźcie, moje dzieciątka! – zawołał.
Do środka wpadło kilkanaście postaci w niczym nie przypominających ludzi. Nienaturalnie zgrubiałe zwoje mięśni, zgarbione sylwetki, zniekształcone mordy, nienawistne, bezrozumne spojrzenia.
Mutanty otoczyły komisarza. Gdy cielska sprężyły się do skoku, a z pysków dobiegł wściekły warkot, czas jakby zwolnił. Hardy przymknął na moment oczy, zbierając siły i koncentrując się.
Wystartowały niemal jednocześnie.
Szare, podobne do burzowych chmur oczy otworzyły się. Czaił się w nich śmiertelny spokój.
Dzięki zręcznemu balansowi ciała dwie bestie minęły go dosłownie o włos. Rozłożył ręce na boki i wypalił. Łby eksplodowały. Nie czekając ani chwili, ruszył w kierunku kolejnego z nadciągających potworów. Zwinnie odbił się od jego ramienia i wyskoczył w górę.
Raz, dwa, trzy.
Na ziemię spadł śmiercionośny deszcz kul, zbierając obfite żniwa.
Hardy, lądując, przetoczył się i o włos uniknął ciosu potężnych łap. Nie zdążył jednak strzelić ponownie, gdyż nagle coś go złapało i z nadludzką siłą cisnęło o ścianę. Rewolwery potoczyły się daleko po podłodze.
Splunął krwią i z trudem podniósł się. W jego dłoniach zamigotały długie noże.
- No chodźcie! – warknął. – Czekam!
Rozpoczął się taniec ostrzy, pazurów i kłów.
Magazyn zniknął. Komisarz zatracił się w walce. Ciął i uderzał w precyzyjnym, przerażająco skutecznym rytmie. Krew tryskała, odcięte członki spadały na ziemię, powietrze przeszywał charkot zdychających potworów. Nie czuł bólu, choć z każdą sekundą na jego ciele pojawiały się nowe rany.
Każdy zadany cios stanowił dopełnienie zemsty za śmierć Candy.
W pewnej chwili nie pozostało nic poza zwierzęcym wrzaskiem. Uświadomił sobie, że to on krzyczy.
Stał w jeziorze krwi. Posoka oblepiała go od stóp do głów. Ledwie trzymał się na nogach, ale wszystkie bestie nie żyły.
- Kim ty jesteś? – Makiawelis stracił całą pewność siebie. – Kim ty jesteś?!
- Twoją śmiercią – twarz Hardyego przypominała demoniczną maskę.
- Nie zbliżaj się! – wrzasnął naukowiec. On również zaczął ulegać przemianie. Kończyny wydłużyły się i pokryły szeregiem wypustek, zmieniając w potężne macki. Głowa zatraciła wszelkie ludzkie cechy. Monstrum owinęło się dokoła przerażonej Amandy. W zielonych ślepiach błysnęła niewypowiedziana groźba.
Hardy podniósł z ziemi rewolwer.
- To koniec. Puść ją.
W odpowiedzi macki zacisnęły się mocniej. Łzy bólu spłynęły po twarzy dziewczyny.
Wycelował i strzelił. Ręka mu nie zadrżała. Pocisk zakończył nędzny żywot szaleńca.
Dokonało się.

- Co stało się z moją siostrą? – spytała, gdy pontiac mknął przez opustoszałe ulice miasta. W oddali niebo rozjaśniała łuna pożaru trawiącego magazyn. Dopilnowali, żeby po laboratorium nie został żaden ślad.
- Nie potrafiłem jej obronić – odpowiedział po chwili. – To moja wina, Amando. Przykro mi.
Ich spojrzenia spotkały się. Bał się ujrzeć w lazurowych oczach dziewczyny oskarżenia, zamiast tego odnalazł w nich przebaczenie i zrozumienie, a także coś jeszcze.
- Kochałeś ją – stwierdziła.
- Tak.
Zapadła niezręczna cisza.
- Dokąd cię zawieźć?
- Do domu. Zabierz mnie do domu.
Destiny Street.
Hardy nie wierzył w przeznaczenie, ale kiedy żegnał się z Amandą, a ich palce zetknęły się na moment, przeszył go elektryzujący dreszcz. Ona również to poczuła.
- Jack… – wyszeptała.
Stali skąpani w promieniach wschodzącego słońca. Budzący się dzień zwiastował narodziny czegoś pięknego. Uczucia, które niczym pisklę dopiero zaczynało nieśmiało trzepotać w ich sercach.
- Candy cię kochała. Ja również mogłabym cię pokochać, Jack. Myślisz, że czeka nas jakaś przyszłość?
Hardy uśmiechnął się ciepło.
- Mamy czas, maleńka. Mamy czas – odparł, składając pocałunkiem przysięgę na jej ustach.


Tomasz Zawada
Jasionka, dnia 03.03.2011 r.
Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
Eferelin Rand · dnia 13.07.2011 07:47 · Czytań: 958 · Średnia ocena: 4 · Komentarzy: 9
Komentarze
Eferelin Rand dnia 13.07.2011 08:13
Tekst był pisany na konkurs "Fantastyczny Kicz", więc od razu wyjaśniam, że stąd pewne przerysowania w treści. :)

Życzę przyjemnej lektury.

Pozdrawiam.
Almari dnia 13.07.2011 08:34
Cytat:
że należy mieć się baczności.


- 'na' uciekło.

Cytat:
- Sam się o to prosiłeś! – (B)andyci sięgnęli po broń.


Cytat:
Z trudem odepchnął podsuwane przez wyobraźnię obrazy, ale w tej drzwi od łazienki skrzypnęły


- wtem miało być czy może zabrakło chwili?


Naprawdę lubię czytać twoje opowiadania, bo mają w sobie to coś, to przyciąga uwagę, a także nie pozwala odejść. Masz swobodę myśli, które z łatwością przelewasz na papier, tego ci zazdroszczę.

Oczywiście jest twardy, jurny komisarz, który nie boi się niczego. Jego zachowanie przypominało mi trochę bohatera z filmu V jak vendetta. Dobrze, że dopisałeś, że treść jest przerysowana, bo już ci miałam wytknąć jej komiksowość ;)



Pozdrawiam
Eferelin Rand dnia 13.07.2011 11:12
Dzięki za wyłapanie błędów. Fajnie, że ci się podobało.

Pozdrawiam.
MaximumRide dnia 13.07.2011 11:45
No, faktycznie postaci przerysowane. Ale tak ogólnie to nawet ciekawe. Chociaż może lepiej by było w dłuższym opowiadaniu i na kilka części. Ale na konkurs, więc ok. Fabuła mi się podoba. Styl też. Taki gładki i przekonujący. Tylko te postaci i dlugość. Ale wiadomo. Pozdrawiam
Azazella dnia 13.07.2011 14:22
Czasami duże stężenie kiczu powoduje niesmak. U Ciebie było inaczej. Miejscami to przerysowanie nadawało tekstowi nieco zabawny ton:). Bardzo miło i lekkie się czytało. Lektura w sam raz na takie popołudnie. Pozdrawiam
Wasinka dnia 13.07.2011 23:06
Czytając, miałam wrażenie, że to taka sobie lekka parodia, obłapiająca zachłannie i z werwą schematy, nie pomijając żadnego. I że się świetnie bawiłeś, brodząc beztrosko w kiczu...
Uśmiechałam się podczas czytania, bo nieźle poradziłeś sobie z tematem. Nie zapomniałeś chyba o żadnym wątku i specyficznym zwrocie. Dla mnie to ośmieszenie, karykatura - i jestem pod wrażeniem, jak potrafiłeś wykorzystać to, co w takich tekstach jest charakterystyczne.
Lekkie pióro, a niektóre sformułowania całkiem zgrabne (nie mówię tu o tych, które współgrają z kiczem, ale o Twoim własnym stylu).
Pozdrowienia księżycowe.
julass dnia 14.07.2011 03:46
jak kicz to kicz... jak dla mnie bardzo prawidłowo poprowadzona akcja i sprawna manipulacja postacią głównego bohatera... akcja bezustannie trzyma w napięciu... są momenty gdy wydaje się że to już koniec... że główny bohater zginie ale on nie daje się tak łatwo i sprawnie wymyka się śmierci... przepiękny wątek miłosny rozprasza mroczną atmosferę... toż nic tylko pędzić do wytwórni i będzie filmowy hicior jak się patrzy:)
Eferelin Rand dnia 14.07.2011 08:41
Dzięki za komentarze. Cieszę się, że opowiadanie się Wam podobało.

Wasinko, doskonale mnie wyczułaś. Naprawdę świetnie się bawiłem pisząc ten tekst, "brodząc beztrosko w kiczu" - sam bym lepiej tego nie ujął. :)

Julass, Jack Hardy na ekranie - chętnie bym to zobaczył. ;)

Pozdrawiam.
CelinaDolorose dnia 14.07.2011 12:12 Ocena: Bardzo dobre
Bardzo zgrabna manipulacja gatunkami :)
Wyczuwa się tu (unowocześnioną) atmosferę amerykańskiego filmu noir lat 40, dzięki wspaniałemu portretowi komisarza (a już chciałam się zapędzić i napisać - detektywa ;) ) Jacka Hardy (który trochę jak Brudny Harry nie cacka się z ludźmi półświatka, a do osiągnięcia celu nie waha się użyć przemocy; na dokładkę jest pociągająco tajemniczy) i uwodzicielskiej femme fatale - Alice/Candy.
Do tego ta charakterystyczna, mroczna atmosfera, niepokojące tajemnice, gangsterzy oraz geniusz zła w tle...
Na dokładkę wprowadzone zostały elementy s-f - w bardzo zgrabny sposób. No i to zdublowanie "piękności w tarapatach", która choć jest wysokiej klasy naukowcem- ulega "męskiemu" wybawcy i mięknie przy nim jak wosk, ulegając sile pierwotnego instynktu (wiadomo, że kobiety kochają drani) :)
Postać kryminologa z laboratorium wywołała uśmiech, ponieważ scenka skojarzyła mi się z CSI: Kryminalne zagadki... - które kocham :)
W różnych momentach przez głowę przelatywały mi znajome wątki z filmów i literatury, ale nic tu nie trąciło myszką, ponieważ wszystko jest tu twojego pomysłu. I na tym polega czerpanie natchnienia z istniejących już rzeczy :)
Wszystko w texcie było i znajome i nowe - linijki same płynęły jedna za drugą.
Przyłączam się też do opinii Wasinki :)
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
wolnyduch
25/06/2022 21:29
z pewnością nawet Jezus nie był ideałem, ale to świadczy o… »
wolnyduch
25/06/2022 21:26
Jeśli ktoś nie oglądał filmu pt. "Przełęcz… »
wolnyduch
25/06/2022 21:22
Witaj Katarzyno/Kasiu, jeśli można?... Dziękuję za… »
wolnyduch
25/06/2022 21:16
Piękne obrazowanie, czytałam z przyjemnością, pozdrawiam… »
Marek Adam Grabowski
25/06/2022 15:19
Ciekawe i dobrze napisane opowiadanie. Oddajesz magiczny… »
KatarzynaKoziorowska
25/06/2022 14:35
Poetycka wirtuozeria. Nic dodać, nic ująć. Gratuluję… »
KatarzynaKoziorowska
25/06/2022 14:31
Wiersz zasługujący na uwagę. Pełen bólu i smutku, lekko… »
KatarzynaKoziorowska
25/06/2022 08:43
Oj. Początek jest mocny. Wiersz wzbudza zainteresowanie i… »
Yaro
24/06/2022 22:40
3maj sie:) »
Yaro
24/06/2022 22:38
Wszystko każda rzecz ma nazwę i twarz... :) »
Materazzone
24/06/2022 17:58
Przypominam, że wiersz wcale nie musi się rymować,… »
Materazzone
24/06/2022 17:55
Erotyk dla dzieci. Ciekawe, nie powiem choć zbyt mocno… »
Materazzone
24/06/2022 17:52
Nie pasuje mi czwarty wers. Jakoś tak nie wybrzmiewa,… »
Materazzone
24/06/2022 16:37
Dzień dobry wszystkim. Rozwiążę wasz spór, choć omyłkowo… »
Jacek Londyn
24/06/2022 13:47
Dobra Cobro, dziękuję za komentarz i dobre słowo. Tekst… »
ShoutBox
  • Kuba1994
  • 19/06/2022 15:13
  • Witam poszukuję kogoś kto oceni moją książkę ?
  • Dobra Cobra
  • 12/06/2022 11:46
  • Nie ma co do tego wątpliwości. Ukłony.
  • Kazjuno
  • 12/06/2022 09:01
  • Noblesse oblige
  • Kazjuno
  • 11/06/2022 13:58
  • PS Zburzyć twierdzę i taktyczny odwrót.
  • Kazjuno
  • 11/06/2022 13:54
  • Dzięki Dobra Cobro. Aż rzuca się w oczy że jesteś obcykany w kodeksie rycerskości. Serdecznie pozdrawiam, Kaz
  • Dobra Cobra
  • 11/06/2022 08:02
  • Serwując się ucieczką uratowałeś swoją męską cześć ;) Zuch chłopak!
  • Kazjuno
  • 10/06/2022 19:18
  • Dopiero wczoraj wróiłem do ciemnogrodu Wałbrzycha, serwując się ucieczką od przygodnej znajomej. (Ledwo starczyło na pociąg).
  • Dobra Cobra
  • 10/06/2022 16:14
  • I dopiero teraz piszesz?
Ostatnio widziani
Gości online:0
Najnowszy:Usunięty
Wspierają nas