Cztery pory roku - Rodion
Proza » Inne » Cztery pory roku
A A A
WIOSNA



„Well, take me back down where cool water flows, yeah.
Let me remember things I love”


Kiedy Hania jest smutna, kieruje swe kroki nad jezioro. Gdy życie przytłacza jej dziesięcioletni karczek zbyt ciężkim brzemieniem, ładuje smutki i problemy do worka i powoli drepce w kierunku nadbrzeżnych zarośli.

Zbliżało się południe. Hania korzystając z pięknej, wiosennej pogody odnalazła ledwo widoczną ścieżkę pośród krzewów. Trakt pielęgnowany przez wszystkich maluczkich, a zapomniany przez dorosłych przyjął dziewczynkę z niemą aprobatą. Od lat prowadził przez swe duszne korytarze niezliczone rzesze dzieciaków, szukających wśród upalnego lata odrobiny chłodnej wody.

Hania, dziś wyjątkowo przygarbiona ciężarem tylko jej znanego, szarpiącego się i niedającego wytchnienia smutku, zrobiła pierwszy, pewny krok. Krzaki przywitały ją z szelestem. Była pierwszym dzieciakiem odnajdującym szlak po zimie, więc dostąpiła zaszczytu przedeptania świeżo wybujałej trawy i ułamywania zbyt natarczywych gałązek. Po kwadransie dotarła na miejsce.

Okolica była piękna, jak w bajce. Hania lubi bajki. Nie jest już małą, głupiutką dziewczynką, wie skąd się biorą dzieci, przestała wierzyć w Mikołaja i ma dziwne przeczucia, że to nie Wróżka Zębuszka przychodzi w nocy dotykać jej ukochaną koleżankę Marysię. Jednak Hania wciąż jest dzieckiem, małym i bezbronnym, które lubi samotnie kucać nad brzegiem i obserwować wachlarze spokojnych fal, układające się na tafli jeziora. Czasem umyślnie burzy ich układ.

Wdrapała się na molo. Pocztówkowy kontrast odcinał białe deski od błękitnej tafli jeziora. Dziewczynka usiadła na krawędzi i niepewnie zamachała nogami. Po chwili przechyliła się i spojrzała na swoje odbicie w wodnym zwierciadle. Wciąż była przygnębiona, jednak wiedziała, że magia tego miejsca prędzej czy później da o sobie znać.

Uroki przyrody wykorzystywali zarówno starzy jak i młodzi. Hania niejednokrotnie widziała tu płaczące nastolatki, ofiary przeżytego zauroczenia, samotnych, którzy nie mieli w swym życiu nikogo, czy też zwykłych turystów. Dalekie od szosy, ustronne miejsce wabiło od lat w swe bajeczne sidła, a lustro wody, lecznicze zwierciadło duszy, ukazywało chętnym do zajrzenia w nie ukojenie i spokój.

Lecz dziewczynka wiedziała, że patrzenie nie wystarcza. Wodę należy wzburzyć, wtedy troski ulatują.

Hania dla zabawy zrujnowała symetryczny taniec fal. Cieszyła się ze swojego figla, na jej ustach kwitł radosny uśmiech. Woda wyraźnie bulgotała i protestowała, jednak Hania nie zwróciła na to uwagi. W podskokach zawróciła na szlak prowadzący do domu, wyleczywszy się ze smutku w znany od wieków sposób - składając ofiarę budzącemu się do życia światu, otwierając pradawne ścieżki i po prostu, dziecinnie ciesząc się wiosną.

Nim dotrze do domu, szczeniaczki w worku przestaną się szarpać, opadną bez protestu na dno jeziora.

Rafa szkieletów wzrasta wiosną.

LATO



“Life’s worth living
When nature’s giving
Happiness to everyone”


-Sam, będzie zabawnie!
-Sam, nie bądź taki marudny, chodź do nas!

Boisko pachniało skoszoną trawą. Letni wiatr delikatnie owiewał polankę, na której się znajdowało, niosąc ze sobą ledwo wyczuwalny zapach spalin. Teren nie był przesadnie zadbany, od czasu do czasu zbłąkany lub szalony człowiek skosił tu trawę, jednak był to jedyny zabieg pielęgnacyjny jakiego doświadczało to miejsce. Zniknęły siatki z bramek, a wyznaczone linie pola gry dawno się zatarły. Czy to jednak przeszkadzałoby jakiemukolwiek siedmiolatkowi? Dzieciaki zebrały się w stałym składzie. Nie miały żadnych szans na uformowanie dwóch drużyn, było ich zwyczajnie za mało. Ale kogo to obchodzi? Masz siedem lat, życie jest piękne, są wakacje! Żyć nie umierać. I niech ten przemądrzały Ben, który podobno najlepiej liczy w całej klasie nie zawraca… tyłka! Tak, brzydkich słów też można używać! Są wakacje, masz przyjaciół a rodzice czekają spokojnie w domu. Niech Ben zamilknie! Siedem osób to całkiem dobra liczba, chociaż niepa… niepra… nieparzyzna!

Jim, Frank, Peter, Olivia-co-zbiła-Franka-na-kwaśne-jabłko, Jim II, Kate no i Sam. Sam Smutas, który nie lubi piłki nożnej. Ale za to wszyscy lubią Sama i nikt nie ma odwagi mu wypominać jego niechęci. Bo to dobry chłopak, ma w domu NESa, a poza tym jest całkiem w porządku. Pożycza samochodziki, nie wygadał się nauczycielce kiedy Frank skonstruował petardę ze zdechłym szczurem i zdetonował ją w szkolnej łazience.

Słońce dobiegło do szczytu swojej wędrówki, nurzając okolicę w fali upału. Kate i Olivia hasały po trawie w poszukiwaniu kwiatów, z których mogły zrobić tylko im znane precjoza. Jim II przypatrywał się im z niesmakiem i zażenowaniem. Reszta bandy usiadła na trawie wokół Sama, który to czerwieniejąc i blednąć na przemian balansował na skraju płaczu.

- Wiemy, że nie lubisz piłki, ale stary, chociaż raz spróbuj! – Frank uśmiechnął się i puścił mu oko.

- Właśnie! Tylko raz! Nie daj się prosić, rudzielcu! – Zawtórował mu Jim, rechocząc radośnie.

Peter nie przerywając uważnego studiowania piłki milczał dystyngowanie. Zdawał się być najstarszym pośród dzieci, jednak wiekiem byli sobie równi. Może po prostu był zbyt dojrzały na tle rówieśników, może zwyczajnie skupiona mina, którą przywdział odkąd pochwycił w ręce skórzany pęcherz i obracał nim we wszystkie strony, dokładnie go oglądając, nadawała mu wyglądu mędrca. Arystoteles ze strupami na kolanach.

Sam nie potrafił wydusić słowa. Ciągle mamrotał, że przecież wiedzą, że nie umie, że nie będzie im psuł zabawy, że przecież mogą równie dobrze grać bez niego. Grupa nie dawała za wygraną, a biedny chłopak, wyraźnie nie wiedział jak ma się bronić.

W końcu Peter zebrał się w sobie i odrzuciwszy piłkę wstał bez wahania. Grupa umilkła.

- Sam, przecież możesz stać na budzie. – Powiedział, uśmiechając się niewyraźnie.

Wiatr niósł zapach lata i beztroskiego życia. Wózek inwalidzki ruszył powoli w kierunku pola karnego.

JESIEŃ



“How lucky can one guy be?
I kissed her and she kissed me.”


Pytasz, synek jak było? Czemu wróciłem wcześniej? Siadaj i nalej mi wódki. Nie dyskutuj, sobie też nalej. Było tak. Pewien dzieciak znudzony przeprawą promową wyjęczał kiedyś sławetne zdanie: „Tu nie ma niczego prócz nudy!”. Miał chłopak rację, ale nie wiedziałem, że znajdę się w sytuacji jeszcze gorszej. Bo na tym pieprzonym kutrze można było chociaż się kimnąć, a tam? Ni cholery.

Sam jestem sobie winien. Po co polazłem na to spotkanie absolwentów? Po tylu latach, nikogo nie rozpoznasz, z nikim nie pogadasz, trzeba było siedzieć w domu na tyłku, stary pryku. A tak to wysłuchujesz historii ludzi, którzy cię kompletnie nie obchodzą, ba, po trosze gardzisz nimi. Ale to nic zdrożnego, ludzie w sile wieku, którzy nadal mają mentalność gimnazjalisty i błaznują przechwalając się swoją głupotą są warci jedynie pogardy. Ech…

Siedzę sobie na tej skórzanej kanapie i popijam soczek marki soczek o smaku, zgadłeś, soczek. Nie jem, bo jakiś babsztyl obok, który jak się okazało był niegdyś najpiękniejszą dziewczyną w klasie, zżarł połowę kanapeczek. Nie wypada robić konkurencji. Odzywam się też niewiele, mało kto mnie zagaduje. A jeżeli zagada to pyta o to, kiedy napiszę książkę. Chyba na pieprzonej emeryturze. Uparli się widzieć we mnie pisarza, bo umiem sklecić zdanie, które jest dla nich niezrozumiałe. Wielki artyzm panowie i panie, zachwycam maluczkich. Rozsyłam miłe uśmiechy, które równie dobrze można interpretować jako „idź pan do diabła”.

Pokój, duży, ładny i nowocześnie urządzony pełen jest ludzi, ale bardzo dobrze wiem, że brakuje mi tu jednostek najważniejszych. Nie ma kilku moich dobrych znajomych, nigdy nie byliśmy zgraną grupą i postanowili po prostu nie przyjść. Nie ma kilku obieżyświatów, towarzystwo ogólnie przerzedzone jak po solidnej epidemii. Mimo to atmosfera jest iście bazarowa.

No i nie ma tu Anki. Cóż, na jej obecność liczyłem najbardziej, stara miłość nie rdzewieje. No dobra, rozstaliśmy się w niemiłych okolicznościach, fakt – dostałem w gębę, a tamta druga wcale nie była warta zachodu! Było, minęło, ale może chociaż ona na wzór wina zestarzała się z godnością.

Wychodzę w końcu na balkon, chociaż droga nie należy do łatwych – trzeba przedzierać się pomiędzy tańczącymi, śpiewającymi i wydurniającymi się ludźmi uważając, żeby nikt cię nie zalał czy pobrudził jedzeniem. Na dworze też nie jest zbytnio ciekawie, właśnie zaczyna siąpić deszcz. Typowa, jesienna pogoda.

Tak sobie stoję rozmyślam, aż wreszcie słyszę, że ktoś te drzwi balkonowe otwiera. Zawiasy były dość słabo naoliwione, poza tym na plamie światła pojawił się cień. Już się odwracam gotów uciekać, bo to pewnie jakiś spragniony kolejnego szluga palacz, patrzę i oczom nie wierzę. Anka! Śliczna jak nigdy, dałbym jej ze trzydzieści lat, nie ma co, zadbała o siebie lalka. Uśmiecha się, cmok, cmok, wita, gadka dość miła, wspomnienia, ach wspomnienia. Napomykam, że wyjątkowo dobrze się trzyma, odpowiada, że to nic wielkiego, że też wyglądam dobrze. Pytam z uśmiechem o jej sekret.

Ona równie rozbrajająco szczerze, co smutno odpowiada jednym, krótkim zdaniem. Synek, ja więcej nie pójdę na żadne pieprzone spotkanie. Ona mówi: To proste, ja od trzydziestu lat nie żyję. I wiesz co jest najgorsze? Tego chłodu w duszy nie da się rozgrzać. Już nigdy.

ZIMA



“I don't want to set the world on fire
I just want to start a flame in your heart”


Zbliżało się Boże Narodzenie. W domu Johna Smitha powoli zaczynała się świąteczna krzątanina. Żona - Carol, jeszcze niezaokrąglona (urodzi latem!) uparcie szukała sobie zajęcia, jednak niewiele mogła zdziałać. W radiu od dawna puszczano niezmordowane zimowe szlagiery, a sklepowe półki uginały się od kiczowatych ozdób i stert niepotrzebnych nikomu prezentów.

Jacob. To będzie ich drugie dziecko. Jak do tej pory Pan nagrodził ich synem, któremu po dziadku dali na imię George. To dobry chłopak, uczył się może nie wybitnie, ale solidnie. Nigdy nie sprawiał problemów, zawsze pomagał w domu, był posłuszny i uczynny. Chluba rodziny Smithów.

Późną ciążę Carol finalnie przyjęto ze spokojem. Nie można powiedzieć, że była ona planowana, ale nazwanie jej wpadką równie byłoby przesadą. Smithowie liczyli się z możliwością powiększenia rodziny. George, odchowany i prawie samodzielny dwudziestolatek niedługo wyfrunie z gniazda (ach, słodka Kate, porwała go w swoje spiłowane pazurki!), a staruszkowie nie zostaną przynajmniej sami. Fakt, John na początku był nieco przejęty, obawiał się, że nie sprostają zapewnieniu bytu rodzinie, jednak długie godziny szczerych rozmów z małżonką pomogły mu się uspokoić. Postanowili razem, ramię w ramię wybrnąć z tej sytuacji w sposób, w jaki potrafili najlepiej. Nie oddadzą przecież swojej pociechy do adopcji, są dorośli, potrafią wziąć odpowiedzialność za swoje czyny.

John siedział w fotelu i wyglądał przez okno. Na dworze spadł pierwszy tej zimy śnieg. Nie było go wystarczająco, aby pokryć przedmieścia warstwą umożliwiającą wyciągnięcie sanek, ale nie musiał się spieszyć. Do świąt miał jeszcze nieco czasu, a to wtedy ludzie wypatrują go najbardziej.

Drzwi otworzyły się i do domu wparował George wraz z Kate. Przywitali się pośpiesznie z rodzicami chłopaka i nadal trzymając za ręce pognali radośnie na górę, do jego pokoju. John mimowolnie zauważył, że wyglądają razem pięknie. Zupełnie jak on i Carol za młodu. Wyprowadzą się do wspólnego gniazdka po nowym roku. Nie ma potrzeby informować ich o ciąży Carol, w każdym razie nie teraz. W tej chwili mają głowy zaprzątnięte formalnościami, nadchodzącymi świętami jak i własnym bezgranicznym szczęściem. Ta informacja może poczekać, tak ustaliło oboje małżonków.

George i Kate. Może i oni niedługo doczekają się potomka? John wolał o tym jeszcze nie myśleć. Wiedział, że są rozsądnymi dzieciakami, choć młodymi, ale czy taki ciężar był dla nich do udźwignięcia? Ha, dobre pytanie. Cokolwiek przyjdzie im znieść, zniosą to jako rodzina. Tylko niech się nie spieszą, niech na spokojnie i chłodno kalkulują swoje możliwości. Niech wybierają najlepsze wyjścia i dbają nie tylko o własne dobro i nienasycone instynkty rodzicielskie.

Niech będą rozsądni jak John i Carol.

Wyglądają tak pięknie, będą mieli cudowne dzieciaki.

John rozkoszował się ciepłem i nie przejmował tym co nadejdzie. Carol podeszła, położyła rękę na jego ramieniu i ścisnęła mocno. W odbiciu w szybie widział jej uśmiech. Odpowiedział tym samym. Wiedział, że małe kosteczki wielkich problemów niedługo wesoło zatrzaskają w kominku.

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
Rodion · dnia 17.08.2011 08:21 · Czytań: 1012 · Średnia ocena: 4 · Komentarzy: 11
Inne artykuły tego autora:
Komentarze
Miranda dnia 17.08.2011 10:49 Ocena: Bardzo dobre
Witam
Każda pora roku kończy się mocnym uderzeniem. Cztery historie wplecione w kalendarz. Czyta się z zaciekawieniem, nie przeczuwając ciosu. Nie wiem czy są jakieś potknięcia, bo nie zdążyłam zauważyć. Tekst moim zdaniem bardzo dobry. Jestem oczarowana lekkością pisania, metaforami. Jednym słowem jestem pod wrażeniem.
Pozdrawiam;)
CelinaDolorose dnia 17.08.2011 13:45 Ocena: Bardzo dobre
Bardzo dobry text.
Tjereszkowa dnia 17.08.2011 13:46
Uległam aurze opowiadania, choć niektóre sceny nie są dla mnie dostatecznie wiarygodne.
Pory roku to dosyć zmiętoszony sposób na pokazanie cyklu życia, ale jak widać – wciąż można ciekawie. Kołem toczy się życie. Dziecięca zabawa, budząca się do życia przyroda, przyjęcie, obok smutek i śmierć a potem znowu nowe życie, wszystko w niejakiej harmonii. Każdą część kończy mocna scena, nadająca kolorytu opowiadaniu. Efekt ten zostaje jakby wyciszony w “Zimie”. Cierń nie zaskakuje bohatera, który jest spokojny i przygotowany na czekające go problemy. Może to doświadczenie związane z wiekiem, a może spokój człowieka, który dobrze przeżył dotychczasowe życie.
Ładnie. :) Pozdrawiam.
Wasinka dnia 17.08.2011 15:02
Obrazki, które niosą ze sobą wiele myśli, refleksji, emocji… Spojrzenie okiem dziecka i okiem dorosłego… Intensywne puenty. Życie w swoim dramatycznym często wymiarze.
Każda cząstka przynosi, obok myśli z puenty, także myśli „poboczne”. Analogie życie-przyroda-pory roku ze zmiennością wszelakiego rodzaju i wszelakiego rodzaju doznaniami zgrabnie wyrysowane. Metafory przemawiają.
A koniec… Obok pozytywnego, o którym napomknęła Tjereszkowa, pomyślałam sobie o dosyć makabrycznym… Ech… dla mnie nie jest to takie pozytywne jednoznacznie ;)
Parę sugestii:

przyjął ją z niemą – niezbyt brzmi owo jął/ją koło siebie

nie dającego spokoju smutku – niedającego; ponadto wpada na siebie s/s (spokoju/smutku)

Wdrapała się na molo. Białe deski odcinały się od błękitnej tafli – „się” nieco wpada na siebie

od czasu do czasu jakiś zbłąkany lub szalony człowiek skosił tu trawę, jednak był to jedyny zabieg pielęgnacyjny jakiego doświadczało to miejsce. – celowo jakiś/jakiego?

Dzieciaki zebrały się w stałym składzie. Nie mieli żadnych – dzieciaki nie miały

nurzając okolicę w fali upału. Kate i Olivia hasały po okolicy – nie brzmi dobrze to powtórzenie okolicę/okolicy

na tle swoich rówieśników – można wyrzucić „swoich” (czasem warto pozbyć się zaimka, rozejrzyj się po tekście, bo podaję tylko jeden przykład, a w sumie czasem można by okroić ;) )

Mimo panujący gwar i ścisk jest iście bazarowy – tutaj trzeba zdanie uładzić

ona zadziałała jak wino – troszkę dziwnie brzmi

Napominam, że wyjątkowo dobrze się trzyma – może „napomykam”?

jeszcze nie zaokrąglona (Urodzi latem!) – niezaokrąglona; „urodzi” małą literą

niedługo wyfrunie z gniazda (Ach, słodka Kate – ach małą literą

John na początku był nieco przejęty, obawiał się, że nie będą w stanie – był/będą

Drzwi otworzyły się i do domu Wparował George – wparował małą literą

Cha, dobre pytanie. – dałabym „Ha”


Interpunkcja Ci się rozbrykała.

Pozdrowienia słoneczne.
Krzysztof Suchomski dnia 17.08.2011 17:10
Ostatnie zdanie jest jak wbicie widelca w oko. Dla mnie jednoznaczne. Finis coronat opus.
Sprawnie poruszasz się w różnych konwencjach. Bardzo dobry tekst, cofnę się do poprzednich, boś, widzę, nie nowicjusz.
To proste, ja po prostu od trzydziestu lat nie żyję - to chyba niezamierzone powtórzenie.
Pozdrawiam
Rodion dnia 17.08.2011 17:16
Dziękuję za wszystkie komentarze. Te wypunktowane błędy faktycznie rażą w oczy, mogę jedynie ukłonić się z wdzięcznością i poprawić. Sam jakoś ich nie dostrzegłem, może to wada wzroku, może zbyt powierzchowna korekta :)

Czy te sceny są wiarygodne? Nie. Czy może bardziej NIE CHCĘ aby były. Ale niestety świat, w którym żyjemy jest okropny. Nie sposób go nie kochać, bo obrzydliwość, która w nim wręcz kipi - fascynuje.

Właściwie czemu pory roku? Sprawa jest dość prosta, miałem pomysł na cztery bardzo krótkie sceny, chciałem je jakoś połączyć. To dość banalne spoidło, ale cóż, sprawdzone i pewne.

Koniec miał być niedosłownie makabryczny. Ale jeżeli ktoś widzi w nim optymizm i spokój, to dobrze dla niego :)

Całość miała oswoić śmierć i pokazać niewielki jej wycinek. Tak to już jest, że kiedy zaczynam pisać zawsze wychodzi mi horror :)

Drobna edycja: Wstydzę się powoli tych błędów, ślepnę na starość :) Poprzednie teksty to już echo przeszłości, do której raczej nie wrócę. Chyba nawet nie wstawiłem do końca tej mini-powieści, znużyła mnie i zmęczyła.
Tjereszkowa dnia 17.08.2011 18:18
Przeczytałam jeszcze raz końcówkę, zaintrygowana makabrą. No cóż, teraz widzę :), dla tekstu jeszcze lepiej... Dla mnie gorzej, bo to znaczy, że ślepnę. A może tak chciałabym dziś widzieć :). W każdym razie, powtórzę, że ładnie :).
Pozdrawiam
Sfora dnia 22.08.2011 07:01 Ocena: Bardzo dobre
Końcówka wiosenna mnie ścięła.
Jestem pod wrażeniem do tej pory.
Bardzo ujęło mnie poruszanie się nie tyle na płaszczyźnie pór roku, co starzejącego się kaskadowo człowieka, jako takiego.
Pouczający kawałek tekstu i Wasinkowe korekty, które zawsze uważnie czytam - znowu dokarmiły mnie wiedzą.
Rodion dnia 22.08.2011 23:04
Względem wiosny - mała anegdotka. Moja prababcia miała kota. Maciusia.

Kot lubił narzekać. Był stary, polskim kotem, ale jak widać mało katolickim, bo zamiast w pokorze czekać na miłosierdzie, miauczał i cierpiał dość głośno. Wszystkim było żal Maciusia.

Wyleczono go metodą ludową. Sznur na szyję, do sznura kamień i całość do jeziora.

W nocy w domu rozległo się znajome miauczenie i stukanie kamienia ciągniętego po schodach.
Miranda dnia 23.08.2011 03:08 Ocena: Bardzo dobre
Rodion, Maciuś wrócił czy jego duch?
Mój Maciuś (!), oddany w dobre ręce, wywieziony samochodem ponad 15 kilometrów od domu wrócił po kilku dniach na piechotę, nie mając GPS. Koty sobie radzą lepiej niż ludzie.
Rodion dnia 23.08.2011 16:08
Ja osobiście wierzę, że Maciuś po prostu miauczał na pokaz. W rzeczywistości czuł się świetnie, co udowodnił wypływając z jeziora razem z kamieniem.

Chociaż po przeczytaniu 'Cmętarza zwieżąt" zacząłem mieć wątpliwości...
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
Gramofon
14/07/2024 20:40
Lżejsza usadzona mocno przez grawitacje. »
skroplami
14/07/2024 11:07
Jak dzień i noc, różnice :). Chociaż jak one tak Twoja… »
skroplami
14/07/2024 10:00
Stara prawda, wieczna prawda, boska prawda. Zawarłeś kilka… »
al-szamanka
13/07/2024 17:07
Sumiennie przeczytałam tekst od początku do końca i mam… »
al-szamanka
13/07/2024 14:50
Mam pytanie. Czy wyzwolone kobiety, to te z tymi wszystkimi… »
Florian Konrad
13/07/2024 13:58
Dziękuję. Wiersz jest nieromantyczny, bydlak jeden :) »
Janusz Rosek
13/07/2024 12:19
Kazjuno To bardzo ciekawa historia. Czytając takie… »
Kazjuno
13/07/2024 07:42
Bardzo ciekawe, Januszu, 3 opowieści. Przeczytałem jednym… »
Janusz Rosek
12/07/2024 08:57
Kazjuno Bardzo dziękuję za Twój komentarz i słuszne… »
Kazjuno
12/07/2024 08:07
Przeczytałem Januszu z zainteresowaniem. Wewnętrzne rozterki… »
valeria
10/07/2024 13:53
Podoba mi się. Łagodne lato :) »
valeria
10/07/2024 13:51
Dziękuję, opis poprawiony już:) zachęcam :) od soboty jestem… »
Berele
10/07/2024 13:37
Pointa mogłaby okazać się jakaś lżejsza, ale udała się ta… »
Jacek Londyn
10/07/2024 13:08
Valerio, cieszę się, że się wydało, że ktoś z nas (a… »
Berele
10/07/2024 10:59
Nawet fajne neolęgi. Spodobał mi się wiersz ubogi w… »
ShoutBox
  • Jacek Londyn
  • 12/06/2024 14:22
  • a komentarzy ni chu, chu. "Czego oczy nie widzą, sercu nie żal"... Niby tak, lecz ja komentarze sobie cenię. Nierzadko lepiej niż kawa rano podnoszą ciśnienie.
  • Jacek Londyn
  • 12/06/2024 14:19
  • "Ostatnio widzianych" spory tłum,
  • Zbigniew Szczypek
  • 31/05/2024 21:10
  • "Po co tu jesteśmy, skoro ciągle się boimy?"- to taka "terapia", dla duszy i ciała, ekshibicjonizm w innym wymiarze. Skoro już tu jesteś, zrzuć ostatni listek! Bądź wreszcie wolny
  • Zbigniew Szczypek
  • 31/05/2024 19:34
  • Gramofonie - dołącz do nas z komentarzami, a na pewno będzie się działo więcej i lepiej, bo kto, jak nie Ty, swoją siłą głosu dotrze do najdalszych zakątków "galaktyk" ;-}
  • Wiktor Orzel
  • 31/05/2024 10:32
  • Dzieje się to, co zwykle. Ktoś wrzuca tekst, inni go komentują i tak się toczy tutaj życie ;)
  • Gramofon
  • 30/05/2024 11:13
  • dzieje się tu coś?
  • Zbigniew Szczypek
  • 15/05/2024 21:38
  • Najgorsze co może być, jeśli chodzi o komentarze, jeśli zostają tylko grupy tzw. "wzajemnej adoracji", z komentarzami schematycznymi i w zasadzie nic nie wnoszącymi do twórczości. Nie chciałbym tego.
  • Zbigniew Szczypek
  • 15/05/2024 20:30
  • Kaziu, my to wiemy, że to czasem działa na zasadzie "łańcuszka szczęścia" ale denerwuje, gdy ktoś go "przerywa", w tedy wraca cisza i "bezkomentarz" opanowuje znowu kolejną falą
  • Kazjuno
  • 15/05/2024 14:01
  • Piszcie, publikujcie i twórzcie komentarze!
Ostatnio widziani
Gości online:0
Najnowszy:Usunięty