1313 Gdynia - rozdział 7 - jelcz392
Proza » Historie z dreszczykiem » 1313 Gdynia - rozdział 7
A A A
___________7


W poniedziałek ochłodziło się nagle. Od północy nadciągnęły ciemne, kłębiaste chmury,pędzone silnym, porywistym wiatrem. Deszcz wisiał w powietrzu i lada chwila można było spodziewać się niezłej ulewy.
Punktualnie o 7:30 Borewicz zasiadł za swoim biurkiem pod oknem. Komisarza Zubka i aspirant Olszańskiej mógł spodziewać się gdzieś za kwadrans. Zubek rzadko przychodził punktualnie do pracy. Zwykle zwalał to na żonę, która wysyłała go codziennie rano po świeże pieczywo do piekarni albo na autobus, który od kilku lat notorycznie odjeżdżał dwie minuty przed czasem i Zubek mógł mu tylko pomachać na do widzenia. Natomiast Ewa Olszańska odprowadzała do przedszkola swoja czteroletnią córeczkę i była nieco uzależniona od jej porannych humorów. Starała się jednak nie spóźniać, by uniknąć komentarzy Zubka w stylu „jak to możliwe, żeby kobieta świadomie zaszła w ciążę, a potem nie chciała wyjść za mąż za ojca swego dziecka”. To nie mieściło się w jego peerelowskim umyśle, ukształtowanym w czasach towarzyszy Gomułki i Gierka. Natomiast Sławek szanował jej decyzję, choć jednak też nie do końca mógł zrozumieć motywy, jakimi kierowała się Ewa.
O ósmej miała przyjść ta parka, która odnalazła ciało. Chciał zdążyć z przesłuchaniem do dziesiątej, bo o tej godzinie rozpoczynała się cotygodniowa narada u nadinspektora Wołczyka. Na pewno będzie pytał, co zdążyli ustalić w tej sprawie. Protokół z sekcji dostał od Janka już wczoraj. Wstępne oględziny na miejscu wypadku potwierdziły się niemal w stu procentach. Bezpośrednią przyczyną śmierci, która nastąpiła w piątek pomiędzy siedemnastą a dwudziestą było złamanie podstawy czaszki w wyniku upadku ze skarpy, z wysokości około dziesięciu metrów. Tuż przed śmiercią ofiara była duszona, na szyi odcisnęły się palce napastnika, na ramionach znaleziono kilka zadrapań, a pod paznokciami mikroślady obcego naskórka i krwi grupy 0 Rh+. Wprawdzie gwałtu nie stwierdzono, ale w pochwie znajdowała się resztka nasienia, a spodnie poplamione były spermą. Co ciekawe, ślady pozostawili dwaj różni mężczyźni. Bilet autobusowy znaleziony w kieszeni spodni był słabo czytelny i w tej chwili technicy próbowali odczytać odcisk kasownika w celu identyfikacji autobusu, jakim jechała. Może kierowca ja zapamiętał? W końcu była ładna dziewczyną i na pewno rzucała się w oczy. Nie znali jeszcze jej tożsamości, choć rozesłano telefonogramy do wszystkich komend w województwie. To, że miała bilet gdyńskiego ZTM -u wcale nie świadczyło o tym, że musi mieszkać w Gdyni. Jak na razie nikt nie zgłosił zaginięcia takiej osoby. Ciągle też zastanawiał się nad brakiem obuwia. Bo owszem, po plaży zwykle chodzi się boso, ale na tą plażę trzeba najpierw dojść, czy też dojechać? Zubek powiedziałby pewnie, że za jego czasów młodzi w butach chodzili tylko do kościoła, a na co dzień biegali boso, ale był to bardzo zamierzchły okres i mało kto już o tym pamiętał.
W przesłuchaniu świadków pomogła mu Ewa. On wziął na tapetę platynową blondynkę, Olszańska zajęła się taksówkarzem. W zeznaniu dziewczyny nie znalazł niczego, co pomogłoby mu w ustaleniu sprawcy. No, może poza jednym faktem: próbą napadu na ścieżce prowadzącej na plażę. To mógł być jakiś punkt zaczepienia. Zdarzenie miało miejsce kilkaset metrów od miejsca, w którym znaleziono ciało. Tyle tylko, że morderstwa dokonano w piątek po południu, a próba napadu miała miejsce w sobotę. Czyżby napastnik, zachęcony powodzeniem, spróbował jeszcze raz? Nie bardzo w to wierzył, ale było to prawdopodobne.
-No i co tam, moje orły? – zagadnął Wołczyk. Wypuścił kłąb wonnego dymu z trzymanej w lewej ręce fajki i popatrzył spod okularów na zebranych. Siedzieli w jego gabinecie, który znajdował się od podwórza budynku komendy. Przez uchylone okno wpadał do środka przytłumiony gwar ulicy. Mimo chłodu na zewnątrz tu było wręcz parno. Może to za sprawą fajki, z którą Wołczyk prawie się nie rozstawał? Wprawdzie na terenie komendy obowiązywał zakaz palenia, ale gabinet nadinspektora był wyłączony z tej jurysdykcji. Nawet sam komendant nie był w stanie wyegzekwować od Wołczyka by zastosował się do przestrzegania porządku. Zresztą trzeba obiektywnie przyznać, że tytoń, którego używał był najwyższej jakości, a ulatniający się dym stanowił dla zmysłu powonienia całkiem miłą kompilację.
- Słyszałem, że macie niezidentyfikowane zwłoki na tapecie?
- Tak, to całkiem nowa sprawa – powiedział Borewicz. Już tak się utarło, że to on rozpoczynał referowanie wyników prowadzonego dochodzenia. – W niedzielę, nad ranem, dwoje spacerowiczów znalazło na plaży w Redłowie zwłoki młodej kobiety, w wieku około 24 lat, częściowo zagrzebanej w piasku. Zgon nastąpił prawdopodobnie w piątek po południu. Spadła ze skarpy i skręciła kark. Wcześniej prawdopodobnie została napadnięta. Na szczycie skarpy znaleziono ślady wskazujące na to, że mogła odbyć się tam jakaś walka. Trawa w tym miejscu była mocno podeptana, na szyi zachowały się ślady duszenia, na rękach zadrapania, pod paznokciami mikroślady obcego naskórka i krwi. Gwałtu nie stwierdzono, choć ofiara prawdopodobnie odbyła stosunek na kilka godzin przed śmiercią. Przy sobie miała jedynie skasowany bilet autobusowy. Ustalamy, z którego autobusu pochodził. Mimo dwukrotnego przeszukania plaży w promieniu kilometra nie znaleziono ani torebki, ani dokumentów, ani butów.
- A wy znowu z tymi butami - wtrącił Zubek.
- Tak, będę się upierał, że te buty mogą mieć istotne znaczenie w dalszym postępowaniu! – Borewicz podniósł głos zniecierpliwiony indolencją kolegi.
- Komisarzu Borewicz, od podnoszenia głosu w tym gabinecie jestem ja – spokojny, pozbawiony emocji ton Wołczyka przywołał go do porządku.
- Tak jest, panie inspektorze – Borewicz skinął przepraszająco głową. – Ale szlag mnie trafia…
- Komisarzu Borewicz!
- A ja uważam, że Sławek może mieć rację-wtrąciła Ewa, która przysłuchiwała się do tej pory dyskusji. – Żadna dziewczyna, a już szczególnie taka „dzidzi butka” nie będzie paradować boso przez miasto. Musiała przyjść na plażę chociażby w japonkach, ale najpewniej miała jakieś klapeczki na obcasie.
- Sugerujesz, Ewa, że mogła je zgubić? –spytał Wołczyk.
- Niewykluczone. Napastnik mógł ją gonić przez dłuższy czas, nim została zepchnięta ze skarpy. A w klapkach biega się raczej niewygodnie. Trzeba będzie jeszcze raz przeszukać ten las na górze, aż do Płyty Redłowskiej. Może i torebka też się znajdzie?
- A może po prostu ukradł jej te buty ?–wtrącił nieoczekiwanie Zubek. Popatrzyli na niego ze zdziwieniem. Niekiedy potrafił ich zaskoczyć jakimś celnym spostrzeżeniem lub uwagą, choć nie było to jego cecha dominującą. –W osiemdziesiątym piątym była taka sprawa w Kościerzynie. Pracowałem tam wtedy. Dwóch małolatów napadało na samotne kobiety. Oprócz pieniędzy zabierali także buty.
- I co z nimi robili?
- Sprzedawali potem na targu. Wtedy występowały trudności w zaopatrzeniu w obuwie.
- Na szczęście tylko przejściowe, o ile pamiętam - dodał złośliwie Borewicz, choć sam temat zaintrygował go. – Ale co, sugeruje pan, że ktoś ukradł buty, żeby je sprzedać? Teraz mamy zatrzęsienie towaru i chyba nikt rozsądny nie kupiłby używanych butów? A może to był jakiś wyjątkowy model obuwia? Co o tym sądzisz, Ewa?
- Czy ja wiem?- aspirant Olszańska skrzywiła się z niesmakiem.- Ja osobiście kupuję tylko nowe buty. Ze względów higieniczno - estetycznych. Stare mogą być zdeformowane przez poprzednią właścicielkę, poza tym istnieje ryzyko zarażenia się grzybicą… Ale są kobiety, które bez oporów zaopatrują się w buty w ciuchlandach… I nie zawsze są to osoby źle sytuowane…
- A pamiętacie, komisarzu, co się stało z tymi małolatami z Kościerzyny? – wtrącił Wołczyk.
- Dostali po pięć lat, pewnie już dawno wyszli. Więcej już się z nimi nie zetknąłem.
- Sławek, trzeba sprawdzić ten trop. Natura ludzka jest ułomna. Nigdy nie wiemy, co w nas siedzi w środku i do czego jesteśmy zdolni. W archiwum, w prokuraturze powinni mieć akta. Zubek ci pomoże.
- Tak jest, panie inspektorze. Zajmę się tym natychmiast.
- A co z zeznaniami tych świadków, którzy znaleźli zwłoki?
- No właśnie, nie wszystko jest tu dla mnie jasne… -Borewicz zajrzał w swoje notatki.- Jeżeli chodzi o sam fakt znalezienia ciała, to w ich zeznaniach nie ma nic interesującego. Natomiast co do tej dziewczyny… Marty Popielskiej… Twierdzi, że w sobotę po południu, gdy szła ścieżką przez las, w kierunku plaży, miała miejsce próba napadu na nią. Napastnik zaatakował ją od tyłu, nie widziała jego twarzy. Podobno utykał na jedna nogę. Podobno, bo mógł utykać specjalnie dla zmylenia tropu. Zaczęła się z nim szarpać, wtedy nadbiegł ten taksówkarz… Jacek Kuśmider. Tamten spłoszył się i uciekł. Nie zgłaszali nam tego faktu wcześniej, bo śpieszyło im się na imprezę i nie chcieli tracić czasu. Interesujące jest to, że jak twierdzi Popielska osobnik, który ją napadł, był podobnej postury jak ten taksówkarz, ale on z kolei nie utyka na żadną nogę. A teraz najciekawsze. Taksówkarz zeznał, że w piątek po południu szedł do znajomych do Orłowa przez ten lasek ze skarpą. Przyznał, że to miejsce jest mu od dawna znane i że często przychodzi obserwować różne parki w miłosnym tête á tête. I właśnie w piątek, około dwudziestej, idąc przez las, zerknął z przyzwyczajenia w dół skarpy, na plażę, gdzie zobaczył leżącą parę, przy czym kobieta leżała nieruchomo, a mężczyzna sprawiał wrażenie zdenerwowanego. Niestety, spieszył się i nie poczynił dłuższej obserwacji. Prawdopodobnie widział ofiarę i mordercę.
Przez chwilę panowało milczenie. Widać było, że wszyscy zastanawiają się intensywnie nad wagą i znaczeniem otrzymanych informacji.
- A dla mnie to ten taksówkarz jest podejrzany – wypalił nagle Zubek. –Wszędzie go pełno. Ja bym go zamknął na czterdzieści osiem. Od razu by zmiękł. Na pewno zamordował tę na plaży, potem napadł na Popielską, a w końcu dla zmylenia śladów wrócił na miejsce zbrodni, że to niby przypadkiem odkryli zwłoki.- Zubek, widząc brak szybkiej kontry podważającej jego teorię, powiódł po zebranych nieco pewniejszym spojrzeniem.
- Teoretycznie mogło być tak, jak powiedział komisarz Zubek – Wołczyk odezwał się pierwszy. – Mieliśmy już różnych psychopatów i seryjnych morderców więc żadnej wersji nie możemy wykluczyć. Ale z tym, że nie zamykałbym go tak od razu. Nie mamy przecież żadnych dowodów, to są jedynie nasze przypuszczenia. Lepiej będzie, jak weźmiemy go pod obserwację. Zgodzisz się ze mną Sławek?
-Tak, myślę, że pan inspektor ma rację, co do obserwacji. A w tym, co powiedział pan Antoni też coś jest… Nie wszyscy znają to miejsce, bo od strony morza jest słabo widoczne, tylko nieliczni o nim wiedzą, a on sam przyznał, że często tam przychodził… Faktycznie, ten taksówkarz zbyt często się nam przewija w całej sprawie…
- Może ma po prostu pecha? –wtrąciła Ewa.
- Albo pecha, albo maczał w tym paluchy… Trzeba będzie sprawdzić, czy nie był u nas notowany, popytać wśród kolegów, sąsiadów… Chociaż z drugiej strony, jeżeli taksówkarz znał to miejsce, to równie dobrze mogła o nim wiedzieć ta zamordowana…
Brzęczyk interkomu przerwał dyskusję i w pokoju rozległ się glos sekretarki Wołczyka. –Panie inspektorze, właśnie dostarczono wyniki ekspertyzy z laboratorium, o które prosił komisarz Borewicz.
- Dobrze, dziękuję. Sławek?
- To pewnie analiza wydruku z tego biletu znalezionego przy zwłokach. Zaraz udaję się do ZKM-u, żeby odnaleźć kierowcę autobusu, którym jechała zamordowana. Może zauważył cos interesującego?
- W porządku, trzeba sprawdzić i ten ślad, ale przede wszystkim musimy ustalić tożsamość zamordowanej- powiedział Wołczyk.- I jeszcze jedno zastanawia mnie w tej sprawie… Zbrodni dokonano w biały dzień, niemal w środku miasta, a nikt nic nie widział, nic nie słyszał…
- Ten odcinek plaży jest mało uczęszczany, panie inspektorze- wtrąciła Ewa. – Mogło się zdarzyć, że przez kilka minut nikt tamtędy nie przechodził. A ona wcale nie musiała krzyczeć. Gdy spadała ze skarpy, mogła być oszołomiona albo nieprzytomna.
- Albo krzyczała, tylko szum morza zagłuszył jej krzyk- dodał Sławek.
- Taak… -Wołczyk zamyślił się na chwilę. –No dobra, bierzcie się do roboty. Pani prokurator Ołdakowska zapowiedziała się na czternastą. Niewątpliwie będzie zainteresowana naszymi ustaleniami…
Wyszli z gabinetu. Borewicz odebrał od sekretarki kopertę z laboratorium. Z odcisku kasownika wynikało, że bilet został skasowany w piątek, o godzinie 16:12, w autobusie o numerze taborowym 2544. Ustalenie numeru linii, na jakiej kursował tego dnia, a tym samym nazwiska kierowcy było już rzeczą prostą.
- To jak, panie Antoni, skoczy pan do tej Kościerzyny?- zagadnął Zubka. –Ja popytam w ZTM o ten bilet, a ty, Ewa, może sprawdź jeszcze raz meldunki o osobach zaginionych, może wpłynęło coś nowego? Można by jeszcze sprawdzić w rejestrze odciski palców, choć na notowaną raczej nie wyglądała.
- A ty Sławeczku jak zwykle w roli kierownika? – Ewa spojrzała na niego nieco drwiącym wzrokiem.
- Tak i z tego tytułu dostaję dodatek funkcyjny – odparł Borewicz z pełna powagą.
Kierownik przewozów w Zarządzie Transportu Miejskiego niemal błyskawicznie przyporządkował numer taborowy do konkretnego pojazdu.
- Ten bilet skasowano w autobusie należącym do PKA. To jeden z ich ostatnich jelczy M-11, zwany popularnie „migiem”. Najprawdopodobniej jeździł na którejś linii obsługującej Redłowo. Tam najczęściej puszczają te szroty. Zaraz sprawdzę… O, jest… W piątek kursował na „133”. A jeśli chodzi o kierowcę, to musi pan pojechać do zajezdni na Chwaszczyńską. Dyspozytor powie panu dokładnie, kto prowadził ten autobus i w którym kierunku był ten kurs.
- A pan nie może mi udzielić takiej informacji?
- Niestety, my otrzymujemy od naszych podwykonawców jedynie rozpiskę taboru z przypo-rządkowaniem do danej linii. Nie wnikamy w szczegóły personalne.
- Jeszcze kilka lat temu przypuszczalnie udzieliłby mi pan takiej informacji?
- O, panie! Kilka lat temu nie było tego całego zarządu, a autobusy spóźniały się tak samo jak i teraz. Ale trzeba było zapewnić ciepłe posadki dla paru kolegów, no to natworzyli tych różnych spółek, prezesi biorą kasę, a ludzie jak czekali na przystankach, tak dalej czekają. No, ale prywatyzacja to teraz modne słowo.
- Niewątpliwie jest trochę racji w tym co pan mówi. Ale gdyby nie było tej- jak pan to powiedział -modnej teraz prywatyzacji, to pewnie dalej jeździlibyśmy w Gdyni tymi „szrotami”, a nie nowoczesnymi autobusami, których coraz więcej jest na naszych ulicach, a może w ogóle nie byłoby czym jeździć… Cóż, dziękuję panu za informacje. Do widzenia!
- Do widzenia…
Wyszedł z pokoju zostawiając kierownika z tak zwanym „karpiem” na ustach. Był przekonany, że gdyby przysłał tu Zubka, to panowie szybko by znaleźli wspólny język. Na pewno doszli by do wniosku, że najlepiej było wtedy, kiedy jeździły „ogórki”, ludzie toczyli boje na przystankach, by wcisnąć się do autobusu, a połowa taboru stała w zajezdni na kołkach bo brakowało części zamiennych.
W zajezdni PKA dopisało mu szczęście. Wóz 2544 w tym tygodniu obsługiwał tak zwane kursy bisowe i akurat kwadrans wcześniej zjechał do bazy.
- Stoi tam, pod halą napraw –dyspozytor wskazał Borewiczowi kierunek.- Wiesiek pewnie gdzieś tam się kręci bo narzekał, że hamulce mu trochę blokują.
- Jak się nazywa kierowca?
- Wiesław Miotk. To młody chłopak, pracuje u nas od dwóch lat. Poszedł w ślady ojca. Jego stary całe życie przepracował za kółkiem.
Młody Miotk nie był może aż tak młody, bo Sławek ocenił go na „w granicach trzydziestki”. Tłumaczył właśnie mechanikowi, że ręczny hamulec nie zawsze odbija i bębny się przegrzewają.
- Dzień dobry, pan Miotk?
- Tak, to ja.
- Komisarz Borewicz, komenda miejska policji Gdynia- wyjął legitymację i podsunął ją pod nos zdziwionemu kierowcy.
- Policja do mnie? No chyba nie przekroczyłem prędkości naddźwiękowej tym złomem?- zażartował kierowca, ale wypadło to nieco sztucznie.
- Nie sądzę, ale to już zmartwienie moich kolegów z drogówki. Ja jestem z dochodzeniówki. Mam do pana kilka pytań. Możemy tu gdzieś swobodnie porozmawiać?
- Wejdźmy do autobusu, zamknę drzwi to nikt nie będzie przeszkadzał. Kanał i tak na razie zajęty.
- Pan jeździł w piątek linią „133”? – zapytał Borewicz, gdy usiedli na fotelach.
- Tak, robiłem bisówkę, jak zresztą co dzień od miesiąca.
- Co to jest ta bisówka?
- To taka psia służba dla najmłodszych stażem. Robi się kilka kursów w porannym i klika w popołudniowym szczycie, a pomiędzy jest czas wolny, z którym nie wiadomo co zrobić, bo nawet piwa człowiek nie może wypić.
- A w piątek, o 16:13 w którym miejscu mógł pan być?
- Nie wiem, skąd mogę pamiętać? Piątek to w ogóle był przesrany. Pewnie stałem gdzieś w korku. Na Zwycięstwa, tak koło czternastej był wypadek. Zanim puścili ruch druga nitką, to złapałem ponad pół godziny opóźnienia i potem nie mogłem tego nadrobić. Teraz, jak jest ten ZTM to wszyscy pierdolca dostają na punkcie spóźnień. Trzeba się tłumaczyć u nas w dyrekcji z każdej minuty. A nie daj już boże odjechać przed czasem. Dlatego ganiałem trochę poza rozkładem, ale i tak nie udało mi się wskoczyć z powrotem w grafik.
- Może jednak przypomni pan sobie, gdzie mógł się pan wtedy znajdować? A może pamięta pan, czy ta dziewczyna wsiadała do pana autobusu? Ja nie jestem z ZTM i nie prowadzę dochodzenia w sprawie pańskiego opóźnienia- Borewicz zaczął się trochę niecierpliwić. Wyjął zdjęcie i pokazał je mężczyźnie.
- Ładna laska, tylko jakoś dziwnie wyszła na tej fotce?
- Jak by pana zakopali w piachu na plaży to też nie byłby pan fotogeniczny- Sławek zirytowany podniósł nieco głos.- To jak, poszpera pan jednak w pamięci?
- To taka sprawa… -kierowca zmieszał się nieco.- Zaraz… Wydaje mi się, że widywałem już tą dziewczynę. Na „133” i „134” jeżdżę już chyba z pół roku, to i stałych pasażerów kojarzę. Ona mieszka gdzieś na Płycie, w okolicy pętli, bo wiele razy tam wsiadała.
- A w ubiegły piątek?
- W piątek wsiadła gdzieś na początku trasy… na pewno na Władysława IV, na pierwszym lub drugim przystanku. Spostrzegłem ją, bo autobus był prawie pusty. Przede mną jechał „134” i niemal wszystkich zabrał.
- Czy nie zauważył pan, czy ktoś razem z nią wsiadał ?
- Generalnie wsiadło ze cztery osoby, ale ona była sama.
- A może ktoś ja obserwował, przyglądał się?
- Nie, chyba raczej nie. W każdym razie nic mi się nie rzuciło w oczy.
- A czy ona miała na nogach buty?
- Buty?- Wiesław Miotk zrobił mocno zdziwioną minę. – Jasne, że miała. Chyba jakieś białe, sportowe typu adidas. Tak mi się wydaje, bo zwykle widywałem ja ubraną tak na sportowo, w spodniach i adidasach...chociaż nie, to były pumy bo miały czarną panterę z tyłu, na zapiętkach.
- A gdzie wysiadła?
- Tu zaraz na górze, na Cylkowskiego, koło szkoły.
- Czy oprócz niej ktoś jeszcze wysiadł na tym przystanku?
- Kilka osób… ale niewiele, bo jak już wspomniałem, kolega podebrał mi pasażerów.
- A nie pamięta pan, w jakim kierunku poszła po wyjściu z autobusu?
- Nie bardzo… nie jestem pewien, ale raczej cofnęła się do tyłu.
- Cóż, dziękuję panu. Bardzo mi pan pomógł. Gdyby sobie pan coś jeszcze przypomniał to proszę o telefon. Jest pan bardzo spostrzegawczy – podał mu wizytówkę.
- Muszę mieć podzielną uwagę. Poza tym trudno nie zauważyć ładnej kobiety…
Wsiadał właśnie do samochodu, gdy zaterkotał jego telefon. Dzwoniła Ewa.
- I co tam, Sławeczku, jak postępy w nauce topografii miejskiej komunikacji?- zaszczebiotała słodko.
- Na razie bez rewelacji. Odnalazłem kierowcę autobusu, którym jechała ta dziewczyna, ale poza faktem, że jednak miała buty na nogach, niczego więcej nie udało mi się ustalić. Chociaż jak dla mnie to ten kierowca jest zbyt bystry…
- No to możesz mi pogratulować, bo mam już jej dane.
- O, ktoś zgłosił zaginięcie?
- Nie, ale ona pracowała w firmie.
- Tu u nas w komendzie? W Gdyni?- Borewicz zdziwił się, bo jeszcze nie zdarzyło się, by jakiś nowy, ładny narybek uszedł jego uwadze, a często ta „uwaga” miała swój finał w jego kawalerce.
- Nie, nie u nas. Przyjedź, to ci wszystko powiem.
Do komendy dotarł po pół godzinnej jeździe przez rozkopane miasto.
- I co, rozczarowany, że nie zdążyłeś zawrzeć bliższej znajomości z nową kadrą? –powitała go kpiącym tonem Ewa. – Nie rób sobie wyrzutów. Po pierwsze pracowała w Gdańsku, a po drugie pewien przykry incydent z jej udziałem sprawił, że komendant musiał wydać decyzję o relegowaniu jej ze służby.
- Kurczę, Ewa, możesz wyrażać się jaśniej? Jak na razie mówisz jakimś szyfrem.
- Nazywała się Natalia Ryszkowska, miała 23 lata, mieszkała w Gdyni przy Powstania Śląskiego. Trzy lata temu została przyjęta do służby kandydackiej w oddziałach prewencji. Szkolenie ukoń-czyła z wyróżnieniem, została w prewencji, chodziła na patrole, jeździła na obstawy meczy. Koledzy ją bardzo lubili, ale niestety, miała jedna wadę; po wódce dostawała małpiego rozumu. Stawała się agresywna, szukała zaczepki, nawet rwała się do bicia. Któregoś razu, po służbie, świętowała w ko-mendzie razem z trzema kolegami imieniny jednego z nich. Pech chciał, że tego samego dnia Lechia grała u siebie z Arką i zatrzymano kilkunastu agresywnych kibiców. Składali zeznania, normalnie według procedur, a jeden oczekujących na korytarzu na swoja kolej podobno spojrzał na nią krzywo, czy też coś powiedział pod jej adresem, tego nie udało się na sto procent ustalić. W każdym razie rzuciła gościa na glebę, zaczęła go kopać, skakać po nim, ledwo ją odciągnęli. Była w butach bojówkach więc nieźle go pokiereszowała. Klient wylądował w szpitalu z poważnymi obrażeniami, ledwo się z tego wylizał. Miała potem sprawę o pobicie i ciężkie uszkodzenie ciała. Dostała wyrok w zawieszeniu i komendant musiał ją usunąć.
- No to mamy wreszcie jakiś punkt zaczepienia. Trzeba pogadać z jej rodziną, znajomymi, z chłopakami z prewencji z Gdańska, którzy razem z nią pracowali. Może pobiła jeszcze kogoś, o kim nie wiemy? Trzeba też sprawdzić tego pobitego gościa, co teraz robi, alibi na piątek i tak dalej.
- Z ta rodziną to może być problem.
- Dlaczego?
- Od piątego roku życia wychowywała się w domu dziecka w Wejherowie. Jej rodzice zginęli w wypadku. W aktach nie ma nic na temat dalszych krewnych.
- Trzeba ich będzie poszukać. Warto by też odwiedzić ten dom dziecka. Taka agresja nie rodzi się w człowieku tak z dnia na dzień. Skoro mieszkała tam przez tyle lat, to powinni coś na jej temat powiedzieć. A swoją drogą, ciekawe jak przeszła testy psychologiczne? Musiała się dobrze maskować albo też takich mamy psychologów…
- Raczej to drugie… Wiesz, że te wszystkie badania to taki pic na wodę. Słuchaj Sławek, czy przy zwłokach tej Natalii były jakieś klucze? – Olszańska zmieniła nagle temat.
- Klucze? Jakie klucze?- w pierwszej chwili Borewicz nie zrozumiał, o co jej chodzi.
- No klucze do mieszkania. Przecież nie miała rodziny, mieszkała sama, więc musiała mieć klucze przy sobie.
- Nie, żadnych kluczy nie było. Może zabójca zabrał je razem z butami? A może nie mieszkała jednak sama? Cholera, chyba jeszcze nie jest za późno! Jaki jest tam adres, Powstania Śląskiego ile?
- Osiem, mieszkania dwadzieścia dwa.
- Jedziemy! Weź jeszcze dla pewności dwóch ludzi z prewencji z bronią i ekipę ze sprzętem! Ja zawiadomię starego !- Borewicz wybiegł z pokoju dopinając w biegu szelki z kaburą.
- Sławek, nie przesadzasz?- zawołała za nim.
- Nigdy nie wiadomo, kogo tam zastaniemy!
Po pięciu minutach dwa polonezy na cywilnych numerach, z przyczepionymi na dachu „kogutami”, pędziły w kierunku Płyty Redłowskiej. Sto metrów za nimi sunął volkswagen transporter z ekipą dochodzeniową. Pora była przedpołudniowa, ale i tak wzbudzili sporą sensację pod blokiem na Powstania Śląskiego. Mieszkało tu sporo emerytów, którzy o tej porze albo gotowali obiad albo wysiadywali na ławce przed klatką.
Numer ósmy był szarym czteropiętrowym blokiem, składającym się z pięciu klatek.
- Wy dwaj obstawcie okna z tyłu, reszta przed klatką! To chyba będzie mieszkanie na parterze- Borewicz sprawnie wydał rozkazy funkcjonariuszom, a sam razem z Olszańską wbiegli do klatki. Mieszkanie istotnie znajdowało się na parterze. Z bronią przygotowaną do strzału Borewicz nacisnął ostrożnie klamkę. Wcale go nie zdziwiło, że drzwi otworzyły się z cichym trzaskiem. Ubezpieczając się nawzajem weszli ostrożnie do środka. Mieszkanie składało się z dwóch niewielkich pokoi, mikroskopijnej kuchni oraz łazienki połączonej z ubikacją. Typowy peerelowski układ z czasów późnego Gomułki. Szybki rekonesans wystarczył by stwierdzić, ze mieszkanie było puste. Sprawiało jednak wrażenie, jakby ktoś w nim myszkował. Szuflady w segmencie były powysuwane, ich zawartość przemieszana. Kasety wideo częściowo stały na półce na regale, ale kilkanaście z nich było rozrzuconych na podłodze. Pojemnik na dyskietki stojący na biurku obok komputera był pusty, za to kilka z nich leżało na blacie.
- Spóźniliśmy się Sławeczku – stwierdziła oczywistą oczywistość Ewa.
- Szlag by to… -zaklął szpetnie Borewicz. – Ktoś nas chyba uprzedził sądząc po tym bałaganie. Rozejrzyj się tu, chłopaki niech zdejmą odciski a ja spróbuję dowiedzieć się czegoś od sąsiadów.
Zamieszanie spowodowane akcją policji wywołało małą sensację pod blokiem. Na półpiętrze pojawiły się zaciekawione twarze sąsiadów, przed klatka zebrał się niewielki tłumek gapiów. Borewicz zadzwonił do mieszkania naprzeciwko. Drzwi otworzyły się niemal natychmiast. W progu ujrzał niewysoką brunetkę w średnim wieku.
- Dzień dobry pani, policja, komisarz Borewicz- przedstawił się.
- No, nareszcie ktoś od was raczył się pofatygować! W końcu ile razy można zgłaszać ten sam problem!- kobieta niemal natychmiast przyjęła postawę atakującą.
- Szczerze mówiąc, nie bardzo wiem, jaki problem ma pani na myśli, ale zakładam, że jego źródłem jest pani sąsiadka, Natalia Ryszkowska.
- Bardzo dobrze pan zakłada, panie komisarzu. Otóż musi pan wiedzieć, że…
- Pozwoli pani, że najpierw zadam pani kilka pytań, pani… –przerwał jej w obawie, że zaraz zostanie zasypany lawiną sąsiedzkich żali i animozji.
- Nazywam się Barbara Kreft. No, skoro pan musi, to proszę…- zgodziła się, ale widać było, że jest nieco rozczarowana ignorancja Borewicza.
- Od jak dawna zna pani Natalie Ryszkowską?
- Odkąd się tu wprowadziła i niech mi pan wierzy, że to musiał być jakiś przeklęty dzień, w którym się tu zjawiła. Od samego początku były z nią kłopoty…
- A pamięta pani dokładnie, kiedy to było?
- Na początku zeszłego roku, tak gdzieś koło Trzech Króli, takie mrozy były wtedy, pamięta pan?
- Tak, tak, pamiętam-potwierdził szybko Borewicz w obawie, że czeka go wywód na temat ubiegłorocznej pogody.- Sama tu mieszkała?
- Czy sama, to tego bym nie powiedziała. Ciągle kręcili się tu jacyś podejrzani…
- Interesuje mnie, czy tylko ona była zameldowana w tym mieszkaniu?
- A skąd mam to niby wiedzieć? Nie jestem z administracji.
- Sądziłem, że skoro tak doskonale jest pani zorientowana w życiu sąsiadki to pewnie pani wie, czy oprócz niej przebywał tu na stałe ktoś jeszcze?- nie mógł się opanować, by nie dopiec tej wścibskiej babie. Chociaż z drugiej strony, takie „panie ciekawskie” były często kopalnią informacji.
- No nie, na stałe to tylko ona, ale jak już mówiłam, różne typy się tu kręciły i często widziałam, jak wyłazili od niej nad ranem. A jakie orgie się tam odbywały, ile wódki wypili!
- Była pani może na tych orgiach?
Barbara Kreft spojrzała na niego jak na nienormalnego.- No też coś! W życiu bym tam nie weszła! Ale te krzyki i jęki to w całym bloku było słychać, sąsiedzi na pewno potwierdzą! A jak jeszcze wódkę siatkami znosili to co, nie orgie?
- A kto brał udział w tych… orgiach, jak to pani obrazowo ujęła?
- W dowód im nie zaglądałam, nie znam ich, takie młode łebki jak i ona.
- W dowód pewnie nie, ale przez wizjer zapewne przyjrzała się pani twarzom tych ludzi?- Borewicz wskazał na duże oko „judasza” w drzwiach.
- No… niektórych to znam z widzenia… Czasami spotykam ich na osiedlu czy w autobusie…
- A kobiety też przychodziły?
- Też, ale było ich mniej i przeważnie te same.
- A nie wie pani, czym zajmowała się sąsiadka? Pracowała gdzieś?
- Chyba w skupie butelek, bo wynosiła je siatami prawie codziennie! Gdzie taka mogła pracować, jak nie wstawała z łóżka przed południem? Ale ubrać to się potrafiła, ciekawe za co?- prychnęła pogardliwie.- Pan wie, co mam na myśli?
- Obawiam się droga pani, że trudno ustalić związek pomiędzy późnym stawaniem z łóżka a brakiem moralności, jeżeli to pani miała na myśli. Kiedy ostatni raz widziała pani Ryszkowską?
- Chyba gdzieś tak w piątek po obiedzie…
- A potem? Może przychodził ktoś do niej?
- Nie, potem już jej nie widziałam… A czy ktoś był? Owszem, w sobotę wieczorem był taki typ, on zawsze chodzi w ciemnych okularach, nawet jak nie ma słońca. Dobijał się dość długo, ale chyba nie było jej w domu bo widziałam, jak wychodził z klatki.
- Na razie dziękuję pani za informacje.
- Jak to, już pan idzie? A co dalej z tą lafiryndą? Nic pan nie zrobi w tej sprawie?
- Już ktoś to zrobił za nas. Natalia Ryszkowska została zamordowana.
Borewicz nie widział jeszcze takiego „karpia” jakiego zrobiła pani Kreft na wieść o śmierci uciążliwej sąsiadki. Nie czekając na kolejny potok słów pożegnał się i szybko opuścił mieszkanie. Tłumek gapiów znacznie się przerzedził. Ludzie oczekiwali bardziej spektakularnych działań, jakiegoś trupa, ewentualnie przestępcy w kajdankach. Tymczasem poza efektownym wejściem grupy operacyjnej nic się nie działo. Przyjrzał się uważnie osobom dyskutującym przed klatką. Jego uwagę zwrócił młody chłopak, brunet, ubrany w dżinsy i czarny t-shirt. Trzymał się nieco z boku, udawał, że nie interesuje go zbiegowisko, ale wyraźnie zerkał co jakiś czas w kierunku mieszkania na parterze.
Borewicz nie chciał go spłoszyć, dlatego zatoczył większe koło obserwując cały czas chłopaka i nieoczekiwanie zaszedł go od tyłu, gdy ten stanął pod drzewem i wpatrywał się w drzwi klatki.
- Komisarz Borewicz, komenda policji –machnął mu przed nosem policyjną odznaką.- Miesz-kasz tu może?
- Co? Jak? Nie, ja tak tylko… Patrzę tylko… - chłopak był bardzo zaskoczony nagłym pojawie-niem się Borewicza. Widać było, że z chęcią dałby zaraz nogę, ale Sławek przytomnie przycisnął go nieco do pnia odcinając tym samym drogę ucieczki.
- Jak się nazywasz?
- Ja? Marek Renusz, ja mieszkam tu obok, w tamtej klatce… - wskazał ręką na przedostatnią klatkę bloku.
- Dlaczego się tu kręcisz?
- Ja tak tylko patrzę… Widziałem, że była jakaś akcja, bo tak nagle wpadliście… byłem ciekaw, co będzie dalej…
- Znasz Natalię Ryszkowską?
- Kogo? Nie, nie słyszałem, nie znam… -chłopak zaczął się wiercić próbując odsunąć się od pnia.
- Słuchaj no, kolego, albo przestaniesz kręcić, albo pojedziemy do komendy i tam sobie wszystko przypomnisz!- Borewicz mocniej docisnął chłopaka do drzewa.
- Co mnie pan tak ciśnie! O co panu chodzi?! To już patrzeć nie wolno?!-Renusz odzyskał nagle animusz bo zauważył za plecami Borewicza dwóch mężczyzn zmierzających w ich kierunku. Może liczył, że w obecności świadków policjant nie będzie obchodził się z nim tak obcesowo? Sławek również dostrzegł kątem oka przechodniów. Nie miał ochoty na dalszą szarpaninę na ulicy. Szybkim ruchem wyjął z tylnej kieszeni spodni kajdanki i wprawnie zatrzasnął je na przegubach rąk Marka Renusza.
- O żesz kurwa, co jest?!-chłopak był jednocześnie zaskoczony i wściekły.
- Jesteś zatrzymany w związku z zabójstwem Natalii Ryszkowskiej.
- Jakim zabójstwem? Ja nikogo nie zabiłem!
- Stul pysk i do radiowozu!- Borewicz popchnął go w kierunku sierżanta Walczaka, który widząc szarpaninę nadbiegał właśnie z pomocą. – Zapakuj go do trzeciej klasy i dobrze pilnuj!- polecił Walczakowi.
Do komendy wrócili przed czternastą. Zubek już był. Siedział przy biurku i wolnymi kęsami przeżuwał kanapkę owiniętą papierem śniadaniowym. Przed nim stała szklanka wypełniona do połowy herbatą w słomkowym kolorze.
-Smacznego panie Antoni- rzucił Borewicz wchodząc do pokoju. – Znalazł pan coś ciekawego w tej Kościerzynie?
Zubek pokiwał twierdząco głową usiłując jednocześnie coś powiedzieć, ale z jego ust zapchanych kanapką wydobył się jedynie mało zrozumiały bełkot.
-Niech pan lepiej przełknie, ale tak w miarę sprawnie, bo zaraz będziemy mieli roboczą wizytę pani prokurator Ołdakowskiej. Z pewnością ona również będzie zainteresowana naszymi ustaleniami.
- Nie cierpię tej baby – wymamrotał Zubek przełykając kęs. – Ciągle się o coś czepia.
- Ja bym raczej powiedział, że pani prokurator jest kobietą wyemancypowaną i swoich współpracowników traktuje służbowo, a przy okazji również funkcjonariuszy policji prowadzących dochodzenie.
- Lepiej powiedz, Sławeczku, że pani prokurator to góra lodowa i że do tej pory nie udało ci się wpisać jej na listę swoich zdobyczy- wtrąciła Ewa, która zajrzała do pokoju. - A może dziś ci się poszczęści, bo jest w świetnym humorze i czeka już na nas u starego.
Pani prokurator istotnie była w dobrym humorze. Gdy weszli do gabinetu szefa, śmiała się z jakiegoś dowcipu opowiedzianego przez Wołczyka. Borewicz sprawnie zreferował dotychczasowe ustalenia dotyczące śledztwa. Wspomniał również o incydencie z Renuszem. – W tej chwili czeka na przesłuchanie. Może dowiemy się od niego czegoś ciekawego? Myślę, że chciał uciec nie bez powodu.
- A co zabezpieczono w mieszkaniu Ryszkowskiej? – Wołczyk zwrócił się do Olszańskiej.
- Zabezpieczyliśmy komputer, niestety, ktoś wykasował całą zawartość dysku jak również dyskietek. Może naszym komputerowcom uda się odzyskać dane, ale musimy na to poczekać. Kaset wideo jeszcze nie przeglądałam, ale prawdopodobnie są na nich jakieś filmy pornograficzne. W mieszkaniu znaleziono trochę pieniędzy, kartę do bankomatu, biżuterię, kamerę video, sprzęt rtv… To raczej nie było włamanie rabunkowe. Komuś bardziej zależało na materiałach zamieszczonych na komputerze… No i jeszcze jedna ciekawostka; w całym mieszkaniu nie znaleziono żadnego buta ani też rajstop, pończoch, skarpetek.
- No i Ryszkowską też znaleziono bosą… - mruknął pod nosem Wołczyk.-Czyżby jakiś fetyszysta? A pan co ustalił w tej Kościerzynie, komisarzu Zubek?
- No… w sumie to niewiele…- Zubek zmarszczył nos i popatrzył spod okularów po zebranych.- Dwóch osiemnastoletnich uczniów kościerskiego Technikum Kolejowego Zenon Krauze i Wojciech Szwichtenberg wykorzystując panujące wówczas braki w zaopatrzeniu, napadało na samotne kobiety i kradło przede wszystkim buty, pieniądze i zakupy, to znaczy artykuły spożywcze, chemiczne i wszelkie dobra, których w owym czasie brakowało. Towar sprzedawali sami w dni targowe w Kartuzach, Lęborku i Starogardzie Gdańskim albo odstępowali handlarzom. Kościerzyńskie targowisko omijali w obawie przed rozpoznaniem. Mieli jednak pecha, bo jedna z ofiar rozpoznała w Kartuzach na rynku, u jednego z handlujących, swoje buty, które miały jakiś charakterystyczny szczegół i w ten sposób wpadli. Dostali po pięć lat, wyszli po czterech za dobre sprawowanie. Ten Krauze złapał chyba bakcyla bo obecnie prowadzi handel obwoźny butami tyle, że nowymi. O Szwichtenbergu słuch zaginął. Wyprowadził się z Kościerzyny, tamtejszy komisariat nie posiada o nim żadnych informacji. Poszukam jeszcze w biurze meldunkowym.
Borewicz skrzywił się, jakby napił się ciepłej wódki.
- Trzeba będzie odnaleźć tego drugiego gagatka i koniecznie przyjrzeć się temu Krauze. Skoro teraz sprzedaje buty, to może nadal uprawia swój proceder sprzed lat?- powiedział.
- I sądzi pan, że ten Krauze jeździ po całym Wybrzeżu i zabija młode kobiety po to, by ukraść im buty?- prychnęła pani prokurator.- Liczyłam na jakieś konkrety, a komisarz Borewicz snuje tu jakieś fantasmagorie!
- Ja wcale nie twierdzę, że Zenon Krauze zabija kobiety dla ich butów, bo jak dotąd nie mieliśmy informacji o takich przypadkach. Uważam jednak, że skoro upodobał sobie ten asortyment, to może być po prostu fetyszystą damskiego obuwia i niewykluczone, że znał denatkę i że to właśnie on wyczyścił mieszkanie z obuwia. Ale, powtarzam, to są jedynie moje hipotezy, a żeby je potwierdzić, musimy przyglądnąć się bliżej panu Krauze.
- Jak to jest fetyszystą? – Zubek po raz kolejny zmarszczył nos i obdarzył ich swoim na wpół inteligentnym spojrzeniem.- Nie bardzo rozumiem, o czym tu się mówi?
Borewicz sapnął zniecierpliwiony, Wołczyk kurtuazyjnie spuścił wzrok na papiery leżące na biurku, a Ewa i pani prokurator spojrzały na siebie znacząco.
- Gdyby pan częściej zaglądał do słownika wyrazów obcych to pewnie by pan wiedział, że fetyszysta to człowiek osiągający satysfakcję seksualną na przykład podczas obcowania z przedmiotami należącymi do innej osoby, miedzy innymi bielizną, butami- wyjaśniła Ewa i spojrzała cierpko na Zubka. Mimo swojego łagodnego, mało konfliktowego usposobienia, od czasu do czasu nachodziła ją ochota, by przywalić staremu piernikowi w tą pustą mózgownicę.
Zubek nadął się, chrząknął i już szykował się do riposty, ale Wołczyk odezwał się pierwszy i zażegnał rodzący się konflikt.- No, tylko bez awantur proszę! Wracając do sprawy, trzeba wziąć tego Krauze pod obserwację, koniecznie ustalić miejsce pobytu Szwichtenberga, przejrzeć te filmy znalezione u zamordowanej no i pośpieszyć naszych speców od komputerów. Te wykasowane dane mogą rzucić całkiem nowe światło na dochodzenie. Jednak w pierwszej kolejności przesłuchaj tego Renusza. Może on wniesie coś nowego do sprawy.
- Są jeszcze ślady krwi, naskórka i spermy – przypomniała Ołdakowska. – Dobrze by było zdobyć materiał porównawczy. Ponieważ w grę raczej nie wchodzi kobieta, na wydatną pomoc komisarza Borewicza raczej nie możemy liczyć…
- A ja bym najpierw przyjrzał się temu kierowcy z PKA, Miotkowi- Borewicz puścił złośliwość mimo uszu. – Ja rozumiem, że kierowca powinien być spostrzegawczy i mieć oczy dookoła głowy, ale wydaje mi się, że on coś za szybko rozpoznał Ryszkowską na zdjęciu.
- Sam mówiłeś, że obsługuje ta trasę od dłuższego czasu, a ona często korzystała z komunikacji… Po prostu, ładna, atrakcyjna dziewczyna wpadła mu w oko… - Ewa była skłonna zbagatelizować ten fakt, ale Borewicz nie ustępował.
- Masz rację, Ewa, to wszystko prawda, ale moja intuicja podpowiada mi, że coś tu jest dziwne… Zgoda, mogła mu się podobać, ale który facet zwraca uwagę na ubiór kobiety, a już szczególnie na buty? A on wyraźnie określił, w jakich butach była w piątek Ryszkowska.
- No i znowu te buty!- żachnął się Zubek.-Czy wy, komisarzu, nie macie już innych zainteresowań?



Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
jelcz392 · dnia 12.09.2011 09:29 · Czytań: 971 · Średnia ocena: 0 · Komentarzy: 0
Komentarze

Ten tekst nie został jeszcze skomentowany. Jeśli chcesz dodać komentarz, musisz być zalogowany.

Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
EDyta To
25/02/2024 19:34
Stęskniony Wiosny Zbysiu, dziękujemy za miły komentarz i… »
Zbigniew Szczypek
25/02/2024 13:58
Florianie Tekst specyficzny, jak to u Ciebie. Nie będę się… »
Florian Konrad
25/02/2024 12:09
No, fakt, jego dzieła są nieco przydrogie :) Również nie na… »
Zbigniew Szczypek
25/02/2024 00:28
Florian !!! E.A.Poe to jeden z moich ulubionych autorów,… »
Florian Konrad
24/02/2024 23:27
Anioł dziwnych przypadków ? Jeśli o niego chodzi -… »
Zbigniew Szczypek
24/02/2024 22:26
Jacku To bardzo się cieszę i piję zdrowie Twoje i Kazia nie… »
Zbigniew Szczypek
24/02/2024 22:19
Kaziu Tasz to szok! Ale wszystko, do końca?! No to jest… »
Jacek Londyn
24/02/2024 21:51
Zbigniewie, prześpię się z podrzuconą mi twoją krytyką.… »
Kazjuno
24/02/2024 21:43
Więc mówię na końcu: ocena ostateczna powinna brzmieć:… »
Zbigniew Szczypek
24/02/2024 20:43
Kaziu Nic się nie stało! Tak sobie myślę, że tam gdzie… »
Kazjuno
24/02/2024 20:26
Przepraszam. Zbysiu. Przeczytałem tekst jeszcze raz, już na… »
Zbigniew Szczypek
24/02/2024 19:47
Kaziu 1. Sam pewnie wiesz, że ciężko jest utrzymać stale,… »
Zbigniew Szczypek
24/02/2024 19:23
Jacku Rozumiem zamysł, nawiązanie do "K.S.P" ale… »
Zbigniew Szczypek
24/02/2024 17:40
Florianie Jeśli tak jest, to spodoba Ci się mój obraz,… »
mike17
24/02/2024 17:01
Człowiek, który się gniewa, sam się udręcza, bo? Bo nie… »
ShoutBox
  • Zbigniew Szczypek
  • 22/02/2024 23:33
  • I teraz dopiero, gdy byłem tu i tam, pozwolę sobie zaprosić Was do mnie, na "Bal". Z góry dziękuję, za odwiedziny ;-}
  • Zbigniew Szczypek
  • 22/02/2024 22:50
  • Hej! W tym "skansenie" chroboczą korniki - więc jeszcze żyje!
  • Kazjuno
  • 22/02/2024 13:52
  • Oby nie z mocą Covida. Część ucieknie w popłochu. Niektórzy przeciążeni intelektualnie mogą powiększyć grona pacjentów zakładów psychiatrycznych. Tym zalecam mokre kompresy na rozpalone czoła.
  • Kazjuno
  • 22/02/2024 13:45
  • Sorry za literówkę. "Macie", a nie "Maci"!
  • Zbigniew Szczypek
  • 22/02/2024 13:44
  • I tu Ci Kaziu przyklasnę - brawo! "Zarażmy" towarzystwo PP nową "pandemią" ;-}
  • Kazjuno
  • 22/02/2024 13:09
  • Maci rację Pliszko Zbyszku. Szczypku. Może właśnie my (bo też ostatnio dorzuciłem pięć groszy) ponownie obudzimy z letargu PP rozleniwione towarzystwo? Szkoda było patrzeć, jak marniało w oczach.
  • Zbigniew Szczypek
  • 22/02/2024 12:48
  • Zgadzam się z Pliszką. Gdy tu się działo - komentarze/rady{kilkadziesiąt dziennie) - PP żyło, przyciągając także młode pookolenia, radosną dyskusją na temat literatury wszelakiej. Był taki gwar!
  • pliszka
  • 22/02/2024 12:26
  • Nie nazwałabym tego skansenem. Jako przedstawicielka młodych zaryzykuję stwierdzenie, że to społeczny charakter i duża interaktywność przyciąga moje pokolenie. Młodzi są tam, gdzie się dużo dzieje.
  • Redakcja
  • 22/02/2024 10:23
  • Młodzi siedzą na Wattpadzie i TikToku. Dla nich jesteśmy skansenem ;-)
Ostatnio widziani
Gości online:26
Najnowszy:joanna_wie