Poezja Jana Twardowskiego - Rafal Sulikowski
Publicystyka » Eseje » Poezja Jana Twardowskiego
A A A
Wątki ateistyczne w poezji ks. Jana Twardowskiego.
Próba pogłębionej analizy.

Poezja znana i lubiana. Poezja pozornie łatwa, niemal dziecięca, lecz tak naprawdę trudna. Pełna paradoksów, stąd też nic dziwnego, że można w niej znaleźć rzeczy, które z byciem osobą duchowną raczej się nie kojarzą. Można uznać, że poezja to – jak pisze w najnowszej książce o poecie młoda badaczka – paradoksalna. Autorka tytułuje swoją książkę „Ksiądz-paradoks” i ma sporo racji. Nie bez przesady należy uznać, że paradoks jest jednym ze sposobów ogarnięcia skomplikowanej rzeczywistości XX wieku, kiedy żył i pisał ksiądz Jan.

Nie jest to poezja dewocyjna, chowająca się bojaźliwie za systemem dogmatów, wierzeń i zwyczajnych przesądów. Daleko tu od bigoterii, taniej dewocji, jaka zalewa poezję religijną od lat. Tak jakby autorzy ckliwie sentymentalnych wierszyków nie chcieli samodzielnie myśleć, poszukiwać prawdy za wszelką cenę – nawet kosztem odejścia od starodawnych, postarzałych dogmatów. Oczywiście – ksiądz Jan nie jest ateistą. Nie pozwala mu to na to nie tyle jego rola społeczna, ile wybitna wrażliwość na cierpienie świata i jego wysoka inteligencja. Widzi jednak pozytywną rolę ateizmu, dostrzega złożoność wiary, trud duchowości zaawansowanej. Przejdziemy teraz do szczegółowej analizy poezji, aby nie być gołosłownym.

W bardzo wielu miejscach mówi nam poeta o niewierze. Jednak nie jest to wulgarny ateizm praktyczny spod budki z piwem, ani rodzaj filozoficznej mody postmoderny. O ile ateiści zazwyczaj cieszą się, że pod nimi nie ma żadnych czeluści piekielnych, a nad nimi nieba, o tyle ksiądz cierpi z powodu nieobecności Boga. To trudna niewiara – „w ile rzeczy trzeba nie wierzyć, żeby uwierzyć”. (Cytaty podaję za tomem „Nie przyszedłem Pana nawracać”). Gdzie indziej twierdzi, że „Bóg się ukrył, aby świat było widać”. Ponadto „Bóg jest tak wszechmogący, że może nie być”. Jest i jednocześnie Go nie ma. To największy paradoks, znany tradycji teologii negatywnej, orzekającej czym Bóg nie jest w przeciwieństwie do klasycznej teologii atrybutów boskich. Bo można jedynie przez negację – kim Bóg nie jest, np. Bóg nie jest nienawiścią – dotrzeć do wiary oczyszczonej przez cierpienie „nocy ciemnej”.

Bóg się ukrywa – to fakt. Zmysły i rozum – zawodzą. Zbliżyć się do Niego, to zdecydować się na nicość i pustkę. Nie tyle buddyjską nirwanę, choć można by dyskutować tutaj, czy nie ma jakichś idei zbieżnych, ile tradycję mistyki nadreńskiej – „Bóg to Nicość”. Daleko tu jesteśmy od lęku ateistów czy rozpaczy Nietzschego, któremu „Bóg umarł”, a co chętnie podchwycili egzystencjaliści w połowie XX wieku, zaraz po tragedii wojennej. Jak może Bóg nie reagować na zło? Może i nie może. Czy powinien być aż tak cierpliwy? I tak i nie. Posługuje się ludźmi, którzy mogą wybierać dobro. Ale Bóg Twardowskiego nie reaguje. „Nie leczysz raka” – powie wprost. To trudny Bóg, nie ten słodki Jezusek z sercem gorejącym, znany z dewocyjnej sztuki baroku. To Bóg pustki, wydarcia serca, opuszczenia, samotności, ktoś, kto nie tyle – jak chcieli deiści – stworzył świat i odszedł, co pojawia się przez paradoksalną tęsknotę. „Już wierzysz, kiedy cierpisz, że Go nie ma”. To chyba sedno wiary księdza. Jest to smutek, że Go nie ma, a nie poczucie radosnej ulgi – uff, róbta, co chceta.

Byli i wrogowie jego poezji. Jego „Bóg uśmiechnięty” nie podobał się różnego rodzaju rygorystom i moralistom. „Na końcu zbaw teologów” – napisać takie słowa to prawie pozytywne bluźnierstwo, niszczące uświęcony porządek społeczny, w którym kapłani i teologowie mają władzę, bo wiedzą coś, o czym nie wie szary katolik. A Twardowski daleki jest od banalnego rygoryzmu, moralizowania i sprowadzania wiary do etyki. Religia jako kodeks prawny przeraża księdza, na równi ze złem świata. Bo co to za sztuka wejść na ambonę i prawić morały? „Nie przyszedłem pana nawracać” – po prostu „usiądę przy panu i powiem, że ja ksiądz wierzę Bogu jak dziecko”. To dzieci sprawiają kłopoty dorosłym niewygodnymi pytaniami. Ale to właśnie dzieci wchodzą do królestwa, jak uczył Jezus. To dzieci bywają krnąbrne, zbuntowane, niegrzeczne – i tak ma być. Bo sztywne podejście do wiary nie interesuje księdza. Nie o to chodzi. Raczej o zdobycie samodzielności, niezależności i wolności. Jeśli fakty nie zgadzają się z dogmatami, tym gorzej dla dogmatów – zdaje się twierdzić ta poezja. „Bóg i nie wierzyć czasem dozwoli” – konstatuje ze spokojem poeta, odcinając się najwyraźniej od fundamentalistów, którzy każą wierzyć non-stop, zawsze i wszędzie, bez wytchnienia. Czasem jest „smutno, duszno i ciemno”, ale to normalne – nie może cały czas świecić słońce, bo groziłoby to duchową spiekotą.

Zarazem poeta szuka „zwykłej prostej wiary dziecięcej”, która nie ma nic wspólnego z rygoryzmem, wstydem, obłudą i hipokryzją oficjalnych przepisów, rytuałów i obrzędów. Kiedy do księdza przychodzi dawny uczeń z katechezy i mówi: „już nie potrafię dłużej się modlić – straciłem wiarę”, to ksiądz nie krzyczy i nie moralizuje, ale współczuje: „odszedł, a w duszy mojej się stało pusto i ciemno”. To by wskazywało na pewną zależność wiary duchownych od wiary świeckich – kiedy ktoś traci wiarę, to jest to problem wspólny. Ale problem, a nie grzech – to novum w tej poezji i w ogóle posoborowym klimacie dialogu z niewierzącymi. Bo Chrystus zbawia także „ przez chorób nie wyleczenie” i „heretyków bezradne szukanie”, ale nie tylko, bo czytamy też, że zbawia przez „niespełnienie cudu”.

Jezus jest przez „wierzących jeszcze nieznany”, co w tamtych czasach graniczyło z blasfemią, liczy się odwaga szukania prawdy, a nie udawanie wiary na pokaz, dla sąsiadów i ze strachu przed grzechem i karą. Bo to „wielcy grzesznicy” mają po rozgrzeszeniu „noc cichą”, a małych skrupulantów „niebo goni spadających gwiazd smugą”. Bo to „anioł pookrywa skrupulatów bezsennych”, gdyż można „nie mówiąc pacierzy po prostu w Niego uwierzyć”. Rytualizm, formalizm i inne zewnętrzne przejawy wiary są nieistotne. Ksiądz potwierdza to swoim autorytetem kapłana, aby ulżyć tym, których męczy sumienie. Ksiądz odważnie staje po stronie miłości i ducha, a przeciw całej oprawie ceremonii, nabożeństw, rytów, liturgii i wszystkiego, co jest literą. W wierszu o tytule „Do kaznodziei” wprost apeluje się o to, aby nie straszyć: „Na rekolekcjach nie strasz śmiercią / nie dręcz babek, dziadków czcigodnych, oblubienic w kapeluszach modnych rozmodlonych przed poślubną podróżą / Nie o śmierci mów z ambony – o życiu”.

Bóg ukrywa się w „ogromnej ciemności”, co stanowi kolejne novum, ponieważ tradycyjnie i nieco atawistycznie ludzie traktują ciemność jako coś negatywnego. Tu nie – ciemność to jakby słynny „obłok niewiedzy”, który zasłania, przesłania i tylko prześwituje przez niego promyk. Dzieci, które „przychodzą do matki i mówią – straciliśmy wiarę” nie są wyklęte, lecz wprost przeciwnie: „szlachetni czuli nie dotknęli grzechu”. Wszystkie pobożne książki to „robactwo druku”, rzeczy nieistotne, które należy ignorować: „Ile napisano pobożnych książek – droga do siódmej twierdzy komentarze do komentarzy analizy ucha igielnego”. Ocena dogmatyków, moralistów, kaznodziei, apologetów, filozofów, a nawet męczenników i skrupulatów jest konsekwentnie w tej poezji negatywna. Chcą dobrze – wychodzi im źle. To „oczytani analfabeci”, co jest wycieczką pod adresem środowisk katolików inteligenckich, ale również katolicyzmu masowego w wersji masowej, tego wiejskiego: z atmosferą zakrystii, plebani i dróżek dokoła kościoła. To wszystko ocenia poeta zdecydowanie na nie, ponieważ broni prawa do niewiary, do wolności, do wzięcia życia w swoje ręce, a nie ciągłego zgadzania się z domniemaną wolą boską. Mocne słowa o „wiernych, którzy się nienawidzą w tramwajach” to zdecydowany sprzeciw wobec współczesnego faryzeizmu, którego nie brakuje.
Ma się wrażenie, że nadal panują prawa starotestamentowe – oko za oko, gromy z nieba, groźby, ostrzeżenia, przestrogi – słowem: coś w rodzaju psychozy, z którą szalenie trudno sobie poradzić. Należy jednak podejmować walkę, choćby piórem, choćby dobrym, ciepłym słowem, przytuleniem, wsparciem, a najlepiej – czynem. Poeta nie mieści się w żadnym nurcie teologii – nie jest zwolennikiem hasła „hulaj dusza, piekła nie ma”, ale nie pozwala za pomocą wizji piekielnych sprawować „rządy dusz”. Nie pozwala, bo świat został obdarzony autonomią – ludzie nie są marionetkami, mają wolną wolę i mogą sami brać los w swoje ręce.

Wiersz „O uśmiechu w Kościele” zdecydowanie domaga się więcej radości w kościołach, więcej spokoju, zaufania i nadziei, mądrego optymizmu. Mam wrażenie, że poetycki projekt Twardowskiego to wspaniała odtrutka na znane dobrze bolączki polskiego (i nie tylko) katolicyzmu, wciąż szamotających się ze sobą ludzi. Ludzi, których jedynym przeżyciem religijnym jest lęk, prowadzący w skrajnych wypadkach do gabinetów psychiatrycznych. „Sakrament uśmiechu” – powiedziałby fundamentalista, że to przesada, jednak Teilhard de Chardin mówił jeszcze odważniej o „sakramencie wszechświata”.

Jednak niewiara na dłuższą metę może męczyć – stąd pozostaje tęsknota za tym, aby Bóg choć na chwilę pokazał się w kościele: „pokaż się choć na chwilę w kościele”. Niestety, nie jest to raczej realne, bo „cud chciałby pomóc, a szkodzi”, jak czytamy w innym miejscu. Poeta „świeci nawet niewierzącym”, bo oni są szczerzy i prawdziwi, jak ewangeliczny apostoł, który nie mógł uwierzyć. Ateizm jest rodzajem niemocy, a nie złą wolą: słusznie mówią, że gdyby istniał jeden mocny dowód, nie do odparcia, uwierzyliby. Czy jednak świat bez niewiary byłby naturalny? Czy byłby dobry? A może nastąpiłaby walka tych, co wierzą mniej i tych, którzy są jakimiś guru? Od fundamentalizmu niestety blisko do mentalności sekciarskiej o „jedynej, słusznej prawdzie”. Wiadomo, czym to się może skończyć. Nie da się odpowiedzieć na wszystkie pytania. Odpowiedź przychodzi późno, czasem wcale. Jednak to jest nie tylko normalne, ale wręcz pożądane. Chroni ludzką godność, zagrożoną tymi, co chcą mieć „rząd dusz”, wpływy i autorytet.

Kiedy ktoś „napisał tylko ‘Bóg’” i nic więcej, okazuje się, że „jeszcze za dużo napisał”. Słowa wobec tajemnicy nie zdają egzaminu. Pisząc wyraża się tylko połowę, podobnie jest z mową, kazaniami, przemowami i innymi okazjami do promowania siebie. Pesymizm może czasem ocalić zbytnią pewność siebie, zadufanie we własne przekonania i chęć nawracania całego świata. Pozwolić żyć – oto najgłębsze przesłanie tej pięknej poezji. Pojęcie „świętego luzu”, dawniej niemożliwe w ramach poetyki przedsoborowej, jest jak najbardziej na miejscu tutaj. To projekt odejścia od wojen krzyżowych, inkwizycji, indeksu ksiąg zakazanych i wielu innych wymysłów ludzkich sprzed reformy soborowej.

Projekt także wyprowadzenia sacrum z kościoła: „Nie spowiadaj tylko w kościele ale także pod miejskim zegarem”. Myśl dawniej nieprawdopodobna. Odważna. Przyszłościowa. „Jak często trzeba tracić wiarę urzędową”. To proste stwierdzenie oddaje sedno rzeczy – między wiarą a praktyką może być coś jeszcze. Lepiej być niepraktykującym, dobrym wierzącym niż – praktykującym niewierzącym, jak dowcipnie powiedział pewien kapłan. „nie jest wszystko tylko białe albo czarne”; „jesteśmy w kratkę”; „czy tylko przez oficjalną bramę?”. Pojawia się problem „niewiary”, która polega na utracie pozornej wiary, aby zyskać prawdę i wiarę paradoksalną. Tylko w katechizmie jest odpowiedź na każde pytanie. Poeta jednak katechizm ocenia bardzo nieprzychylnie – jako pewien społeczny konsensus, konstrukt i umowę. Bo to „kamień mówi wiedzącym na pewno przyjdź tu po trzystu latach wtedy pogadamy”. Poeta daje pozwolenie na błąd, grzech, samodzielne szukanie poza różnymi kongregacjami, raportami o stanie wiary i innymi oficjalnymi półprawdami: „można nawet zabłądzić”. Bez błędu nie byłoby dobrze, co nie znaczy, że nie należy pracować nad sobą. Należy. Ale bez nieustannego bata nad głową, bez ognia i miecza, nawracania siłą i bez strachu.

„drzewa po kolei wszystkie niewierzące ptaki się zupełnie nie uczą religii pies bardzo rzadko chodzi do kościoła / a takie wciąż czyste” – wydaje się: nic dodać, nic ująć. Poeta jakby chce pokazać jasną stronę niewiary, zwykle postrzeganej jako zagrożenie. I pokazać też ciemną stronę wiary – stosy, tortury, wyprawy krzyżowe, święte wojny, wszelkie krucjaty. Bo trzeba stracić wiarę, aby zyskać coś innego niż tanią pociechę w życie pozagrobowe w otoczeniu jasnych pól elizejskich. Bo zwątpienie prowadzi do milczenia, a tam – zaczyna się wiara na nowo, już inna, lepsza, oczyszczona, piękniejsza, mniej interesowna. Bardziej ludzka, mniej – anielska.

Tu dochodzimy do najmocniejszych, biorąc pod uwagę, kim jest poeta „z zawodu”, tekstów: „Tak w Pana Boga uwierzył, że mógł się modlić jakby Go nie było i widzieć smutek ogromny na polu.” „Wierzyć – to znaczy nawet się nie pytać jak długo jeszcze mamy iść po ciemku”. Kolejny raz okazuje się, że ciemność, noc, mrok mogą spełniać dobrą rolę. Wierze dla równowagi musi towarzyszyć niewiara. Bez niewiary świat byłby dużo gorszy. Tajemniczy wers „przecież nawet Bóg podobny do Boga nie istnieje”, a także inne hipotezy to przepiękna lekcja odwagi, bezkompromisowości, naturalnej harmonii i pogodzenia z „rzeczy porządkiem”. I wreszcie sedno wiary ks. Twardowskiego, kiedy czytamy, że „Bóg jest tak wielki że jest i Go nie ma tak wszechmogący że potrafi nie być”.

Tutaj kontekstem może być koncepcja „zaćmienia Boga” Martina Bubera czy „nieuświadomiony Bóg” Victora Frankla, wybitnego psychologa. Czasem profanum bierze odwet na sacrum, kiedy to drugie przez długi czas prześladowało to pierwsze. „Bóg tak wielki że czasem Go nie ma” jest mniej groźny. To nie starotestamentowy Jahwe, który pojawiał się w gromach, lecz łagodny Ojciec z przypowieści, pojawiający się raczej w delikatnym wietrzyku. Naprawdę musi w życiu czasem wszystko się zawalić, żeby nadeszła wiara żywa. Tylko to, czego brakuje, czego nie ma – jest prawdziwe. Dochodzimy tutaj do problemu „filozofii obecności” – tradycyjnie Bóg był nie tylko w niebie, ale wszędzie. Prowadziło to czasem do panteizmu i fideizmu. Tak naprawdę trzeba przejść etap niewiary. Są ludzie, którzy nie potrzebują Boga. I należy im się szacunek, podobnie jak wierzącym. Nauka tolerancji nie jest łatwa. Ale jest jedyną okazją, aby nadeszła miłość: „broniłem tak gorliwie Boga że trzepnąłem w mordę człowieka”. Mocne. Tak. Ale poezja ta dotyka spraw wielkich. I tu trzeba odwagi. Bo przecież najgorszym wrogiem człowieka jest nie ateizm, ale lęk przed groźnym bóstwem.

„Mój Bóg jest głodny” – powie poeta i nie chodzi o efektowną metaforę. To nie tryumfujący Sędzia, lecz ktoś, kto żebrze o miłość. „Tylko Bóg jest wciąż jeden jakby go nie było”, zarazem jednak „nigdy samotny”. Słowo jakby pokazuje, że wątek niewiary jest rodzajem chwilowego postoju w pielgrzymce. „Pan Jezus niewierzących wszystkich nas połączy” – nie powinno się prawić kazań, lecz rozmawiać, dyskutować, wsłuchiwać się w to, co mówi ktoś Inny. Poeta broni „wiary malutkiej”, która nie powoduje paraliżu duchowego. „Ile to razy nawet nie wierząc spotykamy się w innym świecie”.

W tekście „Apostołowie niewiary” czytamy, że niewiara „niesie także swój krzyż”. Jest to docenienie faktu, że cierpienie, które spotyka niewierzących ma moc zbawczą tak samo, jak wierzących. Piękno jest wtedy, gdy Bóg jest Nieobecny. Dlaczego? Bo zbyt mocne światło oślepia: „wiara niepewna gdy niewiary nie ma”. Trudno o większy paradoks. Omawiany tomik nie daje ostatecznej odpowiedzi – zostaje szamotanina: „a jeśli jest – a jeśli nie ma”.

Wydaje się, że omówione wątki ateistyczne pełnią ważną rolę w projekcie poetyckim ks. Jana Twardowskiego. Czytelnicy różnie reagują na obecność wahań i wątpliwości. Chciałem tylko pokazać, że poeta to człowiek mądry, spokojny, nie chcący nikogo siłą przekonywać. Prawda bowiem sama się obroni.

Rafał Sulikovski
Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
Rafal Sulikowski · dnia 28.11.2011 19:50 · Czytań: 4438 · Średnia ocena: 0 · Komentarzy: 4
Komentarze
Elwira dnia 03.12.2011 20:35
jak pisze w najnowszej książce o poecie młoda badaczka - tak, a ta babeczka ma nazwisko? Bo jednak podobne stwierdzenie nie bardzo pasuje do analizy literackiej
I skrótowce też są tu nie na miejscu. Moim skromnym zdaniem.
Co do samej rozprawy, to jednak nazwanie tych wątków ateistycznymi jest chyba za daleko posuniętym wykroczeniem. To są wahania ludzkiej duszy, których doświadcza każdy, nawet kapłan. Nie znaczy to, że są ateistyczne,. może świeckie, osoba duchowna też je przeżywa, też ma rozterki. Moim zdaniem poezja Twardowskiego jest bardzo ludzka, właśnie dlatego, że jest lekka, pokazuje załamania, prosta, ale nie prostacka, mądra w prostych słowach. Natomiast słowa ateizm bym nie użyła.
Pozdrawiam.
mariamagdalena dnia 06.12.2011 02:28
dobra próba, ciekawy - bo i niesztampowy - motyw
brakuje Ci jednak obejścia w temacie i znajomości tak autora, jak i mistyków, do których próbujesz się odwoływać
fragment zaczynający się od "tu dochodzimy..." ma błędy merytoryczne, związane z wyrwaniem tekstu z kontekstu i usilnym naginaniem autora słów do własnej filozofii
założenia całości eseju w moim odczuciu są bezcelowe, a ostatni akapit to, cóż, gwóźdź do trumny...
nie tym razem, niestety - jakkolwiek próbowałeś bardzo dobrze
napisz coś w innej tematyce, w której będzie Ci swobodniej
pióro masz dobre, więc liczę na udany tekst
pozdrawiam
Rafal Sulikowski dnia 06.12.2011 13:27
dziękuję za uwagi. Jest to tekst eseistyczny, nie stricte naukowy, zatem pozwole sobie go pozostawić w przedstawionej tu formie...ale rad jestem, że budzi kontrowersje, jak każdy dobry tekst ;)
mariamagdalena dnia 07.12.2011 01:52
nie budzi kontrowersji, budzi wytknięcie słabości, nie myl tego.
niezmiennie czekam na coś lepszego spod Twojego dobrego pióra
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
Afrodyta
07/08/2022 20:37
Przeczytałam obie części Twojej opowieści i przyznaję, że… »
wolnyduch
07/08/2022 20:19
Piękny, poruszający prawdą życiową wiersz. Dobrego wieczoru… »
wolnyduch
07/08/2022 20:16
Wymowny tekst, w ciekawej formie, smutne jest to, iż to… »
wolnyduch
07/08/2022 20:07
Wiersz msz zawsze aktualny, to prawda, że młody kwiat często… »
Afrodyta
07/08/2022 20:01
Tekst wciąga w swój świat, świat wypełniony jakimś… »
Afrodyta
07/08/2022 19:44
Opowiadanie przeczytałam z przyjemnością, jest w nim… »
Klusek
07/08/2022 09:40
Dziękuję pięknie za miłe słowa :) Nie zamierzam, plan był… »
G.G
06/08/2022 23:05
skroplami Przepraszam za zwłokę z odpowiedzią. Obowiązki… »
wolnyduch
06/08/2022 22:59
Wiersz jak dla mnie trudny do komentowania, intryguje mnie… »
K.i.r.o
06/08/2022 20:47
O lol. Na początku odpuściłem, kiedy zobaczyłem słowo Kurwa.… »
wolnyduch
06/08/2022 20:34
Dla mnie piękny, niezwykle kobiecy wiersz miłosny, który nie… »
wolnyduch
06/08/2022 20:28
Wybacz, leniwie podpiszę się pod komentarzem Zoli111, bowiem… »
wolnyduch
06/08/2022 20:21
Urokliwe to dziczenie, smutne, wymowne i pięknie oddane… »
Jacek Londyn
06/08/2022 20:09
Litości, viktorio12! Oczywiście w opisach… »
wolnyduch
06/08/2022 20:08
Witaj tetu Dziękuję za wnikliwy komentarz, cóż może to i… »
ShoutBox
  • Darcon
  • 14/07/2022 20:17
  • Mało osób ma czas na "betowanie", ale możesz przysłać mi na priv opowiadanie, które skasowałaś. Sprawdzę, zasugeruję i uzasadnię półkę, tylko nie od razu. Dwa w jednym, coś jak szampon. ;)
  • Wiktor Orzel
  • 12/07/2022 08:09
  • Nie czytamy wszystkich komentarzy, bo nie mamy na to czasu. Twój akurat mi się rzucił w oczy, to nic osobistego. ;)
  • ApisTaur
  • 01/07/2022 22:13
  • W sezonie ogórkowym, tłok tylko na plażach ;)
  • Materazzone
  • 28/06/2022 17:24
  • Dawno mnie tu nie było. Strasznie mało tu życia jest :(
Ostatnio widziani
Gości online:0
Najnowszy:Usunięty
Wspierają nas