Cosmic Gate - valdens
Proza » Przygodowe » Cosmic Gate
A A A
Na imprezę na zamku wybierała się szlachta z całego Pomorza. Rycerze zza siedmiu gór i rzek nadjeżdżali w swych wypolerowanych, metalicznych karocach ciągniętych przez setki mechanicznych koni.
Agnieszka - moja dziewczyna - nigdy nie przepadała za muzyką techno, ale za to uwielbiała zamki. Chyba tylko dlatego udało mi się ją namówić.
Była prawie gotowa. Wyglądała diabelnie bosko - cała na czarno. Czarne paznokcie, jakby zmiażdżone drzwiami, ciemne cienie pod oczami i usta na ciemno - zupełnie jakby dostała niedawno porządne lanie.

- Co się tak gapisz?
- Dobrze wyglądasz.

Tylko z włosami nie wiedziała, co zrobić. Ciągle coś poprawiała. Na jej dłoniach połyskiwały ciężkie pierścienie. Było ich więcej niż palców, a każdy o jakimś magicznym znaczeniu i mocy. Na szyi wisiorki równie czarodziejskie - pentagramy, wahadła, oczy Horusa i krzyże różnych rodzajów, z wykluczeniem chrześcijańskiego. Na ten akurat miała alergię.
Generalnie wyglądała elegancko i bardzo modnie, obawiałem się jednak, że po grzybach mogę się przestraszyć tej elegancji i mody. To dziwne narkotyki. Nie sposób ich rozgryźć do końca. Czasem robią z ciebie bohatera, tak że nie boisz się niczego i nawet ze śmiercią za pan brat, a czasem, jak smerf - chowasz się przed Gargamelem, jakby potrafił wyskoczyć z telewizora. Ale czy nie potrafi? Po grzybach wszystko jest możliwe. Wie o tym każdy, kto próbował.
Ja już wcześniej, bo od czwartku mówiłem, że to nie najlepszy pomysł - jedzenie "halucypków" na tego typu imprezie. Rex - Magdy chłopak - wiedział jednak lepiej. Uparł się: "Albo grzyby albo... nie jadę. I chuj." Tylko laskom nieco odpuścił; mogły zjeść piguły. On był kierowcą, jego autem jechaliśmy, on ryzykował najbardziej... Zgodziliśmy w końcu na te szalone warunki.
Kiedy już w drodze poprosił mnie żebym otworzył schowek i wyszukał płytę Chemical Brothers, odkryłem, że sprawa może być jeszcze poważniejsza niż przypuszczałem. Oczy mało nie wyskoczyły mi z orbit! Cała galaktyka przymulaczy i rozśmieszaczy! Mieliśmy dwie torby trawy, 50 tabletek extasy, 5 znaczków LSD, 200 zasuszonych grzybków, pół solniczki kokainy. W bagażniku był ponoć litr Tequili, litr rumu i skrzynka piwa. Od razu stały się dla mnie jasne dwie sprawy: że koleś handluje i że jest grubo. Nie uwierzę, że to na własne potrzeby, no chyba że ostro z Magdusią zapierdalają. Suma summarum, nie trudno zauważyć, że od kiedy się poznali, to Magda nie odpuściła żadnego weekendu - zawsze jakaś balanga. Wcześniej kujonka w okularach, dziś techno-maniaczka w białych rękawiczkach. Z tego, co wiem uczyła się prawa, znała na pamięć wszystkie paragrafy kodeksu karnego, cywilnego i kto wie jakiego jeszcze. Znała. Dziś zna wszystkich DJ-ów, tytuły ich nagrań, zna wszystkie dragi, wszystkie łóżkowe pozycje. Z moją dziewczyną - Agą - znają się od dziecka, więc "w tajemnicy" mówi jej wszystko.


Byliśmy jakieś trzydzieści kilometrów od celu. Kierowca zatrzymał się na stacji, żeby napoić konie mechaniczne no i... zjeść, co trzeba było zjeść. Jednogłośnie uznaliśmy, że to najlepszy czas i dobre miejsce. Dojedziemy na biesiadę akurat jak wszystko się przegryzie, zacznie działać i wejdziemy już na wesoło. Dziewczyny zachowały się jak damy - z gracją połknęły po dwie pixy, popijając mineralną.
Przyszła kolej na nas. Jedzenie grzybków nigdy nie było dla mnie przyjemne; żując te małe trujaki często napinało mnie, zbierało na wymioty. Nie wiem dlaczego. Wcale nie były niesmaczne; smakowały, jak zwykłe, surowe grzyby, jednak każda następna porcja tych małych skurwysynków wstrząsała moim ciałem, podobnie jak wstrząsa kieliszek wódki.
No, ale jakoś to poszło. Zjedliśmy po pięćdziesiąt sztuk popijając piwkiem, po czym zarzuciliśmy po miętowej gumie do żucia i w drogę.
Te pierwsze trzydzieści minut jazdy na grzybach to istna gehenna. Biologia wykręca wnętrzności, chemia wygina umysł, tak że nawet drzewa przydrożne stają się zagadkowe, a niektóre nawet podejrzane. Nie jest do śmiechu, wcale nie jest. Przysięgam, że zastrzeliłbym wówczas tę chichoczącą z tyłu, nie wiedzieć z czego, Magdusię, gdybym miał pistolet. Wolałem jednak przeczekać, nie bić jej, nie krzyczeć. Jakby nie było, to zjadłem truciznę. Trzeba swoje wycierpieć i umrzeć, a potem zmartwychwstać i mieć święty spokój.

Dojeżdżaliśmy. Chodniki wokół zamku obstawiono autami wszelkiej maści, jakości i wielkości. Po ulicach już krzątał się kwiat młodzieży polskiej; księżniczki, błazny i pajace. Ktoś się odlewał pod murem, ktoś gwizdał, ktoś rozbijał butelkę na drodze. Magda śmiała się jeszcze głośniej. "Jej klimaty." Musiałem wyjść.
Rex zaparkował auto, wysiadł, zapytał, czy nie chcę zajarać. Powiedziałem, że chyba nie, czy coś w tym rodzaju, nie wiem, bo moją uwagę przykuły panienki stojące przy wejściu na dziedziniec. "Kurwa, czy im nie jest zimno?!" Ja ubrany kompletnie, a one prawie nagie w tych swoich letnich sukienkach, mini spódniczkach! "Widocznie przyzwyczajone do wystawiania tyłków na chłodzie."
A może to nie chłód, tylko grzyby trzęsły, albo adrenalinowy lęk na spotkanie z nieznanym? "Hmm?"
Wreszcie szanowne towarzystwo wygramoliło się z samochodu. Rexio z głupim uśmiechem przywitał mnie matrixowo: "Welcome to the real world". Zaraz! Czy "szanowne towarzystwo" nie wygramoliło się wcześniej? Rex nie proponował palenia wcześniej? Taa. Już porządnie się kiełbasiło.
Od tego miejsca nic nie jest pewne.

Za grubymi murami dudniły ciężkie basy, a na chmurach nad zamczyskiem tańczyły wielobarwne lasery.
Ustawiliśmy się w kolejce do wejścia. Tłok. Dookoła subkultura bananowa; chłopcy samoopalacza, nastoletnie lolitki; wytapetowane, wycackane, pachnące i się pchające, byle szybciej do środeczka. Do porzygania w tej orgii dezodorantów.
A Madzia wciąż piała, niczym kura, to z tego, to z niewiadomego; to ze mnie, to ze swojego chłopaka. No, ale miała nieźle w czubie, więc jej wybaczałem. Poza tym wyglądała mmm... jak różowa landrynka, cytrynka, malinka, brzoskwinka...
Tak się na nią zagapiłem, że nawet nie zauważyłem, kiedy znaleźliśmy się w środku. Czy płaciłem za wstęp? Czy dostałem pieczątkę na ramię? Nic nie pamiętam! "Za wszystko serdecznie żałuję." Pewnie Aga wszystko załatwiła i gra muzyka.

- Nawet o tym nie myśl - powiedziała Aga.
- Aga, co ty... mówisz?
- Widziałam, jak na nią patrzysz.
Odwróciłem głowę w stronę Magdy.
- Miaaaał... - Pokazując pazurki. Landrynka.
"No i zaczynają się przygody"

Dziewczyny, jakby nic się nie stało, chwyciły się za ręce i ruszyły do przodu, pod scenę.

- Wiesz, gdzie nas szukać, jakby co.
- Pod sceną, papa - dodała Magda.

Dobrze, że nie namawiały, żebym poszedł z nimi. Chyba by mnie te wielkie głośniki rozszarpały na strzępy, a na razie potrzebowałem czego innego. Potrzebowałem teraz chwili spokoju, odrobiny samotności. Musiałem trochę ochłonąć, odnaleźć się jakoś, zaaklimatyzować w tej techno-średniowiecznej rzeczywistości. Z daleka i tak widziałem dobrze, co się dzieje. DJ-e na scenie szaleli, przebrani za mnichów - w czarnych kapturach, obok nich dziewczyny w bikini i srebrnych płaszczach spacerujące z pochodniami. "Maj got!"
Cały dziedziniec skąpany w dymie, a w nim wszyscy ludzie. Podobno później mieli zasypać wszystko pianą. "Impreza na maksa. Ful wypas."

Stanąłem pod murem, by porozmyślać. Grzybki mają to do siebie, że otwierają w głowie nowe klapy i chce się myśleć. Nawet debil może wtedy odkryć teorie wszystkiego, antymaterii, pojąć czarne dziury, Trójcę, czy inne pierdoły. Inna sprawa, że nie słyszałem dotąd, żeby jakiś grzybowy projekt sprawdził się w realu.
Nie zważając na to, postanowiłem się przyjrzeć, co piszczy w trawie. Jak się wkrótce okazało, ona nie tylko piszczy, a żyje pełną gębą. Dosłownie! Nie tak jak żyją rośliny, ale tak, jak żyją ryby na przykład. Jak mgławice zielonych rybek. Zbawicielek.
Podobnie żyją damskie włosy. One, jak sardynki unoszą się na falach muzyki i każda niby oddzielnie, niezależnie, i każda z nich łatwa do zdobycia, ale to tylko pozory. One potrafią wyczuć myśliwców-rekinów przez pewien zmysł zbiorowości, a kiedy już to zrobią, to w ułamku sekundy, ustawiają się w boczkiem, tworząc wspólnie wieloryba, dinozaura i podobne diabły. Nie trwa to długo, ale wystarczy, żeby zbić z tropu, a tymczasem sardynki machają ogonkami i mówią "do widzenia".

- Jaki masz rozmiar stopy? - Ktoś przerwał mi badania.
- Zajebiście.
- Masz na imię Zajebiście?
- Zajebiście.
- Zajebiście. - I zniknął w dymie trzęsąc głową rytmicznie.

Dymu było pełno. W jego wnętrzu, oprócz włosów i trawy, pląsały różne światełka na kolory od a do zet. Każdy chciał się pokazać z najlepszej strony, każdy chciał być żywy i modny, ale żaden jakoś nie mógł się wybić ponad, bo wszystkie były wybite. Pełno było w tej mgle cudowności, które zapraszały palcem do środka. Trudno było się nie pokusić, ale nie łatwo też wejść. Jak tylko dałem krok - motylek, serce, kółko, kropka... na koszuli, na spodniach, usta na rozporku. "Dżizas!" Nie poddawałem się mimo wszystko, brnąłem dalej, a chwilę później zrobiło się miło, przywykłem. Wszystko wokół się cieszyło, podskakiwało. Gdzieniegdzie zgrabna nóżka na zgrabnym buciku, tu uśmiech, tam cycki, ktoś puszcza pawia, ktoś się całuje, ktoś bije lufę...

Dym gęstniał do nieskończoności. Przesadzali już z nim zdecydowanie. Nie mogłem już nawet chodzić, nie mogłem dać kroku. Nogi grzęzły, jak w bagnie, co przymarza na gwiazdkę, jak się kradnie choinkę i wpadnie. Czułem śnieg po kolana, a nawet po jaja. Dreptałem jak bocian, wysoko unosząc nogi, a szło i tak gorzej i gorzej. Dymu coraz więcej!
Chwytałem się za kostki, wyrywałem stopy z uwięzi, a śnieg sięgał mi teraz do nosa, potem do oczu, do czoła! To był już koniec. Zacząłem się modlić do Boga.
I zdarzył się cud:

- Co ty tu, kurwa, robisz?! - usłyszałem głos z góry.
- Pomóż, Boże.

Wielka dłoń zacisnęła się na moim karku i uniosła do góry, ponad chmury.
Zostałem uratowany.

- Żebym cię więcej nie widział w tej pianie! Zrozumiano?! - zapytał łysy bóg.
- Amen - odrzekłem.

Zjawiły się anioły.

- Gdzie jest Rex? - zapytał różowy.
- Jak jest!? - zapytał Anioł Śmierci.
- Hmm.

Rozbłysnęły wszystkie lampy całą mocą, wybuchnęły sztuczne ognie.

"Przywitajcie gwiazdę wieczoru! Uwaga, uwaga kochani! COOOOSMIC GATEEEE!!!"

Nie! Jak dla mnie to aż za pięknie. Popłakałem się ze szczęścia. Wyszedłem.

Już na zewnątrz wziąłem głęboki oddech i otarłem policzki. Po chwili poczułem, że chce mi się lać. Zaszedłem więc za róg i...spierdoliłem się kilka metrów ze skarpy. Małe niedopatrzenie. Wdrapałem się z powrotem i... usłyszałem coś. "Płacz?"
Pomyślałem, że jakaś skrzywdzona panienka beczy, bo fagas ją zostawił, czy coś podobnego. "Na pewno." Nigdzie jednak nie mogłem jej dojrzeć. Było ciemno, jak w wagonie murzyńskich dup. Spojrzałem do góry, bo zdawało się, że tam... "O w mordę!"
Stała jakieś piętnaście metrów nade mną, na murze! Dziewczyna w białej sukni.

- Złaź stamtąd idiotko!

Przestała płakać natychmiast, ale i muzyka nagle przestała grać, więc może ogłuchłem. Spojrzała na mnie, prosto w oczy, krzyknęła i... skoczyła. Skuliłem się odruchowo, żeby tego nie widzieć. Usłyszałem głuche uderzenie i chrupnięcie kości.
Otworzyłem oczy po chwili. Dziewczyna właśnie turlała się ze skarpy w krzaki i tam zatrzymała na amen. Ja zupełnie zdębiałem. Dłuższą chwilę stałem sparaliżowany i gapiłem się na białą plamę w zaroślach.
Zebrało mi się na wymioty, ale nie było na to czasu. Wziąłem się w garść i ruszyłem w stronę wejścia, do łysego ochroniarza, który już raz mi pomógł. W połowie drogi do celu zatrzymał mnie głos Agnieszki:

- Halo, halo, królewiczu. - Siedziała na niskim murku po lewej stronie. Obok niej Rex z Magdą na kolanach.
- Halo, halo, kurwa! Rex wstawaj! Wypadek był.

Znowu grała muzyka. Nie wiem, jaki debil wcisnął play.

- O czym ty gadasz? - powiedział spokojnie. - Gdzie?
- Panna młoda skoczyła z wieży zamkowej. Z tamtej. Trzeba karetkę... Policję... Wszystko. Lecę do ochrony!
- Przestań pierdolić, chłopie. Filmy tu wkręcasz.
- Sam pierdolisz. Mówię, że skoczyła, to skoczyła! Kurwa, rusz się, bo nie wiem...

A oni ciągle siedzieli tak, jak siedzieli. Jakby nigdy nic. Znieczulica!

- Chodź ci ją pokażę, ośle.

W końcu wstał. Pobiegłem za róg, niedowiarek za mną.

- Uważaj, bo spadniesz - ostrzegłem. - Stromo...
- No i? To tu? - zapytał.
- Patrz, tam na dół. Tam zleciała. - Pokazałem palcem.
- Nic tam nie widzę - stwierdził po chwili.
- No... ja też nie - przyznałem. - Ale musi tam być. Może... niżej spadła. - Pomyślałem. - Chodź.
- Jak jej tam nie będzie, to masz w ryj - poinformował. - Przysięgam.

Zeszliśmy, a właściwie ześlizgnęliśmy się, świniąc sobie buty, spodnie i ręce.

- I co? - Rex oświetlał krzaki zapalniczką. - Nic.
Światełko zgasło, a potem łup i błysk - kolega dotrzymał obietnicy. Skubaniec, trafił prosto w nos!

Wstałem po jakimś czasie. Napastnika już nie było, ale... nie byłem sam! O nie.
Po mojej prawej stronie, stała ona! Biała, jak śnieg, aż fosforyzująca. Całkiem blisko, na wyciągnięcie ręki teoretycznie, bo praktycznie nie wyciągnąłbym do niej ręki nawet za tysiąc złotych. Mogłaby obgryźć ze skóry i poprosić o drugą! Nie sposób opisać, jak się bałem. Chyba zsikałbym się w spodnie, gdybym nie sikał chwilę wcześniej. Bałem się nawet na nią patrzeć prosto, twarzą w twarz. Łypałem tylko kątem oka. Nie było nawet mowy o krzyczeniu, czy innym alarmie. Strach ruszyć okiem, palcem, rzęsą, a co dopiero szczęką. "Chryste ratuj!"

I w tym momencie stało się coś przedziwnego. Panna młoda poruszyła się, zawirowała w miejscu i wystrzeliła w górę, jak rakietka. Pozostawiła po sobie jedynie łagodny podmuch wiatru i ślad ślimaczego śluzu w kształcie zakręconego makaronu. Świderek wisiał sobie, najzwyczajniej w świecie, w powietrzu z początkiem metr nad ziemią, a końcem na chmurce ponad zamkiem. Tam też kończyły się inne lasery.

Naśliniłem palec wskazujący, zmazałem plamkę z chmury. Resztę znad krzaka starłem wnętrzem dłoni i nikomu już o tym nie mówiłem.
Aż do dziś.
Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
valdens · dnia 26.06.2008 12:23 · Czytań: 1635 · Średnia ocena: 4,13 · Komentarzy: 17
Komentarze
milla dnia 27.06.2008 12:00 Ocena: Świetne!
POd Twoim tekstem pojawiła się reklama sprzedaży grzybów i owoców leśnych:D
Valdens, ten tekst jest abso- fuckin'-lutely genialny! Ubawaiłam się, jak dawno nie! POmysł niby taki zwykły, jednak wykoanie takie, że dech zapiera! Mów co chcesz, ale ja jestem fanką Twoich frazek. Że zacytuję:
"pół solniczki kokainy"
"(...)każda następna porcja tych małych skurwysynków wstrząsała moim ciałem(...)"
"Widocznie przyzwyczajone do wystawiania tyłków na chłodzie."
"Zaszedłem więc za róg i...spierdoliłem się kilka metrów ze skarpy."
Używasz wulgaryzmów z takim wyczuciem, ze one po prostu smakują.
KOniec fantastycznie nieprzegadany i to "aż do dziś".
Valdensie, pomimo, że tekst długi czytało się go bez znudzenia. MAło tego, był tak sugestywny, że bujałam się cały czas za bohaterem.
Chylę czoła:)
gabstone dnia 27.06.2008 13:50 Ocena: Świetne!
Fakt, autor pisze z dużą znajomością tematu:) I jak to u Valdensa nic nie jest pomysłem powtórzonym, albo cokolwiek powielającym. Widać, że interesują go tylko "oryginalne" tematy. Tylko do jednej rzeczy bym się czepiła, a mianowicie: nie chce mi się wierzyć, że chłopak sięgając po płytkę do schowka jakoś tak szybko to wszystko sobie policzył, tyle a tyle tam grzybków, tyle piguł itd. troszeczkę to dziwne, chyba, że Valdens chciał podkreślić "wartość" tej imprezy... Ale poza tym faktem jest, że określenia "chować się jak smerf przed Gargamelem" czy też opis życia damskich włosów można spotkać chyba tylko u Valdensa:) Te jego porównania zabiją normalnie. Czyli co tu dużo mówić, kolejne zaskoczenie in plus
kate-rama dnia 27.06.2008 17:53 Ocena: Świetne!
Ja już komentowałam Pana tekst gdzie indziej, więc się nie będę powtarzać, tylko powiem, że wciąż mi się podoba!
DamianMorfeusz dnia 28.06.2008 20:42 Ocena: Bardzo dobre
"(...) i nikomu już o tym nie mówiłem.
Aż do dziś." - nie pasuje, co to jest? Wypracowanie szkolne, do cholery? Wspomnienia z zeszłych wakacji?
Ech, nie wkręciłeś smaczków hercowych i ciekawostek o narkotykach :)
Inne smaczki są
Policzyć to co tam miał w schowku? A co to za problem? Przecież ilości są podane ogólnie - dwa worki, worek, dwie koperty itp. Zanim znajdzie się w schowku cokolwiek, często gęsto trzeba się przekopać przez tony innych śmieci :) Nie wiem tylko w jakim momencie zajrzał do bagażnika, ale domyślam się, że wcześniej lub usłyszał od właściciela o ilości przewożonego alkoholu.
Hm, skoro ja jestem pojebany, to Ty jesteś niezły ćpaczo-imprezowicz :p
Usunięty dnia 28.06.2008 22:42
Witam.

Świetne, wkręcające opowiadanie. Mówisz, że to Twoje pierwsze..? hmm... Napiszę tylko rzecz dla mnie najważniejszą: w opowiadaniu niniejszym udało Ci się złapać konieczną równowagę pomiędzy nieco nieokiełznanym językiem, jakim się posługujesz w innych, przynajmniej niektórych swoich utworach, a poprawnością i czystością przekazu. Ponadto: świetnie budowane napięcie - czytelnik zachodzi w głowę i lekko się boi, co też się zaraz wydarzy na tej imprezie..?

Pozdrawiam :)
valdens dnia 28.06.2008 22:58
"Ponadto: świetnie budowane napięcie - czytelnik zachodzi w głowę i lekko się boi, co też się zaraz wydarzy na tej imprezie..?"- a nie przeszkadza Tobie, że ostatecznie nic się nie wydarzyło? :)
Usunięty dnia 28.06.2008 23:04
A wiesz, że się nad tym nie zastanawiałem..? A skoro się nie zastanawiałem, to chyba nie przeszkadza :) W sumie to cały czas coś się na tej imprezie "wydarza" :)
gabstone dnia 29.06.2008 14:17 Ocena: Świetne!
Ok Damian, tyle że Ty czytasz wersję poprawioną. Kiedy ja czytałam ten tekst brzmiał on tak:"worek trawy, 200 grzybków itd". Właśnie dlatego zwróciłam na to uwagę. I pewnie dlatego Valdens to poprawił. Uwierz mi, że bez powodu bym się nie czepiała.
DamianMorfeusz dnia 29.06.2008 14:33 Ocena: Bardzo dobre
:) No chyba że tak :) Faktycznie - sprawdziłem :) No, dobrze, że właściciel dragów pochował je w torebki, bo inaczej bohater znowu musiałby chwalić się sokolim wzrokiem :D
Hyper dnia 03.07.2008 14:46 Ocena: Bardzo dobre
Niezłe! Świetnie obrazuje fungusowych smakoszy, chmielnych fantastów. Czyta się lekko i z zaciekawieniem. Bomba! Chociaż osobiście nie gustuję w takim towarzystwie..
bury_wilk dnia 08.07.2008 09:53 Ocena: Bardzo dobre
Ale beznadziejne opowiadanie... Dupy co prawda mają krótkie spódniczki, ale ich nie zdejmują, krew się po ścianach nie leje, wizje nijak się mają do smoka w kuchni i wogóle "ostatecznie nic się nie wydarzyło"...



:p



No dobra, jak dla mnie, jest znacznie lepiej, niż w pierwszej wersji, głównie dlatego, że wywaliłeś przydługie wykłady o różnych różnościach. To znaczy nie do końca tak - bo coś tam z nich bym jednak zostawił (ostatecznie były bardzo pouczające :p ) a jedynie okroił o jakieś 75 %, ale ok, tak jest dobrze i tego się trzymajmy.

Smaczków językowych i niebanalnych, wręcz wykręconych tekścików, porównań, metafor, skojarzeń (niepotrfzebne skreślić) jest masa i za to strasznie lubię Twoją prozę. (Między innymi)Idealnie nie jest. Styl chwilami jest - jak ja to określam - kańciasty. W niektórych zdaniach finezja zabija technikę, w innych, wszystko wydaje się ok, ale ma się wrażenie, że czegoś brak. Jak dla mnie, wynika to z faktu, że styrasznie ciężko się ptzrerabia swój własny, stary tekst.
Natomiast nie odpowiadało mi zakończenie. Znaczy fabularnie - ok, może sobie takie być, ale to "aż do dziś" już nie. Taki zwrot miałby sens, gdyby to co zostało opowiedziane nosiło znamiona czegoś przepotwornie dramatycznego, traumatycznego, czy cuś w ten deseń, że niby pl tak strasznie to pzreżył, że nie chciał o tym wspominać... ale Ty mówisz o imprezie i o ponarkotykowych wizjach, co nawet, jeśli dla pl-a w danej chwili było straszne, to z założenia bardzie obraca się w kategoriach zabawy, a ludzie o tego typu "wyczynach" całkiem chętnie sobie opowiadają...
(na koniec wyszło mi zdanie, które nijak sie ma do zasad języka polskiego :p )
valdens dnia 08.07.2008 15:47
"styrasznie ciężko się ptzrerabia swój własny, stary tekst." - no, nie jest to łatwe. Chyba zawsze będzie to mniej połamane, kiedy się płynie od początku, na bieżąco.

""aż do dziś" już nie. Taki zwrot miałby sens, gdyby to co zostało opowiedziane nosiło znamiona czegoś przepotwornie dramatycznego, traumatycznego, czy cuś w ten deseń" - nie zapominaj, że bohater oberwał w nos. Chyba nie powiesz mi, że na jego miejscu pobiegłbyś opowiedzieć, że zobaczyłeś jeszcze świderkową pannę ? ;)
Przemyślę.
bury_wilk dnia 08.07.2008 15:56 Ocena: Bardzo dobre
od razu pewnie nie, ale jak nos boleć przestanie, to już można się z tego śmiać :)
LedWallet dnia 28.07.2008 22:15 Ocena: Słabe
"cała galaktyka przymulaczy i rozśmieszaczy! Mieliśmy dwie torby trawy, 50 tabletek extasy, 5 znaczków LSD, 200 zasuszonych grzybków, pół solniczki kokainy. W bagażniku był ponoć litr Tequili, litr rumu i skrzynka piwa." - twój tekst
"Mieliśmy dwie torby trawy, 75 tabletek Meskaliny, 5 znaczków LSD, pół solniczki kokainy i całą galaktykę przymulaczy i rozśmieszaczy, a także litr Tequilli, litr rumu, skrzynkę piwa, pól litra surowego eteru i dwa tuziny amelu. Nie potrzebowaliśmy wszystkiego, ale jak człowiek zacznie już zbierać dragi nie może się opamiętać." - tekst z filmu Las Vegas Parano
Nie lubie jak ktoś kopiuje!
valdens dnia 28.07.2008 22:38
Ja też nie lubię. Ale to zdanie i ten film zna każdy ćpunek na moim osiedlu, i na Twoim pewnie też, lepiej niż hymn Polski. Ta sekwencja pochodzi z tego filmu, oczywiście, ale tylko to, a nie całe opowiadanie, zaręczam Led.
Pozdro
pw dnia 25.09.2008 20:02 Ocena: Świetne!
bardzo mnie się podobało; chyba lepiej byłoby bez tych podchodów z zamkiem, końmi itd., ogólnie czyta się świetnie :-)
ps. nie powinno być full wypas? ful jest w pokerze :D
valdens dnia 25.09.2008 21:55
[code]bez tych podchodów z zamkiem, końmi itd[/code]
No możliwe, że by było lepiej i full też by był lepiej, ale najważniejsze, że się czyta świetnie. Skoro tak powiadasz :D
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
wolnyduch
26/05/2022 21:04
Tak bywa, fajne. Pozdrawiam :) »
wolnyduch
26/05/2022 21:03
Ciekawie, z polotem i wyobraźnią, pozdrawiam serdecznie :) »
mike17
26/05/2022 20:59
Jarku, wiersz przejmujący i pełny treściowo. Dziś pieniądz… »
wolnyduch
26/05/2022 20:59
Dobrze się czyta, a przy okazji pokazuje polskie realia,… »
wolnyduch
26/05/2022 20:47
Gratuluję wyróżnienia. Dobrze, że nie tylko surrealistyczna… »
wolnyduch
26/05/2022 20:07
Muszę przyznać, że dobrze wychodzi to zbieranie słów, a… »
wolnyduch
26/05/2022 20:00
Tak, też myślę, że mnogość interpretacji to plus dla… »
wolnyduch
26/05/2022 19:53
Rozumiem i gratuluję drugiego tomiku. Pozdrawiam serdecznie… »
Kobra
26/05/2022 18:54
Bardzo dziękuję Wolnyduchu! Tak, miałam fazę wspomnień. Taki… »
Florian Konrad
26/05/2022 16:23
Dziękuję i również serdecznie pozdrawiam! »
Zdzislaw
26/05/2022 15:48
Brytka - pozdrówka :) FrancodeBies, i o to chodziło :)»
KatarzynaKoziorowska
26/05/2022 14:55
Wolnyduchu, dziękuję Ci bardzo za wyczerpujący komentarz.… »
FrancodeBies
26/05/2022 14:36
Dobry tekst! Trafił w moje gusta. Pozdrawiam serdecznie »
FrancodeBies
26/05/2022 14:31
Poprawia humor! Pozdrawiam serdecznie »
FrancodeBies
26/05/2022 14:15
Na pewno temat reinkarnacji jest ciekawym zagadnieniem oraz… »
ShoutBox
  • Pulsar
  • 20/05/2022 20:45
  • Szanowna redakcjo! Na mój BLOG nikt nie może publikować. Jedynie komentować i wyrażać wszystko co wątrobie zalega. Zatem nie jestem [link]żeniem.
  • Pulsar
  • 20/05/2022 20:25
  • oto adres:
  • Pulsar
  • 20/05/2022 20:20
  • Oto adres:
  • Pulsar
  • 20/05/2022 20:18
  • Oto adres:
  • Pulsar
  • 20/05/2022 20:15
  • Zabrakło znaków. Coś podobnego. A ja dopiero się rozkręcam. Zatem zapraszam wszystkich do mojego BLOGA, nieśmiałego. u mnie można o wszystkim, nie tylko o poezji. W ramach obowiązujących norm internet
  • Pulsar
  • 20/05/2022 20:08
  • Zapraszam na mojego nieśmiałego BLOGA. Wszystkich, nawet tych bez ślepej kiszki i z dwunastnicą zapasteryzowanymi metaforami. Co zrobić, trudno! Z żołądkiem zakwaszonym refluksem. RRRUU! Wszystko ule
  • Yaro
  • 16/05/2022 19:07
  • To fajnie:)
  • mike17
  • 16/05/2022 17:17
  • Opróżniłem pocztę Jarku :)
  • mike17
  • 16/05/2022 14:29
  • Jarku, nie zapomniałem o Tobie :)
Ostatnio widziani
Gości online:0
Najnowszy:Usunięty
Wspierają nas