Cienista szarość & Żywa czerwień - mariamagdalena
Proza » Fantastyka / Science Fiction » Cienista szarość & Żywa czerwień
A A A
wrzucam dwa rozdziały na raz z potrzeby miejsca i czasu -
przy obecnym przeciążeniu, muszę już zacząć wrzucać inne, świąteczne kawałki

fabuła rozwiązana jest na kartkach ostatecznie i będzie się odsłaniać aż do odtworzenia układanki
btw - ktoś zgadł jak otruto Satora?



***

Merimna wstawała jako pierwsza lub jedna z pierwszych, dostatecznie wcześnie, by zrobić sobie śniadanie - którego inni nie jedli - oraz osnuć się magią, której, nie będąc uczniem, nie musiała nosić, ale z którą czuła się lepiej.
Tym lepiej poczuła się z nią, gdy wchodząc do saloniku pana Sorena, napotkała w drzwiach pana Satora, niewyspanego raczej i z potarganym warkoczem.
Mag zmierzył ją wzrokiem, zastanawiając się co też ściąga ją tak bladym, szarawym świtem do apartamentów własnego mistrza. Kilka możliwości przyszło mu do głowy, ale archont po całonocnym rytuale nie nadawał się do żadnej z nich.
- Soren odsypia - powiedział jak na siebie łagodnie, mimo stanowczego spojrzenia. - Nie przeszkadzaj mu teraz.
- Przyszłam tylko posprzątać - wymamrotała, przesmykując się do pokoju. Miała nadzieję zajrzeć do archonta, czy raczej strzępków, które z niego zostały po agonii i ulżyć mu trochę w bólu, czy tego chciał czy nie.
Ametystowe oczy jednak wodziły za jej ruchami - otwieraniem okna, poprawianiem poduszek, zbieraniem kieliszków. Merimna zastanawiała się, czy do rytuału w ogóle doszło, skoro pan Sator tak bardzo nie chce wpuścić jej dalej w skrzydło. Być może pan Soren leżał tam już martwy. Albo może - spojrzała na maga opartego o futrynę - była jakaś inna przyczyna. Z chorym primogenem chyba nie odprawialiby nic poważniejszego.
- Wystarczy już - przerwał jej mag. - Nie mamy całego dnia.
Nie chcąc wchodzić w dyskusję, wzięła tackę i ruszyła do wyjścia. I tak brakowało jej już pretekstu do przebywania na komnatach. Pan Sator uśmiechnął się lekko - jak nigdy - i w drzwiach zabrał jej z tacy karafkę, wciąż jeszcze pełną w połowie.
- Soren nie miałby nic przeciw - powiedział z rozbawieniem.
Bez wątpienia bawili się dobrze.
***
Gdy tylko dziewczyna odeszła, Sator z ulgą pozbył się słodkiego uśmiechu i pospieszył do siebie, zaciskając dłonie na rżniętych ornamentach karafki. Trzasnął zamykanymi drzwiami i odstawił szkło do kredensu, obiecując sobie zająć się nim później. Przebiegł palcami po drobnych, szklanych fiolkach i wysupłał ze starganego warkocza kolejny z elementów, srebrzysty, z ciemną drobiną pośrodku. Jak dobrze, jak genialnie, że wpadł na pomysł nie zostawiania wszystkiego w laboratorium swojego dawnego, wpół zrujnowanego domu. Byłby teraz w kropce, choć to i tak zawsze lepsze niż bycie w martwym punkcie. Obecnie miał z tego przynajmniej jednego martwego, którego musiał ściągnąć jak najszybciej - i dziękował sobie samemu, że sprawował nad swoimi uczniami pełną, absolutnie pełną kontrolę, sięgającą daleko poza kanony czy moralność - prawo życia i śmierci. Teraz właśnie potrzebował życia i miał zamiar je sobie wziąć, cokolwiek natura by o tym nie sądziła. Zainteresowanego również o zdanie nie zamierzał pytać. Brakowało mu tylko czasu, ale panowanie nad nim, było w zasięgu ręki, jako kwestia... czasu.
Wrzucił amulet do fiolki, zalewając go wodą i odstawiając w blady promień świtu. Miał nadzieję, że to wystarczy jako słońce, bo po jesieni nie spodziewał się niczego bardziej zdecydowanego. Kilkoma szybkimi ruchami poodsuwał meble ze środku pokoju, tak, by otrzymać wolną przestrzeń na narysowanie maksymalnie dużego okręgu. Brakowało mu do pracy uczniów, choć do tego by ich raczej nie dopuścił. Potrzebowałby może ich krwi, w ilości odpowiedniej, by zamalować nią bez skazy całą powierzchnię geometrycznej figury. Najchętniej wysączyłby teraz chłopaczków Mechaliela, ale potrzeba ostrożności i dyskrecji zmuszała go do odsunięcia tej kuszącej opcji. Brakowało mu szkarłatnej cieczy i pozbawiony swoich zapasów wszystkiego wiedział doskonale jak musi ją zdobyć. Brakowało mu rąk do pracy i rąk do tej roboty. Bardzo konkretnych zresztą, bo już raz z nich Saruela otrzymał. Czemu nie mogło być tak sielankowo jak dawniej?
Rysując własnoręcznie idealne koło na dziewiczej posadzce, Sator uświadamiał sobie, jak bardzo brakuje mu Freya.
***
"Istoty takie jak Frey" - przemknęło przez głowę Satorowi - "powinny znajdować się na wyposażeniu każdego zamku, jeżeli nie maga." Wiedział, ze to jego prywatna opinia, subiektywna do granic możliwości, ze względu na dziedzinę magii. Nikt przy zdrowych zmysłach w tej zabobonnej, nadostrożnej i oplątanej bzdurnymi tradycjami kulturze nie zostawiłby Freya przy życiu, a już na pewno nie trzymał go przy sobie. Z takim charakterem byłoby rzeczywiście trudno o to, ale losu odmieńcom Sator szczerze nie zazdrościł. Także tego, który gotowały sobie nawzajem.
Rozmyślania przebiegały mu przez głowę, odpowiednio do stanu nicnierobienia, w którym znajdował się, czatując na gałęzi na dowolną zdobycz ludzką, która miała przechodzić lasem. Górzyste tereny wokół fortecy porośnięte były puszczą ciemną tak w nocy, jak i za dnia, przez której wysokie, monstrualne wręcz sploty światło przebijało się z ogromnym trudem. Tym prościej było magowi ulokować się na bezpiecznej wysokości wyłączającej jakąkolwiek fizyczną konfrontację. Niezależnie od tego Sator nie czuł się tam komfortowo, wiedząc, że od takich mokrych zadań jest i powinien być Frey, z natury, z urodzenia i z utrzymania.
Ludzie umierali z ręki odmieńców, jak głosił mit, więc nie byłoby w tym i nic nadzwyczajnego. Tak było prawidłowo, eliminacji dokonywał inny gatunek, choć ametystowy mag uznawał ten podział za przesadę. Wiadomo było, skąd się brały odmieńce. Z reguły wyrastały jak grzyby po deszczu po kolejnych wojnach pustoszących kraj, jako skutki zaspokojenia rozbuchanej agresją chuci na przypadkowych kobietach. A że były rzadkie? Cóż do ich spłodzenia trzeba było maga. I to gotowego poświęcić parę dni pełnej rytualnej mocy na mniej czy bardziej wymuszony wojenny gwałt, bo na romantyczne historie nie tracili raczej czasu. Jakiekolwiek związki, zwłaszcza mające na celu wydanie potomstwa, były zakazane oficjalnie, ze względu na wynaturzenia, jakie rodziły się z ich żądzy. Magia, wybudzona i zatrzymująca czas na zawsze w jednym, nieskazitelnym momencie, wpływała także na nasienie, czy łona kobiet, skażone, niezdolne więcej do wydawania zdrowego potomstwa. Płody mutowały się, przesiąknięte magią od najwcześniejszych stadiów i dzieci o nieludzkich zdolnościach, cechach fizycznych i ubarwieniach ciała, jakkolwiek z tak bardzo ludzkimi rysami, rodziły się nie dziedzicząc zdolności rodzica, obarczone za to rozmaitymi umiejętnościami i charakterystycznym wyglądem. Były inne, z reguły niebezpieczne i niechciane, o specyficznej psychice i rozwoju. Nic dziwnego, że z odgórnego ukazu wszystkie czekać miał ten sam los - śmierć nieobliczalnego. Wiejska tradycja skutkowała zwykle również piętnowaniem kobiet, które wydały na świat "haniebne abominacje", choć większość z nich sama porzucała bękarty, brzydząc się własnymi niemowlętami. Magów nikt raczej po tych zajściach nie widział, więc nikt nie dziwił się, że, pomijając kwestię różnic społecznych, mocy i sprawowanej władzy, traktowano ich z dystansem, podświadomym strachem i raczej niechęcią do tego, co nieznane, do zamków wyrastających ponad wioski, udając się tylko w sprawach ostatecznych. Nic też dziwnego, że wobec oficjalnego zakazu kontaktów seksualnych, wydanego w celu utrzymaniu pełnej mocy rytualnej, jak i uniknięcia wynaturzonego potomstwa, większość magów, zwłaszcza postawionych wysoko i nieprzywiązanych zbytnio do czcigodnych nakazów, posiadała kochanków tej samej płci. Dowodów nie było, potomstwa nie trzeba było się obawiać, a w zmaskulizowanym świecie armii, dworów, zamków i Wysokich Rad, nie tak trudno było znaleźć kogoś zatrzymanego w odpowiednio młodym wieku i o pasującym charakterze. Podobnie obejść dawało się nakaz zabijania odmieńcowych dzieci i niemowląt, choć tylko w zakresie, jaki odpowiadał każdemu z regionów. Równie silna była tradycja, według której zabijano wszystkich o losowo przypadających na populację magicznych zdolnościach większych niż znachorzenie nad rodzącą krową. Wszystkich, którzy nie chcieli trafić do któregoś z zamków, w jego hierarchię i alternatywny świat. Szybka, bezbolesna śmierć, którą wymierzał między innymi Frey. Był takim właśnie łapaczem i zabójcą, związanym z jedną fundacją i jednym magiem, któremu dostarczał uczniów i materiałów badawczych. Wiadomo było, że "odmieńce porywają dzieci" - nie tylko one zajmowały się tą profesją, jakkolwiek im było chyba łatwiej, nie zależało im, jako naturalnym odrzutom społeczeństwa. I nikt nie miał argumentów "Tak dobrze z oczu panu patrzy" lub "Wygląda pan na dobrego człowieka". Frey wyglądał na odmieńca i z oczu też patrzyło mu odmieńcowo.
Ratowane odmieńce, jak choćby Saruela, według jedynego słusznego uznania łowców przyjmowano za magów i wysyłano na zamki, zależnie do zdolności, ciekawości przypadku lub prywatnych chęci zhańbionego ojca, gdzie uczyły się głównie wykorzystywać nienaturalne możliwości swojego ciała, o ile nie trafiły do kogoś o eksperymentatorskim, jak u Satora, zmyśle. Domorośli magowie i wynaturzenia byli zbyt niebezpieczni, by mogli pozostawać w samowoli.
Ścieżką nie przechodził dalej nikt, aż wreszcie oczom znużonego Satora ukazał się jasny punkcik podróżnej lampki. Przyszły trup nie był ni trochę widoczny, ale doskonale wskazywał swoje położenie złotawym mruganiem płomyka. Kilka chwil i ukłucie w kark zakończyło życie wieśniaka, zanim zdążył choćby zbliżyć się do gałęzi z przycupniętym magiem. Nie zdołałby go nawet dostrzec, matowego cienia na tle wysokich, czarnych konarów. Zaskakując lekko z drzewa, mimo wysokości, mistrz magii wyruszył po swoją zdobycz. Tak kończyło się podróżowanie podczas wojny. W tym czasie wszystkie drogi niosły zagrożenie.
Unosząc swoją zdobycz w ramionach, niemalże czułym gestem, Sator zabrał się z powrotem do zamku. Skrzydła - ogromne i bojowe - były jedną z najlepszych rzeczy, jakie nauczył się aplikować swojemu ciału. Dawały ogromną wolność wychodzenia i wchodzenia, również z trupem, bez omijania strażników i niepotrzebnych pytań. Z wyczuciem drapieżnego ptaka, mag dostał się do swojego pokoju, zalewając możliwie szybko podłogę jaskrawą krwią wieśniaka, wypływającą leniwie z rozciętych zaostrzonymi, ciemnośliwkowymi paznokciami mistrza, tętnic. Na wysuszenie trupa metody znał również i z satysfakcją uznał zamalowanie całego koła czerwienią za najszybszą jak dotąd część procesu. Wypowiedział słowa, znane na wszelki wypadek na pamięć, jak większość tekstów, które uznał za mogące się kiedyś przydać. Chluśnięciem wylał zawartość fiolki na środek szkarłatnej plamy i z ekscytacją patrzył, jak powolutku krew zbiera się wokół drobiny, wzrastając początkowo w zastygłą, skrzeplinową kulę, by powoli rozwijać się w kolejne komórki i organy, uwzględniając stan Saruela, zawarty w jego fragmencie, na dzień po ostatniej zmianie jaką przeprowadził na uczniu.
To miało potrwać długo, rekonstrukcja ciała, po której, skuszony wspomnieniem, miał zamiar wprowadzić pewną ewaluację obiektu i na końcu przywrócić chłopcu życie, wszystko w ramach jednego rytuału, na który, jak mistrz miał nadzieję, posoka jednego martwego wieśniaka okaże się wystarczająca. Przygotowawszy narzędzia i zwitek z instrukcją, siadł na podłodze, tuż przed białą linią kręgu. Taki widok należał rzadkości. Chciał się nim nacieszyć dostatecznie mocno.
***


--------------------------------


***
Saruel obudził się nagi, w obcym pokoju i z przeciągłym westchnięciem. Pomimo zakrycia puchową kołdrą, było mu zimno i niewyraźnie, jakby ledwo obudził się z nieprzytomności. Nie pamiętał o czym śnił, być może o niczym. Pamiętał jednak, co wydarzyło się wcześniej, każdą sekundę bólu i agonii, która dosięgała jego ciała - i która w końcu ostatecznie go dosięgła. I rozerwała. To było przeszłe, ale bezsprzecznie rzeczywiste. Pamiętał, że umarł.
- Wreszcie się obudziłeś - niecierpliwy głos mistrza zabrzmiał w uszach chłopaka jak wybudzenie do świadomości. Ostre, znajome, bolesne, oczekiwane.
- Tak - wycharczał w odpowiedzi, kaszląc, jakby jego gardło musiało na nowo przystosować mięśnie do wydawania dźwięków podobnych do mowy. Nie do krzyku. Rozdzierającego krzyku, który...
- Miałem nadzieję, że zajmie to krócej. Ubieraj się.
To wszystko wyglądało na groteskę. Pamiętał jak mistrz zrzucił go z wieży, pamiętał co mu odpowiadał, pamiętał jak ryzykował życie. Pamiętał śmierć. Pamiętał jak mistrz wydał go na śmierć.
- Mam udawać, że nic się nie stało? - wyrzucił z siebie Saruel z cynizmem i goryczą.
- Nic nie zrozumiałeś - powiedział zimno mag. - Nigdy więcej mnie nie okłamuj.
To była jego wina? Saruel był pewien, że się przesłyszał.
- Gdybyś mówił mi prawdę, nigdy nie byłoby tej dyskusji.
Nie zrzuciłby go? Czy może nie byłoby tylu pytań...
Sator stanął tuż nad nim, patrząc w dół nieludzkim ametystowym spojrzeniem. Jak zawsze, przeszyło ono ucznia nieswoim uczuciem, z powodu różnicy wysokości poczuł się wręcz wbity w poduszkę, choć mistrz nawet go nie dotknął.
- Waham się czy pozostawić cię przy życiu. Po tym co mówisz, nie wydajesz się tego wart. Wskrzesiłem cię, zabijając niewinnego człowieka, po czym odpowiadasz mi niewdzięcznością. Sytuacja, w której jesteś i wszystkie te złośliwe myśli są naturalnym następstwem twojego kłamstwa. Potrafiłeś skłamać mi w żywe oczy w środku bitwy i na polu walki, po czym usiłujesz jeszcze obarczyć mnie konsekwencją twoich wyborów. Jestem tobą rozczarowany i zniesmaczony. Nie mam po co trzymać przy sobie kogoś tak niezdyscyplinowanego i przewrotnego.
Gniew huczał Saruelowi w uszach, ale słowa maga wbijały się szpilą w jego serce. A co jeśli miał rację?
A co jeśli zamierzał uśmiercić go jeszcze raz, odwołać wskrzeszenie czy jakkolwiek pozbawić tego odzyskanego wbrew naturze życia. Zabił dla niego. Kogoś, kogo nie wskrzesi. Bez mrugnięcia okiem zdecydował się na ten krok, by oddać mu to życie, które Saruel przecież sam ofiarował. Miał zrozumieć. I nie rozumiał. Co jeśli Sator miał rację? Co jeśli zamierzał go zabić? To było ostatnie, czego Saruel chciał. Znów miał życie, oddech w płucach i ani drobiny bólu w kończynach, mięśniach i ścięgnach, poza tym co przypominała mu wyobraźnia.
Mag odwrócił od niego wzrok w geście dezaprobaty i odszedł kilka kroków zaplatając ręce z tyłu. Chłopak wpatrywał się w długi, ciemnośliwkowy warkocz, prostą i wąską szatę w odcieniu głębokiego fioletu, w blade, pajęcze dłonie, z akcentami podłużnie płaskich metalicznych szponów.
- Chcę zostać przy życiu... - powiedział uczeń cicho. - Proszę...
Prychnięcie śmiechem.
- A ja chciałem mieć ucznia, który nie kłamie wobec mnie i to bez cienia wstydu. I który ufa mi na tyle, by wiedzieć, że nie pozwolę mu ostatecznie umrzeć, niezależnie od okoliczności wojny.
Naprężywszy mięśnie, Saruel poczuł kilka, których dotąd nie miał. Ogon. Chwytny i sprężysty. Wyczuwalny lekko przy leżeniu.
- Popieprzyło cię? - wykrztusił w zszokowanym skowycie, nim zdołał się powstrzymać.
- Słucham?
- Popieprzyło pana? - zaskomlał, poprawiając się na ile umiał w tym momencie szoku. Dotykał nowej części ciała pod kołdrą i gdyby nie wstyd nagości wyskoczyłby jak oparzony, sprawdzić co mu dorobiono.
Mag nie puścił tego mimo uszu.
- Chciałem mieć ucznia, który by mnie szanował.
- Szanuję...
- Właśnie słyszę - warknął mistrz. - Daję ci ciało i to lepsze niż to, które miałeś. Wybudzam cię w bezpiecznym miejscu, gdy najgorsze niebezpieczeństwo minęło. Marnuję czas, żeby pozbawić cię resztek bólu, które zaserwowałby ci umysł, a ty masz czelność mówić do mnie w ten sposób.
Spauzował.
- Nawet jeśli zostawię cię wskrzeszonym, nie potrzebuję takiego ucznia. Droga wolna, znajdź sobie szczęście i zrób to dobrze. Bo ja żałuję właśnie życia tego człowieka, którego poświęciłem, żebyś ty mógł teraz dalej kłamać, zaprzeczając moim słowom.
To bolało najmocniej. Nieodpowiedni, nieużyteczny, niedobry. A przecież całe życie poświęcił mistrzowi Satorowi. Rzeczywiście musiał go rozczarować, by zasłużyć na tak ostrą wypowiedź. Dokąd miał iść, odmieniec, uratowany od śmierci tylko dzięki istnieniu i woli fioletowego maga. Teraz odratowany drugi raz. Skoro Sator pierwszy raz ofiarował mu życie, czemu nie miałby nim rozporządzać, skoro i tak skończyło się to w ciepłym łóżku w bezpiecznym pokoju? Co niby miał ze sobą zrobić, jeśli mistrz go wyrzuci? Nie miał innego sensu życia, przydatnych umiejętności, nie był nikomu potrzebny. Ileż bardziej ważny musiał być ten człowiek, któremu życie jego mistrz odebrał... Przedłożył jego, odmieńca, nad czyjegoś ojca, męża, syna...
Opuszczony przez Satora, Saruel zmarnowałby ten dar bez cienia wątpliwości. Za to z niewdzięcznością.
- Zrobię dla pana wszystko - powiedział.
- Właśnie widziałem. Z szemraniem i głupimi oskarżeniami, jakbym nie wiedział co i dlaczego robię.
Saruel zaczynał wpadać w desperację.
- Zrobię co tylko trzeba, chwalebne czy haniebne. Może pan zrzucić na mnie winę, a ja poniosę śmierć z honorem, jeśli moje życie przestało być użyteczne. Mogę nawet zabić, tak jak pan zabił dla mnie. Kogokolwiek, kogokolwiek kto mógłby panu zagrażać.
Przebiegł szybko myślami przez znajome postaci.
- Mogę wytropić i zabić tego zdrajcę Mauritza, któregokolwiek z mistrzów, primogenów, z seneszali, z generałów, strategów, arcymagów... - Jego głos nakręcał się spiralą emocji. - Nawet archonta Sorena...
Spojrzenie, które otrzymał na to imię, zmroziło Saruela do reszty.
- Piękne masz o mnie zdanie. Mógłbym chcieć zamordować połowę z niedobitków obrony regionu? Primogenów... To może od razu i własnego, gdyby nie to, że już nie żyje?
W sumie to zamordował przed oblężeniem własnego primogena, ale o tym Saruel nie musiał wiedzieć. Zresztą powód był dobry.
- I sądzisz, że mógłbym chcieć śmierci Sorena - w głosie zagrało mu niezidentyfikowane drgnienie - nie wiedząc nawet, że bezpieczni znajdujemy się akurat w jego domu. Myślisz, że chciałbym upadku tego kraju, poddając archonta w środku wojny? I że ty, uczeń, ledwo terminujący, byłbyś w stanie zabić jednego z największych magów tych czasów?
"Otruł mnie, mnie! Tak, że jeszcze nie wiem co się działo" - pomyślał - "a ty, głupi chłopcze, myślisz, że mu coś zrobisz, bo masz taką ochotę?"
- Pięknie, Saruelu. Musiałem położyć złe podstawy w kształtowaniu ciebie, jeśli masz takie pojęcie o potrzebach wojny. I jeśli ja jawię ci się jako krwiożerczy potwór.
To było zagranie w stylu Sorena. Stuprocentowo jego. Ale zadziałało. Zwłaszcza słowo "potwór", które w głowie odmieńca rozbrzmiało wybuchem tysięcznych odcieni traumy. Potwór, potwór, potwór...
- Skoro już jesteś, możesz zrobić jedną rzecz - zaczął mag.
Saruel uchwycił się tego zdania w oczekiwaniu.
- ...dla tutejszych Kryształów. Także dla paru innych osób z twojej listy do wybicia.
- Zrobię wszystko, czego pan oczekuje.
- Nie robisz tego dla mnie - powiedział mag ciemnym tonem.
Mógł sobie mówić.
- Zrobię wszystko.
- Możesz pomóc znaleźć Freya. Kryształy tego pragną.
Pytanie o powód pragnienia Kryształów umknęło, gdy słowo "Frey", jak czarna mantra odbijało się w głowie Saruela. Trauma, dzieciństwo, ból, rozdarcie, rozłąka, zagrażająca śmierć, gwałt, metody tresury - wszystko mieszało się chłopakowi w głowie, na dźwięk tego imienia. Frey był martwy, wreszcie martwy. A teraz miał go znaleźć dla mistrza, który pewnie i jego przywróci do życia.
- Tak, nie robisz tego dla mnie - przypomniał mu mag.
W oczach Saruela Frey miał tylko jedną zaletę - sprowadził go do Satora.
- Nasyć się tą chwilą - powiedział mistrz magii, wychodząc z pokoju. - Zajmij się przygotowaniem.
Rzucił mu ostatnie, pełne pogardy spojrzenie.
- A ja później pomyślę, co z tobą zrobię.
Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
mariamagdalena · dnia 16.12.2011 09:07 · Czytań: 2251 · Średnia ocena: 4 · Komentarzy: 9
Komentarze
Olaf Tumski dnia 16.12.2011 21:19 Ocena: Bardzo dobre
Tworzysz teksty, które hipnotyzują czytelnika (przynajmniej mnie) i to mi się podoba. Najbardziej lubię zagłębiać się w literaturę przy, której przenoszę się poza rzeczywisty świat. Pozdrawiam
Figiel dnia 17.12.2011 19:06
Baaardzo powolutku układankę odkrywasz, ale to dobrze - dłużej można cieszyć się klimatem innych światów, bogactwem osobowości istot je zaludniających i ich zdolnościami. O światłocieniach już pisałam, powtarzać więc nie będę, tylko czekam na kolejny fragment.
mariamagdalena dnia 17.12.2011 19:41
Olaf - zauważyłam ;) ja najbardziej lubię takie światy pisać - stąd i ten cykl, i londyński i verbena, wszystkie one niosą w sobie coś niecodziennego
Figiel - powolutku, bo wtedy można dłużej czytać, jest to też naturalniejsze :) lubuję się w długich formach, więc czy czytane czy pisane, bardziej do mnie przemawiają; no chyba, że zupełne "szorty" typu drabble czy dobrze napisany najlepiej nienachalnie fanficowy oneshot :)
Almari dnia 18.12.2011 21:08
Wgryzłam się i nagle skończyły się literki :D Dobrze, że mamy bogaty język, nie zabraknie ci na tak długie opowiadanie epitetów. jako określeń kolorów, ale prędzej barwy się wyczerpią. I co wtedy?

Fajnie się akcja toczy, jak zwykle bdb się czyta, czekam na więcej :)
mariamagdalena dnia 18.12.2011 21:51
Almari, tych odcinków nie jest też tak bardzo dużo. :) Kolory najwyżej będą dokładnie określone, jak seledyn czy purpura :lol::lol:

więcej już w nowym roku :) jak skończę suitę świąteczną i wrócę z podróży ;)
Elatha dnia 21.12.2011 11:15
Czuję niedosyt! Stanowczo za krótkie opowiadanie! :). Czytało mi się wspaniale. Nie należę do osób, które lubią wszelkiego rodzaju opisy, zdecydowanie bardziej odpowiadają mi dialogi. Twoje chłonę, starając się z każdej rozmowy, słowa wyciągnąć jak najwięcej.
Frey na dobre zagościł w mojej wyobraźni. Teraz jednak zastanawiam się, co z niego za gagatek, skoro Saruel aż tak go nienawidzi. Fascynujące :).
Czekam na kolejne teksty. Pozdrawiam serdecznie :).
mariamagdalena dnia 21.12.2011 13:25
Elatha! ależ to dwa rozdziały :lol: i wciąż za mało? :)
staram się wyważyć, choć ja sama jestem bardziej "opisowa" :)
a Saruel - no ogóły są, co on w kwestii Freya pamięta :)
Elatha dnia 21.12.2011 18:52
Wybacz, MarioMagdaleno ;). Po prostu płynęłam za Twoimi słowami i jakoś tak szybko się skończyło :). Za szybko :).
Pozdrawiam serdecznie,
mariamagdalena dnia 22.12.2011 00:29
ależ tu nie ma co wybaczać, słodkie to było :lol:
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
wolnyduch
27/06/2022 20:48
Msz sens życia, to coś więcej poza przetrwaniem, ale… »
Yaro
27/06/2022 19:09
Jezus chce byśmy się cieszyli, radowali miłość jest radością… »
Materazzone
27/06/2022 17:27
Jak dla mnie zbyt...proste? Może nie, raczej zbyt łatwe w… »
Marek Adam Grabowski
27/06/2022 15:37
Nie lubię żartów z religii (nie twierdzę, że taki był… »
Marek Adam Grabowski
27/06/2022 15:35
Dobrze napisane i fabuła fajna. W obydwu przypadkach sukces… »
Marek Adam Grabowski
27/06/2022 09:14
Dzięki! Zawsze miło cię widzieć. Pozdrawiam »
Marian
27/06/2022 07:25
Ciekawie napisane. Zgadzam się z tulipanowką, przeżyła, bo… »
Yaro
26/06/2022 13:42
Dziękuję Kasiu:)Pozdrawiam:) Duszku akurat Jezus pokazał… »
Marek Adam Grabowski
26/06/2022 09:32
Spoko. Przy okazji polecam moje ostatnie opowiadanie.… »
Marian
26/06/2022 07:44
Marku, dzięki za odwiedziny i komentarz. Akapit zaraz usunę. »
wolnyduch
25/06/2022 21:29
z pewnością nawet Jezus nie był ideałem, ale to świadczy o… »
wolnyduch
25/06/2022 21:26
Jeśli ktoś nie oglądał filmu pt. "Przełęcz… »
wolnyduch
25/06/2022 21:22
Witaj Katarzyno/Kasiu, jeśli można?... Dziękuję za… »
wolnyduch
25/06/2022 21:16
Piękne obrazowanie, czytałam z przyjemnością, pozdrawiam… »
Marek Adam Grabowski
25/06/2022 15:19
Ciekawe i dobrze napisane opowiadanie. Oddajesz magiczny… »
ShoutBox
  • Kuba1994
  • 19/06/2022 15:13
  • Witam poszukuję kogoś kto oceni moją książkę ?
  • Dobra Cobra
  • 12/06/2022 11:46
  • Nie ma co do tego wątpliwości. Ukłony.
  • Kazjuno
  • 12/06/2022 09:01
  • Noblesse oblige
  • Kazjuno
  • 11/06/2022 13:58
  • PS Zburzyć twierdzę i taktyczny odwrót.
  • Kazjuno
  • 11/06/2022 13:54
  • Dzięki Dobra Cobro. Aż rzuca się w oczy że jesteś obcykany w kodeksie rycerskości. Serdecznie pozdrawiam, Kaz
  • Dobra Cobra
  • 11/06/2022 08:02
  • Serwując się ucieczką uratowałeś swoją męską cześć ;) Zuch chłopak!
  • Kazjuno
  • 10/06/2022 19:18
  • Dopiero wczoraj wróiłem do ciemnogrodu Wałbrzycha, serwując się ucieczką od przygodnej znajomej. (Ledwo starczyło na pociąg).
  • Dobra Cobra
  • 10/06/2022 16:14
  • I dopiero teraz piszesz?
Ostatnio widziani
Gości online:0
Najnowszy:Usunięty
Wspierają nas