Drzwi lewe - coca_monka
Proza » Długie Opowiadania » Drzwi lewe
A A A
Działanie

Tkwiła bezczynnie wśród przestrzeni pokoju i szukała inspiracji do zabrania się za pracę. Język czekał, reportaż czekał, czekał remont i kilka drobiazgów. Kilka to nawet bardzo ważnych. Jednak coś jakby w niej wygasło, coś zeschło i odpadło. Upał nie pomagał a wręcz małostkowo przeszkadzał, wdzierał się w myśli, rozleniwiał i kpił. Dzisiaj prawie była burza i prawie się ochłodziło. Zaledwie przed chwilą. Zagrzmiało, chlapnęło parę kropli i poszło. Trochę się obijało jeszcze po górach. Obijało, jak ostatnio w poniedziałek, kiedy w połowie długiego dnia pracy po prostu zakpiło z kobiety i wpędziło w tchórzostwo; zakpiło podle i bez cienia wstydu.

Owszem, kilka drobiazgów dziś zrobiła: kupiła tanio pomidory i ogórki z Hiszpanii; nabyła specyfiki w aptece i w rodzinnej wsi trochę, z połowicznym skutkiem, bawiła się w paleontologa. Resztę dnia coś zajmowało, takie coś, co właściwie można nazwać niczym: zbyt długie poranne wstawanie, zważywszy na skutki perturbacji dnia poprzedniego; leniwe picie kawy, z płonną nadzieją, że obudzi; oraz stawanie pośrodku pokoju i ocenianie czujnym okiem rozgardiaszu. Pytanie: Kiedy to wszystko ogarnę? – Odbierało ochotę na cokolwiek, powodując, że od kilku dni do ogarnięcia pozostawało jeszcze więcej, i więcej. Bo i nie wszystko od niej zależało.

Tak. Na pewno. Konieczne były decyzje i następujące po nich działania, ale wszystko pozostawało w porządku, i biegło zgodnie z planem dopóki nie wyszło poza drzwi.

Zderzenie z atmosferą zgnuśnienia; lenistwa; spania cały dzień; niemożności podjęcia decyzji; proszenia się o inicjatywę; wyciąganie na siłę kogoś z pieleszy; tłumaczenia, że coś się powinno, że można; borykanie się z uzależnieniem (nie swoim), które, jak bezlitosny kpiarz, wpływało na wszystko, co się działo w domu. To mogło zniechęcać i zniechęcało.


Istnienie


Rzeczywistość w jakiej tkwiła można było podzielić na tę sprzed i spoza drzwi. Były niczym wrota, w bezpiecznym polu magnetycznym otaczającym pokój. Kupiła je kiedyś za zaledwie czterdzieści złotych, zdemontowane z ościeży w jednym z bloków rozsianych ponad niecką. Niecką, w której większość stanowiły zabudowania starego miasta. Miasta o mentalności wsi, gdzie pewnego, czerwcowego popołudnia powstała rada etyki, na czele z księdzem Łokciem i kilkoma innymi ideologicznie fanatycznymi personami; gdzie zapadały decyzje, kto może, a kto nie, występować na koncertach w onym mieście. Rada w trosce o owieczki pilnowała, aby szatańskie nasienie z rockowych, czy też innych zespołów, nie zapanowało nad świadomością niczego nieświadomych.

Julka była świadoma, co stanowiło problem dla wielu, którzy się z nią zderzali. Niestety dla niej samej świadomość także nie przynosiła profitów i nie pozwalała przechodzić przez życie gładko i komfortowo. Do chwili, kiedy się nie odezwała, na przykład tak:

- Przepraszam pana bardzo, ale proszę się do mnie w ten sposób nie zwracać. To nie zastawy na walkach kogutów;

lub tak:

- Życzenie pani jest niezgodne z intencją ustawodawcy, czyli że ustawodawca nie nakłada na mnie takiego obowiązku;

- do tej chwili wszystko bywało ok. I choć komunikowała wolno, przyjaznym jak jej się zdawało tonem i oczywista, broniła swoich praw, to zapominała, że jej oczy często miały wyraz: Uważaj, oberwiesz!(Ciemne, skrajnie ciemne, ciężkie, piwne oczy i wypełniające je po brzegi przepastny smutek, który ani się zaczyna, ani nie kończy, ale pojawia się często. Zawisa i przytłacza. Tak po prostu.) Zasadniczo jednak nikt nie obrywał, oprócz niej. Przebijała się przecież przez beton, a ten kruszy się wolno. Oddając sprawiedliwość, bywało, że trafiała. W te dni, kiedy miała moc karabinu maszynowego kaliber 50*. Wyprowiantowana w przeciwpancerną, z gracją kosiła ofiary naciskając na spust, wywołując w powietrzu owo charakterystyczne tuun, tuun, tuun, tuun…


Roszady


Bywało, ale nie dziś. Leżała właśnie na kanapie, która czasy świetności miała już za sobą i rozmyślała, czy teraz, przed wieczorem powinna wstać i otworzyć drzwi. Kremowy, płycinowy prostokąt z matową szybą, na którą naniesiono imitację witrażu, sama jakiś czas temu obstalowała, we własnoręcznie wyciętej z krawędziaków ościeżnicy. Sama oną ościeżnicę montowała, i sama dostawiła niewielką ścianę dopełniającą odgrodzenie od świata. Drzwi zastąpiły kotarę, która była li tylko iluzją posiadania czterech kątów.

Nareszcie bowiem, po długiej banicji przywłaszczyła i przewłaszczyła wydzielony, zapełniony gratami, podniszczony raum na werandzie i mogła orzec, że trochę jest u siebie. Trochę, bo przestrzeń prawie dwa na dokładnie trzy metry żyła jej tchnieniem, ale już wszystko wokół, łącznie ze ścianami nie należało do niej. Tylko owe drzwi, z wciąż wypadającą klamką posiadły odcisk ze znamieniem niepodważalnej własności.

Zatem leżała i rozmyślała, czy usiąść, wstać, zmusić się do dwóch kroków, nacisnąć wspomnianą i wyjść.

W alternatywie miała napoczęta książkę, sen, albo naukę; albo cokolwiek do zrobienia w granicach rewiru. A czas mijał. Martwiła się bardzo o upływ czasu. Choć taki sam dla wszystkich i bądź, co bądź sprawiedliwy. Ze smutkiem stwierdzała, że raczej nie uda się jej efektywnie wykorzystać jego pływów dla celów własnych, na tyle efektywnie, by móc jeszcze odpocząć i pójść spać z poczuciem dobrze spełnionego dnia. A płynął nieubłaganie, acz nieszczęśliwie wolno.

Tymczasem nie mogła się zdecydować i właśnie to ją martwiło najbardziej. Wóz, albo przewóz, jak mawiał dziadek. A tu ani konia, a jakby koń nawet był, to nie było go do czego zaprzęgnąć. Nie brnęła także, jak można by sądzić, ku sytuacji patowej, która koniec końców odebrałaby jej możliwość ruchu. W tym tylko wypadku niemożność byłaby cokolwiek jakimś usprawiedliwieniem. Pat, przecież, musiałby być poprzedzony wcześniejszym działaniem. A Julka, mimo, że jak niepocieszony szachista, czuła się ani wygrana, ani przegrana, to nie odczuwała krzty zmęczenia, jakie się czuje po stoczonej walce. Miała z tego powodu krótkotrwałe, ale jednak wyrzuty sumienia; lub też wyrzuty trwałe, ale odchodzące i powracające jak ocean pod wpływem cyklów księżyca. Tak czy siak sytuacja była z rodzaju beznadziejnych. Chciała nawet bardzo, żeby zaistniał nieszczęsny pat, ale żeby zaistniał, musiałaby stać pod ścianą i walczyć, a ona tylko stała. Stała i nawet nie grzebała czubkiem buta w uklepanej ziemi. Jeśli już, to raczej była tylko, albo aż, jak przetworzona przez proces produkcyjny rzecz, z dopiskiem: wybrakowana. I nawet na tle ściany bardziej zlewała się z tłem, niż odróżniała. Skonstatowała, że ekspert od kontroli jakości (kimkolwiek był), musiał się jej dobrze przyjrzeć, a nawet aż za dobrze, skoro dopatrzył się uchybień, których na pierwszy rzut oka widać nie było. A czas płynął.


Energia


Przeszłego roku, od pewnej roztropnej kobiety, nauczyła się ściągać zegarek z nadgarstka zaraz po powrocie do domu. Miało to tę zaletę, że nie ścigała się z czasem poza godzinami spędzonymi w pracy. Bywało jednak zgubne, tak jak dziś. Zegarek leżał od wczoraj na stoliku nietknięty, leniwie obracając wskazówki. Można by się pokusić nawet o stwierdzenie, że dopasował się do jej dzisiejszego rytmu i na przekór prawom fizyki spowalniał czas. Doszło więc i do tego, że i przed drzwiami rozplanowany dzień miał się źle i umykały z notesu istotne i mniej istotne, ale umiejscowione z rozmysłem po sobie czynności.

Rzeczywistość jeszcze tkwiła w późnym popołudniu, jeszcze jakoś się trzymała, ale pewno za chwilę podda się naporom wieczoru. Zanim jednak, istniała realna szansa, że choć coś, z planu na wieczór da się uratować.

I pojawiła się. Ktoś otworzył drzwi werandy, zdejmował buty i odezwał się głosem mamy. Chciała zawołać, nawiązać rozmowę i wreszcie wstać, lecz nim podjęła decyzję drzwi od domu właściwego zamknęły się i nastała cisza. Kilka minut później znów ktoś przeszedł, ale musiała przysnąć, bo usłyszała tylko charakterystyczny stukot lekko rozchwianego zamka z werandy i znów nic. Zdążyła tylko zmienić bok z lewego na prawy, żeby w razie czego, móc szybciej zareagować. Potem jednak odwróciła się z powrotem i nakryła kołdrą. Przecież zawsze mogę wstać – przemknęło jej przez myśl - a pod kołdrą cieplej. Błogość kołdrzana odebrała jej ostatki woli i szybkości. Pomyślała sobie, iż szkoda nawet, że nie jest chora. Miałaby doskonałą wymówkę. Alibi dla bezczynności i alternatywę dla słabości, która wyłączyła ją dziś z nurtu.

- …Jakaś gorączka, z bólem mięśni i brakiem apetytu. Na przykład zimnica i odpowiednia na nią dawka chininy. – przemknęło w potoku myśli.

Majaczyłaby wydobywając się z ciężkiego stanu chorobowego. Nie musiałaby nic jeść i w przeciągu tygodnia, dwu znacznie by schudła. Silny organizm wydobyłby się z choroby, a ciało nabrałoby estetycznego całkiem wyglądu; w skali od jeden do dziesięć na: podobam się sobie w lustrze…

Powiedzmy jednak szczerze, że choroba zawsze niesie ze sobą ryzyko i nie wszystko mogłoby pójść gładkim scenariuszem; a powikłania nie chodzą po lesie - tych miała w innych względach, na co dzień dosyć. Lustro natomiast wcale nie musiałoby być zadowolone i podobanie się okupione gorączką, bólem i uziemieniem, wprowadziłoby chaos w zmęczonej głowie, trudny do przewidzenia w skutkach. Zatem Julka szybko zapomniała o onym scenariuszu, tym bardziej, że nie był jedynym, który przyszedł jej na myśl. A umysł miała giętki, o szerokim spojrzeniu, analityczny. Wyobraźnia również działała sprawnie, więc nie było kłopotu, żeby nowa myśl, zastąpiła starą i kolejna, i następna.


Pozory


Oto właśnie przyszło jej na myśl, że powinna zatroszczyć się o pęcherz, ugasić pragnienie, coś zjeść, a potem ugasić pragnienie - w kolejności dokładnie takiej.

Przetarła oczy. Wstała, niechętnie opuszczając łóżko. Dopiła zimną herbatę, robiąc w ulubionym kubku miejsce na nową. Skrzypnęła zawiasami. Zadziałała ciałem na fotokomórkę na werandzie i w świetle kinkietu weszła do domu właściwego. A kiedy klamka od drzwi już zapadła zamknięta i zgasło światło, ustawione na jak najkrócej wyrósł przed nią naburmuszony jejmość i trzasnął drzwiami do swego pokoju. Nie zwracając jednak uwagi na trzask, Julka udała się w miejsce wiadome. Dopełniwszy formalności spuściła wodę, umyła ręce i zamknęła za sobą drzwi. Kiedy już w kuchni, wrzuciła warzywa na patelnię i poddała one duszeniu, wyszedł znowu. Nie do końca było wiadomo, czego szuka, ale skoro wyszedł raz drugi, istniało ryzyko, że sprawdza grunt do zainicjowania konfliktu, na który kobieta ochoty nie miała. Jego jednak nie obchodziło, na co kto ma ochotę. W swoich egoistycznych zapędach i bez powodu przelewał złość na nią. Można by rzec, że obijał o Julkę piłeczkę. Lub też zieloną krągłość podawaną złośliwie przez życie, jak z automatu, próbował od siebie jak najdalej odrzucić a przy okazji, trafić Julkę i poprawić sobie nastrój. Lub też jedno i drugie. Na nieszczęście Julę ciężko było trafić, a jej cierpliwość była jak łąka za kortem tenisowym. Najczęściej piłki spadały, zawieruszały się i niemożliwym było je odnaleźć. Próżnym było czekanie na wolej, czy forhend i tym samym niemożliwa była kontra na którą zawsze czekał w napięciu. Gotowy na każdy scenariusz odbicia, jak przystało na wytrawnego gracza. Proces ten, zważywszy na wspomnianą, anielską cierpliwość kobiety, był czymś w rodzaju kumulacji, jak w totalizatorze. Bywały niestety i takie dni gdy oddawała hurtem. Nie był to czas szczęśliwy dla nikogo, kto znajdował się w zasięgu białych linii. Kiedy piłek była już znaczna ilość, taka, o którą się można było potknąć, przerzucała za płot, na właściwą stronę kortu, wszystkie na raz...

Jeśli ktoś pomyślał, że: ten na szczupłych nogach z wydatnym brzuchem, nazbyt energiczny, stojący naprzeciwko niej facet, bywał choćby tenisistą, - to owszem, trochę się zagalopował, a nawet jest w wielkim błędzie. Krótko ścięta, czarno-siwa szczecina, tegoż samego koloru wąsy, ściśnięte usta i rozbiegany wzrok, oraz ręce, z którymi nie wiedział, co zrobić, były oznaką nie kunsztu, lecz złośliwości.
Wyszedł. To jeszcze nie koniec – przemknęło Julce przez myśl. Jednak zajęta przygotowywaniem jedzenia i ucieszona, że wreszcie się krząta, że podjęła działanie, machnęła ręką. Jedzenie pachniało coraz bardziej, więc uśmiechała się pod nosem i wyczekiwała cierpliwie, aż będzie. Jeść, jeść! - wołały myśli i arterie.


Występ (gem set mecz)


- Długo się z tym będziesz pierdolić – wyrzucił z siebie, zza jeszcze nie całkiem otwartych drzwi. Wparował po raz trzeci do kuchni i nerwowo krążył tam i z powrotem, po niewielkiej przestrzeni.
- Kończę smażyć, nie rozumiem, o co ci chodzi.
- Co, o co chodzi? Nie pyskuj. Rozpierdoliłaś się po całej kuchni, i ani zrobić nic nie można.
- Zajęłam jeden palnik, jedną patelnię, jeden talerz i jedną płytkę na podłodze, i zaraz je zwolnię. Chciałabym zjeść w spokoju...
- Co w spokoju? – wysapał przysuwając się bliżej, jakby zdecydował się już na frontalny atak.
- Masz może jakieś życzenie? Jeśli nie, to wybacz. Jestem zmęczona…
- Zmęczona! Nierób pierdolony! Całymi dniami gnije w łóżku i zmęczona!
(Fakt, że Julka pracuje ojciec permanentnie ignorował. Jak gdyby miała sobowtóra, zatruwającego jej życie, który pod jej nieobecność pomieszkiwał w domu i powodował konflikty; jakby dwa na pozór bliźniacze światy, tuż obok siebie, wiodły żywot zgoła inny.)

Wyszedł. Trzasnął drzwiami. Zostawił po sobie odór wódki oraz atmosferę tak gęstą, tak bardzo, że Julka zesztywniała i nie miała sił się ruszyć. Wolno, bardzo nawet wolno nałożyła jedzenie na talerz. Potem pstryknęła czajnik. Biało-zielony zelmer ochoczo zabrał się do pracy i po chwili głośne pyk ugotowanej wody wyrwało ją z zadumy. Nie pamiętała gdzie była, ale postanowiła, że musi koniecznie wrócić. Gdziekolwiek by to nie było. Eter obcego świata; wymiaru tuż obok; jaźni nietkniętej promilem; ciszy, nade wszystko ciszy... wrażenie pozostawione... pozór gładkiego lazuru wody nietkniętej wiatrem, tak silnie podziałał na Julkę, że zapomniała, co miała. Pstryknęła czajnikiem raz jeszcze, tym razem bez perturbacji nalała wrzątku do kubka. Herbata ani nie pachniała, ani nie wyróżniała się niczym szczególnym, naciągnęła tylko koloru czerwonego.

Czerwonego, ale nie tak jak jego twarz, kiedy wparował po raz enty. Siedziała za stołem, skulona i skupiona na jedzeniu. W kuchni paliła się tylko niewielka jarzeniówka pod szafką na szkło. Cisza, nim otworzył usta, wraz z półmrokiem trochę, ale zawsze, uspokoiły Julkę. Kiedy go jednak ujrzała, opuściła widelec od ust. Zagrzebała w talerzu, jak kura w piasku. Nie podniosła oczu.

- Coś normalnego byś zjadła!
- ... - tyle pozostało z jej odpowiedzi. Nerwy napięte ponad już dawno przekroczoną miarę ścisnęły gardło. Patrzyła w talerz na brokuły, kukurydzę, i kawałki kurczaka z wczorajszego obiadu...
- Pozmywaj i zgaś światło!

Wyszedł z dwiema kromkami chleba i herbatą. Julka straciła rachubę czasu. Znów coś jej umknęło. Z ledwością powstrzymała się, żeby nie westchnąć. Czasem wystarczyło zbyt głośno wciągnąć powietrze, żeby go rozjuszyć... A teraz... przecież był pijany... w tym najgorszy stanie... niedopicia. On pijany, a ona ogłupiała. Spodziewała się frontalnego ataku. Coś tu się nie zgadzało. Jakby przeczytał taktykę terroru. Jakby goniąc ją w gęstym lesie, (kiedy nagle znaleźli się oboje na rozległej polanie), prawie ją już miał... I naraz, zwyczajnie się zatrzymał; machnął ręką i odszedł; tak po prostu. Misterne konstruowane warianty obrony, cała para, siła i koncentracja, poszły w gwizdek. Była wyczerpana. Całe to niepotrzebne przedstawienie dodało z pewnością kolejną zmarszczkę do już istniejących. Pojawiały się ostatnio coraz częściej na aspirującej do czterdziestki, opalonej, zeschłej od słońca, mimo coraz to nowych kremów i zabiegów, twarzy. Dlaczego to tak boli, i dlaczego tak paraliżuje jednocześnie; dlaczego tak w dwójnasób powstrzymuje od działania...? - pytała ciszę, która zaległa w kuchni.


Dobranoc


Podwieczór minął. Nie zauważyła, jak zrobiło się szaro, jak ciemniało z wolna, ale skutecznie. Połowicznie doszła do siebie, kiedy było już całkiem ciemno. Ożywiła się trochę szykując to i owo do pracy na dzień następny. Wybrała poranne menu na śniadanie i na kilka posiłków w ciągu dnia. Dwanaście godzin w ciężkich warunkach wracało ja do życia. A poranny budzik przywracał nadzieję. Krok za krokiem, przemierzając przestrzenie, rodziła się na nowo cząstką lasu. Cisza ją oplatała, żywica wsiąkała, a półmrok leczył oczy, czasem zapłakane, czasem złe, prawie zawsze smutne.

Uśmiechnęła się jednak, kiedy ustawiała budzenie. Świt ucieszy, kiedy o czwartej rano zacznie się rozwidniać, a słońce będzie obejmować z wolna, jeszcze nieśmiało, zaspane miasto. Lubiła przejeżdżać przez ciche ulice, wolne od nadmiaru myśli przelewających się w pośpiechu, nie do końca świadomych siebie istnień. A wręcz uwielbiała, kiedy ostatnie z miast znikało za plecami ustępując miejsca żywicy i ciszy.

Dom ucichł i Julka jakby ze strachu, że czar pryśnie, na palcach zakradła się do wyłącznika. W poświacie księżyca, która wykorzystując stworzoną właśnie ciemność, wlała się przez okno, wróciła do łóżka. Czas na sen, czas na podróż duszy zdawało się mówić jej ciało z każdym coraz cichszym westchnieniem…

Drzwi otwarły się bez pukania. Jacek nie wszedł jak zwykle. Nawet nie przełożył nogi za próg. Przez szparę oświadczył, że nie jadą do pracy. Zaskrzypiały zamykane. Ocknęła się. Przyswoiła niewesołą wiadomość, ale chciała być już, jak najszybciej, po tamtej stronie. Jeszcze ją tylko zdążyło zastanowić, czemu drzwi, zazwyczaj rozgadane, nie dały znać o sobie przy otwieraniu. A potem, tak najzupełniej, nie bacząc na zmarnowany dzień, zwyczajnie zasnęła. Nie bacząc także na jutrzejszy, który to, - nie do końca szczerym głosem brata, maskowanym nieudolnie sennością, - także został przypieczętowany…


Nie każdy jest wyrywnym wariatem… Niektórzy dają się spokojnie zastraszyć.
Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
coca_monka · dnia 27.12.2011 10:07 · Czytań: 1224 · Średnia ocena: 5 · Komentarzy: 18
Komentarze
zajacanka dnia 28.12.2011 00:50 Ocena: Świetne!
Doskonały debiut na PP! Podejrzewam, że już NIE debiut ;) Świetnie napisane, fantastycznie prowadzisz czytelnika drogami myśli pani Julki.
Tak mi się skojarzyło: znam taki obraz "Pani Julka ślepo wierzy, że będzie lepiej". Jakbyś o niej pisała.
Czekam na inne Twoje teksty.
Pozdrawiam
coca_monka dnia 28.12.2011 20:53
Mam się czerwienić już, czy jeszcze trochę poczekać?;)
A poważnie, bardzo się cieszę, że podążyłaś drogami myśli bohaterki,a tym samym, że mnie się udało zaangażować Ciebie w tekst.
Wbrew pozorom to wcale nie takie proste, sprawić by czytelnik się zaczytał.

Kwestia imienia długo nie była rozstrzygnięta, ale Julka wygrała i proszę jak trafiłam. Cytatu nie znam, ale bardzo trafnie oddaje klimat opowiadania.

Oraz owszem, debiut nie debiut, opowiadanie już gdzieś się tam przewinęło, poleżało, a ostatnio zrobiłam korektę, z korzyścią dla narracji.

Pracuję nad następnym, i kolejnym, i nieskromnie mam nadzieję na kolejny Twój taki komentarz :p

Serdeczności! :D
Wasinka dnia 29.12.2011 20:43
Owe drzwi prowadzą do ciekawego nawet świata... To znaczy może dla bohaterki nie jest on jakoś specjalnie ciekawy, jednak czytelnik ma ochotę wejść dalej, głębiej. Specyfika stylu uatrakcyjnia czytanie. A na wstępie pokazałaś, że wiesz, jak korzystać z powtórzeń... Lubię ten środek wyrazu, gdy odpowiednio się go używa.
Myśl poprowadzona zgrabnie, od tego, co się dzieje wewnątrz, po świat wewnętrzny, który także przefiltrowany jest przez oczy bohaterki. Dowiadujemy się czegoś więcej stopniowo, możemy też sobie sporo podopowiadać. Opowiada narrator, ale w taki sposób, że "czuje się" Julkę.
Można by tylko co nieco podopieszczać interpunkcję (i czy musi być aż tak dużo średników na początku?).
Pozdrowienia księżycowe zostawiam i zmykam.
coca_monka dnia 29.12.2011 21:42
Wasinko, interpunkcja to moja pięta achillesowa. Staram się jednak, żeby potykać się na niej jak najrzadziej. Podstawowe reguły przecinkowania problemu nie stanowią, ale jak zagłębić się w warsztat i technikę narracji okazuje się, że ta mała kreseczka dyktuje rytm, tempo czytania i może służyć do manipulowania czytelnikiem. W wielu takich przypadkach miejsce wstawienia przecinka jest dyskusyjne i każdy może mieć rację. Niemniej, jak napisałam na wstępie, do mistrzów interpuncji nie należę.

Co się tyczy średnika, chyba za dużo czytam Pilcha i to potem odbija się na narracji. Poza tym, przy rozbudowanej wymianie elementów, zdarzeń, czy też cech, średnik jest lepszy od przecinka. Sprawia, że tekst jest przejrzysty. Stosuję go zwykle w tych miejscach, w których użycie kropki jest zbyt mocnym akcentem. Na przykład tam gdzie przelewają się myśli, albo wszystko jest równie ważne i etc.

Ogromnie się cieszę, że przeszłaś przez drzwi. Nic tak nie podbudowuje ego autora, jak zadowolenie czytelnika. I nic tak nie mobilizuje do dalszego pisania. Dziękuję.

odpozdrawiam z paryską, wieczorną mgłą.
ekonomista dnia 30.12.2011 00:17
Niestety, moja zdanie różni się trochę od zdań koleżanek. Największym mankamentem wydaje się "przerost formy nad treścią". Ja wiem, że niektórzy lubią takie rozciąganie tekstów, ale ja zdecydowanie wolę mniej słów, a więcej treści. Przyznaję, że dokładniej przyjrzałem się Twojemu opowiadaniu i myślę, że spokojnie można go skrócić o mniej więcej 70-80% bez uszczerbku dla zawartych w nim myśli.

Zabieg z drzwiami spodobał się koleżankom. To zrozumiałe. Wszak kobiety uwielbiają tajemnice. Przypomina mi się nawet mój kolega, który miał właśnie wizerunek tajemniczego faceta. Nigdy nic nie mówił, nigdy nie prosił kobiet do tańca, nigdy pierwszy nie zaczepiał. Stał albo siedział w rogu sali i patrzył. A kobiety wzdychały. Potem się okazało, że generalnie nie miał nic do powiedzenia i w końcu, ta niesamowita aura tajemniczości jakoś tak się sama rozwiała. Podejrzewam, że podobnie jest z tymi drzwiami, a raczej z tym, co za nimi można znaleźć.

Spodziewałem się czegoś lepszego. Szkoda, że miałem rację, kiedy komentowałem Twojego powitalnego posta na forum. Chętnie przeczytam Twoje następne opowiadanie. Mam nadzieję, że będzie niezłe, bo trzeciej szansy nie będzie.

Aha, w ramach resocjalizacji portalowej powinienem napisać również coś miłego. No więc nie było aż tak źle. Trochę przynudzasz, ale trzeba przyznać, że językowo robisz to na wysokim poziomie. Wciąż jednak jest to tylko forma.
Darcon dnia 30.12.2011 08:14
Emocje, emocje, emocje - to czytam prawie w każdym debiucie. W twoim przypadku bardzo elokwentnie zapodane. Umiesz bawić się słowem, ale to raczej pokaz twoich możliwości niż rzeczywiście opowiadanie. Niestety muszę się zgodzić z ekonomistą, iż samo - dałoby się skrócić do 20%.
Będę musiał długo zaczekać ze swoim, aż emocje opadną :)
Pozdrawiam
coca_monka dnia 30.12.2011 22:22
Ależ panowie! Zarzucić opowiadaniu o emocjach, że jest w nim za dużo emocji – toż lepszej reklamy nie trzeba. Dodając do tego pochwałę warsztatu – ideał. :smilewinkgrin:

Ale po kolei.

Darcon, powyższy tekst jest opowiadaniem o emocjach właśnie. O chwili z życia pewnej kobiety, o jednym dniu, a właściwie o kawałku dnia. O zdarzeniach dziejących się za zamkniętymi drzwiami, i trudnym, szarym, uwikłanym życiu. Dramat w kilku aktach z piętnem depresji, apatii i DDA.

Oraz, wyżej w komentarzu wspominam o debiucie, nie debiucie.

Ekonomisto - po Twoim pierwszym poście wiedziałam, że będą z Tobą same kłopoty ;)

A poważniej - syty głodnego nie pojmie i odwrotnie, czyli kobiety są z wenus a mężczyźni z marsa. (to powinno wystarczyć za odpowiedź ale mam zapas atramentu, więc co mi tam ;) )

Żeby zrozumieć kobietę żyjącą w świecie jaki opisałam, trzeba być najwyraźniej inną kobietą. To trochę smutne.
Bohaterka żyje i stara się jak może, mimo okoliczności, choć nie zawsze jej się udaje. Zbyt wrażliwa odstaje od świata, ma około 40 lat, depresję i ojca alkoholika, który jej nie daje żyć – jest przez niego zaszczuta, zapędzona w kozi róg. I do tego wciąż mieszka z rodzicami (z nim) – być może musi. Ciąży na niej piętno dorosłego dziecka alkoholika – dramat jak widać wciąż trwa. A na dodatek nie pasuje do społecznych normatywów i schematów.

Potraktujmy powyższy akapit jako skrócone opowiadanie.

Co powiesz? Podoba Ci się? Bo mnie nie.

Jeżeli emocje człowieka, kobiety skrócić do słowa – nudne, trywialne i dopowiedzieć, że to w sumie pierdoły, takie ple ple o niczym – to czym wówczas stanie się jej życie? Wiem, wiem zostanie jej kuchnia, dzieci, pranie, prasowanie i inne… Dorzucę, że problemy kobiet są często właśnie tak zawężane, marginalizowane i spłycane, ale to już inna bajka.

A Drzwi? Nie są bynajmniej tajemnicą.
Są symbolem intymności i potrzeby własnych czterech kątów.
Intymność, o której się często zapomina, pomija, a bez niej nie jest łatwo żyć nikomu, a już kobiecie zwłaszcza. Intymności, którą się lekceważy, a która jest niezbędna, do normalnego funkcjonowania w społeczeństwie, bez względu na płeć.
Jak mawiał mój dziadek: Każdy potrzebuje własnego kąta, żeby się swobodnie i bez gapiów podrapać po dupie.


Kończąc. Jedni uwielbiają E.Jelinek, inni S.Kinga; jedni lubią niebieski, inni zielony kolor – świat jest różnorodny a my mamy wolny wybór i całe szczęście. Nie chciałabym dożyć czasów jednej, jedynie słusznej myśli twórczej.

Bardzo wam dziękuję za poczytanie i komentarze.

Serdecznie pozdrawiam ;)
ekonomista dnia 31.12.2011 00:31
To zapytam inaczej. Co chciałaś przekazać tym opowiadaniem. Jaką myśl lub ideę?
coca_monka dnia 31.12.2011 11:43
pewien ktoś tak napisał o opowiadaniu: Smutne i klimatyczne.
Opowiadanie jest tak bardzo realne, że aż zasmuca prawdopodobieństwem zaistnienia takiej sytuacji.
Tekst przypomina obraz malowany na płótnie powolnymi, przemyślanymi pociągnięciami. Precyzyjny opis sytuacji, zaistniałej od dawna i nie dającej żadnych przesłanek do zmiany (a przynajmniej ja tak to widzę)


I o tym właśnie jest opowiadanie. O dramacie w kilku aktach, monotonii życia i potrzasku. Pisałam o tym w komentarzu wyżej.

Nie ma tu idei i myśli, bo w codzienności i uwikłaniach życia nie ma dla nich miejsca. A jeśli już się pojawią (bohaterka je ma, choć nie mówię o tym wprost) są zwalczane przez innych - na przykład przez ojczyma, alkoholika.

I mogłabym tak w nieskończoność, uważam jednak, że już wystarczy.

serdeczności i wszystkiego dobrego w nowym roku ;)
ekonomista dnia 31.12.2011 12:23
Aha. Czyli to kolejne opowiadanie na PP o tym, jak trudno zniewolonej kobiecie zmienić coś w swoim życiu. W sumie to dobry ruch, bo miliony kobiet na pewno zobaczę w tym swój los. Całe szczęście, że urodziłem się mężczyzną :)
Darcon dnia 01.01.2012 14:26
Dobrze, że się uśmiechasz coca, to mnie trzyma przy myśli, że masz do tego dystans.
Wiesz, często czytam debiuty z negatywnymi emocjami i to dużymi. Najczęściej wydają mi się mniej lub bardziej skrywanymi emocjami samego autora. Czuję jak stoją, obnażają się, jak krzyczą do mnie. Wręcz mam poczucie winny nie wiedząc dlaczego :)
A ja zatrzymałem się tylko przeczytać rozkład jazdy myśląc, że ten autobus zawiezie mnie w jakieś ciekawe miejsce...
coca_monka dnia 02.01.2012 01:22
Darconie, mam taką teorię, że wszystko co piszemy, to mniej lub bardziej skrywane emocje i marzenia nas, autorów. Jakbyśmy nie zaprzeczali, jesteśmy po trosze mniej lub bardziej ekshibicjonistami. Tworzymy inne światy, by uciec przed swoim i żyjemy wielokrotnie dzięki bohaterom.

Ale nie przeczę (nawet jak są to nasze własne emocje) musimy nauczyć się pisać o nich na zimno, tak jak aktor musi nauczyć się krzyczeć - bez angażowania własnych uczuć, albo umiejętnie je ukryć, jeśli są.

p.s. niedługo będzie i o autobusie ;)

Ekonomisto, przejrzałeś mnie - pisać pod czytelnika, to klucz do sukcesu, z czegoś przecież trzeba żyć ;P

A poważnie, kobieta jest jedną z bohaterek moich opowiadań, ale poruszam też inne problemy i opisuję inne światy. Nie znoszę monotonii.

pozdrawiam noworocznie!
ekonomista dnia 03.01.2012 16:42
Ironizowałem :)
julanda dnia 22.01.2012 11:40
Ależ masz komentarzy! Czytam z wydruku, który przygotowałam wcześniej. może już od tego czasu coś zmieniłaś. ;) Gaduła jesteś, emocjnonalnie widzę dużo siebie, ale może to ogólnie cecha piszących wrażliwców. Twoja narracja jest przepełniona po brzegi, co być może podoba się czytelnikom grubasnych powieści - mnie nie. Uwielbiam opisy, dygresje, ale na miarę potrzeb, jeśli już za dużo, nie daję rady. Ludzie z reguły mają swoje życie wewnętrzne, dość bogate, wystarcza im czasem dać bodzieć,
Masz skłonność do stylizowania i akcentowania powtórzeniami, (zakpiło - zakpiło, ogarnę - do ogranięcia, że - że itp.) Wszystkie te uwagi, to generalnie kosmetyka i idywidualne decyzje Autora, czego chce. W dalszej części działań zawsze liczy się na mądrego i sprawnego korektora.
Co do imienia bohaterki, moje ulubione, w końcu od chrztu mam Julita, a ukochana babcia Jula to rozdział mojego życia. No i Julanda ma swoją etymologię, której prawdy dojść nie umiem, bo tak na mnie wołał dziadek, ten od Julki. I kto tu jest gaduła! Ale sprowokowałaś tekstem!
Pozdrawiam ślicznie!
pierzak dnia 22.01.2012 12:41
Debiut, jak dla mnie ciekawy.
Wiesz, co piszesz, bez zbędnego zgrzytu i to mi się podoba:D Dobrze oddałaś emocje bohaterki i jej "rozterki" dnia codziennego.

Podoba mi się.


Pozdrawiam :D
coca_monka dnia 22.01.2012 21:28
Julando
Nic nie zmieniałam, o ile sobie przypominam ;)
Co do objętości, gadulstwo pozwoli mi pisać grube książki, takie jakie zawsze chciałam. A poważnie, staram się z moim gadulstwem walczyć, ale czasem się nie udaje. Nie martwię się jednak z tego powodu. To jak z ubraniem, lepiej się rozebrać z nadmiaru, niż marznąć :D
Cieszę się, że tekst sprowokował, poniekąd oto między innymi chodzi. Odżyły Twoje wspomnienia - to dla mnie duży plus. Nie pamiętam, czy wspominała, że nad imieniem bohaterki długo myślałam i jak widać się opłaciło.

Dziękuję ślicznie za poczytanie (również wolę czytać z wydruku :) )

Kłaniam się nisko i serdeczności! :)

Pierzaku
Co się będę, dziękuję za poczytanie i cieszę się, że opo. się spodobało. A także dziękuję za pochwały. Spróbuję nie urosnąć w piórka!

serdeczności! :D
pierzak dnia 22.01.2012 21:32
Czyżby jakiś przeciek mego nazwiska? :p

Dobry tekst, zawsze warto czytać :D
coca_monka dnia 22.01.2012 21:36
Nic mi o przecieku nie wiadomo! A jakby co, to i tak się nie przyznam! :p

I zgodzę się z Tobą, owszem, dobre warto zawsze (tu spąsowiałam, na myśl, że też się zaliczam do onych) :D
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
skroplami
28/05/2022 17:50
Treść rozmów naprawdę rzeczywista, idealnie rzeczywista :).… »
skroplami
28/05/2022 17:04
Dobre, całkiem dobre. Ale do połowy lepsze jak dalej.… »
Florian Konrad
28/05/2022 16:21
Oj tam, dwie pierwsze powieści poszły z dymem, przyznaję.… »
wolnyduch
28/05/2022 16:20
No to zmienię na brzeg, choć na ogół nie jestem taka… »
wolnyduch
28/05/2022 16:18
Rozumiem, no ale jest ta telepatyczna i duchowa więź, bo… »
wolnyduch
28/05/2022 16:14
Re: D.U Ok, rozumiem, pozdrawiam serdecznie i życzę… »
Kobra
28/05/2022 16:11
...brzeg może być. Jest super. Ja myślałam po potoku, rzece… »
wolnyduch
28/05/2022 16:06
Zmieniłam na wers po wyjściu na brzeg, ale skoro piszesz, że… »
Kobra
28/05/2022 15:59
Coś mi się widzi, że zmiana "wody" na coś innego… »
wolnyduch
28/05/2022 15:46
Witaj Koberko No co ja zrobię, że ja kocham rym...:) No… »
Kobra
28/05/2022 14:48
Wody/tetrapody - zamierzony rym? I może trochę pozmieniać te… »
d.urbanska
28/05/2022 14:42
WD - to nie przejęzyczenie, lecz ludowa forma: udałaś mi się… »
czarnanna
28/05/2022 13:50
Wolny duchu, serdecznie dziękuję za podzielenie się odbiorem… »
wolnyduch
28/05/2022 12:12
Rozumiem, no cóż metafory zawsze są cenne, ale co do układów… »
wolnyduch
28/05/2022 12:08
Czegóż się nie robi w imię przyjaźni/miłości, nawet picie… »
ShoutBox
  • Pulsar
  • 20/05/2022 20:45
  • Szanowna redakcjo! Na mój BLOG nikt nie może publikować. Jedynie komentować i wyrażać wszystko co wątrobie zalega. Zatem nie jestem [link]żeniem.
  • Pulsar
  • 20/05/2022 20:25
  • oto adres:
  • Pulsar
  • 20/05/2022 20:20
  • Oto adres:
  • Pulsar
  • 20/05/2022 20:18
  • Oto adres:
  • Pulsar
  • 20/05/2022 20:15
  • Zabrakło znaków. Coś podobnego. A ja dopiero się rozkręcam. Zatem zapraszam wszystkich do mojego BLOGA, nieśmiałego. u mnie można o wszystkim, nie tylko o poezji. W ramach obowiązujących norm internet
  • Pulsar
  • 20/05/2022 20:08
  • Zapraszam na mojego nieśmiałego BLOGA. Wszystkich, nawet tych bez ślepej kiszki i z dwunastnicą zapasteryzowanymi metaforami. Co zrobić, trudno! Z żołądkiem zakwaszonym refluksem. RRRUU! Wszystko ule
  • Yaro
  • 16/05/2022 19:07
  • To fajnie:)
  • mike17
  • 16/05/2022 17:17
  • Opróżniłem pocztę Jarku :)
  • mike17
  • 16/05/2022 14:29
  • Jarku, nie zapomniałem o Tobie :)
Ostatnio widziani
Gości online:0
Najnowszy:Usunięty
Wspierają nas