Raj utracony cz. 2 - Quentin
Proza » Obyczajowe » Raj utracony cz. 2
A A A
Złorzeczenie naczelnika Potockiego znalazło swoje odbicie w rzeczywistości. Skrobał baseny ze szczyn jakąś wymyślną szczotką, która dzięki opływowym kształtom i elastyczności docierała do każdego zagłębienia. Zdziwiło go trochę, że szczotka wyglądała jak nowa, co nasuwało jednoznacznie wniosek, iż pielęgniarki wcale nie czyściły basenów, a przynajmniej nie używały do tego szczotki. Leniwe raszple w białych uniformach musiały jedynie płukać pojemnik, żeby pozbyć się ohydnego zapachu, nie zwracając uwagi na jasnożółty osad na ściankach. Zaraz potem pomyślał, że przecież pielęgniarka to chyba najbardziej zabiegany zawód świata – nie licząc sportowców – i mogły po prostu nie mieć czasu, aby pucować przenośne toalety, przymykając oko na pewne niedociągnięcia. Tylko po jaką cholerę kazały jemu to robić?
Próbował być wyrozumiały i doszukiwać się różnych przyczyn takiego postępowania, jednakże od której strony by na to nie patrzył, zawsze najbliżej miał do teorii, że został potraktowany tak, jak kryminalista winien być traktowany.
Momentalnie poczuł się oszukany i zaszufladkowany razem z gwałcicielami, mordercami czy pedofilami. Czuł jak wzbiera w nim nienawiść do szpitalnych kurew. Jeszcze przed chwilą starał się zrozumieć ich sytuację, jako źle opłacanych cierpiętnic, ale miejsce empatii zajęła teraz pogarda.
Bodaj narastająca w nim złość rozerwałaby go na strzępy, gdyby nie Zosia.
Zosia była jedną z pielęgniarek. To ta sama, która została obrzucona kaszką w pokoju numer jedenaście. Lekko pucułowata buzia sprawiała wrażenie całkiem sympatycznej. Krótko ostrzyżone włosy w kolorze kasztanowym, nadawały jej obliczu trochę jakby chłopięcego wdzięku, ale tak nieznacznie, że zachowała swoją kobiecość. Trzydziestoletnia pielęgniarka jako jedyna zwracała się do Krisa po imieniu. Reszta personelu wołała najczęściej „hej, ty, chodź na chwilę”.
Spośród wszystkich ludzi, których poznał w tym miejscu, tylko do niej nie czuł awersji. Z nią jedyną rozmawiał prawie swobodnie, nie budując – jak to określiła Zawadzka – muru. Może w innych okolicznościach mógłby ją polubić, a może nawet doprowadzić do zbliżenia, gdyż przebywanie w celi odbiło się nieco na jego wymaganiach seksualnych, sprawiając iż stał się mniej wybredny.
Teraz, gdy Zosia pojawiła się w drzwiach łaźni, szybko opanował emocje, skrywając je głęboko w świadomości.
– Krystian, szukałam cię – oświadczyła dziewczyna cieplutkim głosem. – Możesz to zostawić.
– Szkoda, już zaczynałem się rozkręcać – zażartował Kris, choć nie zdołał ukryć lekkiej złości w tym zdaniu.
– Za chwilę możesz za tym zatęsknić.
– Co masz na myśli? – dociekał chłopak, gdy oboje wyszli na korytarz.
Zosia rozejrzała się na wszystkie strony czy na pewno są sami i wytłumaczyła:
– Postanowili, że wyślą cię do Bergera, pod jedenastkę – chociaż dziewczyna mówiła i tak bardzo cicho, teraz zaczęła prawie szeptać. – Uważaj na tego człowieka. Jest bardzo nieobliczalny.
– Co może mi zrobić schorowany staruch? – dziwił się Kris. Nie dlatego, że bagatelizował niebezpieczeństwo w postaci stetryczałego mężczyzny, a szokowała go powaga rozmówczyni, która tak pieczołowicie i ostrożnie dobierała słowa, że wyglądało to niczym knowania w konspiracyjnym podziemiu, za co groziło rozstrzelanie.
– Musisz mnie posłuchać – nie dawała za wygraną kobieta. – To bardzo nieszczęśliwy człowiek. Pod żadnym pozorem nie próbuj mu pomóc. Rozumiesz? Nie rób więcej niż powinieneś… – miała zamiar kontynuować, ale w głębi holu uchyliły się drzwi pomieszczenia, gdzie przebywały pielęgniarki, skąd wyszła jedna postać w białym wdzianku. – Weź to sobie do serca – powiedziała na odchodnym Zosia i ruszyła przed siebie.
Tajemnicze zachowanie trzydziestolatki było bardzo nienaturalne. Nie wyglądała na panikarę, która z byle gówna potrafi zrobić sprawę rangi państwowej, a mimo to zachowywała się tak, jakby naprawdę chodziło o coś poważnego. Prawda czy też nie, dla Krisa nie miało to większego znaczenia. Musiał przekonać się na własnej skórze o co chodzi.
Jedenastka mogła okazać się bramą piekieł albo totalnym niewypałem, jeśli chodzi o mroczne teorie, które zdążył poznać. Nie chciał się bardziej nakręcać, więc czym prędzej zapukał pod odpowiedni numer. Odpowiedziało mu milczenie. Ponowił więc próbę dobijania się do środka, ale nic to nie dało. Wahał się czy spróbować jeszcze raz, ale miast tego nacisnął klamkę i wówczas nieznacznie skrzypiące drzwi, uchyliły wolniutko wnętrze pokoju.
Spodziewał się, że nie zastanie tam nikogo bądź drzemiącego w najlepsze staruszka, jednak ku własnemu zaskoczeniu spostrzegł plecy wychudzonego mężczyzny, który siedział przy stole tyłem do drzwi. Nie mógł dokładnie ocenić ile ów człowiek miał lat, ale sądząc po mocno zgarbionej sylwetce i przerzedzonej siwiźnie na głowie, wnioskował, że to na pewno ktoś, kto przeżył ponad trzy czwarte stulecia.
– Dzień dobry – przywitał się Kris. – To pan jest Berger?
Jako, że pytanie nie wywołało reakcji, młodzieniec pomyślał, że pewnie trafił na wyjątkowego głuchola, dlatego też przemówił znowu, tym razem znacznie głośniej.
– Czy pan nazywa się Berger?!
– Widzisz idioto aparat na moich uszach? –odezwał się staruszek, jednak nie spojrzał za siebie. Cały czas siedział naprzeciw okna.
Keller nachylił się, aby obejrzeć ów aparat z bliska, ale nic nie znalazł. Wiedział jak wygląda takie urządzenie i z pewnością nie pomyliłby go z niczym innym, jednakowoż na uszach nic nie było.
– Widzisz?! – niecierpliwił się mężczyzna przy stole.
– Nic nie widzę – rzekł Kris.
– Bo go nie ma, kretynie – wypalił nerwus. – Słuch mam dobry jak skurwysyn, więc nie musisz drzeć mordy.
Chłopak zbaraniał. Nie wiedział jak ma się zachować.
– Przepraszam, nie chciałem. Jestem Kris, to znaczy Krystian, ale wszyscy mówią na mnie Kris.
– Gówno mnie to obchodzi.
Młodzieniec zbaraniał po raz drugi.
– Czy mógłbym panu w czymś pomóc? – wydukał zupełnie zdezorientowany.
– Chodź tu – rozkazał Berger, a dwudziestotrzylatek niczym posłuszny podwładny spełnił natychmiast prośbę.
Franciszek – bo tak na imię miał Berger – złapał Kellera za dłoń i szarpnął do siebie. Następnie podciągnął się na jego młodzieńczym ramieniu i uniósł z krzesła powykrzywiane i pomarszczone ciało. Kolejno wymamrotał pojedyncze słowo „łóżko” i wolniutko powędrowali obaj w stronę pościelonej wersalki.
Gdy mężczyzna ułożył się już wygodnie, przykrywając kocem do pasa i zamknął oczy, Kris mógł ujrzeć oblicze człowieka na łożu śmierci. W zasadzie to opuszczone powieki i leciutko rozchylone usta nadawały licu wręcz trupiego wyrazu, ale to już go nie szokowało. Przyzwyczaił się, że śpiący starzec ma śmierć wymalowaną na twarzy.
Niedokładnie wygolony zarost i wymiętoszona koszula, nosząca gdzieniegdzie plamiaste ornamenty, upodobniały Bergera do najzwyklejszego kloszarda. Całości dopełniała intensywna woń, którą można by określić esencją starości. Był to tak specyficzny, zupełnie nieporównywalny z czymkolwiek zapach, który w domu pomocy roznosił się niemal wszędzie. Nie było to wcale przyjemne doznanie dla zmysłu węchu. Lekko drażniący nozdrza smrodek sprawiał, że powietrze stawało się cięższe, przez co płuca pracowały szybciej, a organizm męczył się jakby bardziej. Oczywiście nie musiała to być reakcja czysto fizjologiczna. Swoją rolę odgrywała w tym wszystkim także psychika, która doświadczając uczucia dyskomfortu, przesyłała sygnał dalej, a to skutkowało odruchem somatycznym. Akcja – reakcja.
Stał nad tą jakże śmiertelną istotą i pomyślał, że nigdy nie doprowadzi się do takiego stanu. Wołałby umrzeć niż egzystować w zasmrodzonym pokoju tak, jak ten człowiek.
Starzec otworzył oczy i łypnął agresywnym spojrzeniem na wyczekującego dalszych instrukcji młodzieńca, po czym odburknął:
– Jesteś ciotą?
– Nie rozumiem – dziwił się Kris.
– Jeżeli jeden facet patrzy na drugiego faceta, kiedy ten śpi, to albo jest nienormalny, albo ma ochotę go zerżnąć. Czego tu nie rozumieć?
– Myślałem, że mam jeszcze coś zrobić dla pana.
– Przed tobą była tu już jedna dziwka i zmieniła mi pieluchę. Nic tu po tobie. Możesz wypierdalać.
Teraz wiedział dlaczego spokojna zwykle Zosia nazwała go skurwielem.

***
Odkąd został aresztowany, nie przespał nocy bez komplikacji. Raz budził się gwałtownie i ciężko sapał niczym nieudolny pływak, którego dopiero co wyciągnięto z wody, innym zaś razem nie zmrużył oka do białego rana, a wtedy zwykle przychodził klawisz i musiał być już na nogach.
Strzygi – bo tak więźniowie nazywali koszmary senne – były oznaką słabnącej odporności psychicznej. Nie dopadały każdego, ale każdy bez wyjątku obawiał się ich, jak diabeł wody święconej. Najbardziej przerażające nie były przykre obrazy doświadczane podczas fazy snu. Paradoksalnie dopiero obudzony, z lepkim potem na ciele czułeś się najgorzej. Uświadamiałeś sobie wówczas, iż utknąłeś w ciasnym pomieszczeniu, skąd nie ma ucieczki. Najbardziej zdesperowani czym prędzej gnali do jedynego okna w celi i obejmując drżącymi dłońmi klamkę, chcieli być jak najbliżej zewnętrznych krat. Przyciskali mocno twarze do chłodnych stalowych prętów i patrzyli hen daleko, gdzie rozpościerał się ich raj utracony.
Keller jeszcze nigdy nie rozmyślał tak wiele o szczęściu, życiu, śmierci oraz naturalnie o wolności. Pragnął wszystkiego jednakowo mocno i po raz pierwszy w życiu czegoś bardzo żałował. Po ponad miesięcznej odsiadce stwierdził, że myślenie to zabójca szczęścia. Im więcej zastanawiał się nad swoim życiem, tym bardziej czuł się źle. Ogarniało go przygnębienie, a czasem nawet rozpacz. Już nie pamiętał kiedy ostatnim razem coś go rozśmieszyło. Częściej chciało mu się płakać.
Pamiętał za to wszystkich mieszkańców ośrodka, których zdążył spotkać i miał okazję przyjrzeć im się z bliska. Najczęściej były to blade twarze, wypłowiałe jakby z wyrazistej barwy życia, poradlone zmarszczkami – głębokimi stygmatami wieku. Wszyscy byli do siebie bardzo podobni. Ta sama zgarbiona postura ciała, identyczny powłóczysty chód i otępiały wyraz twarzy. Tak jakby wszystko było im obojętne. Siedzieli w swoich zatęchłych pokojach, czekając na wizytę ponurego żniwiarza.
Chcąc nie chcąc, mignęła mu postać Bergera. Ekscentryczny dziadyga aż kipiał nienawiścią i złością do świata. Mimo tego Keller czuł, że to nie wszystko. Za grubą kotarą chamstwa i wściekłości musiało coś się kryć. Trudno podejrzewać iż wiekowy ordynus gardził teraźniejszością jak leci, bez powodu. Poza tym, gdyby ów człowiek był tylko zwykłym, naburmuszonym bucem, Zosia nie zachowywałaby się tak tajemniczo. Facet musiał zaleźć jej głęboko za skórę. Ciekawiła go ta sytuacja.
Nim zdołał usnąć, pomyślał o swojej babci, która coraz częściej wynurzając się z odmętów niepamięci wnuka, nawiedzała jego umysł. Nie można powiedzieć, że były to regularne „wizyty”, a raczej pojedyncze przypadki, gdzie widywał osobę babci Aliny, wpatrzoną w niego i siedzącą na krześle, które stało zawsze w tym samym miejscu, nawet po jej śmierci. Tuż po widzeniu przychodziła mglista smuga i Alina przepadał na powrót. Odczuwał wtedy ulgę.

***
Zmierzał właśnie do dyżurki pielęgniarek, kiedy to jedna z mieszkanek, obok której przechodził, wymamrotała ze wzruszeniem:
– Heniu, syneczku, dlaczego wczoraj mnie nie odwiedziłeś? Czekałam do wieczora.
Zaskoczony zupełnie, rozejrzał się wokoło, podejrzewając, że na korytarzu jest ktoś jeszcze, jednak nie licząc ich dwojga hol był całkiem pusty.
– Pani mówi do mnie? – zapytał Keller, wskazując jednocześnie na siebie palcem.
– Jak możesz, łobuzie, traktować tak swoją matkę? – zdenerwowała się starowinka. – Przecież obiecałeś, że będziesz mnie odwiedzał zawsze po pracy. Pewnie ta twoja żona zabrania ci ze mną rozmawiać, co? Ma mnie za wariatkę, ale ja wcale nie postradałam rozumu. Zjadłeś zupę na obiad? Musisz dużo jeść, jak chcesz urosnąć. Nie mogę cię jutro odebrać ze szkoły, synku. Bądź grzeczny – przerwała na moment i spojrzała na przegub lewej ręki tak, jakby sprawdzała godzinę, ale nie miała zegarka. – Już czwarta. Zaraz wróci ojciec. Idź do swojego pokoju odrabiać lekcje, a ja w tym czasie posprzątam. – Pełna mobilizacji kobieta weszła do pierwszego lepszego pokoju i zaczęła porządkować nie posłane łóżko, nucąc przy pracy jakąś melodyjkę.
Kris odczuwał smutek i politowanie, kiedy widział jak staruszka krząta się po pokoju, robiąc większy bałagan niż był uprzednio. Chciał jej pomóc, ale nie wiedział jak. Przymknął drzwi pokoiku i odszedł.
W dyżurce wytłumaczono mu, że pani Zuzanna oderwała się od świata rzeczywistego już dawno temu. Dogasała obecnie w przekonaniu, iż każdy młodzieniec z ciemnymi włosami, był jej synem, którego utraciła przeszło ćwierć wieku temu w wypadku. Odtwarzała ciągle na nowo chwile szczęścia, gdy Henio jeszcze żył, wypierając brutalną prawdę.
Słuchałby dłużej relacji pielęgniarek, gdyby nie zjawiła się sympatyczna Zosia, niosąca nowinę.
– Krystian, pan Berger chce cię widzieć.

– Ta mała powiedziała, że siedzisz w pierdlu – zagaił Franciszek do siedzącego przy stole Krisa.
– Dostałem trzy lata – odpowiedział chłopak.
– Za co? – dociekał Berger, który dziś wyglądał nieco przyjaźniej niż poprzednio.
– Wymuszenie rozbójnicze. Recydywa.
– Zachciało się mieć luksusy, co?
– Dlaczego mnie pan wezwał? – odparł nieco zirytowany pytaniem rozmówcy.
– Przejedziemy się. Przyprowadź wózek.

W trakcie spaceru zrzędliwy i gburowaty do tej pory mężczyzna, zrelacjonował przebieg swojego życia. Urodzony siedemdziesiąt sześć lat temu w niezbyt zamożnej rodzinie Franz – taki pseudonim otrzymał w wojsku – przeżył okupację hitlerowską w Krakowie. Jako młody człowiek przeniósł się wraz z rodziną do Legnicy, gdzie od połowy dwudziestego wieku stacjonowały wojska Związku Radzieckiego. Jak sam to określił: „zamieniłem szwabską Cracovię na skurwysyńską Legnicę”.
W czasach PRL pracował jako robotnik w legnickich zakładach, produkujących części do sprzętu wojskowego dla Kacapów. O tym okresie nie miał ochoty rozprawiać zbyt wiele. Był to czas, gdy Rosjanie stanowili znaczny odsetek zamieszkujących Legnicę – którą nawiasem mówiąc zwano małą Moskwą – w związku z czym nie będąc „czerwonym”, musiałeś mieć się na baczności i zapomnieć o dostatnim życiu. Berger na samą myśl o komunistach pluł krwią.
Znacznie swobodniej mówił natomiast o swojej obecnej sytuacji:
– Rakowaty skurwysyn zagnieździł się w żołądku. Nie mogą z tym już nic zrobić. Dostaję leki i nowe zakazy. Już i tak jem tylko kaszki i inne ścierwo. Kiedyś opiekowała się mną w domu taka jedna, której płaciłem za zeskrobywanie mojego gówna z pościeli jak za zboże, ale cholera nie wytrzymała dwóch tygodni. Przeniosłem się tutaj, bo byłem pewien, że to już długo nie potrwa, ale teraz…
– Nie ma pan nikogo bliskiego? – spytał Kris, aby nie przedłużać niezręcznej ciszy.
– Spójrz na mnie, chłopcze. Myślisz, że ktoś wytrzyma ze mną dłużej niż dobę? Zresztą nikogo już nie potrzebuję. Odprowadź mnie do pokoju.
Całą drogę powrotną Franz milczał. Siedząc na wózku i patrząc ślepo przed siebie, wyglądał na zamyślonego i pogrążonego w smutku. Keller wyszedł z założenia, że staruszek już się wygadał, więc nie było powodu, żeby sztucznie podtrzymywać kontakt.
Tuż przed drzwiami z jedenastym numerem Berger dał znak ręką, aby młodzieniec pchający wózek zatrzymał się.
– Dalej poradzę sobie sam – oznajmił mężczyzna na wózku.
– Nie ma sprawy, mogę panu pomóc – nalegał Krystian bardziej z grzeczności niż chęci.
– Nie bądź, do chuja, upierdliwy. – Starzec łypnął swoim pełnym pogardy spojrzeniem, ale o dziwo szybko się opamiętał. – Wystarczająco mi pomogłeś. Przyjdź jutro jak znajdziesz trochę czasu.

***
Tej nocy odpoczął znacznie lepiej niż zwykle. I cela nie była taka ciasna jak poprzednio i strzygi najwyraźniej opadły z sił, gdyż przespał całą noc bez najmniejszego wstrząsu. Nie umiał powiedzieć czy to efekt przyzwyczajenia do tutejszych warunków, czy nieoczekiwany przełom w kontaktach ze znerwicowanym Bergerem, ale wiedział, iż stan ten zaczyna mu służyć. Ciężko mówić o jakimkolwiek komforcie, jednak pocieszające było już to, że upiorne demony w postaci natrętnych myśli dały za wygraną. Nie wiadomo tylko na jak długo.
W dobrym nastroju poszedł więc w odwiedziny do – jak mu się wydawało – nawróconego Franciszka Bergera.
Już w momencie, gdy wszedł do środka, poczuł, że coś jest nie tak. Franz siedział na brzegu łóżka i patrzył spode łba na czekającego u wejścia chłopaka.
– Siadaj, nie będziesz przecież stał w tych cholernych drzwiach.
Delikatnie i w pełnym skupieniu Keller zamknął drzwi i usiadł na krześle przy stole. Zachowywał się cicho i ostrożnie, aby nie drażnić raptownego gospodarza. Przez kilka ostatnich dni nauczył się zasad postępowania z tym jakże trudnym przypadkiem.
– Na stole leży koperta – ciągnął dalej Franz. – Weź ją.
Na blacie rzeczywiście spoczywała biała koperta. Podnosząc ją, Kris poczuł, że jest czymś wypełniona. Nie jedną, nie dwiema kartkami, zaś całym plikiem. Nie zajrzał do środka. Zwrócił się za to do Bergera:
– Co to jest?
– Dziesięć tysięcy – odrzekł siedemdziesięciosześciolatek tak, jakby to było zupełnie oczywiste. – To pierwsza rata. Kolejne piętnaście dostaniesz, jak się zdecydujesz.
Otworzył nie sklejoną kopertę, która ukazała mu plik najprawdziwszych banknotów z podobizną króla Władysława Jagiełły.
– Zdecyduję na co? – pytał zaskoczony, chociaż domyślał się cóż może tyle kosztować.
– Pomożesz mi wyciągnąć kopyta. Zabijesz mnie, kiedy dam ci znak.
– Pan chyba żartuje.
– Wyglądam, kurwa, jakbym żartował?! – rozzłościł się Franz. – Stary sukinsyn prosi cię o przysługę.
– Nie mogę tego zrobić. Nie jestem mordercą.
– Jakim mordercą? Proszę cię o to.
– Człowieku! Czego ty, kurwa, ode mnie chcesz?
– To proste. Wszystko już wymyśliłem. Musisz tylko ukraść strzykawkę.
– Skoro to takie proste, dlaczego więc sam pan tego nie zrobi?
– Spójrz na mnie! – Z oczu starca pociekły łzy. Spłynęły strugami po obu policzkach, kapiąc z brody prosto na złożone na kolanach dłonie. – Jak ja żyję? Nie mogę nawet sam się odlać. Chciałem, żeby pozwolili mi umrzeć, ale te skurwysyny wciąż powtarzają, że jeszcze nie pora. Zasłaniają się Bogiem, bo tak łatwiej. Co ich obchodzi srający pod siebie staruch. W końcu zdechnie – przerwał, aby wytrzeć załzawioną twarz, po czym dodał: – Gdybym tylko potrafił zrobić to sam, już by mnie nie było. Zawsze dochodzę do granicy, której przekroczyć nie mogę. Jeśli chcesz będę błagał cię na kolanach.
Dłużej nie mógł słuchać. Rzucił kopertę z pieniędzmi na stół i pozostawił desperata ze swoimi problemami sam na sam.
Dotarło do niego to przed czym przestrzegała go Zosia. Berger musiał ją także poprosić o przysługę. Ta jednak z racji swojej humanitarnej natury odmówiła i została zrugana. Tylko dlaczego on odmówił? Czy aż tak zżył się przez ten czas z gburowatym Franciszkiem? Czy może po prostu brakowało mu odwagi?
Szukając odpowiedzi, zrozumiał, że przecież wcale nie czuje sympatii do tego człowieka ani strachu przed konsekwencjami. Przyczyna leżała w złości.
Kiedy Berger dowiedział się, że Kris to kryminalista, pomyślał, że młodzieniec nie oprze się pokusie i spełni jego prośbę. Przecież nie poszedł siedzieć za niewinność. Raz zboczył ze ścieżki prawości, zboczy i drugi. Uznał go za wiecznego przestępcę, który nigdy się nie zmieni.
Kris odmówił, bo poczuł się urażony, Jego męska duma ucierpiała, gdy zrobiono z niego szakala żywiącego się padliną.
Stał przy oknie na parterze i obserwował faceta, który zawsze co rano pojawiał się tuż po tym jak konwojenci przywożący Kellera, wracali do zakładu karnego. Nieznajomy mężczyzna nie zadawał sobie większego trudu, aby pozostać niezauważonym. Spacerował przez cały dzień na około dużej posiadłości, od czasu do czasu znikając na moment w pobliskim lesie albo wstępując do przydrożnego sklepiku.
Dochodziła dwudziesta. Za kilka chwil zjawi się policyjny radiowóz, by zabrać Krisa do jego ciasnej celi. Ku własnemu zaskoczeniu więzień spostrzegł jak do inwigilującego go typa podjeżdża czarne Audi, a ten obchodząc maskę, siada do przodu na miejsce pasażera i auto odjeżdża. Kris natychmiast zerknął na zegarek. Do dwudziestej brakło trzynastu minut.
„Czyżby to jednak nie był człowiek Potockiego? – zaświtało mu w głowie. – No tak, tylko po co w takim razie krąży przez cały dzień jak sęp, a zrywa się w momencie, gdy zaraz zabierze mnie policja. To nie ma sensu”. Główkował cóż to może znaczyć i czy nie jest to aby prowokacja wrednego naczelnika. Będzie trzeba to sprawdzić.
Tymczasem pozostała mu tylko jedna rzecz do zrobienia. Musiał zamknąć magazyn, gdzie składowane były różne narzędzia pomocnicze do rehabilitacji, zapasowe materace przeciw odleżynom, przyrządy ułatwiające chodzenie oraz kilka starych, zdezelowanych wózków inwalidzkich i inny złom. W tym celu należało przejść przez oddział dla pacjentów przewlekle chorych, których skrótowo zwano chronikami.
Chronicy mieli specjalnie wydzielony segment budynku. Ich część mieszkalna usytuowana została na parterze, po to, aby nie ruszając się z miejsca, mogli oni swobodnie patrzeć za okno, gdzie toczyło się życie, którego nie byli w stanie już zaznać. Z tego względu otwory okienne zostały specjalnie umieszczone nieco niżej niż zwykle.
Chronicy i więźniowie mieli jedną wspólną cechę. W jednym i w drugim przypadku raj utracony mieścił się tuż za oknem i był tak samo nieosiągalny.
Szedł przez oddział i czuł się strasznie. Wcześniej nigdy nie wizytował w tym miejscu, co sprawiało iż efekt pierwszego wrażenia potęgował wstrząs. Pacjenci – w większości w fazie terminalnej – leżeli nieruchomo niczym kłody i słabli w oczach Piorunujący widok przyprawiał o dreszcze, wzbudzając jednocześnie ciekawość, a może i fascynację. Powykrzywiane twarze, niczym upiorne maski z rozdziawionymi szeroko ustami, miały tak słabą strukturę skóry, że bez większego problemu można było dostrzec żylne nitki, prowadzące krew do mózgu. Niektórzy – może z gorąca, a może dlatego, że pielęgniarka zapomniała o ich przykryciu – mieli odsłonięte ręce i nogi. Cieniutkie jak patyki kończyny, prawie zupełnie pozbawione tkanki mięśniowej, w zasadzie nie różniły się niczym od szkieletu obciągniętego skórzaną powłoką.
Obraz taki rozpościerał się przez całą długość korytarza. Kilkuosobowe pokoje, pełniące rolę spokojnych umieralni, odstraszały już samym wyglądem. Pejzaż niedołęstwa chyba tylko na tutejszych opiekunach nie robił wstrząsającego wrażenia. Wydawało się, że tylko oni są w stanie wkraczać w świat, gdzie rezydenci mieszkali przez ścianę ze śmiercią.

Kiedy jego babcia zachorowała, stało się jasne, że nadejdzie niedługo czas pożegnań. Nie było sensu dłużej czekać. Postanowił, że odwiedzi ją jak najszybciej i spędzą wspólnie tyle chwil, ile się tylko da. Stało się jednak inaczej.
Niegroźna, jakby się wydawało choroba, wywołała szereg komplikacji zdrowotnych, wyzwalających zabójcę ludzkiego umysłu, w postaci otępienia. To był prawdziwy cios dla Krisa. Fakt, że jego babcia trafiła do szpitala jeszcze nic nie oznaczał. Nawet ucieszył się, że samotna od śmierci dziadka kobieta otrzyma wreszcie należytą opiekę. Jednak, gdy po jakimś czasie okazało się, że psychikę staruszki zaczyna drążyć Alzheimer czy jakieś inne skurwysyństwo, poczuł po raz pierwszy lęk.
Schorowana babuleńka coraz częściej konfabulowała. Zmyślała różne historyjki, tworzyła własne scenariusze i doszukiwała się we wszystkim przedziwnych teorii. Przekształcała rzeczywistość, a ściślej rzecz ujmując nie ona tylko jej opanowany ciemnością umysł, w taki sposób, że bliscy jej do tej pory ludzie, stawali się w najlepszym razie kimś nieznajomym, a w ekstremalnych przypadkach uznawała krewnego za wroga, dybiącego na jej zdrowie lub życie.
Brakło mu odwagi, aby stanąć przy łóżku ukochanej babci. Paraliżowała go sama świadomość, że kobieta, którą tak bardzo darzył uczuciem, mogła najzwyczajniej nie poznać swojego wnuka. Zapomniałaby jego imienia i wymazała wszystkie lata wspólnej radości, chwile, gdy wyprawiała go co rano do szkoły i witała ciepłym „jak było?”, kiedy wracał. Tak bardzo nie chciał stracić wspomnień, że wolał doczekać jej śmierci. A jak już nadszedł ten dzień, poczuł smutek przeplatany ulgą.
Minęło kilka lat od tego wydarzenia i dopiero dziś czuł ogromny żal. Zrozumiał, iż nie pogodził się z odejściem babci Aliny aż do teraz. Przez ostatnie lata intensywnie wypierał śmierć tej kobiety ze świadomości, bo nie potrafił udźwignąć uczucia pustki. Samotność była jego największym wrogiem i niszczycielem wewnętrznego spokoju. Nie miał już rodziców od dawna, nie miał także dziadków, a na dodatek pożegnał przedwcześnie jedynego przyjaciela. Wszystko to razem sprawiło, że stał się sierotą. Bezpański pies, błąkający się po świecie – tak wyobrażał sobie własną osobę.
Widział wyimaginowaną postać zrzędy Bergera. Franciszek konał na łóżku, w towarzystwie chroników. Nie był w stanie nic mówić, przez co stał się bardziej znośny niż zwykle. Zawodził jedynie od czasu do czasu jękliwym oddechem, a nabierane powietrze świszczało w płucach niczym hulający po ulicy wiatr. Twarz odchudzona do granic możliwości i te oczy – a raczej spojrzenie – które błagalnie prosiło o koniec. Nieważne jak i nieważne gdzie. Byleby nadszedł.
Nie mógł go zostawić. Kiedy drugi człowiek potrzebuje pomocy, odwrócenie głowy nie rozwiązuje niczyich problemów. Poczuł się trochę jak uciekinier z miejsca wypadku. Owszem, starzec potraktował go okrutnie, ale dało się to logicznie wytłumaczyć desperacją. W końcu ilu mężczyzn pozwoliłoby od tak, aby utracić niezależność? Śmierć poza tym, że była koniecznością, miała także znaczenie symboliczne. Ratowała honor. Ten człowiek nie odzyska już nigdy zdrowia, ale można go uchronić od pohańbienia.

– Nie rozumiem co ma pan na myśli. – Zawadzka wyglądała na autentycznie zaskoczoną. – Prosi pan o pomoc dla Franciszka Bergera, któremu nic nie brakuje. Staramy się, aby miał u nas wszystko co niezbędne.
Keller podejrzewał, że nic nie wskóra, jednak nie poddawał się.
– Ma swój kąt, codziennie ciepłą miskę kaszy, czystą pieluchę i wózek, dzięki któremu może przejechać się do cholernego ogrodu i z powrotem. To wszystko co ma.
– Jeśli to pana tak interesuje, zapewniam, że psycholog bywał częstym gościem w jedenastce. Bez efektu.
Młodzieniec wyglądał na zrezygnowanego. Odczuwał, że oboje nadają na zupełnie innych falach.
– Doceniam pańskie zaangażowanie – kontynuowała kobieta – ale chyba zdaje pan sobie sprawę, że nie wszystkim można pomóc. Poza Franciszkiem naszymi podopiecznymi jest cała masa innych osób, które nie są oporne na wszelkie zmiany i nie traktują nas jak wrogów. Trzeba spojrzeć prawdzie w oczy. Ciężko wyciągnąć do kogoś pomocną dłoń, skoro ten ktoś jej nie chce.
– Wie pani dlaczego trafiłem do więzienia? – Keller spojrzał na rozmówczynię, aby upewnić się, że ma posłuch. – Bo jestem złym człowiekiem. Nie zastanowiłem się w porę i muszę ponieść karę. Ci ludzie nie zasłużyli sobie niczym na cierpienie. Zostali oszukani przez życie. Los z nich zadrwił, więc myślę, że mają prawo być źli.
– Czego pan ode mnie oczekuje? – Elegancka kierowniczka po raz pierwszy straciła inicjatywę. Nie usiłowała rozgryzać osobowości młodego kryminalisty ani zmuszać go do ekspresji uczuć. Czekała cierpliwie na odpowiedź.
– Chyba już niczego – odparł Kris i wstał z miejsca naprzeciw biurka. – Myślę, że wreszcie dojrzałem i zrozumiałem, że nie można uciekać w nieskończoność.
Nim opuścił gabinet dyrektor Zawadzkiej, spojrzał na nią po raz ostatni. Już wiedział którą znaną aktorkę mu przypomina. Jane Fonda w filmie „Czyż nie dobija się koni?” mogła być śmiało jej pierwowzorem. Czuł, że tak jak postać z filmu Sydney’a Pollack’a i ta kobieta jest piękna i tragiczna zarazem.

***

Gdy rano przyszedł klawisz, Kris czekał już gotowy. Nie ubierał się jeszcze, ale od dłuższego czasu siedział na pryczy i nasłuchiwał kamaszowego stukania na korytarzu.
Nie zmrużył oka przez całą noc. Nawet nie chciał zasnąć. Analizował plan dnia, który właśnie nadszedł. Każdy drobny szczegół, godzina po godzinie były skrzętnie przechowywane w pamięci i tam także miały ulec samozniszczeniu.
Od świtu starał zachowywać się naturalnie. Ani klawisz ani żaden z konwojentów nie mogli mieć najmniejszych powodów do podejrzeń. Rytualnie wykonywał wszystkie czynności, ćwicząc nawet przed lustrem mimikę, aby być całkowicie wiarygodnym. Wygolona po bokach głowa zdążyła przez ponad miesiąc aresztu gęsto obrosnąć, co miało ułatwić wmieszanie się w tłum.
Według obliczeń wyszło mu, że natrętny obserwator zajmuje swoje stanowisko przed ośrodkiem tuż po tym, jak radiowóz, którym Kris przyjeżdża, oddala się za bramę główną. Później mężczyzna robi kilka rundek na około niemałego terenu, przy czym przynajmniej raz znika na moment w lesie i udaje się do sklepiku. Wydawałoby się, że to odpowiedni moment na ucieczkę, jednak nic bardziej mylnego.
Rano po ośrodku krząta się pełno pielęgniarek. Żeby przejść na tyły budynku i niepostrzeżenie zniknąć w chaszczach leśnego gąszczu, musiałby chyba stać się niewidzialny. Poza tym czuł, że prócz Zosi, reszta personelu ma na niego oko. Szpiedzy w białych kitlach.
Jedynym momentem, gdzie powodzenie ucieczki stawało się wielce prawdopodobne, było kilkanaście minut przed godziną dwudziestą. To właśnie wtedy szpieg naczelnika Potockiego opuszczał wartę, pozostawiając tym samym zakazany owoc w zasięgu ręki. Należało jednak zachować szczególną ostrożność. To mogła być jedna z tych nieudolnych prowokacji świńskiego szefa zakładu karnego, któremu wyjątkowo zależało na udupieniu Krisa. Chodziło mu tylko o to, aby dać jakiś pretekst, niejasne podstawy, które odpowiednio podkoloryzowane przez urzędniczego skurwysyna, doprowadzą do schwytania Kellera jako zbiega.
Tak więc w ciągu niecałego kwadransa będzie musiał pognać do ogrodzenia w tylnej części posiadłości, przeskoczyć na drugą stronę – co nie powinno stanowić większego problemu – i uciec jak najdalej się da, do miejsca, które stanie się jego edenem.
Nim wróci jednak na wolność, uratuje jednego człowieka przed zhańbieniem.

– Chciałem się pożegnać – oświadczył Kris młodej pielęgniarce.
Zosia nie kryła zaskoczenia. Popatrzyła na chłopaka w taki sposób, że przypominało to rozżalenie i podziw jednocześnie, a zaraz potem wymamrotała:
– Co ty chcesz zrobić?
– Dobrze wiesz. Jutro już mnie tu nie będzie. Wracam do domu. – Słowo dom brzmiało mu jakoś dziwnie. Nie wiedział dlaczego użył właśnie tego określenia. Przecież tak naprawdę nie wracał do domu.
– Dlaczego mi to mówisz? Mogłabym cię wydać.
Na ustach Kellera zagościł uśmieszek.
– Mogłabyś, tylko po co?
Na koniec oboje uścisnęli się szczerze i Kris opuścił pielęgniarską dyżurkę, kryjąc w lewej dłoni nie rozpakowaną strzykawkę i igłę.

Zmierzając korytarzem do pokoju numer jedenaście, pragnął, aby droga dłużyła mu się w nieskończoność. Chciał odwlekać moment egzekucji na życzenie jak długo tylko się da, gdyż podświadomie miał nadzieję, iż Berger rozmyśli się w porę.
Jednak, gdy tylko wszedł do pokoju i pokazał strzykawkę, starzec skinął w jego kierunku głową, przypieczętowując tym samym swój los.
– Co mam robić? – spytał młodzieniec. – Mam niewiele czasu.
– W szufladzie są wszystkie pieniądze. Weź jeszcze to. – Mężczyzna ściągnął z nadgarstka zegarek i przekazał go na ręce Krisa. – Bierz, nie opieraj się. Tam, gdzie idę czasu będę miał pod dostatkiem.
– Nie chcę, żeby myślał pan, że robię to tylko dla pieniędzy – zarzekał się chłopak.
– Oddaję ci tylko co mam zbędne. Jestem zbyt wrednym sukinsynem, żeby okazać swoją wdzięczność, ale doceniam to co dla mnie robisz. No, bierz się do roboty, chłopcze.
Franciszek rozłożył się na łóżku i podwinął jeden rękaw koszuli aż do łokcia. Kiedy był już gotowy, poinstruował chłopaka.
– Rozpakuj to ścierwo i odciągnij tłoczek tak, żeby komora była pełna powietrza.
– Jest pan pewien, że to doprowadzi do śmierci? – martwił się Kris o skuteczność tejże metody, gdy łączył strzykawkę z igłą.
– Jestem po dwóch zawałach. Tyle powietrza wystarczy, żeby wysłać mnie na tamten świat dwa razy. Teraz wkłujesz się w żyłę na mojej ręce i zrobisz co należy. – W tym momencie Berger zamknął oczy i odchylił głowę do tyłu.
Chwytając wątłą rękę staruszka, Keller miał wrażenie, że dotyka człowieka ducha, który dosłownie przelewa mu się między palcami. Franz ścisnął parę razy pięść, aby uwydatnić żyłę gotową do iniekcji, choć było to zupełnie zbędne. I bez tego Kris znalazł właściwy punkt. Z wprowadzeniem igły także nie było większego problemu. Na moment przed spełnieniem obietnicy młodzieniec zerknął tuż za okno, zastygając w bezruchu. Widział stąd dobrze las. Już nic nie może go powstrzymać przed drogą do wolności. To właśnie o niej myślał w tej chwili. Wolność – brzmiało obecnie dumniej niż kiedykolwiek wcześniej. Przyjdzie jeszcze czas na refleksję czy postąpił słusznie, współuczestnicząc w samobójstwie człowieka, jednak póki co należało schować sumienie do kieszeni.
– Nie bój się, chłopcze – wyszeptał Berger. – Jeśli ja się nie boję, to i ty nie powinieneś. Ginie namiętność, męstwo traci siły, gdy starość sączy nam truciznę w żyły. A teraz po prostu rób co należy. Nie zwlekaj dłużej. Teraz.
Dociśnięty tłoczek strzykawki zadał po chwili ból, który wykrzywił pomarszczoną twarz w nienaturalnym grymasie. Tuż po tym ciałem wstrząsnęły chwilowe konwulsje i nastał upragniony koniec.
Franciszek Berger opuścił świat pełen cierpienia i udał się do swojego upragnionego raju, gdzie rzekomo miał zaznać szczęścia.

***
Prowincjonalny domek na odludziu okazał się jedynym miejscem, gdzie był w stanie żyć. Kamienna klitka miała wystarczająco miejsca, aby dać mu schronienie, ale zabrakło w niej kąta dla kogoś jeszcze.
Latem uprawiał niewielki ogródek i podziwiał krajobraz sycylijskiej ziemi. Nocą godzinami potrafił nasłuchiwać koncertu świerszczy z twarzą skierowaną ku niebu. Kiedy robiło się chłodniej, zbierał drzewo, które sprzedawał tutejszym ludziom, zbyt leniwym albo schorowanym, aby mogli sami sobie poradzić.
Nieliczni sąsiedzi nazywali go „strambo”, co po włosku oznacza dziwak, gdyż żył na uboczu, nie chodził do kościoła ani razu nie uczestniczył w wiejskim jarmarku, a jedyny sposób jakim się porozumiewał to zdawkowe, pojedyncze słówka. Nie znaczyło to, że nie znał włoskiego. Wbrew przyklejonej etykietce przygłupa był bardzo pojętnym samoukiem i już po dwóch latach potrafił dość płynnie łączyć wyrazy w składne zdania. Kontakty z innymi ludźmi ograniczył do minimum, ponieważ tak chciał. Pragnął stać się pustelnikiem i koegzystować jedynie ze środowiskiem naturalnym. Powrócić jakby do momentu kiedy pierwsi ludzie żyli jeszcze w raju i wszystko było przed nimi. Zostawił daleko w tyle przeszłość, starając się nie patrzeć wstecz. Jedynym co przypominało mu dawne czasy, był stary zegarek, który otrzymał od Franza Bergera.
Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
Quentin · dnia 28.07.2012 18:52 · Czytań: 647 · Średnia ocena: 4,67 · Komentarzy: 10
Komentarze
zajacanka dnia 30.07.2012 01:08 Ocena: Świetne!
Złorzeczenie naczelnika Potockiego znalazło swoje odbicie w rzeczywistości. Skrobał baseny ze szczyn jakąś wymyślną szczotką, - może dopisz “Kris skrobał baseny...” W przeciwnym razie wygląda tak, że to Potocki skrobie...

 Jest bardzo nieobliczalny. - bardzo? Wyrzuciłabym to słowo.

 uchyliły wolniutko wnętrze pokoju. - hmm, ładnie. Ale raczej poetycko. Drzwi się uchyliły, ukazując wnętrze... Pokombinowałabym coś tutaj.

Już nie będę się więcej czepiać, bo mnie wciągnęło na maxa. Świetne opowiadanie! Fantastycznie poprowadzona narracja, uczucia przeróżne ścielą się falami, emocje troszkę na wodzy I mało było tej iskry, ale całość - rewelacja!
Quentin dnia 30.07.2012 10:37
Dziękuję bardzo za komentarz.
Pozdrawiam.
Monia81 dnia 30.07.2012 21:47 Ocena: Świetne!
Przeczytalam jednym tchem.
Bardzo ciekawa, przejmująca historia,która zmusza czytelnika do refleksji. Kiedys zaczytywalam sie w takich opowieściach.
Sprawiłes, ze moja wyobraznia zaczela intensywnie pracować.

Bardzo na tak.

Pozdrawiam:)
Quentin dnia 31.07.2012 16:17
Witam.
Dziękuję za wizytę.
Bardzo cieszę się, że rozbudziłem wyobraźnię;)
Również pozdrawiam.
wykrot dnia 31.07.2012 22:44
Fajnie, tylko podziel ten tekst na akapity. Masz też skłonność do nadmiernego posługiwania się zdaniami wielokrotnie złożonymi, co lekko wstrzymuje płynność czytania. na przykład:
Cytat:
Nie rób więcej niż powinieneś… – miała zamiar kontynuować, ale w głębi holu uchyliły się drzwi pomieszczenia, gdzie przebywały pielęgniarki, skąd wyszła jedna postać w białym wdzianku.

Musiałem do niego powrócić, żeby zrozumieć.

To "uchyliły wolniutko wnętrze pokoju" też mnie zatrzymało. Nie pasuje do reszty.
Ale później aż takich braków jest mniej, natomiast widzę drobniejsze.
Cytat:
...zamieszkujących Legnicę – którą nawiasem mówiąc zwano małą Moskwą – w związku z czym nie będąc „czerwonym”, musiałeś...
- dałbym tu kilka przecinków. Zresztą, tego jest więcej. Masz dziwną tendencję; niektóre fragmenty są bezbłędne, a potem seria zdań bez przecinków...
Cytat:
Spacerował przez cały dzień na około dużej posiadłości,
"na około" zupełnie tu nie pasi.
Cytat:
Za kilka chwil zjawi się policyjny radiowóz, by zabrać Krisa do jego ciasnej celi.
- radiowozami nie wozi się skazanych (na szczęście, "kibitkami" też już nie! :D)
Cytat:
bez większego problemu można było dostrzec żylne nitki, prowadzące krew do mózgu.
- żylne nitki nie prowadzą, lecz odprowadzają, zmień to.
Cytat:
Nie miał już rodziców od dawna, nie miał także dziadków,
Zmieniłbym szyk na taki: "Rodziców nie miał już od dawna...
Cytat:
– Wie pani dlaczego trafiłem do więzienia? – Keller spojrzał na rozmówczynię, aby upewnić się, że ma posłuch.
- posłuch oznacza u mnie podporządkowanie. Dlatego mi nie pasuje (mogę się mylić).
Cytat:
Oddaję ci tylko co mam zbędne.
- to, co zbędne.
Cytat:
Widział stąd dobrze las.
- Zmień szyk wyrazów.
Cytat:
Wolność – brzmiało obecnie ...
- "Wolność" zakończyłbym wykrzyknikiem. "Wolność!"

A teraz podsumowanie.
Bardzo interesujący pomysł, właściwa konstrukcja, dobry język, dobrze się czytało. Błędów robisz znacznie mniej niż ja, ale cudze, widzi się lepiej. Piątka!
Quentin dnia 02.08.2012 21:05
Dzięki za przeczytanie tekstu i komentarz.
Co do tych błędów, to fakt. Cudze widać lepiej;), ale to norma.
Dzięki także za wskazanie braków i pomyłek, na pewno się przyda na przyszłość.
Pozdrawiam.
MimiBasia dnia 07.08.2012 15:19
Plusy:
- tytuł,
- pomysł,
- styl,
- myśli bohatera,
- mój ulubiony fragment:
„– Jesteś ciotą?
– Nie rozumiem – dziwił się Kris.
– Jeżeli jeden facet patrzy na drugiego faceta, kiedy ten śpi, to albo jest nienormalny, albo ma ochotę go zerżnąć. Czego tu nie rozumieć?
– Myślałem, że mam jeszcze coś zrobić dla pana.
– Przed tobą była tu już jedna dziwka i zmieniła mi pieluchę. Nic tu po tobie. Możesz wypierdalać.
Teraz wiedział dlaczego spokojna zwykle Zosia nazwała go skurwielem.”


Minusy:
- drobne błędy:

Złorzeczenie naczelnika Potockiego znalazło swoje odbicie w rzeczywistości. Skrobał baseny ze szczyn (skrobał Potocki?) jakąś wymyślną szczotką, która dzięki opływowym kształtom i elastyczności docierała do każdego zagłębienia.

„Bodaj narastająca w nim złość rozerwałaby go na strzępy, gdyby nie Zosia. Zosia była jedną z pielęgniarek.” - Bodaj narastająca w nim złość rozerwałaby go na strzępy, gdyby nie Zosia. Była jedną z pielęgniarek.

Może w innych okolicznościach mógłby ją polubić, a może nawet doprowadzić do zbliżenia, gdyż przebywanie w celi odbiło się nieco na jego wymaganiach seksualnych, sprawiając (przecinek) iż stał się mniej wybredny.

– Postanowili, że wyślą cię do Bergera, pod jedenastkę – chociaż dziewczyna mówiła i tak bardzo cicho, teraz zaczęła prawie szeptać. (zamiast kropki, dwukropek) – Uważaj na tego człowieka. Jest bardzo nieobliczalny.

Musiał przekonać się na własnej skórze (przecinek) o co chodzi.

Wahał się czy spróbować jeszcze raz, ale miast (wolę „zamiast”) tego nacisnął klamkę i wówczas nieznacznie skrzypiące drzwi, (bez przecinka) uchyliły wolniutko wnętrze pokoju.

Nie mógł dokładnie ocenić (przecinek) ile ów człowiek miał lat, ale sądząc po mocno zgarbionej sylwetce i przerzedzonej siwiźnie na głowie, wnioskował, że to na pewno ktoś, kto przeżył ponad trzy czwarte stulecia.

– Widzisz (przecinek) idioto (przecinek) aparat na moich uszach? – (spacja) odezwał się staruszek, jednak nie spojrzał za siebie.

Paradoksalnie dopiero obudzony, (bez przecinka) z lepkim potem na ciele czułeś się najgorzej.

Trudno podejrzewać (przecinek) iż wiekowy ordynus gardził teraźniejszością jak leci, bez powodu.

Nim zdołał usnąć, pomyślał o swojej babci, która coraz częściej (przecinek) wynurzając się z odmętów niepamięci wnuka, nawiedzała jego umysł.

Zaskoczony zupełnie, rozejrzał się wokoło, podejrzewając, że na korytarzu jest ktoś jeszcze, jednak (przecinek) nie licząc ich dwojga (przecinek) hol był całkiem pusty.

Pełna mobilizacji kobieta weszła do pierwszego lepszego pokoju i zaczęła porządkować nie posłane (nieposłane) łóżko, nucąc przy pracy jakąś melodyjkę.

Otworzył nie sklejoną (niesklejoną) kopertę, która ukazała mu plik najprawdziwszych banknotów z podobizną króla Władysława Jagiełły.

Jeśli chcesz (przecinek) będę błagał cię na kolanach.

Dłużej nie mógł (tego) słuchać.

Dotarło do niego to (przecinek) przed czym przestrzegała go Zosia.

Wcześniej nigdy nie wizytował w tym miejscu, co sprawiało (przecinek) iż efekt pierwszego wrażenia potęgował wstrząs. Pacjenci – w większości w fazie terminalnej – leżeli nieruchomo niczym kłody i słabli w oczach (kropka) Piorunujący widok przyprawiał o dreszcze, wzbudzając jednocześnie ciekawość, a może i fascynację.

Niegroźna, jakby się wydawało (przecinek) choroba, (bez przecinka) wywołała szereg komplikacji zdrowotnych, wyzwalających zabójcę ludzkiego umysłu, w postaci otępienia.

Fakt, że jego babcia trafiła do szpitala (przecinek) jeszcze nic nie oznaczał.

Przekształcała rzeczywistość, a ściślej rzecz ujmując nie ona tylko jej opanowany ciemnością umysł, w taki sposób, że bliscy jej do tej pory ludzie, (bez przecinka) stawali się w najlepszym razie kimś nieznajomym, a w ekstremalnych przypadkach uznawała krewnego za wroga, dybiącego na jej zdrowie lub życie.

Keller podejrzewał, że nic nie wskóra, jednak nie poddawał się (się nie poddał).

Już wiedział (przecinek) którą znaną aktorkę mu przypomina.

Ani klawisz (przecinek) ani żaden z konwojentów nie mogli mieć najmniejszych powodów do podejrzeń.

Chodziło mu tylko o to, aby dać jakiś pretekst, niejasne podstawy, które (przecinek) odpowiednio podkoloryzowane przez urzędniczego skurwysyna, doprowadzą do schwytania Kellera jako zbiega.

Tam, gdzie idę (przecinek) czasu będę miał pod dostatkiem.

– Oddaję ci tylko (to, przecinek) co mam (bez „mam”) zbędne. Jestem zbyt wrednym sukinsynem, żeby okazać swoją wdzięczność, ale doceniam to (przecinek) co dla mnie robisz.

Kiedy był już gotowy, poinstruował chłopaka. (zamiast kropki, dwukropek)
– Rozpakuj to ścierwo i odciągnij tłoczek tak, żeby komora była pełna powietrza.

To właśnie o niej myślał w tej chwili. Wolność – (zamiast myślnika, wykrzyknik i nowe zdanie) brzmiało obecnie dumniej niż kiedykolwiek wcześniej.

Powrócić jakby do momentu (przecinek) kiedy pierwsi ludzie żyli jeszcze w raju i wszystko było przed nimi.
Quentin dnia 07.08.2012 20:56
Dzięki Basiu za komentarz.
Interpunkcja nigdy nie była moją mocną stroną, ale cały czas się uczę. Myślę, że następnym razem pójdzie zdecydowanie lepiej;)

Jeszcze raz dziękuję i pozdrawiam.
aga63 dnia 16.07.2013 23:18 Ocena: Bardzo dobre
Rzeczywiscie,bardzo przejmujaca opowiesc. Nie bede sie skupiac na bledach,bo inni to zrobili juz wczesniej bardzo skrupulatnie:). Mnie ta historia wzrusza i sklania do refleksji.Bardzo mi sie podoba.

Pozdrawiam:)
Quentin dnia 16.07.2013 23:28
Miło wiedzieć, że cię wzrusza
Cieszę się.
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
akacjowa agnes
12/08/2022 08:31
Dziękuję za miłe słowo o kapelusiku ;) Jasne, że Twój… »
pociengiel
12/08/2022 02:56
najfajowsze z tych wszystkich wagonów »
pociengiel
12/08/2022 02:35
dzięki, jako niezdeklarowany wolny duch, myślałem… »
wolnyduch
11/08/2022 23:52
Wszystko można, również za tym winklem, ale czy warto? Z… »
wolnyduch
11/08/2022 23:41
P.S Nie uleganie trendom, to właśnie świadomość siebie i… »
wolnyduch
11/08/2022 23:34
To prawda, że ludzie sami sobie podcinają gałąź na której… »
wolnyduch
11/08/2022 23:11
Witaj Akacjowa Masz rację, że dobra pewnie nie jest… »
akacjowa agnes
11/08/2022 18:05
Cieszę się, że trafił w Twój gust, Ekslibris. Bardzo ciekawa… »
ekslibris
11/08/2022 18:01
Wiersz o akceptacji siebie i o próbie odnalezienia się we… »
pociengiel
11/08/2022 17:49
podjarany »
pociengiel
11/08/2022 17:48
dzięki »
skroplami
11/08/2022 13:18
Ajw witaj. Jakie umiejętności :(? Sądowe :)? Poważnie, mogę… »
skroplami
11/08/2022 13:09
Prawdziwe poruszydło :). Z komentarzy, poruszyło wielu.… »
akacjowa agnes
11/08/2022 09:05
Dobra starość nie jest zła. Ale co, jeśli nie jest dobra?… »
akacjowa agnes
11/08/2022 08:30
Bardzo dziękuję za komentarze. Flor, ten wiersz jest… »
ShoutBox
  • Darcon
  • 14/07/2022 20:17
  • Mało osób ma czas na "betowanie", ale możesz przysłać mi na priv opowiadanie, które skasowałaś. Sprawdzę, zasugeruję i uzasadnię półkę, tylko nie od razu. Dwa w jednym, coś jak szampon. ;)
  • Wiktor Orzel
  • 12/07/2022 08:09
  • Nie czytamy wszystkich komentarzy, bo nie mamy na to czasu. Twój akurat mi się rzucił w oczy, to nic osobistego. ;)
  • ApisTaur
  • 01/07/2022 22:13
  • W sezonie ogórkowym, tłok tylko na plażach ;)
  • Materazzone
  • 28/06/2022 17:24
  • Dawno mnie tu nie było. Strasznie mało tu życia jest :(
Ostatnio widziani
Gości online:0
Najnowszy:Usunięty
Wspierają nas