Udław się - Sfora
A A A
Wisiał przez chwilę nad brzegiem torowiska. Niezdecydowany szurał podeszwą, o krawędź peronu, patrząc w dół. W końcu zeskoczył i zrobił dwa kroki, łapiąc równowagę na nierównej powierzchni. Rozejrzał się i nabierając powietrza głęboko w płuca, podszedł szybko do leżącego na torach człowieka.
Był wątły, i na tyle, na ile mógł dojrzeć w mroku metra, blady. Todd dawał mu na oko około osiemdziesięciu lat. Miał na sobie dobrze skrojony, czarny płaszcz, który rozlewał się teraz wokół leżącego, jak plama krwi na czarno-białym filmie. Był tak bardzo różny od Todda, że ten aż się skrzywił. Spojrzał po sobie. Wytarta wiatrówka, brudne, kiedyś niebieskie, jeansy, rozklekotane adidasy z drugiej ręki. Poczuł się dwa razy bardziej brudny niż zwykle. Zwłaszcza, że...
Pochylił się nad leżącym i wsunął dłonie pod poły płaszcza. Błądził palcami, poszukując charakterystycznych zgrubień. Facet miał na sobie elegancki garnitur, po którym palce prześlizgiwały się, wzbudzając u Todda niepokój. W końcu trafił na to, czego szukał. Zaciskając dłonie na zdobyczy, odskoczył od leżącego jak oparzony. Mężczyzna żył. Lekko rozchylił powieki, wydobywając z siebie nieokreślony dźwięk. Gdzieś z oddali, dochodziło obiecujące śmierć dudnienie. Todd z przerażeniem patrzył na człowieka, który poruszył dłońmi podciągając je pod siebie. Chciał wstać.
Chłopak spojrzał na portfel w swojej dłoni, potem na mężczyznę podciągającego nogi pod siebie. Oczy, zakotwiczone w zniszczonej twarzy jak czarne węgielki, wpatrywały się w złodzieja.
Niebieska wiatrówka załopotała w gwałtownych ruchach kieszonkowca, kiedy wspinał się na peron, uciekając od tego człowieka jak od zmory. Starzec odprowadzał go tępym, wymownym spojrzeniem. Chwilę potem nadjechał pociąg.
Todd dopiero teraz odkrył, jak ciężko oddycha. Łapczywie połykał hausty powietrza. Oparł się o wyłożoną jasnymi płytkami ścianę, i zsunął po niej. Nie podobało mu się to, co zobaczył. Nie podobało mu się to, w jaki sposób kończył się ten dzień. Na ścianie, po drugiej stronie torowiska, błyszczał w świetle jarzeniówek rozbryzg. Wyglądał przeciętnie na tle innych, które powstały przy okazji pracy grafficiarzy. Ta smuga była zrobiona krwią.
Siedział jeszcze chwilę i uspokajał oddech. Było już przed północą, a peron cichy i pusty. Todd tarł oczy, układając rzeczywistość.
- I czemu tu jeszcze siedzisz, idioto? – mruknął sam do siebie.
Mrugał powiekami, które posklejały się od tarcia i potu. Coś dziwnego zamajaczyło mu w polu widzenia. W końcu rozszerzył oczy, walcząc z rozmazanym obrazem, i przyjrzał się uważniej. Zza krawędzi peronu wypływał jakiś cień. Nie, nie cień. Nie był pewien. Coś podobnego do smużki, która wciskając się pomiędzy płytki, tonąc w ciemniejszym kolorze fugi, ukrywała swoja obecność. Dziwnym pulsowaniem, pozostawała gdzieś na peryferiach świadomości. Patrzył w tę fugę, wytężając wzrok aż do bólu. Wsparł się na rękach i wciąż oparty o ścianę, wstał. Ciągle wbijał wzrok w omam.
„Nic tam przecież nie ma...”, mamrotał. „Nic przecież nie widać...”.
I wtedy smużka wystąpiła z koleiny spoin. Zafalowała tanecznie, jakby z pokonywaniem kolejnych centymetrów, zyskiwała energii i witalności. Jakby postanowiła objawić swoje istnienie Toddowi.
Wpatrywał się nadal w to zjawisko, nie pojmując co się dzieje, a wić tymczasem unosiła się, pociągając za sobą następne. Jej bezcielesność grubiała, w swojej półprzeźroczystości topiąc światło. Przerażenie odebrało mu zdolność myślenia. Nie był pijany, wiedział, że to co się dzieje, albo dzieje się naprawdę, albo ktoś naszprycował go jakimś świństwem. Zamachał nogą, obutą w zniszczonego adidasa, przed wijącą się istotą, a poruszające się jak żywa trawa nici, odchyliły się jakby w lęku. To ośmieliło Todda. Postanowił uciekać.
Nigdy nie należał do odważnych, a do ucieczki też trzeba nazbierać odpowiednią ilość brawury i adrenaliny. Odkleił się od ściany i ruszył ku najbliższemu wyjściu. Nie były to główne schody, ale Todd na tyle dobrze znał metro, że znał wszystkie awaryjne drogi ucieczki. Często ich używał. Pomknął zatem ku najbliższemu wyjściu, jednocześnie wciskając skradziony portfel za pazuchę niebieskiej kurtki. Miał omamy, to oczywiste. Najlepiej będzie, jak wróci do domu. Najszybciej, jak to możliwe. Nie oglądając się za siebie biegł, porzucając za sobą peron, martwego człowieka i urojenia.

Kręcił się po kuchni szukając czegoś, co dałoby się przekąsić. Nie był głody, po prostu miał na coś ochotę. Szperał w szafkach, czując, że jakieś niezidentyfikowane pytanie kołacze mu się w głowie i nie daje spokoju. Dzwoniło jak upierdliwy świerszcz, o którym wiesz, że jest za szafką, ale i tak nie możesz go zlokalizować.
W końcu wyciągnął z lodówki lody, które matka pewnie kupiła dla Trinie, ale miał to głęboko w dupie. Jak wszystko dzisiaj. Opadł na kanapę przed telewizorem i zamieszał łyżką w wiaderku z lodami. Nagle znieruchomiał. Wiedział już, co mu nie dawało spokoju.
Pociąg miał się zatrzymać. Przecież na niego czekał. Początkowo miał udać się do centrum miasta, dopiero ta okazja rozorała jego plany na wieczór. A pociąg przejechał nie zatrzymując się. Jak to, nie zatrzymując się? A co za tym idzie... Nie zauważyli, że przejechali człowieka? Nic?
Mieszał łyżką w lodach czekoladowych i rozmyślał chwilę. W końcu odstawił kubełek na ławę i wrócił do przedpokoju. Wyjął ze sfatygowanej, niebieskiej kurtki portfel. Oglądając go, po omacku wrócił na kanapę. Otworzył go. Wyjmował różne karty: płatnicze, uczestnika tego, czy tamtego klubu, konkursowe i kładł je obok lodów, na stole. Gruby plik pieniędzy, po raz kolejny, rozjaśnił mu twarz, potem odszukał dokumenty.
„Richard Grett”, Todd odczytał z dowodu. Przejrzał resztę danych. Facet mieszkał w południowej części Chicago. Jak na taki adres, miał naprawdę drogie ubranie. Chłopak odłożył w końcu portfel na ławę i sięgnął po lody. Trinie była u dziadków, matka w pracy, miał jeszcze chwilę spokoju, nim wróci. Zarzucił nogi na stół i znów zamieszał łyżką w, nieco już rozpuszczonych, lodach. Coś zatańczyło mu na granicy wzroku. Obrócił się gwałtowanie, usiłując pochwycić ten ruch. Bezowocnie. Sapnął zły. Naprawdę dość już miał wrażeń tego dnia. Obrócił się do telewizora i wtedy to coś, wdarło się do jego gardła.
Nawet jeżeli próbowałby krzyczeć, nikt tych prób by nie dosłyszał. Oczy, wytrzeszczone z przerażenia zezowały na obłą wić, która wierzgając drobnymi mackami wyrastającymi jej z korpusu, wpełzała coraz bardziej w głąb jego gardła. Dławiony odruchami wymiotnymi, czuł, jak jego żołądek faluje z obrzydzenia, oddychało mu się coraz trudniej. Uczucie duszenia wżynającym się weń stworem, połączone z histerią, uderzały nim o granicę świadomości. Nigdy nie przypuszczał, że kiedyś zapragnie zemdleć.
Nie zemdlał jednak. Nie zamknął nawet oczu, coś mu nie pozwoliło. Czuł, jak stworzenie, mimo, że półprzeźroczyste wypełnia jego przełyk szczelnie. Czuł, jak drobnymi wypustkami, czy mackami, penetruje jego żołądek. Zgiął się w pół, kiedy rozdarła jego ścianki i wpełzła w otrzewną, ślizgając się pod błoną, która podtrzymuje organy na miejscu. Bał się dotykać brzucha, miał wrażenie, że stworzenie wije się pod skórą widocznie. Jęczał z bólu, a odkrył, że to coś wdziera się nie tylko w jego trzewia, ale także w głowę. Wszystkimi nerwami odbierał, jak mnoga ilość kłujących, jak szpilki macek, wpełza pod skórę na karku, w górę. Włączały się w krwioobieg, kłuły w setkach miejsc w skroniach, u podstawy czaszki, w głębi. Zaraz potem, cały jego organizm wyewoluował w zmutowany akt bólu. Tego ciało już nie uniosło i opadł bezwładnie, zsuwając się pod kanapę.


Obrazy tańczyły mu przed oczyma. Zamglone i blade światło w uliczce, rozmazywało mu się w surrealistyczne plamy. Był tak bardzo zmęczony. Tak bardzo wycieńczony...
Otulił się w długi, czarny płaszcz. Pamiętał, jaki był dumy, kiedy go kupił. Teraz zasłaniał nim wychudzone ciało. Zaciśnięte na materiale dłonie były sine, a grube, granatowe żyły wiły się pod przeźroczystą skórą nieprzyjemnie. Przygarbiona postura i tocząca ciało widoczna choroba, nadawały mu wygląd podstarzałego, zniszczonego człowieka, który ledwie radzi sobie z każdym następnym dniem. Utykając, zmierzał ciemną uliczką ku drzwiom, znajdującym się na jej końcu. Wisiała na nich mała tabliczka, z tego miejsca nieczytelna.
Od roku snuł się po ziemi, nie wiedząc co robi, po co, i dlaczego. Jego dni toczyły się jeden za drugim, jak bolesne tortury. Od roku nie przełknął ani jednego kęsa jedzenia, nie spił ani jednej kropli wody. Nawet kiedy wystawiał twarz na deszcz, usta jakby sznurowały się, nie wpuszczając nawet tej odrobiny wilgoci. Od roku, kiedy tylko obrzucił spojrzeniem rogalik leżący na cukiernianej wystawie, trzewia wybebeszały go, zginając ciało w pół. Wkrótce przestał bywać miedzy ludźmi, którzy wciąż coś jedli, pili, wąchali, reklamowali, sprzedawali... To, co się potem działo napawało go lękiem i obrzydzeniem, czuł jakby dawał w torsjach życie demonom. Bał się myśleć nad tym. Bał się zastanawiać, czy są takie same, jak ich pierwowzór.
Szedł powoli podpierając się o ścianę. Oddychał ciężko. Miał wrażenie, że czas stanął. Coś podpowiadało mu, że oto nadszedł kres jego cierpienia. Że cokolwiek uczyniło z niego cień istoty ludzkiej – zdecydowało odpuścić. Kiedy o tym myślał, ciało ogarnął spokój. Zdezorientowany tym uczuciem, które tyle czasu było mu totalnie obce, potknął się i upadł. Czuł jak policzek zanurza się w małej kałuży, przybrudzonej błotem i benzyną. Rozchylił usta i wpuścił nieco tej brudnej mieszanki. Pozwoliło!
Ileż lat usiłował pozbyć się tej istoty drążącej jego ciało. Tak długo szukał źródeł tego, co go spotkało. Wczoraj znalazł adres. Tam, za tymi drzwiami jest ktoś, kto wie co mnie drąży, kto wie, jak mu pomóc.
Łapczywie nabrał wody w usta i szybko przełknął, zamykając oczy. Wilgoć aż paliła jego przełyk. W końcu... Po tak długim czasie.
Leżał napawając się euforią, kiedy padł na niego cień. Bardziej czuł to, niż widział. Po chwili czyjeś dłonie zaczęły pełzać po jego wychudzonym ciele, szukając. Wiedział czego szuka ten człowiek. Wiedział też co znajdzie. Nie miał sił się odezwać, otworzył tylko oczy i spojrzał na pochylającego się nad nim chłopaka.
Dwudziestoparoletni, z grzywą wyfryzowanych włosów, jeansowa kurtka, wesoły wyraz twarzy. Chłopak zauważył, że starzec otworzył oczy. Mrugnął do niego beztrosko.
- Dziadek i tak już nie będzie tego potrzebował, nie?
Todd chciał coś powiedzieć. Naprawdę chciał. Jednak młodzieniec wyciągnął nóż i obrócił nim z uśmiechem.
- Pomóc, dziadkowi przejść na drugą stronę? Chyba mamy zielone światło. – Podniósł wzrok i pojrzał w kierunku wylotu uliczki.
Zniszczony mężczyzna patrzył chwilę, na stojącego nad nim młodego człowieka. Wsłuchiwał się w spokój, jak panował w jego ciele. Tylko śmierć mnie uwolni. Uwolni raz na zawsze.
Skinął oprawcy głową i zamknął oczy. Nie odnotował żadnego bólu.
Dzieciak był zdolnym, złym człowiekiem.
A potem przyszły inne wici, półprzeźroczyste, podłużne, wijące się. Wypełzły z cienia i oplotły jego świadomość. Rok cierpienia, a teraz katusze po wieczność.
Jego ciało rozwiało się w coraz głębszym mroku wieczornym. Podobnie, jak nie pisano o Richardzie, tak i o Toddzie nikt nie usłyszy. Długie cienie wysokich budynków zdawały się wyciągać, chwytając stopy odchodzącego szybko chłopaka.
Za drzwiami na końcu uliczki dało się słyszeć cichy pisk. Samotny szczur przebiegł przez niewielkie pomieszczenie, w którym nie było nic prócz dwóch krzeseł. Nic. Pusto.
Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
Sfora · dnia 23.09.2012 08:30 · Czytań: 586 · Średnia ocena: 4 · Komentarzy: 1
Komentarze
Usunięty dnia 25.09.2012 12:42 Ocena: Bardzo dobre
Ciekawe opowiadanie. Dobrze by było gdyby takie milutkie stworzenia wykańczały morderców i złodziei.Ciekawy pomysł, czytało się przyjemnie:)
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
wolnyduch
27/06/2022 20:48
Msz sens życia, to coś więcej poza przetrwaniem, ale… »
Yaro
27/06/2022 19:09
Jezus chce byśmy się cieszyli, radowali miłość jest radością… »
Materazzone
27/06/2022 17:27
Jak dla mnie zbyt...proste? Może nie, raczej zbyt łatwe w… »
Marek Adam Grabowski
27/06/2022 15:37
Nie lubię żartów z religii (nie twierdzę, że taki był… »
Marek Adam Grabowski
27/06/2022 15:35
Dobrze napisane i fabuła fajna. W obydwu przypadkach sukces… »
Marek Adam Grabowski
27/06/2022 09:14
Dzięki! Zawsze miło cię widzieć. Pozdrawiam »
Marian
27/06/2022 07:25
Ciekawie napisane. Zgadzam się z tulipanowką, przeżyła, bo… »
Yaro
26/06/2022 13:42
Dziękuję Kasiu:)Pozdrawiam:) Duszku akurat Jezus pokazał… »
Marek Adam Grabowski
26/06/2022 09:32
Spoko. Przy okazji polecam moje ostatnie opowiadanie.… »
Marian
26/06/2022 07:44
Marku, dzięki za odwiedziny i komentarz. Akapit zaraz usunę. »
wolnyduch
25/06/2022 21:29
z pewnością nawet Jezus nie był ideałem, ale to świadczy o… »
wolnyduch
25/06/2022 21:26
Jeśli ktoś nie oglądał filmu pt. "Przełęcz… »
wolnyduch
25/06/2022 21:22
Witaj Katarzyno/Kasiu, jeśli można?... Dziękuję za… »
wolnyduch
25/06/2022 21:16
Piękne obrazowanie, czytałam z przyjemnością, pozdrawiam… »
Marek Adam Grabowski
25/06/2022 15:19
Ciekawe i dobrze napisane opowiadanie. Oddajesz magiczny… »
ShoutBox
  • Kuba1994
  • 19/06/2022 15:13
  • Witam poszukuję kogoś kto oceni moją książkę ?
  • Dobra Cobra
  • 12/06/2022 11:46
  • Nie ma co do tego wątpliwości. Ukłony.
  • Kazjuno
  • 12/06/2022 09:01
  • Noblesse oblige
  • Kazjuno
  • 11/06/2022 13:58
  • PS Zburzyć twierdzę i taktyczny odwrót.
  • Kazjuno
  • 11/06/2022 13:54
  • Dzięki Dobra Cobro. Aż rzuca się w oczy że jesteś obcykany w kodeksie rycerskości. Serdecznie pozdrawiam, Kaz
  • Dobra Cobra
  • 11/06/2022 08:02
  • Serwując się ucieczką uratowałeś swoją męską cześć ;) Zuch chłopak!
  • Kazjuno
  • 10/06/2022 19:18
  • Dopiero wczoraj wróiłem do ciemnogrodu Wałbrzycha, serwując się ucieczką od przygodnej znajomej. (Ledwo starczyło na pociąg).
  • Dobra Cobra
  • 10/06/2022 16:14
  • I dopiero teraz piszesz?
Ostatnio widziani
Gości online:42
Najnowszy:Trollformel 0
Wspierają nas