- Pewnie jestem zawieszony? - zapytałem.
- Jesteś, a jutro przyjdzie oficjalna dyspozycja, żeby cię wydalić z policji - powiedział komendant.
- Co?
- Mówiłem ci, że miałem telefon.
- Wydalić?
- Nie martw się, papiery krążą, to trwa, więc pensję za ten miesiąc jeszcze dostaniesz - powiedział i poczęstował mnie papierosem.
- To co ja mam teraz, kurwa, w sklepie się zatrudnić?
- Nie mogę nic zrobić, André. Jestem za mały i na celowniku. Wiesz przecież - powiedział i wyjął z szafki butelkę wódki, a potem podszedł do swojej kanciapy, przepłukał nad zlewem dwa kieliszki i przyniósł je do pokoju.
Tydzień później dostałem decyzję o wydaleniu ze służby. Miałem jeszcze trochę kasy ze sprzedaży tych fantów z depozytu, więc z początku nie panikowałem. Wiedziałem, że prędzej czy później ktoś się odezwie, wyciągnie rękę, coś zaproponuje. Przez te wszystkie lata poznałem przecież sporo osób, wpływowych. Miałem kolegów to tu, to tu. - Nie było źle - pomyślałem.
Po kilku tygodniach zmieniłem zdanie. Znajomi nie przychodzili, a życie bez ludzi stało się strasznie monotonne. Nie wiedziałem, co mam ze sobą zrobić. Łaziłem od knajpy do knajpy, a jak w końcu trzeba było oszczędzać, to zacząłem pić w domu. Z czasem coraz mniej jadłem i coraz mniej wychodziłem. W końcu nawet przestałem się golić. Ciągle jednak doiłem całkiem ostro. Prawie każdego dnia. Chyba tylko dzięki temu się jeszcze trzymałem. Jak człowiek wypije, to jakoś łatwiej mu to życie idzie. Świat robi się nieco przyjemniejszy, a żywot znośniejszy.
Piłem wtedy głównie ciepłą Wyborową. To był początek lat dziewięćdziesiątych, więc arsenał na sklepowych półkach niby był już całkiem pokaźny, ale Wyborowa jakoś wyjątkowo przypadła mi do gustu. Chociaż z czasem zacząłem ją wymieniać na równie smaczną Żytnią, a nawet i na kolorową Soplicę. Dla specjalnej okazji trzymałem natomiast Poloneza, na wypadek, gdyby ktoś jednak przyszedł.
Może brzmi to teraz, jakbym kreował się na jakiegoś wielkiego smakosza tamtych czasów, ale tak naprawdę to po prostu piłem wszystko, co mi wpadło w ręce. Dla sprawiedliwości dziejów dodam jeszcze, że niekiedy przerzucałem się też na piwo, ale problem z piwem był taki, że rzadko kiedy spełniało swoją funkcję. Trzeba było przechylić z osiem butelek, żeby coś poczuć. W żołądku się to nie mieściło, a pęcherz nie wyrabiał. Wyborowa natomiast? Francja elegancja. Wypijałem butelkę i było cudnie. Wypijałem drugą i zasypiałem jak dziecko.
Nigdy jednak nie mogłem przespać dłużej niż kilka godzin. Jak kończyłem pić o czwartej, to budziłem się o ósmej. Jak kończyłem o północy, to wstawałem o czwartej, a jak się budziłem o północy, to znaczyło, że ostatni kieliszek wypiłem najpóźniej o dwudziestej.
Pobudki były najgorsze. Często wymiotowałem, żeby dojść do siebie, ale rzadko kiedy pomagało. Na żołądku robiło się trochę jakby lżej, ale zaczynała boleć głowa. O jedzeniu mogłem zapomnieć. Nigdy po piciu nie jadałem, nie na drugi dzień.
Często z pustym żołądkiem dociągałem więc do wieczora i wlewałem w siebie browar. Jeden albo dwa, góra trzy. Nie kupowałem więcej, żeby znowu nie wpaść w ciąg i nie przesadzić.
Po trzecim zawsze jednak schodziłem na dół i kupowałem jeszcze siedem albo butelkę Wyborowej. Jak kupiłem siedem piw, to czasem już nie wychodziłem, tylko wypijałem je i szedłem spać. Ale jak kupiłem butelkę wódki, to po niej ruszałem dalej, szukać otwartej meliny, bo jedna butelka jednak nie wystarczała.
Zazwyczaj kończyłem na słynnej wtedy Bimberstrasse, czyli ulicy Ząbkowskiej na warszawskiej Pradze. Spotykałem tam czasem oszołomów, co to ich kiedyś po ulicach ganiałem. Ci, którzy mnie rozpoznawali, kazali mi wypierdalać i nigdy nic nie sprzedawali. Wyciągałem wtedy portfel i szukałem legitymacji, żeby móc ich aresztować. Szybko jednak stamtąd wylatywałem. Byłem za bardzo zalany, żeby skuć komuś mordę.
Szedłem wtedy dalej. Czasem chodziłem tak do rana. Czasem zasypiałem na przystanku na Targowej, a czasem znajdowałem otwartą melinę i kupowałem pół litra. Wracałem potem do domu, ale zazwyczaj było już jasno, więc wypijałem kilka kieliszków, wymiotowałem na podłogę i szedłem spać. Rano wstawałem i znowu wymiotowałem. Nie mogłem jeść.
Minęło następnych kilka tygodni, ale nikt się nie pojawił. Razem z odznaką policyjną straciłem wszystkich kolegów. Razem z blachą zniknęło całe moje życie towarzyskie, wszystkie kontakty. Pies z kulawą nogą się mną nie zainteresował. Bez legitymacji nikomu do niczego nie byłem potrzebny, nikt nie miał ochoty tracić czasu na spotkania z bezużytecznym gościem. - Kiepska sprawa - pomyślałem i przeliczyłem pieniądze, które mi zostały. Nie było tego dużo, może na przeżycie jeszcze dwóch miesięcy. I to oszczędne. Tak to już w życiu jest, że kiedy jest dobrze, to jest dobrze, ale jak się zaczyna pierdolić, to wszystko naraz.
Pewnego popołudnia ktoś zapukał do drzwi. Nie bardzo wiedziałem, co się dzieje, więc nie reagowałem. Gość w końcu zaczął walić pięścią, bo dzwonek chyba nie działał. Wstałem z materaca i poszedłem otworzyć. W drzwiach stał listonosz.
Trzasnąłem go w pysk, o ile dobrze pamiętam, a na pewno przynajmniej spróbowałem, bo chyba jednak się uchylił i przewrócił mnie na ziemię, ale nie dam za to głowy.
- Jezu, człowieku… - powiedział, kiedy wszedł do mieszkania.
- Dawaj - powiedziałem, a on przekazał mi list i rozsiadł się w fotelu. Pijaliśmy razem, kiedyś.
W kopercie był bilet lotniczy do Sztokholmu, pierwszą klasą w obie strony, a także wizytówka hotelu z zapisanym numerem pokoju. Lot miał być następnego dnia.
Najpierw pomyślałem, że to pomyłka. Nie znałem nikogo w Sztokholmie ani nigdy tam nie byłem. Nazwa hotelu także nic mi nie mówiła. Miałem wyrzucić to do kosza, ale listonosz powiedział, żebym sprawdził, czyje nazwisko jest na bilecie. Okazało się, że moje. Postanowiliśmy to uczcić.
Kiedy się obudziłem, wszystko wirowało. Góra była na dole, dół na górze, a ściany szły po skosie. Kręciło mi się w głowie. Ledwo doczołgałem się do kibla, podniosłem jeszcze klapę i się zaczęło. Siedziałem tam chyba za dwie godziny, bo listonosz zdążył w tym czasie kupić coś do jedzenia, zrobić jakiś syfiasty obiad, popić go butelką słodkiego wina i wypalić ostatnią paczkę papierosów. Potem zapukał do drzwi od łazienki i powiedział, że jak skończę wreszcie rzygać, to powinienem się chyba umyć i ubrać, bo przegapię swój lot.
Następną rzeczą, jaką pamiętam, była stewardesa, która już na płycie lotniska, u szczytu schodków, zapytała, czy jestem pewny, że chcę wejść do tego samolotu. Odparłem tylko, że ja taki blady jestem od urodzenia i żeby się nie martwiła. Poprosiłem o szklankę wody, aspirynę i rozsiadłem się w fotelu biznes klasy.
Obudziłem się po jakiejś półtorej godzinie, kiedy schodziliśmy do lądowania. Kac na wysokości dziesięciu tysięcy metrów to nic przyjemnego, ale prawdziwa katorga rozkręca się dopiero, gdy ta wysokość zaczyna się zmniejszać.
Rosnące ciśnienie rozsadza zatoki oraz uszy, a także wywiera nacisk na żołądek, który robi się od tego trochę wklęsły. Pozostałe narządy wewnętrzne, a zwłaszcza nabrzmiała wątroba, stają się wtedy podejrzanie mobilne. Krew natomiast uderza do mózgu z taką siłą, że czujesz, jakby za chwilę miało rozpieprzyć ci ten durny łeb w drobne chujki.
Chyba się wtedy rozpłakałem, bo stewardesa podeszła i powiedziała, że jest jej przykro, ale nic nie może zrobić.
Kiedy w końcu wylądowaliśmy, poczułem, że muszę się napić. W barze na lotnisku zamówiłem szklankę czegoś kolorowego, nie pamiętam nazwy. Miało ponad trzydzieści procent i smakowało ziołami. Wziąłem jeszcze jedną, a później przerzuciłem się na Jacka Danielsa bez niczego. W Polsce takich trunków jeszcze nie było. Skończyłem nad ranem, wlewając w siebie piwo, które śmierdziało szczynami.
Kiedy stwierdziłem, że nie dam rady więcej wypić, postanowiłem wrócić do domu. Bardzo bolała mnie głowa. Lot do Polski był dopiero wieczorem, więc kupiłem bilet do Berlina. Kosztował mniej, a samolot odlatywał za godzinę.
Nie pamiętam podróży powrotnej ani tego, jak dostałem się z Berlina do Warszawy. Nigdy też nie dowiedziałem się, kto i po co zaprosił mnie do tego pieprzonego sztokholmskiego hotelu.


. Może tylko to, że błyskawicznie przeczytałam Twój tekst i poczułam żal, że nie dowiem się, co kryło się za propozycją wyjazdu do Sztokholmu
. Oczywiście, moja wyobraźnia podsunęła mi szemrany scenariusz, ale bohater wolał poznawać smaki lotniskowych trunków niż uroki tajemniczego hotelu.
.














Ale oby. 

Ważne: Regulamin | Polityka Prywatności | FAQ
Polecane: Przeglądaj promocje na książki i komiksy | montaż anten Warszawa | Komercyjne Sesje Rpg - Zielonka k/Warszawy - Mistrz z Gralnią | montaż anten Sulejówek | montaż anten Marki | montaż anten Wołomin | montaż anten Warszawa Wawer | montaż anten Radzymin | Hodowla kotów Ragdoll | ragdoll kocięta | ragdoll hodowla kontakt