“Zazdroszczę ci
W każdej chwili
Możesz odejść ode mnie
A ja od siebie
Nie mogę”
Anna Świrszczyńska
Prolog
Czarny mercedes przemknął polną drogą. Teraz wysuszoną, pełną dołów i kamieni, z kępami pożółkłej trawy po bokach. Samochód był cały w zaschniętym błocie, pokryty kurzem. Od wgniecionej maski po prawej stronie odbijało się wiszące nad horyzontem słońce w pełni.
Auto zatrzymało się pod dużym, do połowy zdrapanym szyldem. Informował o wynajmie pokoi w starym dworku, przed którym stał. Kiedy silnik zgasł w okolicy zaległa całkowita cisza. Lekki podmuch wiatru poruszał jedynie wyrwanym z zawiasów oknie na górze budynku.
Była to posesja z niewielkim ogrodem. Gałęzie nieprzystrzyżonego żywopłotu rozrastały się na wszystkie strony, przypominając kolce, jakby zabezpieczające przed wtargnięciem do środka. W ogrodzie rosły wielkie, białe róże, a drzewo na samym środku sięgało ponad mały komin na czubku domu. Opadłe z drzewek jesienne liście przykrywały suchą trawę.
Dworek miał biały, wyblakły kolor, obdrapany i zszarzały, a na jego stopniach spały okoliczne, bezpańskie koty, dwa czarne i jeden śnieżnobiały.
Okolica była kiedyś spokojna i pełna urokliwych miejsc, takich jak łąki, duży, gęsty las i rzeka przepływająca leniwie w pobliżu. Wkraczając jednak na ganek starego dworku, uczucia odprężenia i błogostanu odpływały w dal.
Kiedy tylko wystraszone koty rozbiegły się z powarkiwaniem, zeskakując w popłochu ze schodów, ten, który wchodził na stopnie czuł rosnący niepokój. Skrzypiące drzwi otworzył na oścież. Ze środka buchnął w niego kurz i zapachy stęchlizny oraz wilgoci, a nawet szczurzych odchodów. Zwierzęta popiskując pochowały się w wygryzionych dziurkach w starych meblach.
Wnętrze domu budziło prawdziwą grozę. Wielkie, grube pajęczyny zwisały z sufitu, okalały barierki schodów prowadzących na górę, klamki i pogryzione, podrapane meble.
Dopiero po chwili mężczyzna spostrzegł wyschnięte plamy krwi na podłodze. Zaschnięte odciski kocich łap ubrudzonych w czerwonej cieczy prowadziły jeszcze dalej, w głąb mieszkania. Zaczął iść tym śladem, próbując przygotować się na to, co prawdopodobnie zobaczy. Po drodze zdjął kapelusz i położył go na zakurzone biurko stojące w holu, czegoś na kształt małej recepcji. Kartki zrzucone z półeczki pod górnym blatem leżały rozsypane na podłodze. Spacerowały po nich duże, chude pająki.
Omiótł spojrzeniem małą kuchenkę, gdzie z półmiska na barku wystawały spleśniałe owoce. Unosił się nad nimi rój małych muszek. Ślady kocich łap odznaczyły się także na tym barku, na meblach, prowadziły po poręczy schodów na górę i zakurzoną podłogą do pokoiku po lewej stronie od wejścia. To tam mężczyzna skierował swoje kroki. Na jego czarnych lakierowanych, choć trochę zniszczonych butach szybko osiadł kurz.
Pchnął uchylone drewniane drzwi. Odurzył go niewyobrażalny smród. Drgnął ze zgrozą na gwałtowne poruszenie w pokoju. Mały, czarny kot przemknął pomiędzy jego nogami i prysnął do wyjścia. Drugi, bialutki, wyskoczył przez otwarte na oścież okno. Przez nie do środka wpadały kolorowe liście i kilka najdłuższych gałęzi z rosnących pod murem krzewów o czerwonych łodygach. Jedna z brązowych zasłon leżała brudna na ziemi, druga wisiała na kilku ostatnich uchwytach i kołysała się w rytm wiatru.
W pokoju na łóżku z kiedyś biała pościelą, która teraz przesiąknięta była skrzepłą krwią, leżało prawie rozłożone już ciało młodej kobiety. Nad nią bzyczały cicho tłuste muchy. Mężczyzna zacisnął nos palcami i wszedł kilka kroków w głąb pomieszczenia. Na ścianie wisiał obraz przedstawiający nagą kobietę obejmowaną z tyłu przez kilka par ludzkich rąk. Na podłodze walały się suche, jesienne liście, wielkie koty kurzu i powyrywane pożółkłe kartki. W rogu stał adapter, a w nim tkwiła winylowa płyta. Nachylił się nad nią, zdmuchnął kurz, który zmusił go do kichnięcia i przeczytał, że jest to płyta z dziełem Vivaldiego „Storm”.
W jego głowie od razu rozbrzmiała znana dobrze melodia i kiedy ponownie odwrócił się w kierunku łóżka, leżała na nim młoda, choć trochę wychudzona kobieta o ładnej, delikatnej twarzy. Szeroko otwarte ciemne oczy wlepiła w sufit, a rękami obejmowała ranę postrzałową na brzuchu, z której zaczynała sączyć się gęsta, metaliczna krew. Przesiąkała przez białą, zwiewną bluzkę i pościel. Rysowała na niej wielkie, czerwone kałuże.
Mężczyzna poczuł jej drażniący zapach, który szybko połączył się z fetorem wydobywającym z rozkładającego się ciała. Wiatr zawiał ponownie, pomarańczowe liście wpadły do pokoju robiąc w powietrzu spirale, a następnie powoli, bardzo powoli opadając na łóżko. Adapter zgrzytnął, skrzypnął, płyta zaczęła się mozolnie kręcić, aż wreszcie cały dom wypełniła ponura melodia, wnikająca w każdy uśpiony mebel, każdą część dworku, każdą martwą komórkę. Na parapecie za oknem przysiadł kruk, jakby wsłuchując się w muzykę.
Mężczyzna czym prędzej ruszył do wyjścia, zostawiając za sobą pokój i pobiegł na górę. Nie znalazł tam nic oprócz pootwieranych okien, liści wpadających do środka i śladów kocich łap, roznoszących wszędzie krew. Nie było tego, kogo szukał. A owy osobnik zasłużył na gorszy los, niż ten, który spotkał kobietę w pokoju na dole.
– Co tym razem Parker? Czemu to jeszcze nie koniec? - zmrużył oczy, stojąc na szczycie schodów i obserwując koty wtykające nieśmiało łby przez drzwi wejściowe. Muzyka wciąż rozlegała się w głowie posiwiałego mężczyzny w starym, znoszonym garniturze.