Przyrdzewiała na lewej burcie i bez przekonania osadzona na gumowym kole taczka, popychana przez kobietę o figurze dorodnej gruszki – podobno nie jeden jeszcze w ten owoc wgryzłby się z apetytem – oraz w wieku trochę późniejszym niż tak zwanym średnim, zajęła jedno z trzech miejsc parkingowych, które - wyznaczone umownie na gębę i oko - pokrywały całą szerokość falującego chodnika przed parterowym budyneczkiem o żelbetonowej konstrukcji. Za czasów sojuszu chłopsko - robotniczego i prosperity większości narodu użyczał on mieszkańcom mieściny, w której stoi, powierzchni sklepowej pod szyldem GS-u, a dziś zaadaptowany do pilniejszych potrzeb przechowuje urząd pocztowy.
Prowadząca ów wehikuł - napędzany siłą spracowanych mięśni – z wyraźną ulgą na twarzy i reszcie ciała przyjęła fakt, że oto jest na miejscu, do którego zmierzała. Ocierając spocone skronie ukryte pod kraciastym beretem fasonu męskiego, obeszła dwa razy wkoło taczkę, skrupulatnie sprawdzając, czy pakunek na niej ulokowany nie doznał uszczerbku albo innego urazu w czasie transportu. Chociaż tocząc się od siebie spod lasu do centrum gminnej stolicy, minęła slalomem większość drogowych dziur, to uznała jednak, że turbulencje po trafieniu w kilka głębszych ubytków asfaltu mogły uszkodzić nie całkiem bezwartościowe cargo. Po oględzinach zawyrokowała, że wszystko jest w porządku, czyli w stanie nienaruszonym jak przy załadunku i przystąpiła do rozładunku. Dla kurażu machnęła rękami wprzód, w tył, zrobiła kilka skłonów dla rozciągnięcia kręgosłupa - aż się spódnica zadarła, co bystro wyłapał ku rubasznemu zadowoleniu Franuś Komosa rąbiący drewno na przeciwległym podwórzu - po czym chwyciła za kubik oklejony na kantach czarną taśmą. Gnana ciężarem tego co w rękach, tratując nowiuśkie drzwi z pleksiglasu, o które naczelnik Wasiak półtora roku błagał establishment wojewódzkiego szczebla, wpadła z hukiem na pocztę.
- Dzień dobry – wysapała objuczona, stawiając pakunek na kamiennym blacie pod okienkiem, przez które przyjmowane i wydawane były przesyłki większych gabarytów.
- Dzień dobry – burknęła w rewanżowym pozdrowieniu jeszcze całkiem młoda kobieta, choć o twarzy już ukwaszonej życiem, usadowiona za szkłem oddzielającym jej stanowisko pracy od części dla petentów zazwyczaj stłoczonych ciasnotą. – Właśnie się kończy, czas do domu, a pani się zwala z kartonem. Trochę szacunku dla ludzi pracy.
- Kochana, nie marudź, a podaj mnie lepiej kwity na zagraniczną paczkę – odparła niespeszona uwagą rzuconą prosto na twarz. - Wypełnię i możemy słać.
Te słowa nie wywołały jednak najmniejszej reakcji po stronie pracownicy. Nawet jej powieka nie drgnęła, bo i nie mogła w sytuacji, gdy dziewczyna postanowiła najpierw dokończyć reperacji „oka” przed - jak się właśnie okazywało - oddalającym się w siną czasoprzestrzeń wcześniejszym fajrantem. Dopiero po chwili spożytkowanej na wizażu i obustronnym milczeniu, wrzucając do torebki tusz nabyty bardzo promocyjnie u koleżanki rozprowadzającej po znajomych skandynawskie kosmetyki, odezwała się.
- Pani Kielakowa, nie przesadza pani? To już będzie druga w tym miesiącu.
- O syna dbam, żeby matki w sercu i Polski w gębie nie zapomniał – odpowiedziała prawie śpiewnie, intonując słowa pod jakąś mniej znaną nabożną nutę. – Zresztą, za swoje wysyłam – żachnęła się nagle, wyszarpując podtykany blankiet.
- No właśnie, za swoje. Nie masz tego dużo, a i tak, za przeproszeniem państwowego urzędnika oczywiście, psu w dupę ładujesz – wtrącił z czystej troski naczelnik poczty, wychodząc ze środka kierowniczej kanciapy, z której nie tylko zarządzał podległą placówką, ale równolegle prowadził nasłuch ludzkiej gadaniny o tym kto, co i kiedy porabiał w gminie albo ościennych sołectwach.
Znali się z Genią Kielakową lepiej od końcowych lat szkoły podstawowej, którą pomógł jej skończyć podrzucanymi ściągawkami. W zamian czas jakiś chodziła z nim do obrządku i dojenia - ojciec jego trzymał krowy, by wszystkim w chałupie żyło się lepiej - a po skończonej robocie, gdy leżeli utytłani zmęczeniem na snopach pszenżytniej słomy, buchającej zapachem minionego lata, pozwalała mu wkładać łapy pod flanelę, którą zakładała do gnoju. Zatem przez wzgląd na stare czasy - rzewnie wspominane, gdy przyjdzie mu pić do lustra - nie raz próbował jej ulżyć, jak na przykład wtedy, gdy młodego Kielaka wziął na etat. Co prawda po trzech miesiącach musiał z niego zrezygnować, bo wyszło, że jako listonosz zbyt często i w zbyt poważanych domach nie tylko do drzwi pukał. Ale starał się pomagać mimo wszystko, więc i tym razem poczuł potrzebę i obowiązek wtrącenia się.
- Za pół renty nakupujesz najlepszych kiełbas od metra, szynki w konserwach, wagonów fajek nawkładasz, poowijasz to swetrami co je całą zimę niby z nudów na drutach dziergałaś, nachodzisz się, napocisz, namartwisz. Normalnie druga Ochojska. – Tu zaśmiał się głośno, nie pozostawiając kobietom wątpliwości, że oto wgramolił się na szczyt dowcipu. - A potem i tak wszystko wraca. Bo adresat paczki nie odebrał albo podany adres wcale nie istnieje. I po co to? My z panią Małgosią mamy dodatkową robotę, a ty przykrość. No tak jest, czy nie?
- Teraz namiar mam dobry, znajomy Sławka mnie sms przysłał.
- Pani synkowi paczki nadaje, a kiedy on jakiegoś funta przyśle, co? – wtrąciła Małgośka.
- A co ty tam wiesz, głupia – prychnęła. – Przysyła i pomaga jak może.
- Dziewczynę możesz czarować, ale mnie twoja magia już dawno nie bierze – poparł współpracownicę Wasiak. – Nie kręć głową, nie wypieraj się, bo jednym okiem bez szkiełka idzie zobaczyć po tobie, że nic nie dostałaś. Ale co my o pieniądzach, jak na zwykłą widokówkę i znaczek z Elżunią dzieciak jeszcze się nie szarpnął, żeby matce i ojcu zdrowia życzyć, uspokoić. Dobrze wiem jak jest, całą pocztę co rano szykuję, to widzę.
- Dobra, cicho mnie teraz! – Kielakowa próbowała zakneblować ochrypłym krzykiem nikotyniarza (od dwudziest siedmiu lat zaczynającego i kończącego dzień długim paleniem bez filtra) nie tyle naczelnika, co swój głos wewnętrzny często zwany sumieniem, a w tym przypadku będący skomleniem porzuconej miłości matczynej, ochoczo wtórujący kierowniczym słowom. - Skupić się muszę na rubrykach, bo znowu będziecie gadać, że paczka nie doszła.
Z zastygłą twarzą kreśliła bacznie konieczne dane. Wypadające spomiędzy pulchnych palców równe litery i kształtne cyfry niczym przekalkowane z zeszytu prymusa - pierwszoklasisty, składały się w nazwy i oznaczenia miejsc, co do których nie miała najmniejszej pewności, czy w ogóle istnieją. Każde kolejne wypełnione pole przybliżało ją do radości, bądź śmieszności i jeszcze mniej wybrednych kpin. Potrząsając co dłuższą chwilę głową, odganiała – na moment upodabniając się do bydła, nie mogącego opędzić się od kąsających bąków – zasnute popielatym przygnębieniem obrazy, na których znowu człapie przy taczce, by do domu zabrać zawróconą przesyłkę, dziesięć dni wcześniej uszykowaną dla pierworodnego. Z częstotliwością odmawiania różańcowych zdrowasiek międliła myśl, że „w tej Anglii to nie znają się na roznoszeniu listów, a Sławek jest zbyt zajęty robieniem kariery, żeby po pocztach ganiać”. Wierzyła i pisała dalej, bo nie mogła inaczej.
- Da pani lepiej spokój. Nic z tego nie będzie. – Ze świeżo wyszminkowanych cekinowym różem ust specjalistki od obsługi klienta pocztowego wypadło politowanie, gdy Kielakowa szykując się do oddania rodzicielskiego dobrodziejstwa, w rozczuleniu wygładzała niewidzialne fałdki etykiety nadawczej naklejonej prosto jak od linijki.
- Co, robić się nie chce? Wiedziałam, żeś leniwa. – Przyklasnęła, dając do zrozumienia, że zawsze wątpiła w przydatność rozmówczyni do czegokolwiek.
- To też, ale teraz o czym innym mówię. Nie widzi pani, że on nic od was nie chce. Jak chciał i prosił, to mu nie daliście, więc teraz nie dziwne, że się wypina.
- Gospodarki na niego przepisać my z mężem nie mogli.
- Nie chcieliście, i tyle.
- Nie mogli my – powtórzyła zawzięcie, zgrzytając pieńkami ostatnich zębów. - Przepadłaby raz dwa. Z tobą by się ożenił, to pewne, a na gospodarstwo się nie nadajesz. Pasujesz tam jak świnia do chomąta. Sprzedać byś kazała zanim jeszcze pościel po nocy poślubnej, by wystygła.
- Pieniądze w rodzinie zostałyby przecież, dla waszych przyszłych wnuków. A tak banki ziemię za frajer wzięły, bo wam się na stare lata ulepszeń jakichś zachciało.
- A tobie co do tego? Z roboty i majątku rozliczać mnie nie będziesz! - Ręka Kielakowej w raptownej furii wyrzucona do przodu zamiast otrzaskać policzki, tylko przegoniła miętowe powietrze sprzed twarzy niedoszłej synowej. - Oj, krzywda ci ciągle, krzywda, że cię Sławek zostawił i teraz w Anglii jak panisko lordowskie żyje, a tobie przyszło cały dzień znaczki lizać – ciągnęła z zadziornym uśmiechem, próbując zamaskować zmieszanie chybieniem bardziej pucułowatego niż kościstego celu.
- Wolę już tak, niż przy ekspresowej kierowcom ciężarowych lizać jak Kaśka.
- Od córki się odpieprz, bo do kurwy to tobie bliżej.
Kobiety pewnie jeszcze długo charczałyby na siebie obelżywymi plwocinami, gdyby nie kierownika poczucie solidarności. No bo jak nie wziąć w obronę pracownicy, która co dzień przyjmuje na siebie marudzenie niezadowolonych klientów, a zaległości w ogarnianiu roboty nadrabia nie tylko gorliwym parzeniem kawy tak smołowatej, że nawet diabeł dostałby wrzodów na żołądku, ale też przyzwoleniem na gapienie się w bajeczny dekolt - porywający myśli ku młodości, jurności i najlepszym latom Maryli Rodowicz - gdy wysłuchuje poleceń i ostrych reprymend.
- Spokój ma być – huknął pacyfikacyjnie Wasiak, wyskakując z biura i po kilku susach kulawego kocura dopadł do koleżanki z dawnych lat. - Tu jest miejsce publiczne i w jako takim się prywatnych opinii w kierunku innych nie wysuwa. Mam rację, Kielakowa?
- Może i tak – odpowiedziała bez przekonania.
- To idź spokojnie do domu, a my się sprawą zajmiemy, z panią Małgosią. A właśnie, masz jakiś pieniądz? - zreflektował się w porę. - Usługa nie jest darmo.
- Chyba mam, chociaż właściwie to prawie wszystko poszło na paczkę, a okazało się dziś, że jeszcze będę musiała...
- Dobrze, to zrobimy, wiesz jak - przerwał wywód mętny jak zarzęsione bajoro w czerwcu. - Z najbliższej renty potrącimy. Tylko pamiętaj, żeby nie było jak ostatnim razem, zapomniałaś o umowie i Henia listonosza psem poszczułaś za kradzież domniemaną. Teraz w poszarpanych spodniach, cholera, po rejonie lata.
- Zapamiętam, zapamiętam – uspokajała. Wtedy to byłam emocjonalnie rozklekotana, bo mi starego do aresztu wzięli, że niby jakieś żelastwo po podwórzach ludziom wykradał. Ale gdzie on się na szaber nadaje. Co najwyżej po krzakach niczyje zbiera, żeby od wielkiego dzwonu na połówkę mieć.
- No, no, do widzenia. – Klepnął znajomą dwa razy po ramieniu i delikatnie obrócił jej sylwetkę w kierunku drzwi. - Głowę możesz mieć spokojną. Jak paczka wróci to od razu znać dostaniesz przez Heńka, że jest do odbioru.
Nie wracała jednak, co wesołością syciło Kielakową pewną, że oto z synem nitkę porozumienia zadzierzgnęli, a wywoływało zdziwienie i podejrzliwość u pracowników poczty, zwłaszcza samego Wasiaka, przywykłych do widoku smętnej gęby niepocieszonej matuli. Dzikie poruszenie natomiast spowodował list nadesłany do Genowefy Kielak prosto z Anglii. Naczelnik nad parą chciał epistołę rozkleić i z treścią bandycko zaznajomić się, ale zrezygnował, gdyż Anglicy swoje koperty grubą warstwą klajstru smarują, więc roztwarcie groziło nieodwracalnym zniszczeniem przesyłki i wydaniem całego procederu inwigilacji.
Na pojedynczej kartce wydartej z brulionu Sławek proponował matce bardzo otwarcie i bez większych ogródek sprzedaż ostatka hektarów litościwie pozostawiony przez banki, aby za pozyskane fundusze mógł nająć mecenasa o odpowiednich kwalifikacjach adwokackich do sprawy o naruszenie ciała i godności pewnej kobiety, którego rzekomo się dopuścił. Zaręczył przy tym, że wszystko to jest oczywistą pomyłką i wierutną bzdurą nawet, bo on jest niewinny i jak łza czysty.
Kielakowa jeszcze długo po zapadnięciu wyroku – ani o dzień nie zmniejszonego wysiłkami najlepszego prawnika na jakiego uzbierała – gniewała się na Boga, nie mogąc zrozumieć za jakie grzechy akurat importowane z Polski ladaco postawił na pokuszenie przed jej synem.
- Każdy głupi wie, że za granicą Polak swojemu najzajadlejszym wilkiem – skarżyła się Wasiakowi, nadając nie powracające więzienne pakunki.


. Ale jest w nich sarkazm, dobra obserwacja i zakończenie ładnie spinające całość -
.









Ale oby. 

Ważne: Regulamin | Polityka Prywatności | FAQ
Polecane: Przeglądaj promocje na książki i komiksy | montaż anten Warszawa | Komercyjne Sesje Rpg - Zielonka k/Warszawy - Mistrz z Gralnią | montaż anten Sulejówek | montaż anten Marki | montaż anten Wołomin | montaż anten Warszawa Wawer | montaż anten Radzymin | Hodowla kotów Ragdoll | ragdoll kocięta | ragdoll hodowla kontakt