ZMROŻONA WHISKY – TRYPTYK - bury_wilk
Proza » Fantastyka / Science Fiction » ZMROŻONA WHISKY – TRYPTYK
A A A

I

Na umrzyka skrzyni

                Tirli ta, tirli tirli ta. Dźwięk piszczałki, świdrując w uszach, wchodził na coraz wyższe tony. Gogam zgrzytnął zębami, ale powstrzymał się od reakcji. Ostatecznie, choćby się pieklił, ciskał gromy, a nawet posunął do rękoczynów, to mały Worraps i tak nie przeskoczy własnych, bardzo ograniczonych możliwości. Chłopak z trudem nauczył się dwóch piosenek i na więcej go stać nie było. I tak dobrze, że jakoś dramatycznie nie fałszował.

- Latający Holender to ja! Podziwiajcie mój tors gladiatora. – Bosman Nekark, już niestety fałszował i to okrutnie, ale jemu nikt, nawet kapitan, nie ośmieliłby się tego powiedzieć. – To jest Lucy, to Mary, a ta ośmiornica jest siostrą potwora.

- Latający holender, to on! – zawtórowała chórem grupa innych, rozweselonych kamratów, skupionych wokół przygrywającego Worrapsa. Po wielodniowej rutynie żeglarskiego rzemiosła, po ciągnięciu lin, myciu pokładu, wybieraniu wody i gapieniu się na bezkres morza, była to wyśmienita odskocznia od rzeczywistości.

 Gogam nie słuchał dalszego ciągu. I tak znał skromny repertuar flecisty na pamięć, więc niewiele tracił. Zdjął zdobiony pawimi piórami kapelusz, odsłaniając szkarłatną chustę naciągniętą na łysy czerep. Spod materiału, przez przecięte blizną czoło, sączyła się wąska strużka potu. Starając się wyglądać swobodnie, kapitan opuścił marynarzy bawiących się koło szalupy i zszedł pod pokład.

Natas siedział w kajucie kapitańskiej, za pustym stołem. Jak zwykle posępny, milczący, z wspartą na rękach głową. Długa, czarna grzywka opadała na twarz, zasłaniając oczy. Nie przeszkodziła mu jednak natychmiast dostrzec wchodzącego Gogama. Ascetyczny ruch palcem wskazującym prawej dłoni  musiał wystarczyć za gest powitalny.

- Gorąco – mruknął chrapliwie Gogam. – Nawet rumu pić się nie chce.

- Jak w piekle. – Głos Natasa był cichy, niski, zdawało się, że dobywa się ze studni.

- Ano, jak w piekle. Przybijemy na jakąś wyspę, odpoczniemy trochę w cieniu drzew.

- Ty jesteś kapitanem. – Można było odnieść zupełnie inne wrażenie, bo Gogam wyglądał, jakby się tłumaczył Natasowi. – Najpierw jednak... Idź na górę. Już.

`              Gogam zacisnął zęby, jakby chciał powstrzymać cisnące się na usta przekleństwo. Przez ułamek sekundy wydawało się, że wybuchnie, ale wystarczyło, że Natas podniósł głowę, że spod włosów błysnęły jego oczy, by zdusić w zarodku rodzący się bunt.

                Dokładnie w chwili, gdy ciężkie buty kapitana ponownie stanęły na pokładzie, z góry dobiegł krzyk majtka:
- Żagle na horyzoncie! Żagle po lewej burcie!

                W jednej sekundzie umilkły śpiewy i dźwięk piszczałki, a morskie wilki poderwały się gotowe do polowania. Zdążyli już zatęsknić  za przyzwoitą rozróbą, a przecież wiadomo, że dla pirata dwie najważniejsze sprawy to beczka rumu i dobra bijatyka.

- Luneta! – Kapitan Gogam starał się brzmieć przekonująco i groźnie. Musiał dbać o prestiż, a tym samym, nie do pomyślenia byłoby, gdyby marynarze wyczuli, jak bardzo w tej chwili się boi. A bał się strasznie. Nie chodziło zresztą tylko o tą jedną chwilę. Od kilku dobrych lat, gdy nadchodziła bitwa, gdy nadchodziła bitwa zapowiedziana przez Natasa, przerażenie niemal go paraliżowało. Czy to stanie się już teraz? Za tym razem, czy może dopiero za kolejnym?

                Na całym okręcie jedynie kapitan był świadom, jak wiele ryzykują, podejmując kolejne wyzwania i ta świadomość doprowadzała go niemal do utraty zmysłów. Wolałby nie wiedzieć, zwłaszcza, że i tak nie mógł nic zmienić. Układ był jasny, przypieczętowany i nie było odwrotu. Ale może jeszcze nie dziś?

                Prawa dłoń piekła niemiłosiernie, ale tego też nie można było pokazać. Nie po to zawsze nosił rękawiczki bez palców, by teraz zdradzić straszliwą tajemnicę. Kapitan dorobił się nawet głupawego przezwiska „Skórzana dłoń”, ale i to nie zmusiło go do pozbycia się dość zaskakującej w ciepłym klimacie części garderoby.

                Ktoś podał lunetę i teraz Gogam lustrował horyzont, wypatrując potencjalnej zdobyczy. Dojrzał ją wreszcie, ale to, co zobaczył, nie poprawiło mu nastroju. Z tej odległości ciężko było jasno ocenić, z kim będą mieli przyjemność, ale ilość ożaglowania świadczyła, że jednostka jest duża, a to mogło oznaczać, że również niebezpieczna. Jeszcze kilka lat temu profilaktycznie zarządziłby odwrót, ale dziś nie wchodziło to w grę. Prestiż zdobyty w wielu krwawych bojach, opinia okrutnika i chwała jednego z najstraszliwszych piratów nie zniosłyby takiej plamy na honorze. No i skoro Natas wskazał cel, sprawa była przesądzona.

- Ściągnąć banderę! Dopóki ich nie zidentyfikujemy, musimy być ostrożni.

- Tak jest!

                Obrali kurs kolizyjny na nieznany okręt i z zimną rutyną szykowali się do walki. Kule, proch, szable, noże, bosaki i liny. Wszystko było na podorędziu, choć jednocześnie skryte przed zbyt wścibskim wzrokiem. Dwadzieścia czterofuntowych armat i czternaście działek relingowych było oczywiście na widoku, ale to nie powinno nieznajomych dziwić. Kto w tych czasach pływał bez uzbrojenia, aż prosił się o lanie i biorąc to pod uwagę La Isla Bonita – piracki slup kapitana Gogama prezentował się całkiem zwyczajnie, wręcz niewinnie. Nie była to wielka łajba, nie miała przerażającego uzbrojenia, więc nie budziła takiego przerażenia, jak na przykład okręt Czarnobrodego, a jednak posiadała dość siły ognia, by przeciwstawić się większemu przeciwnikowi. A jeśli już doszło do abordażu, piracka załoga okazywała się wrogiem wyjętym wprost z sennych koszmarów.

                Nieznany żaglowiec nie zmienił kursu. Znajdowali się na niebezpiecznych wodach w pobliżu Haiti, więc zauważalna u przeciwnika pewność siebie nie zwiastowała Gogamowi  lekkiej przeprawy. Minęło trochę czasu, podczas którego okręty zbliżyły się do siebie na tyle, by dało się rozpoznać idącą pod pełnymi żaglami angielską fregatę. Zapał piratów znacznie osłabł. Brawura i szaleństwo też powinny mieć swoje granice, jednak kapitan Gogam nie nakazał odwrotu. Mimo że chciało mu się płakać ze strachu, twardo grał swoją rolę.

- Wciągnąć banderę Holenderskiej Kompanii Zachodnioindyjskiej, kilku niech się przebierze i stoi tak, żeby dało się ich zauważyć. Reszta cisza! Niech myślą, że idziemy z Aruby i mamy ładownie pełne cukru. Niech tak myślą…

- Się zrobi. – Nekark błysnął złotym zębem i uśmiechnął się szelmowsko. Plan niezbyt oryginalny i w sumie dość szalony, ale jeśli się uda… Jest ryzyko, jest zabawa.

                Anglicy może i podejrzewali podstęp, ale ufni w swoją przewagę zlekceważyli mniejszy okręt. Podeszli do całej sprawy rutynowo. Nie kwapili się nawet, by zadbać o najlepszą do ataku pozycję i to się zemściło. Na protekcjonalne pytanie o to, z kim mają przyjemność, odpowiedziała im salwa pełną burtą. Dziesięć czterofuntówek brak tonażu nadrobiło zabójczą celnością. Nim zaskoczony przeciwnik zdołał odpowiedzieć, druga salwa, mierzona w pozycje strzeleckie, pozbawiła go ponad połowy siły ognia. Na lewej burcie fregaty pozostały raptem cztery sprawne działa. Dwudziestoczterofuntówki nawet w tej liczbie mogły okazać się zabójcze dla pirackiego slupa, jednak kapitan Jego Królewskiej Mości, najwidoczniej bardzo zaskoczony zaistniałą sytuacją, już im nie dowierzał. Nakazał natychmiastowy zwrot przez rufę, żeby mieć do dyspozycji drugą, pełną baterię burtową, ale na to było już za późno.

                Działa huknęły po raz trzeci, a potem La Isla Bonita również złamała się w szybkim zwrocie, a ponieważ była mniejsza i zwrotniejsza, łatwo zniwelowała dystans i podeszła tuż pod wrogą fregatę.

Haki, liny, bosaki, a potem szaleńczy ryk. Piratów było trzy razy mniej, a o jakimkolwiek porównaniu w jakości uzbrojenia w ogóle mowy być nie mogło, jednak odwaga i niezłomna umiejętność śmiania się śmierci w twarz okazały się przeważające. Regularne wojsko zakontraktowane na angielski okręt umiało się ustawić i trzymać w szeregu, ale fantazji nie miało za grosz. A piraci mieli jej pod dostatkiem. Atakowali z przodu, z tyłu, markowali ataki, udawali rannych… Każdy sposób na zaskoczenie i dokuczenie przeciwnikowi wydawał się dobry. I był dobry, bo skuteczny. Po niemal godzinnym boju dumna, królewska bandera opuściła swoje dotychczasowe miejsce.

O tym, co się stało z pokonaną załogą, a już w szczególności z oficerami, nie warto wspominać, bo ani to miłe, ani pouczające. Dość, że ich los był nie do pozazdroszczenia i że po długich i wyrafinowanych katuszach skończyli wisząc na rejach własnej fregaty.

Gogam cieszył się z załogą, ryczał jak triumfujący na rykowisku byk, a potem pozwolił się długo podrzucać na rękach załogi i nawet wrzucić do morza. Jednak dopiero, gdy z dala od radujących się kamratów zszedł do swojej kajuty, odpuściły mu nerwy i mógł się naprawdę rozluźnić. Opróżnił od pierwszego pociągnięcia niemal połowę flaszki rumu, głośno sapnął i zapadł się w ulubionym fotelu. Powinien coś postanowić, może podzielić załogę, może przejąć zdobyty okręt, ale na razie potrzebował spokoju.

Zdjął znienawidzone rękawiczki i dłuższą chwilę wpatrywał się w krąg czerniący się na spodzie jego prawej dłoni. Natasa nie było. Czy on w ogóle istniał? Żaden inny członek załogi nigdy go nie widział, co zresztą było powodem dziwnych opowieści. Krążyły pogłoski na temat choroby psychicznej kapitana, a byli i tacy, co twierdzili, iż rozmawia on z duchami  Jedno i drugie mogło stać się świetnym pretekstem do buntu, ale o tym na razie mowy być nie mogło. Wygrywali bitwy, łupili nadętych Anglików, bogatych Holendrów, strojnych Hiszpanów i wywyższających się Francuzów. Dopóki byli górą, nikt na pewno nie będzie się buntował!

Łyk rumu do reszty ukoił skołatane nerwy. Jeszcze raz się udało. I to jak się udało! Pobili znacznie silniejszego wroga! O tym zwycięstwie będą układać ballady, będą śpiewać i mówić po wszystkich portach od Królestwa Gwatemali i Jukatanu, po Barbados, a kto wie, czy nie dalej! Ha, pewnie wieść dotrze i na stary kontynent, gdzie marynarze będą przy kuflu straszyć się widmem karaibskich piratów! Stworzą legendy i baśnie, które nie znając granic rozejdą się po całym świecie. Wielki kapitan Gogam i jego okrutna załoga staną się straszliwym symbolem, przestrogą i koszmarem!

Kapitan wrócił na pokład, a tam zabawa trwała już na całego. Stara to prawda, że piraci najlepiej czują się w ogniu walki i w szalonej zabawie. Mieli dziś już jedno, teraz przyszedł czas na drugie.

- Kapitanie! – zawył Nekark. – Mowa, mowa, mowa!

- Mowa! – podchwyciła cała brać spod znaku czarnej bandery. Dwudziestu z nich dopiero co zginęło i już zostało oddanych morskim falom na wieczny odpoczynek, ale śmierć to w tym fachu codzienność.  Szkoda tracić czas na opłakiwanie poległych, jeśli była tak radosna okazja. Wzniesie się za nich toast i to niech wystarczy.

                Gogam rozejrzał się lekko zdezorientowany, trochę jak zamtuzowa debiutantka przed hordą podnieconych klientów. Nie od tego był kapitanem, żeby gadać… Ale z drugiej strony, zrobili coś naprawdę dużego. To nie była ot, taka sobie potyczka, lecz – przynajmniej w oczach kamratów - triumf na miarę rozgromienia wielkiej hiszpańskiej armady.

- Panowie! – ryknął z animuszem. – Spisaliście się! Wytoczyć rum! Dwie beczki! Za wasze zdrowie i za pamięć tych z nas, którzy dziś ucztują u Neptuna! Bawmy się!

                Było krótko i treściwie. I o to właśnie chodziło. Załoga wydarła się ile sił w gardłach dając dowód swojej aprobacie dla takiej formy oratorstwa.

                Tirli li li, li li, li li, tirli la. Worraps sięgnął po swoją nieśmiertelną piszczałkę i ku radości zgromadzonych wesoło zaczął drugi ze znanych sobie utworów, a bosman natychmiast podchwycił:

- Nad moją głową wisi wciąż ta niepokorna flaga. A pod nią co dzień krew i łzy, tchórzostwo i odwaga. I choć widziałem już nieraz okryty okręt chmurą, Z Jolly'm śmiejemy zawsze się, bo Jolly zawsze górą!

A potem zaczęło się picie…

*

- Złupimy Kingston! A potem popłyniemy po srebro, hic, na Jukatan!

- Ta jest! Ta właśnie będzie!

- Mówię ci, stary dopiero teraz pokaże na co go stać. Mamy już dwa okręty, hic, ale to dopiero początek. Za rok będziemy mieć dziesięć! Całą flotę!

- Ta jest! Dwadzieścia!

- Najedziemy, hic, i spustoszymy każdy port na Karaibach!

- Ta jest! A potem pobijemy Hiszpanów, Portugalczyków, Holendrów, Francuzów i Anglików w Europie!

- Hic!

- Ta jest!

                Kapitan Gogam bardzo chwiejnym krokiem wyminął zalegających w zejściówce i wciąż zawzięcie dyskutujących piratów. Z tytanicznym niemal wysiłkiem zaczął się wspinać po kolejnych stopniach, usiłując wydostać się na pokład. Było chyba tuż po świcie, bo szarawe światło nie oślepiało wrednie, a z drugiej strony pozwalało już na w miarę normalne używanie wzroku. W miarę, bo zapuchnięte i przepite oczy Gogama i tak nie chciały pracować w sposób normalny.

                W połowie drogi, którą zwykle pokonywało się w kilku szybkich skokach, naszło kapitana na refleksje. Zmęczony usiadł, oparł się o drewnianą ścianę i zanurkował w otchłani kłębiących się myśli. Może rzeczywiście mógłby zorganizować swoją własną, piracką flotyllę? Na razie miał do dyspozycji zwykłego slupa, ale teraz mógł się przecież pochwalić fregatą, niczym sam Czarnobrody!  Heh, na szczerbatego rekina, to się dopiero otwierają perspektywy! Ciekawe co o tym wszystkim myśli ten cholerny, mrukliwy Natas… Właśnie, ciekawe, gdzie się podział. Zwykle po udanym boju piekielnik nabierał nieco lepszego humoru i nawet pił razem z kapitanem, a teraz, po takiej wiktorii gdzieś go wcięło… Dziwne.

                Gogam poczuł, że znów spód prawej dłoni zaczyna go swędzieć, ale mimo że był potwornie skacowany, miał dość rozsądku, by przy choćby nie wiadomo jak pijanych kamratach nie ściągnąć rękawiczki. Przeklęta klątwa! Niby, jak do tej pory, były z niej same korzyści, ale wiadomo, kiedy to się skończy? Jeśli ktoś się dowie, to z całą pewnością bardzo szybko… Psia mać, a może dobrze by było się tego jakoś pozbyć? Zanim będzie za późno… Może pomógłby jakiś ksiądz, może nawet czarownik, indiański szaman? Jakaś pokuta, pielgrzymka? Teraz są dwa okręty, jakby godziwie sprzedać zasłużoną La Islę Bonitę, pewnie wystarczyłoby pieniędzy by ufundować jakiś nieduży kościół…

                Świst poprzedzony głuchym hukiem. Dobrze znajomy dźwięk, a jednak całkiem niespodziewany. Jeszcze jeden i jeszcze. Wstrząs, hałas i  mnóstwo dymu. Co u kaduka?!

                Gogam odzyskał przytomność na tyle, by biegiem wspiąć się na pokład, ale tam jego świadomość znów zwariowała. Wszędzie bieganina, przerażone krzyki, kolejne odgłosy wystrzałów i świst nadlatujących kul. Środkowy maszt złamał się jak zapałka i sypiąc drzazgami zwalił na prawą burtę. Przed dziobem jakieś straszliwe kłębowisko jasnych płomieni i czarnego dymu. To zdobyczna fregata! Ale jak to?!

Potężny wybuch targnął powietrzem, ogłuszył zaskoczonych piratów, a fala uderzeniowa solidnie potrząsnęła pokładem slupa. Ogień na zdobycznej łajbie musiał dojść do zapasów prochu i kul armatnich. Gruchnęło nie dając żadnych szans nikomu, kto był wtedy na okręcie. Deski, okucia, sprzęty… Wszystko wyleciało w górę w chaotycznej chmurze, by zaraz opaść w spienione fale. Nie było czego ratować, a zresztą, do ratowania nikt nie byłby teraz zdolny.

Znów ciężkie palby z dział i znów złowróżbny świst. Teraz już prosto w La Islę Bonitę.

- Kto to strzela?! Do broni, do armat! Wstawać!

                Nikt nie podrywa się do walki. Pewnie połowa załogi już nie żyje. Tu i ówdzie widać krwawe strzępy, mieniące się jeszcze w nocy niezwyciężonymi wilkami morskimi. A większość pewnie wciąż jest pod pokładem i nigdy się stamtąd nie wydostanie.

                Jakiś pocisk zdruzgotał kratę do ładowni. Eksplozja odrzuciła kapitana o dobrych kilka metrów, prosto w płonącą plamę rozlanego rumu. Koszula zajęła się w oka mgnieniu. Koszula i przeklęta rękawiczka na prawej dłoni.

                Palący ból natychmiast przywrócił przytomność. Rycząc jak niedźwiedź, Gogam zdarł z siebie gorzejącą odzież i odturlał się na bok, pod samą burtę. Nad jego głową smętnie spoglądało w dół działko relingowe.

                Poderwał się i nie myśląc, czy ma jakiekolwiek szanse, zabrał się do ładowania. Sam jeden, ale zaskakująco spokojnie i metodycznie. Tylko do kogo ma strzelać? O tak, już wie! Pomiędzy plątaniną lin i rei zwalonego masztu, w promieniach wschodzącego słońca rozpostarły się wielkie, szkarłatne żagle. Ogromny liniowiec. Nie widać bandery, ale czy ona ma znaczenie? Grunt, że to wróg! Idą do abordażu, widać już wykrzywione w groźnych grymasach twarze uzbrojonych po zęby zabijaków.

                A miedzy nimi… Gogam widział go tylko przez chwilę, ale nie miał żadnych wątpliwości. Natas! W kapitańskim płaszczu i bogatym kapeluszu. Gińcie psie krwie!

                Poparzoną dłonią odpalił lont, ale ten zgasł w ostatniej chwili. Nim udało się skrzesać kolejną iskrę czas przyspieszył. Grzmot, ogień, krótki lot skończony pod przeciwległą burtą. Dym i dzwoniąca w uszach cisza. Ktoś biega, morduje, ktoś inny umiera. To wszystko jakoś daleko, jakoś nierealnie.

                Obok ktoś pada. Potężny mężczyzna zalewa się krwią, ale wciąż żyje. Nekark milczącym, nienawistnym wzrokiem patrzy na odsłonięty spód dłoni Gogama, na przeklęty czarny okrąg.

                Gdzieś z daleka dobiegają dźwięki piszczałki. Czyżby to Worraps nauczył się nowej piosenki? Bosman odkasłuje, spluwa krwią celując w twarz swojego kapitana. Chrapliwie, ale pierwszy raz w życiu nie fałszując, zaczyna śpiewać:

- To okręt krwawej braci, To okręt goryczy i łez. Hej, szaleńcze, zejdź mu z drogi! Bo gdy dopadnie, wędrówki twej kres.

 

II

W grocie króla gór

                Lebezi nie zwykła tracić zbyt wiele czasu na przygotowania. Nie oznacza to bynajmniej, że podchodziła do swoich zajęć niepoważnie. Wręcz przeciwnie, ci, co o niej kiedykolwiek słyszeli, a może i ją znali, myśleli o niej jako o perfekcjonistce, zaś wszelkie czyny świadczyły, że była też niezwykle skuteczna. Cała tajemnica tkwiła w tym, że Lebezi miała niezawodny instynkt i zawsze mu ufała. Oczywiście takie radośnie spontaniczne podejście niosło za sobą sporą dawkę ryzyka, ale po pierwsze, jako się już rzekło, kobieta nigdy się na swoim podejściu nie przejechała, a po drugie, stara to prawda – jest ryzyko, jest zabawa.

                Tym razem było dokładnie tak samo. Zamiast zaawansowanego planowania, angażowania wielu osób i pokaźnych środków, Lebezi po prostu weszła do pałacu, wkręciła się w służbę i metodycznie szukała komnat księżnej. Odnalezienie ich nie było szczególnie trudne, ale samo dostanie się do środka nastręczało już pewnych problemów.

                Odziany w liberię, wielki jak goryl, strażnik nie wyglądał na przeszkodę łatwą do przejścia, ale  i tym razem iście diabelski instynkt nie zwiódł swojej właścicielki. Podeszła śmiało, uśmiechnięta, wyrafinowanie obnażyła zgrabne udo. Nie próbowała wejść do środka, ale skupiła się na mężczyźnie.

- Może nie powinnam - mruknęła aksamitnie – ale mam na ciebie tak dziką ochotę, że nie mogłam się powstrzymać…

                Strażnik chrząknął trochę zakłopotany, ale gdy smukła dłoń bezwstydnie zawędrowała w okolice jego krocza, przestał zgrywać prawiczka. Objął namiętną nieznajomą, uniósł ją lekko jak piórko i szybko zaniósł za winkiel, gdzie już bez żadnych skrupułów zabrał się do roboty. Ona zasypała go gradem pocałunków, on łapczywie chwycił ją za piersi. Ona podciągnęła spódnicę…

                Zaatakowała jak żmija. Ruchem tak szybkim, że wzrok nie był w stanie go zarejestrować,  wyszarpnęła wąski sztylet i pchnęła nim w szeroką pierś mężczyzny. Jęknął boleśnie, a Lebezi chlasnęła po gardle i dla pewności dźgnęła jeszcze trzy razy. Nie tylko nie było to już potrzebne, ale i okazało się rozwiązaniem pechowym, bo przy ostatnim ciosie ostrze fałszywie zgrzytnęło na żebrach, jęknęło i pękło. Zaklęła zdecydowanie nie dziewczęco, ale nie zwykła wylewać łez nad rozlanym mlekiem. Zostawiła złamany sztylet i wytarła zakrwawione dłonie o liberię nieboszczyka.

Nie przejmowała się więcej trupem i bez skrępowania uchyliła drzwi do książęcej komnaty. Wślizgnęła się do środka nawet nie bardzo myśląc, czy może tam kogoś zastać. Szczęście nadal jej sprzyjało, bo pomieszczenie było puste. Teraz tylko musiała znaleźć to, czego szukała i, bagatela, bezpiecznie opuścić pałac.

                Gdzie pyszna księżna Htilil mogła trzymać swój słynny pierścień? Prosta obrączka z białego złota, ozdobiona rubinem wielkim jak paznokieć, prezent ślubny od ojca… Lebezi nie gustowała w strojnej biżuterii. Wydawała jej się pretensjonalna i pozbawione finezji, ale skoro dostała takie zlecenie, nie zwykła wybrzydzać.

                Sekretarzyk przy łóżku pełen był wszelakich ozdób, ale słynnego rubinu tam nie było. Nie było go też w alabastrowej szkatule, ani w stosie drobiazgów porozrzucanych po stole. Może jakiś sejf? A może w ogóle nie w tej komnacie? A może, to byłby dopiero pech, księżna ma go akurat na palcu? Cień wątpliwości na chwilę przesłonił błysk w oczach złodziejki, ale niemal w tym samym momencie zniknął rozproszony promiennym uśmiechem.

                Słoneczne światło przebiło się przez grubą tego dnia warstwę chmur i radośnie rozjaśniło komnatę, odbijając się przy okazji w położonym na parapecie klejnocie. Krwiste refleksy migotały prosząc się, bo je posiąść.

- A jednak, całkiem to ładne. – Lebezi była szczerze zdziwiona, że podoba jej się snobistyczna ozdóbka. Bez skrępowania założyła go sobie na serdeczny palec i zaśmiała się sama do siebie. – Jestem jak sroczka, zbieram błyskotki.

                Zakręciła piruet zadowolona, że znalazła to, po co przyszła, a potem z ciekawości zajrzała do uchylonej, wielkiej szafy. Dziesiątki sukien, bluzek, kaftanów, płaszczyków, kapeluszy i Bóg wie, czego jeszcze, a wszystko to przesadnie strojne i pewnie niewygodne. Na dole, w długich rzędach, poustawiane buciki we wszelkich możliwych kolorach i fasonach. One też nadawały się tylko na bale i pałacowe schadzki… Chociaż…

                Lebezi z ciekawością uniosła parę wysokich butów z cudnie mięciutkiej, jeleniej skórki. Księżna prawdopodobnie używała ich do jazdy konnej, ale zapewne sprawdziłyby się i w innych sytuacjach. Złodziejka przymierzyła i, przywykła do tego, że los jest jej sługą, zupełnie bez zaskoczenia uznała, że pasują po prostu idealnie. Klasnęła w dłonie z zadowolenia.

                Odwróciła się i już miała wyjść z komnaty, gdy jej wzrok padł na jeszcze jeden przedmiot. Nad łóżkiem, na srebrnym łańcuszku zawieszony był zatknięty w zdobioną perłami pochwę sztylet o rękojeści z kości słoniowej. Broń po prostu przepiękna, finezyjna i do tego niezwykle kobieca. Jeśli księżna miała coś, co mogło się naprawdę spodobać złodziejce, to były to właśnie buty, które ta już sobie przywłaszczyła i to śliczne ostrze. A skoro dopiero co Lebezi złamała swój własny nóż, nie było się nad czym zastanawiać. Przewiązała sobie łańcuszek na udzie, zakryła spódnicą i już bez zwłoki wyszła z komnaty.

                Tak samo, jak nie kryła się wchodząc do pałacu, tak i w drodze powrotnej, nie siliła się na ostrożność. Jedyne, co zrobiła, by mniej rzucać się w oczy, to obróciła pierścień tak, by drogocenny kamień znalazł się od spodu dłoni. Szła promiennie uśmiechnięta, nawet trochę podskakiwała z zadowolenia. Śmiało i pewnie mijała lokai i strażników, puściła oko przystojnemu oficerowi, przepuściła w drzwiach dwie chichoczące damy dworu, a w rozświetlonej galerii, bezczelnie skłoniła się przed księżną i ruszyła dalej, nie oglądając się za siebie.

- Hola! – Donośny głos księżnej Htilil uciszył wszystkich przebywających w galerii. – Hola, dziewczyno! Zatrzymaj się proszę. Tak, do ciebie mówię.

                Lebezi stanęła i odwróciła się bez strachu, a jedynie z malującym się na obliczu szczerym zdziwieniem.

- Słucham, wasza książęca mość…

                Arystokratka zostawiła nieco zaskoczone damy stanowiące jej świtę i podeszła do nieznajomej. Bardzo blisko.

- Chyba cię nigdy nie widziałam. Kim jesteś? – Jej oczy błysnęły niebezpiecznie, kiedy ściszonym głosem dodała: – I dlaczego paradujesz w moich butach?

*

                Zajście z księżną, co było do przewidzenia, zakończyło się awanturą, dekonspiracją i aresztowaniem, ale potem Lebezi dość szybko odzyskała nadzieję na wykaraskanie się z kłopotów. Na wyraźną  prośbę rozgniewanej damy, złodziejkę przesłuchał osobiście książę Lefotnap. Zamiarem księżnej Htilil było jak najsurowsze ukaranie winowajczyni, ale jego wysokość małżonek widział tę kwestię po swojemu. Rzeczywiście ugiął się i obiecał, że sam zajmie się sprawą, ale potem zaufał już tylko własnemu poczuciu praworządności.

- Wasza książęca mość, ja nie mogłam odmówić. Zagrożono, że coś złego stanie się mojej rodzinie. – Lebezi łgała bez zająknięcia. – Przecież ja nie dla siebie… - W tym momencie rozryczała się przekonująco, a wielkie łzy popłynęły z jej ślicznych i jakże smutnych oczu.

- Uspokój się kobieto… Dziewczyno, nie płacz. – Z Lefotnapa był kat i śledczy, jak z koziej piczy waltornia. – Nic wielkiego się nie stało. Tak między nami, księżna ma na pieńku z ojcem i wszelkie podarki od niego nie są jej miłe, nawet tak wyszukane. No i odzyskała swoją zgubę. Nie płacz już, jakoś to będzie.

- Jaśnie panie, ale ja się boję! Co mi zrobią?

- Pewnie utną ci rękę i tyle. Nie ma się czym martwić, mało to ludzi bez rąk żyje?

- Moją rękę? Panie, błagam cię, wstaw się za mną. Ja zrobię wszystko, ja będę ci najwierniejsza. Zobacz, przecież jestem młoda i atrakcyjna, jak ja będę wyglądała bez ręki? Teraz się za mną oglądają, chcą mych wdzięków i mych umiejętności… A umiem niemało – dodała, mimochodem puszczając wymowny uśmieszek. – Kto mnie będzie chciał, kalekę?

- Eee… - Lefotnap za młodu pobierał lekcję oratorstwa, ale teraz zdały się one na nic. Kusząca złodziejka całkiem go skonfudowała.

- Jaśnie panie, ty jesteś dobry i łaskawy. Wstawisz się za mną, prawda? Nie jestem szlachetnie urodzona, ale potrafię się odwdzięczyć nie gorzej od dwórek z francuskich dworów. Nawet tu, teraz, tylko ratuj mnie, książę…

- Może coś da się zrobić, ale tak całkiem bez kary, to nie przejdzie…

- To ukarz mnie, panie, osobiście. Zrób ze mnie swą niewolnicę, zwiąż mnie, jeśli taka wola, klapsa daj… Zniosę z pokorą i oddam się twej władzy.

- No… - Lefotnap najwyraźniej miał już w wyobraźni własną wizję wymierzania kary, bo cały poczerwieniał. – Teraz musisz tu zostać. Przyjdę wieczorem i zostaniesz pokarana za swoje przewiny, a rano cię wypuszczę.

- Dopiero rano?

- Milcz już nieszczęśnico… Więcej zrobić nie mogę.

                I książę opuścił celę, pozostawiając Lebezi wprawdzie uwięzioną, ale mimo to pełną optymizmu. Tym razem jednak jej niesamowity fart skończył się na dobre.

- Jak ta mała suka? – Księżna Htilil przy najbliższej okazji dopadła swojego małżonka, oczekując krwawych konkretów.

- Do wszystkiego się przyznała. Dziś ją ukarzę, a jutro wypuszczę, po co zapychać lochy pospolitymi złodziejami.

- Wypuścisz? – Zdawało się, że z ust arystokratki zaraz zaczną kapać krople jadu.

- A co, kochanie, chciałaś zrobić? – Książę w jednej sekundzie stracił całą pewność siebie.

- Nie wyraziłam się dość jasno? Ty durniu… A może zawróciła ci w głowie? Przyznaj się!

- Ależ skąd, kochanie…

- Nic nie potrafisz załatwić! Sama to zrobię!

- Ale…

- Żadnego ale! A z tobą policzę się później…

                Wściekła jak osa księżna pognała do lochów, rozpędzając służbę i dworzan niczym rój uciążliwych much. Odesłała strażników i znalazła się w sam na sam ze złodziejką.

- Myślałaś, że jesteś taka cwana? Ty mała ladacznico, jak śmiałaś targnąć się na moją własność?

- Na pierścień, czy księcia? – Lebezi czuła, że tym razem ma prawdziwe kłopoty, ale nie spuściła z tonu.

- Taka jesteś dowcipna? Zobaczymy, jaka będziesz rozkoszna, jak kat się tobą zajmie. Kto ci zlecił kradzież?

- Nie wiem. – To akurat była prawda, bo zlecenie przyjęła anonimowo.

- To na co mi jesteś potrzebna? Obedrę cię ze skóry, a potem zetnę. Odpokutujesz, że śmiałaś tknąć moje osobiste rzeczy. Pierścień może jeszcze bym ci odpuściła, bo tylko mnie drażni, ale buty… Żadna kobieta nie ma prawa dotykać mojej garderoby! Żadna! Nie jesteś tego godna, sprzedajna dupo!

                Lebezi tym razem zmilczała. Zastanawiała się przez chwilę, skąd u pałacowej damy takie rynsztokowe słownictwo i chorobliwie wybujałe poczucie własności, ale zaraz porzuciła czcze rozważania. Miała teraz większe problemy.

- Zabrakło ci języka w gębie, ty suko? Ooo, jeszcze sobie o nim przypomnisz, obiecuję…

- Naprawdę jaśnie panienkę tak zabolało, że w jej butach wyglądałam lepiej niż ona sama?

- Tyyy!

Cios w kobiecą dumę był boleśnie celny. Wściekła księżna zamachnęła się, chcąc uderzyć złodziejkę w twarz, ale ta odchyliła się błyskawicznie, chwyciła mierzącą w nią dłoń i szarpnęła. Księżna Htilil straciła równowagę i runęła do przodu, a Lebezi wykorzystała to najlepiej, jak umiała. Pchnęła przeciwniczkę, a gdy ta znalazła się na posadzce celi, przygniotła kolanem jej plecy, uniemożliwiając powstanie.

- Jaśnie pani chyba nie wie, ale mam jeszcze jedną rzecz, która do niej należy… - Złodziejka sięgnęła do uda po ukryty sztylet. Strażnicy, którzy wrzucili ją do celi, pokpili sprawę, ale z drugiej strony, trudno było przypuszczać, że mają do czynienia z istotą uzbrojoną i niebezpieczną.  – Mam to oddać? Chce jaśnie pani poczuć tę stal?

                Tym razem to księżna przez dłuższą chwilę milczała. W końcu odezwała się, a jej głos był cichy i łagodny, zupełnie, jakby pod kolanem szczwanej plebejki była zupełnie inna osoba, niż ta, która dopiero co chciała wzywać kata.

- Słuchaj, dziewczyno… Masz jakieś imię?

- Lebezi.

- Słuchaj, Lebezi, nie wyszło to dobrze, ale ta sytuacja jest patowa. Jeśli mi coś zrobisz, czekają cię cierpienia, jakich nie możesz sobie wyobrazić, a z drugiej strony, jestem teraz w twojej mocy.

- Tak to mniej więcej wygląda. – Złodziejka zgodziła się łaskawie i już całkiem spokojnie. – I co z tym zrobimy?

- Myślę, że znajdę rozwiązanie… Honorowe. Zrobisz coś dla mnie, a ja zapomnę o całej sprawie.

- Słucham uważnie. – Ucisk kolana na plecy księżnej nie zelżał ani na moment.

- Jesteś dobra w tym, co robisz, więc chciałabym, żebyś coś dla mnie wykradła. Tak jak mówiłam, potem będziemy kwita.

- Mam jaśnie pani zaufać? Toć to kpina.

- Lebezi… Podpiszemy pakt. Podpiszemy pakt, jakiego żadna z nas nie śmie złamać. Zastanawiaj się szybko, zanim ktoś tu przyjdzie…

*

                Lebezi nie było łatwo wystraszyć, nie było też łatwo wymyśleć coś, co by jakoś szczególnie szanowała i uważała za święte, jednak księżnej Htilil udało się jedno i drugie. Tyle z tego dobrego,  że wyglądało, iż także arystokratka traktuje sprawę śmiertelnie poważnie i nie odważy się złamać warunków umowy. Jeśli dokument podpisuje się własną krwią, a jego żyrantami są jakieś dziwaczne, ale niestety całkiem realne demony, czy może duchy, to nie może być mowy o żartach.

                A układ był dość prosty. Lebezi ma wejść się do alpejskiej jaskini zamieszkanej przez jakieś mistyczne, bliżej nieznane stworzenie, znaleźć i przynieść księżnej leżący wśród innych skarbów kieł smoka, którego zabił Święty Jerzy. W zamian Htilil zobowiązywała się darować złodziejce wszystkie winy, obdarować złotem i zapomnieć, że ją kiedykolwiek widziała. Brzmiało to wszystko dość absurdalnie, ale po tym, jak księżna ściągnęła ze Schwarzwaldu przerażającą czarownicę, a ta wezwała siły nadprzyrodzone, nic nie mogło dziwić. Ta, która złamałaby słowo, lub z dowolnego powodu nie wypełniła warunków, oględnie mówiąc miała przerąbane.

                Jako się rzekło, księżna Htilil podeszła do sprawy niezwykle poważnie i chyba nie tylko dlatego, że bała się sprzeniewierzyć potężnym duchom, ale i dlatego, że faktycznie zależało jej na zdobyciu smoczego kła. Miał on rzekomo zapewniać niemałą władzę, a nawet mógł być wykorzystany do wezwania piekielnej bestii, co dla ambitnej i żądnej potęgi kobiety stanowiło nie lada pokusę. Lebezi wydawała się mistrzynią w swoim fachu, więc jakaś szansa na sukces istniała.

                Z powyższych powodów, arystokratka diametralnie zmieniła swój stosunek do złodziejki. Zapewniła jej solidną eskortę żołnierzy książęcego regimentu, która miała chronić w razie spotkania górskich zbójców lub innych niebezpieczeństw, zadbała o prowiant i przyzwoite, ciepłe ubranie. Oddała nawet te nieszczęsne buty, które dopiero co były kością niezgody, ba, wręcz nienawiści.

                Ekspedycja przedzierająca się przez zaśnieżone przełęcze, mimo że dobrze przygotowana, nie miała taryfy ulgowej. Zimny wiatr łkał, gwizdał, dął i śpiewał na chwałę niedostępnej potęgi gór, mróz tężał z godziny na godzinę, a śnieżna burza niemal uniemożliwiała przemarsz. W normalnych warunkach wystarczyłyby dwa dni, teraz dotarcie do celu zajęło bity tydzień.

                W końcu stanęli jednak u podnóża stromej, skalistej ściany. Wysoko, niemal poza zasięgiem wzroku, otwierał się mroczny otwór jaskini.

                Lebezi długo wpatrywała się w miejsce, które miało dać początek jej świetlanej przyszłości. Nie wątpiła, że się uda, bo i niby dlaczego miałaby wątpić? Ona miała szczęście, wszystko jej wychodziło, a nawet jeśli nie, tak, jak w przypadku obrobienia książęcej komnaty, to i tak obracało się na dobre. Dużo większe wątpliwości budziło pytanie, czy w ogóle jest o co się starać? Przez tydzień górskiej przeprawy, wraz z zimnem, ostygły wspomnienia makabrycznego wzywania demonów, umysł ochłonął, a pamięć nieco się zatarła. Teraz złodziejka patrzyła już znacznie bardziej trzeźwo i coraz mniej wierzyła w dziwnego stwora i pradawny skarb. Nie znaczy to jednak, że chciała zrezygnować. Co to, to nie! Wejdzie, do tej cholernej groty, przewróci ją do góry nogami i jeśli cokolwiek w niej jest, wyciągnie to na światło dzienne.

                Ruszyła o świcie. Lekko, niczym górska kozica skakała na skały, pokonywała rozpadliny i podstępne, lodowe pola. Była jak baletnica, jak szlachetny motyl kpiący z surowej i bezwzględnej przyrody. I nie przestawała się uśmiechać, bo przecież znów robiła to, co kochała!

                Z jaskini zionął stęchły, nieprzyjemny zapach, ale nawet on nie mógł zgasić promiennego uśmiechu na twarzy Lebezi. Już po kilkunastu metrach było tak ciemno, że złodziejka musiała zapalić pochodnię. Chwiejny blask płomienia zatańczył na gołych ścianach, wydobywając ich surowe piękno. Na jednej dostrzegła prymitywne, lecz bardzo ciekawe rysunki. Kiedyś musieli tu mieszkać ludzie!

                Podeszła bliżej i przyjrzała się dokładniej. Nieco koślawe figurki, wielkie słonie, konie, niedźwiedzie. Dalej las i góra, w niej zaś jaskinia. Ogromny, jasny stwór, nie podobny do niczego, co Lebezi kiedykolwiek widziała, szczerzy kły i przegania garstkę wojowników…

- No, no, legenda starsza, niżby się można spodziewać… - Mruknęła do siebie i pomknęła w głąb pieczary. Irracjonalnie w tych okolicznościach rozpierała ją radość, więc co i rusz podskakiwała, wykonywała obroty, tańczyła. Leciutka jak kwiatowy duszek, stąpała tak delikatnie, że nogi w brązowych butach z mięciutkiej, jeleniej skóry, zdawały się prawie nie dotykać ziemi. Wyobraziła sobie, że jest elfem, rusałką, a może magiczną nimfą i gdyby ktoś ją teraz widział, rzeczywiście mógłby coś podobnego pomyśleć.

                Z pewnym zaskoczeniem Lebezi stwierdziła, że w dalszej części groty nie jest już tak mrocznie, jak na początku. Profilaktycznie nie zgasiła pochodni, lecz była pewna, iż nawet bez niej, wszystko świetnie by widziała.

                Tajemnica wyjaśniła się za następnym zakrętem korytarza, gdzie na ścianach jarzyły się tysiące klejnotów, tak dużych, że rubin z pierścienia księżnej Htilil był przy nich okruszkiem. A im dalej, tym było ich więcej i tym były pokaźniejsze.

                Złodziejka minęła je bez większego zainteresowania. Przecież nie po nie tu przyszła. Dużo ciekawsze wydawało się to, co było na rzędzie prostych stojaków. Broń. Wspaniała broń. Starożytna i całkiem nowoczesna, miecze i rapiery, łuki i muszkiety, a wszystko w idealnym stanie. To Lebezi ciągnęło zdecydowanie silniej, niż błyskotki, ale i tym razem nie dała się skusić. Zamiast rzucić się na pyszne szable, bandolety i rohatyny, wzmogła uwagę. Ktokolwiek to wszystko zniósł, musiał często tu bywać, doglądać, czyścić i pielęgnować swoje skarby. Mogło się oczywiście okazać, że to jakiś miły, może nieco zdziwaczały pustelnik, ale jakoś naturalnie wróciła wizja bliżej nieznanej, ogromnej istoty, może właśnie takiej, jaką namalowali na ścianie pierwotni ludzie.

                A jednak znalazła! Sama nie mogła w to uwierzyć, ale na niewielkiej półce jaśniał mlecznobiały, wielki kieł. Jeśli to nie był ząb smoka, to nie nazywała się Lebezi! Niesamowite!

- A jednak, całkiem to ładne. – Zachichotała słodko. Podniosła znalezisko i zafascynowana jego tajemniczą urodą przycisnęła do piersi. – Jestem jak sroczka, zbieram błyskotki.

                Głuche dudnienie odbiło się echem wśród ścian jaskini. Ktoś nadchodził. A może coś nadchodziło? Lebezi w pierwszej chwili struchlała ze strachu, co było dla niej tak nieznanym uczuciem, jak nieznany był widok smoczego zęba.

- Dobra, dziewczyno, masz to, co chciałaś, teraz czas się zbierać… - Mówienie do siebie może jest głupim zwyczajem, ale grunt, że przełamało paraliżujące przerażenie.

                Ciężkie kroki były coraz bliżej, ale i Lebezi już nie próżnowała. Pomknęła jak gazela, szybko i leciutko. Tempo potężnego dudnienia również wyraźnie wzrosło. W środku góry zaczęła się szaleńcza gonitwa.

                Ona jak piórko, jak płatek róży. Tajemniczy stwór za nią jak ociężały kolos. Ona żwawa jak iskra skacząca z żarnika, nieznany potwór jak nadciągająca, nieustępliwa pożoga.

                Pewnie Lebezi by się udało, pewnie znów postawiłaby na swoim, ale zmyliła drogę. Zaznała już prawdziwego strachu, teraz poznała, co to pech. Korytarz rozchodził się w dwie odnogi. Miała pięćdziesiąt procent szans, że wybierze tą właściwą i była pewna, że tak właśnie będzie, a jednak nie… Ta droga była ślepa.

                Stanęła zrozpaczona przed twardą, zimną ścianą zamykającą przejście. Z bezradną wściekłością cisnęła w nią pochodnią, ale w niczym to nie pomogło. Desperacko rzuciła się z powrotem, ale i tu już nie było ratunku. Wielki stwór nadchodził, a jego lodowaty, ciężki oddech osadzał się szronem na skałach.

                Krucha kobietka dotarła aż do groty tajemniczego króla gór, pokonała tysiące przeszkód, ale tu miał być jej koniec. Miała tu pozostać na wieki…

- Hej, a może chcesz się zabawić? Naprawdę jestem w tym niezła! – Ostatnia, desperacka próba mogła mieć jakieś szanse powodzenia. Cokolwiek się zbliżało, pewnie dawno nie miało okazji zakosztować tak gorącego kąska. – Widziałeś kiedyś takie nogi? A cycki mam jeszcze lepsze…

                Wielki cień wyłonił się zza załomu, a wraz z nim szły lód i mróz.

- No choć, olbrzymie, mała Lebezi zaraz się tobą zajmie.

                Smukła dłoń złodziejki czekała już na rękojeści sztyletu. Jeszcze trzy metry, dwa… Zimno, tak strasznie zimno…

 

III

Na dworze karmazynowego króla

                Lezaza w hierarchii pobratymców nie stał wysoko. Był zwykłym strażnikiem, poganiaczem, ale skutym łańcuchami nieszczęśnikom jawił się jako pan życia i śmierci. Kiedy zaś świstał długi, czarny bat, pokornie gięli karki i wykonywali wszystkie rozkazy. Na sprzeciwy nie było tu miejsca, wszystko jedno, czy kiedyś było się świniopasem, czy hrabią. Tak było od zawsze.

                Gogam ocknął się pierwszy, Lebezi dochodziła do siebie trochę dłużej. Wreszcie i ona odzyskała władzę nad ciałem i przełamując wywołane zimnem dreszcze zdołała wstać. Ciężkie, mosiężne okowy zabrzęczały metalicznie, a Lezaza znów strzelił batem. Ruszyli w stronę odległego zamczyska. Dwójka skutych ze sobą potępieńców i ich upiorny nadzorca, nie żałujący razów i obelg.

                Czarny, twardy trakt wił się po suchej, spękanej ziemi. Niebo czerwieniło się nieustającą łuną, a oni szli przed siebie, noga za nogą, bez chwili wytchnienia. Gogam, koszmarnie poparzony, zakryty skrawkami poczerniałych od żaru ubrań, jęczał przy każdym, najmniejszym nawet  ruchu. Lebezi,  przemarznięta do kości, martwo sina, ze szronem na włosach, nie przestawała dygotać. Na Lezazie nie robiło to najmniejszego wrażenia. Nie pozwalał zwolnić, nie pozwalał rozmawiać. Twardo i nieustępliwie prowadził powierzonych jego kurateli ludzi ku złowróżbnej bryle twierdzy.

                Czas chyba nie istniał i marsz zdawał się nie mieć końca, ale jednak, nie wiedzieć kiedy, stanęli pod wysokim łukiem bramy, na której zwieńczeniu ustawiono wielką, marmurową figurę anioła. Anioł płakał prawdziwymi łzami, a Gogam i Lebezi zobaczyli w wyobraźni chwile ze swojego dzieciństwa, kiedy byli jeszcze niewinni, szczerze uśmiechnięci i wolni od trosk.

                Ostry syk tnącego powietrze bata przywołał ich do rzeczywistości. Minęli bramę i znaleźli się w gwarnym, lecz makabrycznym w swojej brzydocie mieście. Istoty wymykające się możliwościom opisu kłębiły się niczym w mrowisku. Rynsztokami płynęła krew i fekalia, za rogami walących się w ruinę domów obnażały się koszmarnie brzydkie nierządnice, a wszechobecny odór był tak silny, że nie można było powstrzymać się od torsji.

- Jacy piękni! - Błazen w żółtym trykocie, o groteskowo wykrzywionej, porośniętej rudą szczeciną twarzy pojawił się nie wiadomo skąd. W apoplektycznych podskokach kilkakrotnie okrążył dwójkę nieszczęśników, by wreszcie się zatrzymać. – Idealni, po prostu idealni!

                Lezaza warknął po psiemu i brutalnie odepchnął natręta, ale ten nie przejął się  zupełnie. Odskoczył chwiejnie, by zaraz przycupnąć na pustej, sklepowej witrynie. Sięgnął po pozbawioną strun cytrę i jakimś diabelskim sposobem wydobywając z niej muzykę zaśpiewał:

- W poranki szare wdowi płacz, u mędrców śmiechu Czart.  Gnam pojąć przepowiedni znak, by sprawdzić czy to żart.

                Wokół zakotłowało się od milczących postaci o zaszytych ustach i powiekach. Pirat i złodziejka mogliby przysiąc, że dostrzegają w nich ludzkie cechy, może nawet rozpoznają kogoś konkretnego, ale gdy tylko usiłowali dokładniej się przyjrzeć, okazywało się, że to tylko kukły, wprawione jakąś magiczną siłą w hipnotyczny pląs.

                Błazen poderwał się żwawo, przepchnął przez tańczący tłum i wspierając się pod boki stanął na wprost Gogama.

- I jak tam, spustoszyłeś miasta i wybiłeś narody? – Poufale poklepał pirata po poranionej łysinie. – Tak, tak, dobrze się domyślasz chłoptasiu. Natas kupił cię jak wieprzka na targu, a raczej jak prośną maciorę, bo mu się pięknie rozmnożyłeś. Glejt krwią podpisałeś i uczciwie uratował cię od szubienicy, dając jedynie mały czarny krążek ku pamięci, żeś i ty mu coś winien. Spisałeś się, dałeś mu całą swoją załogę, a i wcześniej nie mało innych, których żeś sprawnie z życiem pożegnał! Wyśmienicie, wyśmienicie! Tak miało być i tak było. Zuch chłopak!

                Gogam chciał splunąć błaznowi w szpetną twarz, ale raz, że zabrakło mu śliny, a dwa, że ten już odskoczył i nie szczędząc obscenicznych gestów, zaszedł od tyłu cały czas trzęsącą się z zimna Lebezi.

-  Trochę skostniała ci piczka, to pewnie na mojego ognistego kusia chętnie wskoczysz? Pewnie, pewnie! Już ja wiem, żeś ty do uciech pierwsza, już cię Htilil dobrze sprawdziła. Zimno ci? Nie rozgrzałem cię jeszcze? Tyś jak sopel lodu, aż urażony się czuję, żem cię nie wzruszył. – Zaśmiał się obleśnie i klepnął dziewczynę po pośladku. – Och, ależ kuper zimny, aż palce grabieją. Nie wiem, czy jeszcze chcę się tobą zajmować, ale nie martw się, ktoś chętny zawsze się znajdzie. Tu rozwiązłości nikt się nie wstydzi. Do raju trafiłaś. Musisz koniecznie Htilil podziękować, że cię tu przysłała.

                Złodziejka nie była zdolna do reakcji, jej uwagę zbyt pochłaniało przeszywające zimno. Mimo to, bezwstydny błazen musiał dostrzec w jej oczach cień zaskoczenia, bo pośpieszył z wyjaśnieniami.

- A tak, a tak. Trzeba naszej Htilil przyznać, że sprytna jest. Nikt jej nie radził, sama intrygę uknuła, sama cię najęła, byś rubin kradła. Potem już wszystko jak po sznurku poszło. Łatwo żeś rybeńko na haczyk się nadziała, tak samo łatwo, jak się i na insze instrumenta lubisz nadziewać. Taka to już twoja sucza natura, ale przecież mówić ci tego nie muszę, bo sama to wiesz. Pewnie nawet teraz cała byś mokra była, gdyby ci wszystko od razu nie zamarzało.

- Skończyłeś już? – Lezaza warknął, wyraźnie znudzony żenującym przedstawieniem wesołka. – Naprawdę ktoś docenia te twoje popisy? Gdybym był możnym, natychmiast bym takiego pajaca na zbity pysk z dworu wyrzucił.

- Aleś możnym nie jest i nigdy nie będziesz! – Błazen w jednej sekundzie przestał się wygłupiać. Wydawało się, że urósł, zmężniał, a już na pewno jego głos nabrał budzącej respekt mocy. – Skoroś ich tu przywiódł, to i prowadź dalej. Dla większego od nas obu Natas i Htilil prezent przysłali.

                Zniknął równie nagle, jak się pojawił, a Lezaza znów chwycił za swój bat. Na szczęście, albo i na nieszczęście, teraz nie czekała ich długa wędrówka. Sceneria brudnego i cuchnącego miasta ustąpiła miejsca wysokiemu murowi z czerwonej cegły. Wędrowali wzdłuż niego, aż doszli do bramnej wieży, gdzie ciężka, żelazna krata blokowała przejście.

- Co was sprowadza? – Siwobrody starzec wyglądałby podejrzanie poczciwie, gdyby nie sterczący spod kaftana szczurzy ogon i koźle kopyta sypiące iskrami ilekroć skrobnęły o bruk traktu.

- To podarek dla karmazynowego króla. Od Htilil i Natasa. Ponoć sam władca takie życzenie miał, a oni pragnęli je spełnić. Kluczniku, przepuść nas.

- Kluczniku to, kluczniku śmo… - Starzec zdradził zrzędliwy charakter. - A co to ja jestem, żeby każdą przybłędę na dwór puszczać?

- Znasz mnie przecież. Nie raz już takie zadania wykonywałem.

- I może o ten raz za dużo? Coś mi się widzi, że pan nasz nie będzie zachwycony. Piraci, kurwy, mordercy, złodzieje, kłamcy i gwałciciele. Pełno ich, oślizłego robactwa, ale czy ja ich wszystkich na komnaty wpuszczam? W czym niby ci lepsi? Że ten fagas, jak baran z rożna zdjęty, a ta franca jak kompres na skacowaną głowę?

- Puść nas kluczniku, ja nie od tego, by wiedzieć, ja od tego, by ich przyprowadzić.

- To nie na moja głowę, za stary już jestem… - Koźle kopyta znów zatłukły na kamieniach, krzesząc jasne blaski iskier. – A idź, co mi tam. Ja tylko bramę otwieram…

                Skrzypiąc niemiłosiernie, brona ruszyła ku górze. Lezaza brutalnie popchnął Gogama, szarpnięta łańcuchem Lebezi nie stawiała oporu i podreptała za towarzyszem niedoli.

                Przygniatający ogromem karmazynowy dwór przywitał ich dźwiękiem dzwonów. Minęli kolejno dziewięcioro wrót, strzeżonych przez trzygłowe hydry, by wreszcie po szerokich, bazaltowych schodach zejść w skrytą za gryzącym, siarkowym dymem otchłań.

                Mało co widzieli, ale Lezaza prowadził ich bezbłędnie, aż na gwiaździsty plac, na którego środku stał wielki, sklecony z ludzkich kości, pusty tron.

- Na kolana! – Głos strażnika nie znosił sprzeciwu, mimo że był teraz bardzo ściszony, jakby pełen respektu dla kogoś, kto miał zaraz nadejść.

                Pirat i złodziejka, mimo że oboje hardość wyssali z mlekiem matki, nie mieli sił na sprzeciw. Padli na posadzkę i jęcząc cicho, jedno z bólu, drugie z zimna, czekali, co ich czeka.

- Kto i po co ich tu przysłał?

Wielki cień bezgłośnie pojawił się na tronie. Kłębił się, niczym mgła nad bagniskiem, mroczny i bezkształtny. Lezaza zgiął się w uniżonym pokłonie.

- Są od Natasa i Htilil, podobno na specjalne zamówienie waszej wysokości.

- Natas i Htilil? – Cienista chmura przybrała humanoidalny, choć ozdobiony pokaźnymi rogami kształt. Pod rogami rozpaliły się złe, karmazynowe ślepia.

- Tak jest.

- Jak zwykle. Wszyscy wiedzą, o co chodzi, a Natas i Htilil zawsze muszą coś popierdolić! Co się nie powie, dla nich jest inaczej, albo odwrotnie… – Karmazynowy król jęknął i zrezygnowanym gestem złapał się za głowę. – Miała być zmrożona whisky, a nie zamrożona i łysy…

 

01.2012

LCF

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
bury_wilk · dnia 14.05.2013 15:48 · Czytań: 1329 · Średnia ocena: 5 · Komentarzy: 5
Komentarze
zajacanka dnia 14.05.2013 23:24
Cytat:
ta świa­do­mość przy­spa­rza­ła go nie­mal o utra­tę zmy­słów

przysparzać komuś czegoś/coś. tu źle zastosowane słówko. może: świadomość powodowała niemal utratę zmysłów.
Cytat:
A jeśli już do­szło już do abor­da­żu

już

Fajny klimat pirackich potyczek. Póki co jestem po pierwszej części, ale oczy już się zamykają, więc do jutra, do poczytania :)
Wasinka dnia 16.05.2013 22:10
No nie no, końcówka iście burowato wilcza. Człek czyta, wczuwa się w klątwy, moce nieczyste i demonami pachnące, a tu - proszę - bęc i puenta do roześmiania. Choć może nie dla bohaterów (biedny, sfrustrowany karmazynowy król :p)...
Zaskakujesz puentą, czytelnik się zastanawia, jaki wspólny punkt zostanie obrany dla dwóch historii (już nawet myślałam, że w związku z hasłem, że bez ryzyka nie ma zabawy, bo pojawia się i w części pierwszej, i w drugiej) - i czyta, czyta, czyta.
Ładnie zarysowana szczególnie część pierwsza - chodzi mi o to, że czuje się, jakbyś znał się na rzeczy, opisując pirackie realia. W drugiej rozbawiło mnie, jak księżna zauważyła, że Lebezi zakindala w jej butach, bo wcześniej spokojnie przeszłą wcale nie krótką drogę (ale wówczas nie wiedziałam jeszcze, że ona sama uknuła wszystko, więc norma, że zauważyła, bo czujna była) i nikt jej nie zatrzymał.
Przesadzony wydaje mi się jedynie fragment gadki błazna o piczce zamrożonej i tak dalej, ale to już chyba kwestia subiektywnej potrzeby.
W jakiś dziwnie dobry nastrój wprowadził mnie początek, gdy zobaczyłam mikroobraz z pana Kleksa.

Technicznie - masz parę interpunkcyjnych potknięć, jak zawsze piszesz tą zamiast tę (dwa razy chyba) i gdzieś napisałeś "niepodobny" rozłącznie.
Aha, i tutaj:
Cytat:
- No choć, ol­brzy­mie, mała Le­be­zi zaraz się tobą zaj­mie.
- chodź

Pozdrawiam Księżycem srebrnie mrugającym do Wiosny :).
Maciej Cichosz dnia 18.05.2013 23:54 Ocena: Świetne!
Naprawdę świetny tekst, bardzo się zainteresowałem losami bohaterów, oraz innymi rzeczami świata przedstawionego. Błędów jest jak na lekarstwo, więc ogół czyta się jednym ciągiem, bez wytchnienia. Gratuluję wyobraźni :)
bury_wilk dnia 20.05.2013 08:25
Zajacanka, mam nadzieję, że uda Ci się dotrwać do końca :)

Wasinko, z końcówką, to troche tak, ze faktycznie jest burowato wilcza i przyznam, że poświęciłem dużo uwagi, by właśnie tak wyglądała, ale słyszałem też wcale niemało opinii, że finał psuje cały tekst :) Takie życie :)
Co do realiów, moja wiedza jest jednak dość pobieżna, aczkolwiek zajęło mi trochę czasu pozbieranie różnych informacji tak, żeby wszystko trzymało się historycznej kupy (jakkolwiek głupio to brzmi :) )
Pan Kleks, to wiadomo, klasyk ;)

Macieju, cieszy mnie niezmiernie, że tak się spodobało i że dotrwałeś do końca w niekrótkim przecież kawałku.
Wasinka dnia 21.05.2013 20:29
Tak gwoli ścisłości - nie twierdziłam, że burowato wilcza znaczy nieodpowiednia :).
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
Marian
22/05/2022 19:40
Jacku, dziękuję za wizytę i miły komentarz. »
Aleksandra Kaczmarek
22/05/2022 18:09
Dziękuję za rady. Pozdrawiam »
Florian Konrad
22/05/2022 17:58
Dziękuję i również pozdrawiam serdecznie. »
Florian Konrad
22/05/2022 17:58
Dziękuję i również pozdrawiam. »
Lilah
22/05/2022 17:53
???? »
wolnyduch
22/05/2022 17:46
Re: Lilka Wybacz, mea culpa :) Tak, masz rację, to nie… »
annakoch
22/05/2022 17:20
Dziękuję za odwiedziny i zatrzymanie Lilu. Rozwieszam-… »
valeria
22/05/2022 16:34
rudzik jest słodki. »
Lilah
22/05/2022 15:28
Podoba mi się, Aniu /tak mogę?/. Jednak dni bym rozciągnęła… »
FrancodeBies
22/05/2022 15:19
Jestem pod wrażeniem! Pozdrawiam serdecznie »
Lilah
22/05/2022 15:09
Aleksandro, taki zapis - "szaliczek" nie wygląda… »
Lilah
22/05/2022 14:53
"Zaś" nie jest tu wypełniaczem, zastępuje słowo… »
annakoch
22/05/2022 14:35
Przyroda zawsze miała wpływ na życie człowieka. "Po… »
Aleksandra Kaczmarek
22/05/2022 13:38
Dziękuję za cenne uwagi. Pozdrawiam »
wolnyduch
22/05/2022 13:36
Bardzo ciekawa, nietuzinkowa i obrazowa proza. Swoją drogą… »
ShoutBox
  • Pulsar
  • 20/05/2022 20:45
  • Szanowna redakcjo! Na mój BLOG nikt nie może publikować. Jedynie komentować i wyrażać wszystko co wątrobie zalega. Zatem nie jestem [link]żeniem.
  • Pulsar
  • 20/05/2022 20:25
  • oto adres:
  • Pulsar
  • 20/05/2022 20:20
  • Oto adres:
  • Pulsar
  • 20/05/2022 20:18
  • Oto adres:
  • Pulsar
  • 20/05/2022 20:15
  • Zabrakło znaków. Coś podobnego. A ja dopiero się rozkręcam. Zatem zapraszam wszystkich do mojego BLOGA, nieśmiałego. u mnie można o wszystkim, nie tylko o poezji. W ramach obowiązujących norm internet
  • Pulsar
  • 20/05/2022 20:08
  • Zapraszam na mojego nieśmiałego BLOGA. Wszystkich, nawet tych bez ślepej kiszki i z dwunastnicą zapasteryzowanymi metaforami. Co zrobić, trudno! Z żołądkiem zakwaszonym refluksem. RRRUU! Wszystko ule
  • Yaro
  • 16/05/2022 19:07
  • To fajnie:)
  • mike17
  • 16/05/2022 17:17
  • Opróżniłem pocztę Jarku :)
  • mike17
  • 16/05/2022 14:29
  • Jarku, nie zapomniałem o Tobie :)
Ostatnio widziani
Gości online:30
Najnowszy:Lukasz112
Wspierają nas