A A A

Pogrzeb

Tego dnia Piotr obudził się później niż zwykle. Było około dziesiątej pięćdziesiąt kiedy leniwie przeciągnął się na łóżku i otworzył oczy. Leżąc na wznak wpatrywał się w sufit, który nie wiedzieć czemu wydawał mu się dzisiaj wyjątkowo odrażający. Tak Bogiem a prawdą, sufit ów nie wyróżniał się niczym szczególnym spośród milionów jemu podobnych sufitów na całym świecie, może poza niewielkim, czterdziestocentymetrowym pęknięciem na południowy wschód od żyrandola. Ta skaza jednak wystarczyła. To przez nią Piotr obrzucał pogardliwym spojrzeniem cały sufit. I chociaż nie spał od zaledwie dwudziestu minut, zdążyło już do niego dotrzeć, że przyjdzie mu przeżyć jeden z tych dni, podczas których nic mu się nie chce, stale jest zmęczony, rozdrażniony i jak mawia w dupie ma cały ten cholerny świat. To właśnie w świadomości Piotra, związanej z rozpoczętym dniem, nie zaś w suficie, jak można było początkowo przypuszczać, tkwiło źródło narastającej wciąż irytacji. Skądinąd czego wymagać od faceta, który jednakowo zmęczony wstaje, co zasypia. A jeszcze ta pogoda. Upał był wprost nie do wytrzymania.
Trzeba mieć poczucie humoru, żeby umrzeć w taki skwar, pomyślał podnosząc deskę klozetową. W dodatku w długi weekend! Za grosz taktu dziadku! Przez chwilę spoglądał na roztrzaskujący się o muszlę strumień. Złośliwy z ciebie skurczybyk i mistrzowsko to rozegrałeś. Rodzice na wakacjach na drugim krańcu świata, siostra rodzi, a ty elegancko odwalasz kitę, bo wiesz, że będę musiał przyjechać do tej cholernej mieściny, na twój cholerny pogrzeb, chociaż cholernie nie mam na to ochoty! I pomyśleć, że sam kazałeś mi stąd spieprzać i nie odwracać się za siebie. Uciekaj, mówiłeś, zanim twoje marzenia zdechną jak króliki, nie wiadomo kiedy i wszystkie naraz. Ty i te twoje cholerne króliki. Wszystkich wkurzały, tylko ciebie rozśmieszały. Siadałeś przed klatką i godzinami pokrzywiałeś im się, a babka z ciotkami chórem obwieszczały wszem i wobec, że stary zwariował. A teraz nie żyjesz... .
Zimny prysznic przyniósł ulgę i na chwilę odpędził natrętne wspomnienia. Piotr ubrał się i zszedł do recepcji. Hotel, w którym zamieszkał był jedynym hotelem w mieście. Jego największą zaletą było to, że mieścił się niedaleko dworca, na którym wysiadł wczoraj, w niedzielę o dwudziestej trzeciej trzy. Zrobił to po raz pierwszy od dwunastu lat i ładnych kilka minut zajęło, zanim doszedł do siebie na jedynym peronie. W ogóle wszystko tu było jedyne i bynajmniej nie dlatego, że wyjątkowe. Tę prawidłowość odkrył dawno temu i z lubością dopisywał do listy kolejne pozycje. Jeden jedyny był kościół, jedna poczta i jeden komisariat policji. Jeden szpital, jedno muzeum i jedna biblioteka, o zbiorach tak potężnych, że wyczytał je, zanim skończył jedyne liceum... . Jaki Ikar potrafiłby tu latać? – pytał często sam siebie. Był wściekły. Kiedy stąd wyjeżdżał, na tym samym peronie przysiągł sobie, że nigdy nie wróci do Jedynego. Raz na zawsze opuszczał ten ciasny świat, ludzi małych potrzeb i małych ambicji, świat duszny, groteskowy i trywialny. Teraz stał na jedynym peronie, wdychał powietrze przesycone kurzem i olejem z podkładów kolejowych i nie wierzył, że tu jest. Nie wierzył, że przejechanie trzystu z okładem kilometrów zajęło jedenaście godzin! W ogóle nie wierzył w to, co działo się i w czym najwyraźniej brał udział od piątku, kiedy odebrał telefon, by usłyszeć, że dziadek nie żyje. Chwilę później nie wierzył, że w sierpniu, w jedynym hotelu w mieście dostał wolny pokój, chociaż to akurat przyjął jak wybawienie. Alternatywa spędzenia nocy w domu, w którym umarł dziadek i gdzie przeleżał trzy dni zanim go znalazła kuzynka, nie należała do szczególnie kuszących.
Spuchnięty od upału i trzydniowego picia jegomość wyrecytował, że śniadanie i owszem było, ale tylko do dziewiątej i że teraz, to już obiad, tyle, że po drugiej. Na szczęście znalazła się kawa. „Ekspreso” co prawda nie było, jednak parzocha z grubym kożuchem stanęła na wysokości zadania. Zmięty recepcjonista nie bardzo dbał o przestrzeganie zakazu palenia w miejscach publicznych. Tym chętniej przyjął oferowanego przez Piotra papierosa.
-Na długo? – zagadnął trochę z wdzięczności, trochę żeby zabić ciszę.
-Byle do wieczora. – odrzekł Piotr i wypuścił pokaźną chmurę dymu.
-Święto jest, więc pewnie nie w interesach. Zresztą, jakie interesy można robić w tej dziurze.
-Pogrzeb.
-Nie zazdroszczę, taki upał. Stary Grzelak to pański krewny?
-Dziadek. Znał go pan?
-W takiej dziurze wszystkich się zna. Jednych bardziej, innych mniej, ale wszystkich. A tych z tablicy, musowo!
-Jakich z tablicy, o czym pan mówi?
-Umarlaków! Koło kościoła jest tablica, gdzie klepsydry wieszają. To się mówi o nich, że z tablicy. W takiej mieścinie to zawsze wydarzenie, jak się komuś zemrze. Zanim jednego z drugim pochowają, można się nasłuchać.
-Rozumiem.
-Pański dziadek, zdaje się, króliki trzymał?
-Żeby mógł je pan widzieć. Jak byłem mały myślałem, że to owce, takie były duże! – krzywo się uśmiechnął i spojrzał na zegarek – no, na mnie pora. Kawę niech mi pan dopisze do rachunku.
-Zrobi się! Miłego dnia! – krzyknął portier. - Owce wymyślił baran jeden. - dodał pod nosem, kiedy Piotr zniknął za drzwiami.
Piotr wyszedł i natychmiast tego pożałował. Słońce wypalało oczy, a upał wgryzał się w ciało z impetem oszalałego z głodu wilka. Chciał uciec do pokoju i resztę dnia spędzić pod prysznicem, jednak do pogrzebu pozostały dwie godziny, a nie miał koszuli, krawata i spodni. Nie miał też kwiatów, ale o nich na razie nie myślał. Kwiaty to pikuś, kupię na samym końcu, zadecydował. O luksusie w postaci prysznica trzeba było zapomnieć. Za hotelem skręcił w prawo. Przeszedł przez ulicę i znalazł się na niewielkim skwerze pełnym kwiatów i ławek. Dawniej rosły tu drzewa, przypomniał sobie. Idąc żałował, że już ich nie ma. Zawsze to jakiś cień. Żółty t-shirt z zezowatą małpą na brzuchu zdążył przesiąknąć potem i szczelnie okleić ciało Piotra. Lniane spodnie też nie ułatwiały życia. Całe szczęście, że wziął sandały. W krytych butach miałby już niezłe bagno. Minął skwer i puścił się wąską, nisko zabudowaną uliczką, na której dawniej mieszkali Cyganie. Sądząc z zawalonych dachów i czarnych oczodołów okiennych, od dawna nie mieszkał tu już nikt. Po przejściu mniej więcej połowy ulicy, która łagodnym łukiem pięła się ku górze, dojrzał na jej końcu starą basztę. I dla niej czas nie miał litości. Skręcił w lewo. Znalazł się na wielkim podwórzu z garażami, komórkami i trzepakiem, zamkniętym po przeciwległej stronie murami obskurnych kamienic. Skierował się do otwartej bramy jednej z nich. Pamiętał, że kamienice takie miały po jednym wejściu od frontu i podwórza. Nie pomylił się. Minął wilgotny, cuchnący moczem, ciemny korytarz ze szczątkami lamperii na ścianach i wyszedł na ulicę pośrodku rynku. Po lewej stronie jedyny kościół, po prawej dom kultury. Dwie jednokierunkowe ulice rozdzielone deptakiem z klombami. Na końcu nieczynna fontanna. To wszystko, cały rynek. Tylko raz widział wodę w tej fontannie. To było kiedy chodził jeszcze do podstawówki, a miasto świętowało sześćsetlecie istnienia. Pijaczkowie natychmiast odkryli, że to świetne miejsce do chłodzenia piwa i moczenia strudzonych nóg. Kilka tygodni po obchodach rajcy miejscy uchwalili, że fontanna tryskać jednak nie będzie!
Jedyną zaletą tych cholernych miasteczek jest to, że wszędzie jest tu blisko. Powinienem zdążyć ze wszystkim – pomyślał Piotr.
Dojście do rynku zajęło może pięć minut. Do cmentarza było nie więcej, niż osiem. Szybko obliczył, że jak się uwinie, spokojnie zdąży wrócić do hotelu, odświeżyć się i nawet zadzwonić do Pati, czy nic nieprzewidzianego nie wydarzyło się na szkoleniu po tym, jak musiał z niego wyjechać. Lepiej dmuchać na zimne. W końcu to Norwegowie, ważny klient. A awans na vice-dyrektora biura właściwie już leży na biurku szefa, tak słyszał. Siódmy awans w niecałe cztery lata, nieźle! Trzeba koniecznie zadzwonić. Później pochowam dziadka. Przez chwilę zastanawiał się jeszcze, czy nie powinien podejść do ciotki Hanki, najstarszej córki dziadka, siostry mamy. Pewnie u niej jest dzisiaj centrum dowodzenia. Gdyby miał numer zadzwoniłby, ale skąd wziąć numer do kogoś, kogo nie widziało się dwanaście lat i z kim wcześniej rozmawiało się niechętnie i tylko przy okazji świąt. Nie lubił jej, ani jej dzieci. Głupota była jedynym wyrazem, który przychodził mu do głowy, kiedy z rzadka o nich myślał. Więc po co? I tak zobaczą się na cmentarzu i później, na stypie. - Tak, ze stypy się nie wykręcę, trudno... .
Pierwsze kroki skierował do banku. Odkąd go okradli kilka lat temu, nigdy nie woził gotówki, a dzisiaj pieniądze na pewno będą potrzebne. Bankomat ochoczo wessał podaną kartę. Piotr wystukał PIN i czekał. Maszyna rzęziła, stękała, wreszcie wypluła komunikat: Urządzenie nieczynne. Brak środków. Jeszcze jedno stęknięcie i wypluta została również karta.
-Cholera jasna! – zawołał Piotr i huknął pięścią w klawiaturę urządzenia.
-Po co te nerwy. Jak nie ma, to nie da! Maszyna, a swój rozum ma.
Piotr obejrzał się. Kioskarz widocznie robił sobie przerwę. Stał obok budki, palił papierosa i gapił się.
-Przepraszam – rzekł bardziej zaskoczony, niż zmieszany Piotr.
-Mnie nie bolało – wzruszył ramionami sprzedawca.
-Jest tu inny bankomat? Spieszę się, a potrzebuję wybrać pieniądze.
-Jest jeszcze jeden, na osiedlu przy poczcie, ale tam też nie będzie pieniędzy.
-Skąd pan to może wiedzieć?
-Trochę się żyje. Jak tylko święta, czy długi weekend, to zaraz pierwszego dnia brakuje. Wiara na wódkę i grilla potrzebuje, to bierze. Najwcześniej jutro załadują, a może i we środę, kto ich tam wie.
-Szlag by to trafił! Da mi pan Marlboro miętowe? Musiałem w hotelu zostawić.
Kioskarz sięgnął przez otwarte drzwi i wyjął żądaną paczkę. Papierosy położył na blacie.
-Trzynaście sześćdziesiąt – wyrecytował z pamięci.
Piotr podał mu kartę, której nie zdążył schować po odejściu od bankomatu.
-Żartuje pan? Kiosk prowadzę, nie bank. Tylko gotówka!
Widząc minę Piotra, facet przytomnie zabrał papierosy i zamknął się w budce. Gotujący się, teraz również w środku, Piotr odszedł, ale po kilku krokach zawrócił.
-Niech mi pan jeszcze powie, z łaski swojej, gdzie mogę coś do ubrania kupić? Koszulę, krawat, te rzeczy...
-Dzisiaj?
-Dzisiaj.
-To chyba w Paryżu! – odparował kioskarz i zakrztusił się śmiechem. – Na jakim pan świecie żyje? Święto jest, to handlu nie ma! – dorzucił jeszcze, wciąż trzęsąc się po udanym żarcie.
-A idź pan w cholerę! – gniewnie rzucił Piotr, machnął ręką i odszedł.
Sprawy przybierały zły obrót. Gotówki nie będzie, to pewne, ale co z garderobą? Metodycznie, tak, żeby żadnego nie pominąć, zaczął sprawdzać sklep po sklepie. Zamknięte, nieczynne, zamknięte – wszędzie te same komunikaty. Szarpane z coraz większą determinacją klamki nie ustępowały nawet na krok. Czas płynął nieubłaganie. Obszedł cały rynek, kilka przylegających uliczek i nic! O trzynastej, pustawy dotąd plac zapełnił się w jednej chwili. Z kościoła wylał się barwny korowód postaci strojnych we wszystko, co tam kto miał najlepszego.
-Im większe zadupie, tym większa rewia mody – zawyrokował, przyglądając się zjawisku. – Kto w Krakowie ma czas na takie bzdety?
W niczym nie zmieniało to tragicznej już sytuacji. Nadal nie miał ani gotówki, ani garderoby godnej do przeprowadzenia dziadka na drugą stronę. Wujek Marek! Jedyny syn dziadka z pewnością znajdzie coś odpowiedniego – nagle olśniło Piotra. To dobrych dziesięć minut, ale co robić? Piętnaście po pierwszej pocałował klamkę w domu wuja. O tej porze Marek musiał być już na cmentarzu. W miejscach takich jak to, czuwa się przy zmarłym. To nie Kraków, gdzie z katalogu wybierasz trumnę, kwiaty i wszystkie te rzeczy. Płacisz, a firma dowozi świeżo skremowanego krewnego, w cieplutkiej jeszcze urnie, prosto na imprezę.
Spróbował ostatniej szansy. Podszedł do idącej drugą stroną ulicy babiny.
-Przepraszam panią! Nie jestem stąd, a pilnie muszę znaleźć otwartą galerię. Mogłaby mi pani pomóc?
-Złociutki, jak żyję nie słyszałam, żeby tu była galeria. Muzeum owszem jest, ale we wakacje zamknięte. To w dużym mieście trzeba szukać.
Trudno, trzeba będzie tak. Spojrzał na zezowatą małpę i aż się skrzywił. Było dobrze po wpół do drugiej, kiedy zdyszany i zlany potem wpadł do hotelu. Nie zamieniając słowa z portierem pobiegł prosto na górę, do pokoju. Ekspresowy prysznic dodał energii. Wytarł się niedbale i odrzucił ręcznik. Ostatni raz taksował wzrokiem leżącą na łóżku garderobę. Lniane spodnie ujdą, lepsze to, niż ucięte, postrzępione dżinsy, w których przyjechał. Eleganckie buty, bez sensu, kiedy nie ma koszuli, więc sandały. Jeszcze ten cholerny t-shirt. Może wczorajszy będzie lepszy, zatliła się iskierka nadziei. Marchewkowe kleksy i zapach, jaki zaczęły wydzielać, przeważyły jednak szalę. Załamany Piotr stał przed lustrem, a małpa posyłała mu zwycięskiego zeza. – Nie ciesz się tak, jutro cię wyrzucę! Minutę później był w recepcji.
-Tak pan idzie na pogrzeb? – zagadnął portier i z dezaprobatą pokręcił głową.
-Niestety. W podróży straciłem ubranie. Myślałem, że zdążę coś kupić, ale...
-Święto! I dupa blada.
-Właśnie. Po papierosku? – zaproponował i spojrzał na zegarek. Pomyślał, że jak się spóźni minutę, dwie, mniej osób zwróci na niego uwagę.
-Chętnie. Pan nie szuka, są jeszcze te, co zostawił pan wcześniej.
Zapalili i zamilkli. Piotr myślał o tym, że najchętniej wróciłby do Krakowa. Portier szukał stosownego pocieszenia. Długo nie mógł się zdecydować, wreszcie wycedził:
-Co by się nie działo, za godzinę będzie po wszystkim.
-Obawiam się, że za godzinę dopiero się zacznie...
-Rodzina?
-Właśnie.
-Jednak pan przyjechał, a to coś znaczy.
-Obawiam się, że nie wszyscy będą tak wyrozumiali jak pan.
-Ale to pan stąd wyjedzie, nie oni.
-To prawda, dziękuję panu – wstał i ruszył ku wyjściu. – Kwiaty! Zapomniałem o kwiatach!
-To akurat nie problem. Przy cmentarzu zawsze ktoś stoi, nawet w święto. Na pewno coś pan dostanie.
Było naprawdę późno, kiedy Piotr, po raz drugi wyszedł z hotelu. Upał wzmógł się. Pot natychmiast oblepił całe ciało, a co bardziej złośliwe krople, zamiast zwyczajowo spływać z czoła na policzki, zakręcały do oczu, powodując pieczenie. Wybrał drogę przy rzece. Raz, że była krótsza, dwa, przy wodzie było z pół stopnia chłodniej! O czternastej widział już wschodnią bramę cmentarza. Jeszcze tylko wdrapać się na to cholerne wzgórze! Przy samej bramie, nad wiadrami z omdlałymi kwiatami siedziała kobieta przypominająca raczej wiejską dojarkę, niż kwiaciarkę, ale była! Piotr przypomniał sobie żenujący stan portfela, ale od czego był trenerem? Przez ostatnie lata nauczył negocjować więcej osób, niż liczy ta mieścina razem z ościennymi wioskami! Wyjął portfel, z niego kartę i podszedł do baby, która z bliska wyglądała, jakby miała zostać pochowana zaraz po dziadku.
-Szanowna pani. Właśnie zaczyna się pogrzeb mojego dziadka, a pani jest jedyną osobą, u której mogę kupić kwiaty, bardzo ładne zresztą.
-Których dać i ile? – rzeczowo zapytała kobieta.
-Chwileczkę. Widzi pani, muszę się odwołać do pani dobrego serca, bo tak się nieszczęśliwie złożyło, że nie mam przy sobie pieniędzy...
-To co mi głowę zawraca?
-Powiem pani jak zrobimy. Zostawię kartę do banku, ba, cały portfel pani zostawię w zamian za bukiet kwiatów. Po pogrzebie wezmę pieniądze od krewnych i oddam pani.
-A mnie to na co?
-Taki zastaw, rozumie pani...
-Nie takie rzeczy na placu można kupić, albo ukraść – tu czujniej spojrzała na Piotra.
-Jakie ukraść? – nie poddawał się. Przecież tu jest moje nazwisko napisane, o i na dowodzie też, pani zobaczy.
-Nie mam okularów, nie ma co podsuwać. A kwiatów nie dam. Weźmie, czmychnie drugą bramą i szukaj wiatru w polu. Może stara jestem, ale nie głupia. Nikt przyzwoity tak się na pogrzeb nie ubiera!
Z tym argumentem Piotr nie miał siły polemizować. Krokiem skazańca ruszył w stronę kaplicy. Plan, że spóźniony nie zwróci na siebie uwagi, też zawiódł. Z powodu upału lwia część żałobników słuchała nabożeństwa na zewnątrz i to właśnie na wprost alejki, którą teraz szedł. Po poruszeniu jakie wywołał swoim pojawieniem się, a raczej tym, jak wyglądał, nie potrzebował słyszeć treści rozmów, by wiedzieć o czym rozmawiano. W miarę zbliżania się do kaplicy, wychwytywał strzępy zdań – sam panicz przyjechał... , bez kwiatów, widać w dużym mieście nie wypada z kwiatami... , a jak się ubrał..., wstydu za grosz! Pomimo przeżywanego upokorzenia, z podniesionym czołem dotarł do wrót kaplicy, gdzie czytana była Ewangelia. Bezszelestnie wsunął się do środka. Było prawie pusto. Tylko najbliższa rodzina i kilka etatowych płaczek, tych co to wszystko muszą widzieć najlepiej. Niemal natychmiast poczuł specyficzny, słodkawy trupi odór i karcące spojrzenie ciotki Hanki i ciotki Marty. Tylko wuj Marek uśmiechnął się na widok siostrzeńca. Dziadek wyglądał kiepsko. Upał widać mu nie służył. Sino-żółta, napuchnięta twarz, takie same dłonie. Gdyby go zobaczył w innych okolicznościach, pewnie by nie poznał. Piotr oparł się o przyjemnie chłodną ścianę i zamknął oczy. Wyobraźnia niemal natychmiast podsuwać zaczęła obrazy, na których dziadek zajmował się swoimi królikami. Tak, to była jego odskocznia, kiedy umarło ostatnie marzenie i takim go zapamiętam. Kiedy otworzył oczy, grabarze zamykali trumnę, ciotki spazmatycznie płakały, a organista śpiewał: „...anielski orszak niech twą duszę przyjmie...”. Po chwili wszystko przeniosło się na zewnątrz. Grabarze wynieśli trumnę, mężczyźni wzięli wieńce i kwiaty, a ksiądz poprowadził orszak na miejsce ostatniego spoczynku dziadka. Piotr został w kaplicy, dopiero teraz znalazł chwilę, żeby się spokojnie pomodlić. Wyszedł ostatni i nie specjalnie zależało mu na dogonieniu konduktu. Przy grobie stanął za wszystkimi, żeby nie prowokować kolejnych komentarzy. Księdza nie było słychać, grobu nie było widać, a żar lał się z nieba. Piotr usiadł na ławeczce stojącej przed czyjąś mogiłą. Nie chciał ryzykować omdlenia. I tak był już wystarczającą atrakcją. Spojrzał w bok. Kilkanaście grobów dalej, na podobnej ławeczce zobaczył dziewczynę. Może to napięte nerwy, a może tylko wyobraźnia – dość, że był przekonany, że dziewczyna w białej sukience z granatowymi wykończeniami, patrzyła właśnie na niego i patrzyła specjalnie! Sprawdzam! – pomyślał jak pokerzysta i na chwilę spróbował skupić się na pogrzebie, który się kończył. Ksiądz poszedł, grabarze sypali ziemię. Wciąż patrzyła, kiedy ponownie odwrócił głowę. Na dodatek uśmiechała się, jak dziewczyna, którą kiedyś znał, właśnie tu, zanim wyjechał. Gdyby mógł zobaczyć ją z bliska! Ciekawe, czy ma zielone oczy, jak tamta. Im dłużej patrzył, tym więcej szczegółów pasowało do przywołanego w pamięci obrazu. Włosy, owal twarzy, ramiona. To musi być ona! – rozstrzygnął. Ale przecież to niemożliwe. Minęło dwanaście lat, a ona wygląda jak wtedy, kiedy ostatni raz się widzieli w ogrodzie dziadka. Po śmierci rodziców mieszkała u babci. Nasze domy przylegały do siebie. To wtedy ją poznałem.
Pogrzeb się skończył. Ludzie zaczęli się rozchodzić we wszystkich możliwych kierunkach. Pogrzeb to zawsze dobra okazja, żeby odwiedzić swoich zmarłych. Ławka ugięła się i tęga ciotka Hanka stała się faktem.
-Wystroiłeś się, nie ma co, akurat ty, najstarszy wnuk, akurat na pogrzeb dziadka, który nawet króliki chodził karmić w krawacie – słowa wyrzucała z prędkością karabinu maszynowego, podobnie trajkocząc.
-Dzień dobry ciociu.
-Mój Boże taki wstyd!
-To mi powinno być wstyd, nie cioci.
-Przed ludźmi wstyd! Jak mogłeś?
Piotr otworzył usta, ale równie szybko je zamknął. Nie było sensu tłumaczyć, że do końca nie wiedział, czy przyjedzie, bo akurat prowadzi tygodniowy kurs dla Norwegów w górach i nie wiedział, czy Pati zdąży go zastąpić. Nie było sensu mówić o tym, że gdy już wyjechał, zepsuł mu się samochód i tylko cudem zdążył na pociąg, w którym zamiast sześciu, spędził jedenaście godzin, bo jest upał i pękają tory. Jak wytłumaczyć, że nie miał pokrowca na wieszaku z koszulą, bo po co pokrowiec, jak się jedzie autem. Jakim wreszcie cudem sześćdziesięcioletnia kobieta ma uwierzyć, że fatalnym zrządzeniem losu, nieszczęsną koszulę najpierw osrał gołąb, jeszcze na Plantach, kiedy biegł na dworzec, a później marchewką obrzygał Maksymilian, niespełna roczny, jeśli wierzyć matce, współpasażer z przedziału? Koszulę i krawat zostawił w pociągu. Śmierdziały jak nieszczęście, a plamy i tak by nie zeszły. Na dodatek jest to cholerne święto i nic nie można kupić! Piotr wstał. Podszedł do uformowanego, przykrytego kwiatami grobu. Kilka chwil w milczeniu patrzył na tabliczkę. Nie wiedział, że dziadek miał na drugie Ludwik i że wczoraj skończyłby osiemdziesiąt cztery lata. Wuj Marek klepnął go w ramię i zaprosił na stypę. Dziewczyna z ławki zniknęła. Dwadzieścia minut później, po zaniedbanych schodach wchodzili do domu dziadka. Po drodze dowiedział się, że od śmierci babci nic już nie było jak przedtem, a dziadek gasł w oczach. Nawet pozbył się królików. Zabił wszystkie jednego dnia!
-Tu go znalazłam – pochwaliła się kuzynka i wskazała miejsce. - Trzy dni leżał, dzisiaj już nie czuć.
-Ale co się naszorowałam, Bóg jeden wie – wtrąciła ciotka Hanka.
-No, myjcie ręce i siadajcie do stołu. Dziewczynki, pomożecie mi z obiadem – zarządziła Marta, najmłodsza ciotka.
Zaraz przy zupie Kamil, młodszy syn jednej z kuzynek wypalił:
-Mamo, a dlaczego dziadek zrobił kupę jak umarł?
-Kto ci takich głupot naopowiadał?
-Karol mówił – Karol był najstarszym wnukiem Hanki.
-Karol, wstydziłbyś się! – strofowała go babka.
-To jak się prawdę mówi, to się wstydzić trzeba? – odciął się mały.
-Nie pyskuj babce, filozof się znalazł – z pomocą żonie przyszedł wuj Tomasz. - Patrzeć tylko, jak następny ananas w świat ruszy.
-Wujek do mnie pije? – Piotr podchwycił aluzję.
-Pije nie pije, napić się trzeba za zdrowie dziadka.
Obiad rozkręcił się na dobre. Kurczaki, kotlety, sałatki, półmiski z wędlinami – dania pojawiały się i znikały. Ciężko było nadążyć, a wszystkiego trzeba było „koniecznie” spróbować. Ciotka Marta nie znosiła sprzeciwu, jeśli rzecz dotyczyła jedzenia. Nie obyło się bez pytań i rad:
-Co ty taki chudy jesteś, nic nie jesz w tym Krakowie?
-Ożeniłbyś się, to byś nie chodził głodny!
-Narzeczoną jakąś masz? Powinieneś, lata swoje masz. Łysieć widzę zaczynasz. A dziadek do końca z czupryną jak nastolatek. Nawet posiwiał nie tak znowu, no za zdrowie dziadka! – wuj Tomasz świetnie czuł się w roli wodzireja.
Piotr robił dobrą minę do złej gry. Zdawkowo odpowiadał na pytania, uśmiechał się, jadł i spełniał toasty „za zdrowie dziadka”. Jak tak dalej pójdzie, dziadek będzie najzdrowszym z aniołów – pomyślał. Ale dlaczego leżał aż trzy dni, zanim ta idiotka go znalazła? Musiał bardzo śmierdzieć, biorąc pod uwagę temperaturę i w ogóle. Wyobraźnia, wymieszane zapachy jedzenia i mydlin oraz ciepła wódka, pita w tempie dużo większym, niż przeciętne, zrobiły swoje. Piotr uciekł do toalety. Czuł, że kolejny toast może skończyć się katastrofą. Uchylił okienko, którym wymykał się jako brzdąc – na królikarnię i dalej, do ogrodu, gdzie stara grusza rodziła najpyszniejsze na świecie owoce. Ciekawe, czy się zmieszczę? Zanim rozważył kwestię, już biegł po rozpalonym od nagrzanej smoły dachu. Przy szopie zeskok, następnie ostry skręt w lewo przy malinach, dalej orzech, za nim warzywnik z rusztowaniem na folię, wreszcie cień starej przyjaciółki i powierniczki. Po zeskoczeniu z dachu biegł z zamkniętymi oczami, jak wtedy, kiedy jako urwis wymykał się, żeby nie karmić tych głupich królików, które śmierdziały, a które potem dziadek obdzierał ze skóry na środku podwórka, jakby środek podwórka wymyślono właśnie po to, by obdzierać na nim króliki!
Ciągle tu była, jego grusza... . Piotr położył się w cieniu ukochanego drzewa. Znużony alkoholem, upałem i wrażeniami zasnął niemal natychmiast. Niemal natychmiast wróciła też dziewczyna z cmentarza. Ale nie była dziewczyną z cmentarza, była Nią i teraz śmiali się razem. Bo on tak naprawdę nie przyjechał na żaden pogrzeb. Nikt przecież nie umarł. I jak mógł przyjechać, skoro nigdy nie wyjeżdżał. Było lato, a oni kochali się i planowali co będą robić, kiedy skończą szkołę. Jedli maliny, świat na nich czekał, a marzenia krzyczały o spełnienie. Nie wiedział jak długo spał. Kiedy otworzył oczy, nie wiedział, czy otworzył je rzeczywiście, czy rozpoczął śnić kolejny sen. Podobały mu się zielone, śmiejące oczy, które ujrzał. Chwilę później poczuł wiśnię rozgniataną o wargę.
-Chcesz? – zapytała.
-Więc jednak to ty? – Piotr usiadł na trawie i dojadł wiśnię. Teraz był pewien, że obudził się naprawdę, a ona siedziała tuż obok, na małym kocyku, w swojej białej sukience. - Jak to możliwe? Wyglądasz dokładnie tak, jak cię zapamiętałem, jak dwanaście lat temu?
- To niemożliwe! Rzeczywiście to mnie widziałeś na cmentarzu, ale nie jestem nią.
-Więc kim?
-Jej siostrą, małą Anią, w którą rzucałeś wiśniami, żeby za wami nie łaziła.
-Ja rozumiem, że bliźnięta bywają do siebie podobne. Ale ty i Aśka. Jesteś dużo młodsza, a wyglądasz zupełnie jak ona – Piotr z niedowierzaniem kręcił głową. - Szkoda, bo myślałem, że dostałem jeszcze jedną szansę od losu, że cofnąłem się w czasie i będę mógł zacząć z tego samego miejsca.
-W pewnym sensie tak jest – zabrzmiało intrygująco. – Nie musisz wracać, szukali cię?
Piotr wzdrygnął się na samą myśl, a Ania roześmiała się.
-Pogrzebem średnio byłaś zainteresowana, ale dziękuję, że byłaś. W kaplicy nie widziałem cię wcale. Przy grobie też nie. Siedziałaś na ławce, kilka grobów dalej, a ja nie mogłem nie patrzeć na ciebie. Czas się zatrzymał i byłem szczęśliwy. To dzięki tobie dotrwałem do końca.
-Nie byłam na pogrzebie, w każdym razie nie całkiem. Nie lubiłam twojego dziadka. Zabijał te biedne króliki. Odwiedziłam grób rodziców... , w sumie to byłam ciekawa, czy przyjedziesz. - zwierzyła się i na chwilę spuściła oczy. - Siedziałam w kibelku, kiedy twoje ciotki i kuzynki krzątały się tu wczoraj. Słyszałam jak mówiły, że jeżeli ktoś będzie z waszej rodziny, to ty. Musiałam sprawdzić. Wiesz, w końcu przez te wszystkie lata czekałam, aż przyjedziesz i zabierzesz mnie stąd.
-Rozbrajająca szczerość. Nie wiem, co powiedzieć.
-Słowa to ostatnia rzecz jakiej potrzebujemy.
-Nie mogę cię zabrać. Nie dzisiaj, nie pociągiem, pociąg nie wchodzi w grę. Kolej zabija uczucia. Kiedy jechałem tu wczoraj, pewna matka chciała wyrzucić własne dziecko przez okno. Inna sprawa, że sam miałem ochotę to zrobić, kiedy mały zarzygał marchewką ubranie, które wiozłem na pogrzeb.
-Wyglądałeś oryginalnie. Przynajmniej bez problemu wyłowiłam cię z tłumu. Dewotkom jednak nie pokazuj się przez kolejnych dwanaście lat.
-Sama widzisz, że nie będę mógł wrócić po ciebie.
-Jak chcesz. Dla mnie to i tak ostatnie lato tutaj.
Piotr zapalił, Ania skubała wiśnie. Było tak dobrze! Pomyślał, że gdyby tylko dostał drugą szansę, nie zmarnowałby jej. Co z tego, że wyjechał, że dorobił się pieniędzy i pozycji, której mu zazdrościli, skoro bezpowrotnie coś utracił, czuł pustkę. Przez wszystkie te lata żył jakby obok siebie. Uczył się, pracował, realizował cele i nie mógł pozbyć się wrażenia, że w tym wszystkim nie ma jego samego, że tylko podgląda życie kogoś, kogo zna.
-A siostra? – zagadnął, żeby uciec od myśli.
-Rodzi irlandzkie gnojki rudemu rybakowi. Wiesz ona całkiem się posypała. Granie było dla niej wszystkim, pamiętasz?
-Pamiętam jaka była dumna, kiedy dostała się na Akademię Muzyczną i wcześniej jak z pasją ćwiczyła całymi dniami, nawet w wakacje. Uwielbiałem słuchać, jak gra. Kładłem się pod fortepianem, zamykałem oczy i odpływałem. Byłem bywalcem największych sal koncertowych świata, a ona grała tylko dla mnie. Przez pierwsze lata pisywaliśmy do siebie regularnie. Dziwne, nawet nie pamiętam kiedy to się skończyło i dlaczego.
-Trema ją zniszczyła. Paraliżowało ją, kiedy miała grać przed publicznością. Położyła kilka koncertów, rzuciła granie i wpadła w depresję. Pewnie wtedy przestała pisać do ciebie. Z nikim nie rozmawiała. Długo się leczyła, a później było jej wszystko jedno. Poznała tego prymitywa i pojechała do niego.
-Smutna historia. Szkoda, że nic nie wiedziałem. Byłaś śliczną dziewczynką, wiesz? I cholernie wścibską. – zmienił temat, żeby ukryć wzruszenie. - Przepraszam za te wiśnie. Nieźle musieliśmy z Aśką kombinować, żeby ci się urwać, a ty i tak zawsze nas znalazłaś.
-Wielkie rzeczy. W końcu i tak przychodziliście się tu całować, pod gruszę. A ja was podglądałam. Chowałam się w malinach albo za karłowatą wiśnią i marzyłam, że jak urosnę zostanę twoją żoną i to mnie będziesz tak całował. Rany, jakie to były emocje! Prawie nie oddychałam, żebyście mnie nie nakryli!
Długo wspominali i śmiali się. Piotr nie wrócił na stypę, ale musiał wracać do Krakowa – Norwegowie czekali. Robiło się późno, a pociąg odchodził przed dziesiątą. Ania powiedziała, że z przyjemnością go odprowadzi. Cichutko wymknęli się z ogrodu. Na szczęście nikt ich nie zauważył. Stypa trwała w najlepsze. Przyjemnie było tak iść koło siebie, rozmawiać o wszystkim i niczym i cieszyć się wieczornym chłodem. W hotelu zjawili się o wpół do dziesiątej. Piotr poprosił Anię, żeby zaczekała w holu. Sam miał wrócić za minutę. Pakowanie rzeczywiście nie zajęło więcej. Wrócił i poprosił o rachunek. Recepcjonista, który zdążył przyjrzeć się dziewczynie, z uznaniem kiwał głową.
-Widzę, że pogrzeb się udał. Babeczka pierwsza klasa!
-Kuzynka – nieudolnie skłamał Piotr.
-Żebym ja miał takie kuzynki – rozmarzył się. A za pokój będą trzy stówki.
Piotr podał kartę, a recepcjonista z zakłopotaniem podrapał się w głowę.
-Tylko niech mi pan nie mówi, że terminal nie działa!
-I działa i nie, jakiś dziwny jest.
-Niech pan pokaże.
Portier włączył terminal, włożył kartę i wklepał kwotę. – Teraz niech pan wpisze PIN i zatwierdzi zielonym. Piotr wykonał polecenie. Odczekali dobrą minutę i nic! – Widzi pan, nie autoryzuje. Trzeba będzie serwis wzywać. Pewnie znowu coś z kartą SIM.
-Niech pan spróbuje jeszcze raz.
-To nic nie da, nikomu dzisiaj nie przeszło.
-Dobra, to co zrobimy?
-Jak pan może, niech mi pan zostawi dowód. Wróci pan do domu, zrobi pan przelew na to konto, tu podał karteczkę, a ja panu odeślę dowód poleconym.
-Jakiś problem, zainteresowała się Ania, znudzona przedłużającym się czekaniem.
-Terminal nie działa, a ja nie mam gotówki.
Zostawił dowód, pożegnał się z portierem, którego zdążył polubić i wyszli. Pięć minut później byli na dworcu.
-Gdzie jest kasa, gdzie mogę kupić bilet?
-Rzeczywiście nie było cię szmat czasu. Kasy zlikwidowali z osiem lat temu.
Piotr był załamany. Kolejny akt farsy miał rozegrać się za chwilę. Oczami wyobraźni widział jak tłumaczy kolejarzowi, że przez nadzwyczajny zbieg okoliczności, ogołocony bankomat, długi weekend i w ogóle zadupie, w którym się znalazł, nie ma przy sobie gotówki. Kiedy zastanawiał się, czy prościej będzie załatwić mandat, czy może jednak bilet kredytowy, co bez dowodu zastawionego w hotelu, nie musi okazać się proste, poczuł dłoń Ani w swojej dłoni i papierek, który do niej wsunęła. Stuzłotowy banknot!
-Będziesz miał powód, żeby się ze mną spotkać, kiedy w październiku przyjadę na studia – oznajmiła i uśmiechnęła się szelmowsko.
-Będziesz studiowała w Krakowie? – Piotr poczuł zawrót głowy. Czyżby więc druga szansa – pomyślał.
Stali na jedynym peronie. Pociąg przyjechał. Wtedy Ania pocałowała Piotra. Zaskoczony, zapytał jak sztubak :
-Za co to?
-Nie za co, tylko po co? – odpowiedziała. Chcę mieć za czym tęsknić... .

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
Sebastian Steranka · dnia 08.06.2013 18:44 · Czytań: 1650 · Średnia ocena: 4 · Komentarzy: 3
Komentarze
zajacanka dnia 13.06.2013 18:19 Ocena: Bardzo dobre
Witaj!

Przeczytałam z przyjemnością Twój tekst, choć tytuł wcale nie zachęcał ;) Początkowo myślałam, że to jakaś smętna historia, a tu okazuje się, że obyczajówka jak się patrzy, a na dodatek całkiem dobrze napisana. Zbiegi okoliczności podane z lekkim humorem, choć oczywiście czuć emocje i złość bohatera; obraz miałomiasteczkowego życia, mieszkańców, tradycji, żeby nie powiedzieć świętego oburzenia zacnych ciotek, bardzo trafnie opisany. Czyta się przyjemnie, masz lekkość pióra, to widać. Całość bardzo mi się spodobała. Zastanawiam się, czy będzie ciąg dalszy :)

Pozdrawiam i witam na PP!
Baw się dobrze :)
Sebastian Steranka dnia 14.06.2013 15:03
Witam!

Dziękuję za dobre słowo. Nic lepiej nie motywuje do dalszej pracy, przynajmniej mnie.

Pozdrawiam:

Sebastian
Usunięty dnia 17.08.2013 21:43 Ocena: Bardzo dobre
Dobry tekst. Znałam kiedyś kogoś, kto myślał tak jak bohater. Ale On słyszałby Lacrimosę Mozarta podczas pogrzebu, a przy spotkaniu z dziewczyną słuchałby Traviaty Verdiego. Z przyjemnością przeczytałam opowiadanie. Gratuluję. :-)
Proza: Górna Półka
Proza: Dolna Półka
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
ApisTaur
29/09/2022 22:45
Zbigniew Szczypek rany/ tak dawno tu nie buszowałem/ więc… »
ApisTaur
29/09/2022 22:26
czas każdego załatwi/ nie zawsze po cichu/ mi coraz bardziej… »
Sirpions
29/09/2022 22:18
alt art-oszust, Marek Gajowniczek-ten to produkował… »
ApisTaur
29/09/2022 22:13
Sirpions swoją metrykę spaliłem/ byle wszystkim na… »
Sirpions
29/09/2022 22:09
Pan (Jezus?) nie uważał ludzi za psy, bo stworzono ich na… »
Sirpions
29/09/2022 22:06
Widać, że nie bardzo masz o czym pisać. Banalna opowiastka o… »
Sirpions
29/09/2022 22:03
Ciekawa historia z tym Pawłem. Opowiadanie traktuję jako… »
Sirpions
29/09/2022 21:56
Kolejny nudny tekst. »
Sirpions
29/09/2022 21:55
W sumie nudna opowiastka. »
Sirpions
29/09/2022 21:35
Co ty za pierdoły pociskasz ? Straszenie dzieci topielicami,… »
Marek Adam Grabowski
29/09/2022 21:20
To jedne z najprzyjemniejszych komentarz jakie miałem pod… »
wolnyduch
29/09/2022 21:17
Pięknie o tym, iż lato nas żegna, ale mimo tego mając bliską… »
Sirpions
29/09/2022 21:17
Nie chcę bana. Chcę, żeby mnie wykreślono i moją radosną… »
Tjereszkowa
29/09/2022 20:47
Hej, Marku! Wiadomość o dedykacji sprowadziła mnie na stare… »
gaga26111
29/09/2022 20:04
Dziękuję ludzie ???? Cieszę się że możemy czuć.… »
ShoutBox
  • zawsze
  • 27/09/2022 20:50
  • pozdrawiajki!
  • Ronin
  • 26/09/2022 10:16
  • Przyciśnięcie prawego przycisku myszy nie daje opcji "wklej".
  • wolnyduch
  • 24/09/2022 12:39
  • Dzień dobry - uprzejmie proszę Szanowną Redakcję, o skasowanie mojego ostatniego wiersza, bowiem jest to twór soneto podobny, a miałam dać inny wiersz jesienny, ten dałam pomyłkowo.
  • Zola111
  • 24/09/2022 01:00
  • Głosujcie, bo nie głosujecie: [link]
  • ajw
  • 19/09/2022 17:30
  • Nastrojowe :)
Ostatnio widziani
Gości online:0
Najnowszy:Usunięty
Wspierają nas