Tajemnice Lake Huron - Martin CROSS
Proza » Historie z dreszczykiem » Tajemnice Lake Huron
A A A
Od autora: Z tym tekstem mam problem. Ciągle go przerabiam. Coś odejmuję, coś dodaję. Poproszę o wsparcie - babrać się w tym jeszcze, czy odpuścić? Gdy go tworzyłem pierwszy raz akcja miała dziać się na Mazurach, później ktoś podrzucił pomysł, by akcja działa się w na pograniczu amerykańsko - kanadyjskim. Ktoś później stwierdził, że warto wprowadzić element jakiegoś dziwnego stwora i wyszło coś takiego. Puszczam pierwsze 13 stron. Miłej lektury (mam nadzieję).

Wstęp
Lasy w Stanie Michigan nadal są dzikie i niedostępne. Duża liczba jezior oraz wilgotny klimat sprzyjają silnym i niespodziewanym opadom. Przyroda w pobliżu miasta Bad Axe jest szczególnie niebezpieczna i nieprzewidywalna. To, co tam żyje często stanowi zagadkę, nawet dla miejscowej ludności.
Deszcz i mrok nocy uczyniły z tego lasu jeszcze bardziej nieprzystępne miejsce. Temperatura otoczenia spadła o kilkadziesiąt stopni Farenheita w ciągu doby. O tej porze i w taką pogodę dwóm strażnikom leśnym patrolującym, na co dzień Isle Royale National Park, nakazano wyruszyć na poszukiwania niebezpiecznego stworzenia. Wyposażono ich w ostrą, długą broń z rozkazem opuszczania, co pół godziny pojazdu i patrolowania pieszo najbliższego obszaru, przez co najmniej godzinę. Wypędzono ich w mroczny, leśny teren nie informując dokładnie, czego mogą się spodziewać. Właściwie było to szukanie igły w stogu siana. Mieli jednak obowiązek niezwłocznie informować przez radio o każdym spostrzeżonym szczególe, nawet najmniejszym, ale w ich ocenie odbiegającym od przyjętej dla tamtych stron normy. W razie jakiegokolwiek zagrożenia mieli zabezpieczyć teren i czekać na przyjazd ekipy, która wiedziałaby jak rozwiązać problem. Nieprzemakalne płaszcze chroniły strażników jedynie przed deszczem. Mocno im dokuczający i znacznie ograniczający percepcję przeszywający chłód, w tym momencie dla ich szefów zdawał się nie mieć większego znaczenia. Mężczyźni opuścili swój pojazd po raz trzeci. Wyraźnie zniecierpliwieni, w milczeniu, coraz bardziej pobieżnie przeszukiwali teren. Każdy starał się przeżyć tę sytuację na swój sposób. Pierwszy odezwał się pełniący służbę strażnika leśnego zaledwie od kilku dni, Steven.
- Cholera, jak długo to jeszcze potrwa?
Martin, starszy i bardziej doświadczony, odpowiedział:
- Nie przeklinaj.
Po chwili spokojniej dodał:
- Tak długo, aż go znajdziemy.
- Naprawdę jest tak niebezpieczny?
- Tak. Miejmy nadzieję, że nikomu nie zrobił jeszcze krzywdy.
Martin był zły, że to właśnie jemu przydzielono młokosa, którego trzeba było uczyć wszystkiego od podstaw. Nie wiedział nawet, jak orientować się i przeżyć w lesie. Na pierwszy, wspólny patrol wyruszyli właśnie teraz - w najmniej odpowiednim czasie. Na dodatek nie był pewien, czy uda im się z tego wszystkiego wyjść cało. Liczył, że nim Pan Puszczy wyjdzie na polowanie, on przejdzie na emeryturę. Zabrakło mu zaledwie kilku tygodni...
Podczas setek godzin spędzonych w lesie nasłuchał się opowieści starych Indian i teraz zastanawiał się, co jest prawdą, a co tylko ich wymysłem. Bał się jednak tego, o czym słyszał i czego teraz szukali. Obawą napawał również fakt, że partner od razu dostał ostrą broń. Sytuacja nie wyglądała, więc dobrze, no i jeszcze ta ekstremalna pogoda. Wiedział, że jeżeli chce wrócić do domu z patrolu cało, musi być szczególnie – bardziej niż dotychczas – ostrożny, a jego oczy i uszy powinny być nastawione na obrazy i dźwięki do tej pory uznawane za nieistotne.
Strażnicy nie wiedzieli, że są obserwowani. Obudzony po długim śnie Pan Puszczy dokładnie widział, co robili. Nie był zdziwiony obecnością ludzi w tym miejscu. Miał świadomość, że do spotkania musi dojść prędzej, czy później. Czekał i był na nie gotów. Nie będąc do końca pewnym zwycięstwa, nie chciał jeszcze atakować. Ludzie byli ubrani inaczej niż ci, których widział ostatnio. Inaczej też się zachowywali i mieli inny zapach. Wiedział, że okazji do zapolowania na nich przez następnych kilkadziesiąt godzin będzie sporo. Postanowił jednak poznać ich lepiej, by skuteczniej zaatakować. Wybrał jak najdogodniejsze miejsce, wtopił się w otoczenie i… czekał. Chłonął światło, dźwięki, wonie. Odkąd strażnicy pojawili się w puszczy, stracił swój zwykły, leniwy spokój. Byli dla niego teraz zupełnie nowym wyzwaniem. Te ich nerwowe głosy, szukanie nie wiadomo, czego irytowało go. Wcześniej polował tylko na podobnych do niego Indian, później pojawili się biali, jeszcze później czarni ludzie – nie pojmował tego, ale musiał się dostosować. Teraz wyczuwał u ludzi coś dziwnego: ni to strach, ni odwagę. Mieli też inny niż poprzednio strój, a w rękach, jak się domyślił, trzymali broń. W sumie się ich obawiał. Instynkt łowcy i wcześniejsze doświadczenie podpowiadały mu, że są dla niego bardziej niebezpieczni niż poprzednio. Uzbrojeni mężczyźni przeszli obok stworzenia nic nie zauważając. Gdy umilkły odgłosy ich taplania w błocie, słyszał tylko szelest padających na liściaste runo kropli deszczu. Nagle monotonię tej chwili coś zmąciło. Dochodzący z boku dźwięk nie pasował do otoczenia. Pan Puszczy wytężył wzrok. Zauważył nieostrożnego kozła sarny, który schowany w gęstych krzakach jałowca, postanowił otrzepać się z zimnej wody. Bestia wciągnęła głęboko w nozdrza powietrze. Poczuł zapach i ciepło zwierzęcia. Wyobraził sobie jego witalność, a to pobudziło głód. Krew ludzi była, co prawda lepsza, ale wiedział, że teraz trudniej mu będzie upolować człowieka. Zaś to, co zdobędzie, musi starczyć na długi czas. Kalkulował, czy opuścić swoją ciepłą i bezpieczną kryjówkę i przejść przecinkę, czy też dalej czekać. Instynkt podpowiadał opuścić schronienie. Błyskawicznie przeskoczył drogę i dopadł swej ofiary. Przeliczył się i atak nie był skuteczny. Zatopił kły w karku zwierzęcia, ale młody i silny kozioł wciąż mocno się szamotał. Przez to niespodziewanie wypadli na błotnistą drogę. Bestia nie mogła na śliskiej mazi znaleźć wystarczającego oparcia. Walcząc wpadli w dziurę pełną wody. Tego stwór się nie spodziewał. Zdał sobie sprawę, że musi szybko skończyć szamotaninę, bo osłabionych długotrwałym snem, traci zbyt dużo energii. Mocniej, więc zacisnął szczęki na szyi ofiary. W efekcie – głównie przez swą nieostrożność - uszkodził tętnicę zwierzęcia. Krew kozła silnym strumieniem spłynęła na błoto. Po kilku sekundach młody zwierz przestał oddychać. W lesie - zapanowała cisza. Znów słychać było tylko krople deszczu upadające na liście. Pan Puszczy wytężył słuch - usłyszał dźwięk, którego wcześniej nie znał. Silniej ścisnął kark swej ofiary i - ciągnąc za sobą zdobycz - wycofał się w kierunku kryjówki. Tym razem prócz witalności, świeżego mięsa i krwi, nic nie zyskał.
I.
Alice i Alan jechali wolno wąską, leśną drogą swoim drogim samochodem terenowym, ciągnąc przyczepę z łodzią motorową. Wewnątrz samochodu panował półmrok rozświetlany jedynie słabym światłem tablicy rozdzielczej, a bębniące o dach auta krople deszczu i jednostajna praca silnika potęgowały senny nastrój. Małżeństwo, jednak mu nie uległo – kłócili się. Na tylnym siedzeniu ze skulonym kikutem ogona oraz położonymi na głowie uszami leżał duży doberman. Wyczuwał czające się w ciemności lasu niebezpieczeństwo. Ludzie zbyt zajęci sobą, nie byli w stanie tego dostrzec. Alan mówił:
- No tak. Każdy ma taki urlop, na jaki zasłużył. Pada, zimno i drogi nie widać.
- Nie narzekaj kochanie, zaraz będziemy na miejscu.
Energicznie zaprotestowała Alice.
- Ty, jak coś wybierzesz, to już murowana klapa. Termin taki, że ciągle leje, a domek w takiej dziurze, że nawet tubylcy nie wiedzą, gdzie to jest.
Alan narzekał, bo prowadził samochód w trudnych warunkach, a Alice jak zwykle tylko decydowała.
- Sam chciałeś jakieś jezioro w leśnej głuszy. Do jeziora Lake Huron jest najbliżej z naszego domu, a tylko ono ma połączenie z morzem przez Lake Erie. No i droga pozwalała ciągnąć łódź. A lipiec, jak to lipiec – pada.
Na moment przerwała i ze złośliwym uśmiechem dorzuciła od niechcenia:
- Co do wyborów, to, chociaż ciebie wybrałam dobrze.
Mężczyzna na chwilę zamilkł. Nerwowo zaczął bębnić palcami po kierownicy. Ze zdziwieniem i jednocześnie rozdrażnieniem spojrzał na żonę. Chwila nieuwagi wystarczyła, aby samochód wyjechał z kolein i z ogromnym impetem wpadł w ogromną kałużę. Pojazdem zarzuciło i po chwili stanęli w poprzek drogi. Oboje małżonkowie nie mieli zapiętych pasów - uderzyli głowami w przednią szybę samochodu. Pies spadł z tylnego siedzenia. Szybko jednak się pozbierał i usiadł na kanapie wypatrując czegoś przez szybę pojazdu. Silnik zgasł. Nie było słychać nic, prócz kropli deszczu tłukących nieustannie z taką samą siłą o dach pojazdu. Pierwszy głowę podniósł Alan. Masując czoło i poprawiając resztki włosów na głowie popatrzył na Alice, która też już usiadła na fotelu. Zjadliwie powiedział:
- Prosiłem cię, nie rozpraszaj mnie podczas jazdy!
- Co ja takiego zrobiłam? Myślałam, że z tym rozproszeniem chodzi ci o seks, a nie rozmowę!?
Alice była poirytowana - Alan pokiwał głową i włączył silnik.
- Dobrze, że przed wyprawą kazałem wyłączyć poduszki powietrzne i kurtyny, bo dopiero wtedy byśmy mieli problem.
Wyłączył system antypoślizgowy, wrzucił bieg usiłując wyjechać z błota. Koła zaczęły buksować w miejscu, ale nic się nie stało i samochód nie ruszył. Włączył mechanizm różnicowy z takim samym efektem. Po kilkudziesięciu sekundach grzebania kół w błocie usłyszał, jak podłoga pojazdu osiada na gruncie. Wyłączył silnik i gdy zobaczył pytający wzrok żony odpowiedział:
- Przez twoje gadanie utknęliśmy w środku lasu na jakimś zadupiu.
Spojrzał na telefon oraz nawigację w kokpicie. Dodał:
- No tak. Brak zasięgu. Nie ma jak wezwać pomocy przez telefon, a nawigacja nie wie, gdzie jesteśmy.
- A nie mówiłam, żeby wziąć telefon satelitarny taty?
Przytomnie zauważyła Alice. Alan spojrzał na nią z nieukrywaną irytacją. Zaczął wiercić się nerwowo i bębnić palcami po kokpicie. Popatrzył na wnętrze terenówki. Był wściekły. Poszukał latarki, sięgnął po kurtkę, rękawice i czapkę. Zaczął się zbierać do wyjścia. Robił to wolno, gdyż nie chciało mu się wyjść z ciepłego i przytulnego wnętrza na zimny deszcz w środku dzikiego lasu. Czynności wykonywał niezdarnie, gdyż był dużym mężczyzną z nadwagą, nienawykłym do pracy fizycznej. Kobieta wyczekująco patrzyła na niego, a on liczył, że doda mu otuchy. Alice jednak bez uczuć wydawała polecenia:
- Tylko uważaj, żebyś nie uszkodził łodzi ojca. Wścieknie się.
- To ja mam powody żeby się wściekać. Nie ma jak zadzwonić po pomoc.
Mężczyznę dodatkowo poirytował fakt, że żona jak zwykle wpierw myśli o swoim ojcu, a dopiero później o nim. Ona, żeby go bardziej zdenerwować złośliwie dodała:
- Wiem, wiem, że nie ma zasięgu, a ty się martwisz, że nie ma jak zadzwonić do kochanki.
Alan popatrzył na nią z lekceważeniem, ale nic nie odpowiedział. Gdy otworzył drzwi samochodu, poczuł zimne uderzenie powietrza. Mimo to wyszedł na zewnątrz. Przez chwilę rozglądał się wokół siebie, moknąc w silnym deszczu. Wychodząc nie zamknął drzwi. Ale na szczęście sytuacja nie wyglądała źle. Nie musiał odczepiać przyczepy, by wyciągnąć samochód z błotnistej kałuży, wystarczy użyć wyciągarki. Miał świadomość, że nie poradzi sobie bez pomocy Alice. Podszedł do przodu samochodu. Po omacku zaczął szukać niezbędnego urządzenia. Bez światła nie potrafił niczego odnaleźć. Włączył latarkę i przez przypadek omiótł smugą światła pobliskie zarośla. Coś go zaniepokoiło. Wydawało mu się, że zauważył jakieś duże błyszczące ślepia. Rozejrzał się niepewnie. By dodać sobie pewności zawołał psa. Ten jednak nie chciał wyjść z samochodu. Zaczął piszczeć i uciekł do części bagażowej samochodu. W końcu Alan zdjął pokrowiec z wyciągarki, znalazł końcówkę stalowej linki, odczepił ją i tryumfalnie pokazał kobiecie.
- Usiądź za kierownicą i jak dam znak uruchom wyciągarkę.
Alice przesiadając się na miejsca za kierownicą i zapytała:
- Jak to zrobić?
Mężczyzna nie mógł wiedzieć, że jest obserwowany. Pan Puszczy przyczaił się do skoku. Wyczuł zapach zdenerwowania, zmęczenia oraz smród pojazdu. Był pewien, że tym razem pójdzie znacznie łatwiej niż z kozłem. Poczuł, że zabijanie znów przynosi mu ogromną satysfakcję. Kozioł dał mu niezbędną energię i siły. Tym razem ofiarą był silny mężczyzna. W momencie, gdy miał się na niego rzucić, ten ze zdenerwowaniem rzucił linkę w błoto i podszedł do otwartych drzwi samochodu. Bestia wycofała się i cierpliwie czekała.
Alan bez słowa pokazał przycisk, którym należało włączyć wyciągarkę:
- Teraz już wiesz, jak to zrobić? Jak dam znak przyciśnij tylko tu. W ten sposób. Nic więcej
Ponownie podszedł do przodu pojazdu. Podniósł linkę i skierował się do najbliższego drzewa. Błoto spowodowało, że po drodze kilka razy się poślizgnął. Sportowe obuwie może nadawało się do długich, pieszych wędrówek, ale było zupełnie nieprzydatne do brodzenia w błocie. Gdy wreszcie dotarł do drzewa, z wysiłkiem obwiązał je linką i przymocował. Następnie upewniwszy się, że dobrze trzyma - dał znak żonie. Aby wspomóc działanie wyciągarki wziął do ręki leżący w pobliżu duży drąg. Alice zgodnie z poleceniem męża włączyła elektryczny silnik. Gdy linka naprężyła się, mimo narastającego szumu deszczu, słychać było, jak wszystko zaczęło trzeszczeć – zarówno pojazd, jak i drzewo. Terenówka z trudem ruszyła z błota. Na szczęście Alan nie musiał używać drąga. Mruknął tylko do siebie:
- Dobrze, że nie trzeba ciągnąć samochodu z silnika. Tego by nie opanowała.
Pan Puszczy wyczuł, że teraz jest dobry moment na atak. Mężczyzna odwrócony do niego tyłem skupiony był na wyciąganiu pojazdu z błota. Zaatakował go skacząc na jego plecy. Uderzył pazurem i nagle… poczuł zapach, którego wcześniej tu nie było. Znał tę woń. Należała do agresywnego i zwinnego zwierzęcia z pyskiem pełnym ostrych zębów. To zwierzę samo w sobie nie było niebezpieczne, ale mogło skomplikować sytuację. Z dwoma samcami Pan Puszczy mógł sobie nie poradzić. Poza tym, ten zwierzak nigdy nie rezygnował. Broniąc człowieka, zawsze walczył do samego końca. Bestia, jak tylko mogła - zostawiając w spokoju swoją niedoszłą ofiarę - szybko wycofała się w leśne ostępy.
Alan niespodziewanie poczuł ogromną siłę powalającą go na ziemię i przeszywający ból pleców. Upadł twarzą w błoto. Siła, która tak nagle się pojawiła, tak samo szybko zniknęła. Pozostało natomiast uczucie silnego bólu. Usiłując dotknąć rany poczuł pod palcami ciepło. Przysunął je pod oczy i zobaczył, jak krople deszczu rozmywają osiadłą na nich krew. W tym momencie z samochodu wyskoczył doberman i rzucił się w kierunku krzaków. Mężczyzna podniósł się z trudem opierając na drągu. Cały ubrudzony był błotem. W myślach przeklinał to, co właśnie się wydarzyło. Patrząc na Alice oschle powiedział:
- Cholera. Urlop coraz piękniej się zapowiada.
Głośniej natomiast zawołał:
- Widziałaś? Co to było? Reflektory dokładnie mnie oświetliły!
Żona nie wysunęła nawet głowy z samochodu. Była rozczarowana swoim mężem. Pierwszy dzień urlopu był potwierdzeniem, jakim jest niedorajdą. Nie potrafił poradzić sobie z najprostszymi sprawami. Przez głowę przemknęła jej dziwna myśl: „Może właśnie tu, podczas pobytu w tym odludnym miejscu, daleko od cywilizacji spotkam w końcu prawdziwego mężczyznę? Tu muszą żyć prawdziwi twardziele.” Na zewnątrz było bardzo nieprzyjemnie, nie miała ochoty narażać się dla niego na przeziębienie. Odpowiedziała, więc z wnętrza pojazdu obojętnym głosem.
- Nie. Skupiłam się na tym przycisku. Pewnie źle stanąłeś i gałąź cię uderzyła.
- A co zrobił Rex?! Dlaczego tak nagle wyskoczył z samochodu?
Dla Alana było wiele niewiadomych, na które nie potrafił odpowiedzieć. Strasznie bolały go plecy. Nie wiedział, co mogło się przed chwilą zdarzyć. Czy uderzyła go jakaś gałąź, czy może linka holownicza? Ale nie chciał zbytnio zwracać uwagi Alice tym, co się stało. Miał swój plan i tego zamierzał się trzymać.
- Nie znasz naszego kochanego pieska? Znów coś mu odbiło. Poczekamy chwilę i wróci.
- To mam stać w tym ciemnym, zimnym lesie czekając na głupiego psa?
Alan był wściekły z powodu zimna i narastającego bólu. Chciał zobaczyć, jak wyglądają jego plecy. Omiótł otoczenie smugą światła. Zauważył na wodzie ślady krwi. Chciał powiedzieć coś jeszcze, ale usłyszał głos Alice:
- Tak. Czekamy na pieska.
Łagodniej dodała do siebie:
- Tylko żeby się Rex nie przeziębił.
II.
Wschód słońca zawsze był piękny na stanicy przy Lake Huron. Poranne promienie przepędziły resztkę deszczowych chmur. Mgła tajemniczo unosiła się nad wodą. Panował niczym niezmącony spokój. W powietrzu słychać było jedynie śpiew ptaków.
Jak na leśną głuszę, stanica była wyposażona wyjątkowo komfortowo. Miała własne zasilanie w energię elektryczną oraz ujęcie wody wraz z oczyszczalnią i instalacją solarną. Dodatkowo przygotowany był zjazd dla łodzi motorowych i molo, przy którym mogły cumować hydroplany. Praktycznie była samowystarczalna. Na jej środku stał ogromny, piętrowy dom zbudowany z drewnianych bali. Obok pobudowano kilka budynków gospodarczych.
We wnętrzu domu, na łóżku w największej sypialni siedziała czule przytulona do siebie rozebrana para. Janet i Jimi przed chwilą skończyli kolejny tego ranka erotyczny akt. Mieli mało dla siebie czasu, więc chcieli go maksymalnie wykorzystać. Teraz w spokoju kończyli palić papierosy. Rozmawiali szeptem, tak jakby swoimi głosami bali się przerwać otaczającą ich ciszę. Kobieta bawiła się gęstymi włosami mężczyzny - mrucząc, odezwała się pierwsza:
- Słuchaj Kocie. Potrzebne mi są pieniądze.
Jim znał ten ton głosu żony. Jak zwykle czegoś potrzebowała. On jednak zamierzał, jak najdłużej sycić się chwilą i jej zapachem. Nie chciał rozmawiać o problemach, z niechęcią odpowiedział:
- To tych 50 tysięcy dolarów już nie masz? Dostałaś je dwa miesiące temu!
- Powtórzę. Są mi potrzebne pieniądze, bo pojawiły się nowe okoliczności.
- Wiem, wiem.
Z rezygnacją, ale równocześnie z napięciem powiedział Jim.
- Tobie zawsze potrzebne są pieniądze. Dlatego jestem tam, gdzie jestem. Bo stale są ci potrzebne pieniądze.
W jego głosie słychać było rozdrażnienie. Przez moment w pokoju zapanowała cisza. Dopiero po chwili dotarł do świadomości mężczyzny sens ostatnich słów. Zapytał głośniej:
- Jakie okoliczności?
Kobieta wiedziała, że musi być bardzo konkretna. Wyczuła, że Jim jest zdenerwowany. Krótko zakomunikowała:
- Kocie, jestem w ciąży.
Zapanowała jeszcze głębsza ciszy. Janet poczuła, jak przez ciało mężczyzny przeszedł nagły skurcz. Postanowiła iść za ciosem.
- Chcę urodzić to dziecko. Dla mnie to ostatni dzwonek. Niedługo będę miała 35 lat. Wszystko przemyślałam. W najgorszym przypadku będzie chodziło już do szkoły, jak ty wrócisz z więzienia.
Jim był zaskoczony. Podniósł się na jednym ramieniu, ale nadal się nie odzywał. Analizował to, co powiedziała kobieta. W końcu patrząc na nią ze zdziwieniem zapytał:
- Kiedy zaszłaś?
- Dwa dni po skoku. Pamiętasz? Oboje byliśmy zdenerwowani. Nie panowaliśmy nad tym, co robimy.
Janet również nerwowo podniosła się na łokciach. Sięgnęła po paczkę papierosów ze stolika. Zapaliła wyciągniętego papierosa.
- Jak masz mieć dziecko, to nie pal!
Zdecydowanym ruchem zabrał z jej ust papierosa. Sam zaczął go palić. Myślał i kalkulował. Janet domyśliła się, że liczy dni i sprawdza kalendarz. Jednak powstrzymanie jej od palenia potraktowała za dobry znak. Mężczyzna po chwili zaczął mówić:
- Nie mogę teraz ruszyć ani grosza. Forsa jest w banku na dwuletnim depozycie. Na hasło, które tylko ja znam. Nie ma jak jej wypłacić.
Janet nie dawała za wygraną. Błagalnie powiedziała:
- To pojadę i wypłacę, chociaż trochę? Wezmę tylko tyle, by przeżyć. Placówka banku jest na drugim brzegu jeziora. W Kanadzie. Niedaleko Kocurze.
- Skąd wiesz, gdzie są pieniądze?!
Jim był zaskoczony, ale Janet patrząc mu prosto w oczy powiedziała:
- Wiem więcej niż myślisz.
Nieoczekiwanie przytuliła się do niego. Po tonie głosu kobiety Jim wywnioskował, że tym razem nie zamierza zrezygnować i nie da się zwieść. Czuł to. Z rezygnacją powiedział:
- Nie da rady. Muszę wziąć całą sumę od razu.
- To może wypłacimy całość, a ty dasz mi, chociaż trochę? Na przeżycie. A resztę wpłacimy do innego banku takiego, żebym mogła podjąć gotówkę jak mi zabraknie? Kocie…
Janet zaczęła gładzić jego włosy. Szeptem mówiła wprost do jego ucha:
- Nikt niczego nie zauważy. Popłyniemy tą szybką łodzią schowaną w barakach przystani.
Jim bronił się resztą woli:
- Jak coś wezmę, to tak, jakbym potwierdził, że jestem winny! Przyznam się, że okradłem i zamordowałem!
- Nikt się nie dowie… Będę ostrożna Kocie.
Janet nie dawała za wygraną, ale mężczyzna nie pozwolił uśpić swojej czujności.
- Adwokat stara się o uniewinnienie i zwolnienie z aresztu! Nic na mnie nie mają! A ty chcesz im podać dowód na talerzu?!
Janet zamilkła. Dalej głaskała włosy Jima. Mężczyzna wyswobodził się z jej uścisku i usiadł na łóżku. Popatrzył na nią uważnie. Kobieta bardzo dobrze znała swego męża, wyczuła, że zaczyna się bać, ale starał się to maskować, niespodziewanie odpowiedział:
- Wszystko już dokładnie przemyślałaś. Ale nie podam ci hasła. Ta łódź jest za wolna. Służy do rekreacji, nie wyścigów. A co będzie, jak rozpęta się podobna do wczorajszej nawałnica?
Odkąd ją znał, ciągle żądała więcej. Jak nie potrafił tego jej dać – zaskakiwała jakimś pomysłem.
- Ale ja nie mam, za co żyć! Nie mam, za co zapłacić lekarzowi! Mam utrzymać się z zasiłku? Mamy miliony, a żyję jak nędzarz. Zrób coś!
Janet nagle podniosła się z łóżka. Siedząc zaczęła machać rękoma. Jimi patrzył na tą zgrabną i piękną kobietę. Teraz zrozumiał, dlaczego w jego oczach tak zyskała na atrakcyjności. Myślał, że to tęsknota, a to były pierwsze tygodnie ciąży. Nigdy nie myślał o antykoncepcji. Zawsze ona o to dbała, więc nie powinien się dziwić, że nie ma kontroli nad jej płodnością. Zrobiłby dla niej wszystko. Jednak tym razem instynkt samozachowawczy podpowiadał mu, że nie powinien ulec. Mimo, że w głowie kotłowały się myśli, spokojnie powiedział:
- Już coś zrobiłem. Słuchaj!
Złapał jej ręce i gwałtownie szarpnął. Oczy Janet skryły się za długimi włosami. Nie widząc ich, Jim mówił zdecydowanie i głośno.
- Być może nas śledzą nas!
- Nie przesadzaj.
Kobieta starała się bagatelizować jego słowa.
- Teraz może udało się zmylić detektywów z banku i policję, ale pojawią się, jak któreś z nas popełni błąd i zacznie wydawać kasę.
Mówił dalej Jim, a Janet z pobłażaniem stwierdziła:
- Masz manię prześladowczą.
- Myślisz, że dali przepustkę z aresztu na pogrzeb brata? Nie. Oni liczą, że doprowadzę ich do pieniędzy.
Mężczyzna był pewien, że to, co mówił ma sens. Janet nagle zesztywniała, uwolniła się z ramion męża i podniesionym głosem powiedziała:
- Naprawdę coś się z tobą dzieje...
Starała się zachować swoją przewagę nad mężem. Chciała, by w końcu uległ i podał jej hasło do konta, jednak Jim nie ustępował:
- Za długi dali mi ten urlop. Nawet o to nie prosiłem.
Kobieta jakby nie słysząc słów mężczyzny i nie dostrzegając jego zdenerwowania postanowiła zmienić taktykę:
- To daj mi rozwód. Odczekam trochę, znajdę jakiegoś frajera. On da mi utrzymanie. Urodzę. Przecież będziemy mogli się spotykać tak jak teraz. Jak wyjdziesz z więzienia będziemy razem.
Te słowa jeszcze bardziej zdenerwowały Jima. Gwałtownie wstał z łóżka. Zaczął chodzić po sypialni i krzyczeć.
- Janet!!! Co ty gadasz?! Wiesz, jak w więzieniu traktują takiego faceta? Kocham cię! Nie pozwolę przyprawiać sobie rogów?
Kobieta położyła się na łóżku i skulona przykryła kołdrą. Udawała przestraszoną. Jim był sam zaskoczony swoją reakcją. Spokojniej i ciszej dodał:
- Sąd mnie nie skazał. Ty już to zrobiłaś?! Obcy facet ma wychowywać moje dziecko?!
Nagle oboje usłyszeli silne uderzenie w ścianę domu i kotłowanie w pobliskich zaroślach. Mężczyzna zatrzymał się zaskoczony. Szybko podniósł z dywanu spodnie i je ubrał. Ruszył w kierunku drzwi. Kobieta również energicznie wstała z łóżka i też zaczęła zbierać swoje rzeczy z podłogi sypialni. Wtem, z drugiej strony domu usłyszeli dźwięk potężnego silnika spalinowego pracującego na wysokich obrotach. Mężczyzna był coraz bardziej zdezorientowany. Cicho powiedział do Janet:
- Cholera! Co jest?
Jim miał nerwowy tik głowy, który zawsze dawał o sobie znać w chwilach intensywnego myślenia lub zdenerwowania. Podszedł bliżej okna i charakterystycznie przekręcił głową. Janet w pośpiechu zaczęła się ubierać. Gdy była w bieliźnie zapytała:
- Kto to? Przecież właścicieli nie ma! Policja?!
Gdy to wymówiła, jeszcze bardziej się przestraszyła. Chyba Jim miał rację z tym, że byli śledzeni. Mężczyzna ostrożnie uchylił żaluzje.
- Nie, to samochód terenowy z łodzią. Może znajomi właścicieli? Idź do kuchni i nie wychodź.
Wyjął pistolet z kurtki wiszącej na ścianie. Sprawdził go. Schował z tyłu za paskiem w spodniach. Założył na nogę opaskę z nożem i zakrył nogawką. Na ramiona narzucił koszulę. Włożył buty. Był przygotowany na każdą okoliczność. Przez moment pomyślał, że rzeczywiście mogą to być detektywi z banku albo policjanci. Może w niekonwencjonalny sposób chcieli zmusić go, by zdradził gdzie są pieniądze. Postanowił się bronić. Gdy zastanowił się dłuższą chwilę, ogarnęło go przerażenie. Nagle uzmysłowił sobie, że równie dobrze mogą to być przestępcy. Żeby uzyskać informację, gdzie ukrył pieniądze mogą torturować jego i Janet. Ta myśl go zmroziła. By nie być najniżej w hierarchii zatrzymanych w areszcie utrzymywał kontakty z innymi zatrzymanymi, ale nikomu nic nie powiedział. Mimo, to wiedzieli, że okradł innego złodzieja na miliony. Postanowił, że zrobi wszystko, by nic złego nie przytrafiło się żonie - zwłaszcza teraz, gdy nosi jego dziecko. Kobieta w tym czasie zdążyła się ubrać i podejść do okna. Patrząc przed siebie powiedziała:
- Słuchaj, ci goście wyglądają na nieźle nadzianych. Masz jeszcze kontakty z chłopakami z Detroit?
Jej słowa wyrwały go z zamyślenia, ale przytomnie odpowiedział pytaniem.
- Tych paserów z aresztu?
- Tak. Opowiadałeś o nich, jakie to cwaniaki. Samochód i łódź można sprzedać. Starczy, bym jakoś przeżyła kilka miesięcy. Kocie proszę…
Jim spojrzał na Janet ze zdziwieniem. Nie myślał, że tak szybko przystosuje się do nowej sytuacji. Przez te kilkanaście lat małżeństwa wydawało mu się, że pewnych granic nie przekroczy, ale mylił się. Dla pieniędzy gotowa była poświęcić wszystko. To, co ostatnio zrobił, miało zapewnić im godną przyszłość. Ale sprawy coraz bardziej się komplikowały. On, jako były marines, który sam zrezygnował z służby u progu nowej kampanii w Azji, mógł znaleźć pracę tylko w podrzędnych firmach ochroniarskich. Ona mogła pracować tylko, jako położna w miejskich szpitalach, ale nie dbała o aktualne kwalifikacje i kilka miesięcy temu straciła prawo wykonywania zawodu. Nie zarabiali na godziwe życie. Musieli ciągle coś wymyślać, by się jakoś utrzymać. Jim podzielił się swoimi wątpliwościami z Janet:
- Może to agenci? Przyjechali, żeby wydobyć gdzie jest kasa?
- To może od razu powiedz, że to mafia?
Odpowiedziała szyderczo Janet.
- Ale tylko ty wiesz, gdzie są pieniądze. Ja nic nie wiem. Z ciebie mogą coś wydobyć. Nie ze mnie.
Patrzyła wyzywająco prosto w oczy męża. Nie tracąc z nią kontaktu wzrokowego Jim skierował się do drzwi wyjściowych. Pojednawczo powiedział:
- Dobrze, już dobrze.
Janet zmieniła wzrok na błagalny i wyszeptała:
- Będę żyć oszczędnie. Kocie…
Mężczyzna otworzył drzwi sypialni i zszedł po schodach na dół. W holu podszedł do ściany, na której obok sporej mapy najbliższej okolicy, wisiał sztucer. Jim patrzył na mapę analizując, którędy można ewentualnie uciec i skąd przyjeżdżają nieproszeni goście. Uznał, że jadą tak, jak i oni od strony najbliższego miasta Bad Axe. Przez moment zastanawiał się, czy nie wziąć długiej broni. Sprawdził jednak tylko czy jest naładowana i odłożył tam, gdzie wisiała. Otworzył zaryglowane drzwi wejściowe i wyszedł przed budynek.
III.
Opary mgły unoszącej się nad kałużami z wodą nadały temu miejscu niesamowity i bardziej tajemniczy charakter. Wczorajszy zimny deszcz był zupełnym przeciwieństwem dzisiejszego, ciepłego poranka. Pan Puszczy śledził pojazd, którym poruszała się jego niedoszła zdobycz. Ku jego zdziwieniu dotarli do miejsca, które znał. Tu były ukryte jego ofiary! Przez nieuwagę wpadł z rozpędu na ścianę budynku – poobijał się. Gdy odzyskał całkowitą jasność umysłu, zdziwił się. Wyczuł nowych ludzi! Znów parę. Ale ich emocje były zupełnie inne. Oni jakby czekali i sami na coś polowali. Bestia przeczuwała, że sprawy coraz bardziej się komplikują. Pan Puszczy budził się raz na 30 lat. Mógł wtedy zapolować na najdzikszą i najbardziej niebezpieczną istotę - człowieka. Od wieków klątwa najwyższego kapłana na nim ciążyła. Naraził się tym, że znalazł sposób na nieśmiertelność. Kapłan spowodował, że musiał ją podsycać życiem innych istot. Dzięki temu mógł posiąść ich wiedzę i witalność. Domyślił się, że ludzie z budynku są wyjątkowo niebezpieczni, ale to tylko pobudzało jego ciekawość.
Jim wyszedł na ganek i wyczekująco patrzył na samochód. Kierowca nie zgasił silnika ani reflektorów, które oślepiały go jasnym snopem światła. Po kilkudziesięciu sekundach ochroniarz zaczął się niecierpliwić. Z dotychczasowej postawy oczekującej wytłumaczenia zaistniałej sytuacji, przybrał gotową na atak. Zasłonił swoim ciałem wejście do domku. Bezskutecznie starał się cokolwiek dojrzeć przez ciemne szyby pojazdu. Nic nie widział. Pomyślał, że różnic między nim, a żoną jest coraz więcej. On widział w samochodzie zagrożenie - ludzi pragnących ich pieniędzy, ona natomiast szansę – frajerów, na których dodatkowo zarobią. Nagle coś zaczęło dziwnie szeleścić w krzakach z drugiej strony domu, tam gdzie wcześniej usłyszeli łomot. Nie spuszczając z oczu pojazdu, Jim ruszył w tamtym kierunku. Gdy znajdował się w połowie dystansu między drzwiami wejściowymi do domu, a miejscem skąd dochodziły odgłosy, silnik samochodu zgasł i z dużym rozmachem otworzyły się drzwi od strony pasażera. Z wnętrza pojazdu bezwładnie wypadał na ziemię biały, rosły mężczyzna w pokrwawionym i brudnym od błota ubraniu. Nie ruszał się. Jim był zdezorientowany. Przez moment nie wiedział, co robić. Nie wyczuwał jednak niebezpieczeństwa. Jego rozmyślania przerwał kolejny dziwny dźwięk. Z podobnym do poprzedniego impetem otworzyły się drzwi, tym razem od strony kierowcy. Z obawą czekał, kto wysiądzie z samochodu. Nie potrafił ukryć zdziwienia, gdy okazało się, że jest to całkiem zgrabna blondynka. Wysiadała powoli i z gracją. Spojrzała z wyzwaniem na gospodarza, wyprężyła się, jakby chcąc bardziej zaprezentować walory swego ciała. Nic nie mówiła prowokując swoim zachowaniem. Jim zlustrował jej sylwetkę okiem znawcy. Ubranie ściśle przylegało do jej ciała ukazując krągłości. Patrzył przez chwilę to na nią, to na leżącego mężczyznę. Nie odzywał się. Czekał. Przybysz leżący na ziemi miał mocno zakrwawioną koszulę na plecach. Po śladach uznał, że rana jest długa i głęboka, ale nie śmiertelna. Nadal nie wiedział, co robić. Starał się jakoś określić niebezpieczeństwo, ale nie potrafił. Zastanawiał się, jakie zamiary mają ci ludzie. Po chwili namysłu uznał, że mężczyzna jest albo nieprzytomny, albo martwy i tym samym nie stanowi dla niego zagrożenia. Nerwowy tik głowy znów dał o sobie znać. Postanowił iść w kierunku kobiety. Prawą ręką sięgnął za koszulę chcąc wziąć pistolet. Oboje patrzyli sobie prosto w oczy nic nie mówiąc. Gdy Jim był blisko niej, wyciągnął rękę, by się przywitać. Co ciekawe ona prowokowała do tego wzrokiem. Nagle ochroniarz usłyszał głos mężczyzny. Zdał sobie sprawę, że dał się podprowadzić jak szczeniak.
- Cholera mówiłem, żebyś mnie opatrzyła! Ubrudziłem błotem i krwią siedzenie pasażera. Na dodatek potknąłem się i znów upadłem na ziemię. Tym razem w piach.
Kobieta patrzyła kokieteryjnie na Jima, zupełnie nie zwracając uwagi na swego partnera. Wyciągnęła szybko i zdecydowanie rękę w kierunku gospodarza i przywitała się z jeszcze większą gracją.
- Dzień dobry, już jesteśmy. Trochę wcześniej, niż się umawialiśmy, ale niekiedy tak się zdarza. Po drodze mieliśmy małe kłopoty. Droga nie jest najlepsza.
Jim nadal był zdezorientowany, ale witając się z nią prawą dłonią zrezygnował z użycia broni. Nie chcąc prowokować dalszych komplikacji, starał się dostosować. Domyślił się, że para przyjechała podobnie jak oni na wypoczynek i uznali go za właściciela stanicy. Nie zamierzał tego zmieniać, ale nadal bał się też odwrócić w kierunku skąd dochodził męski głos. Odpowiedział, więc zachowawczo:
- Wiem, wiem...
Z miny kobiety wywnioskował, że nie jest pewna, czy jego potwierdzenie dotyczy drogi, czy też faktu wcześniejszego przyjazdu. Jim postanowił powoli odwrócić się do mężczyzny i zobaczyć, co tamten zamierza.
- Dzień dobry. Witam i zapraszam.
Zobaczył ubrudzonego błotem niedorajdę. Ochroniarz zaczął zastanawiać się, czy błoto nie przykrywa większej ilości zeschniętej krwi. Przybysz wstał z ziemi ukazując swoją całą postać. Był mniej więcej jego wzrostu, ale ważył o połowę więcej. Głosem, w którym słychać było ból zapytał:
- Pomoże mi pan rozpakować bagaże? Chciałbym jak najszybciej się wykąpać i przebrać. Mam na imię Alan, a to moja żona Alice.
Kobieta, jakby dopiero teraz dostrzegła swego męża i powiedziała:
- Alan, nie nadwyrężaj się. Trzeba wpierw obejrzeć twoje zadrapanie.
Gospodarz nie wiedział, jak się zachować, ale nadal spróbował opanować sytuację.
- Skaleczenia zobaczy moja żona. Jest położną. Co się stało?
Alan słysząc o kobiecie nagle się ożywił i z głosu zniknęła nutka bólu.
- Żona wybrała złą drogę. Zawsze źle wybiera. Zakopaliśmy się. Jak wyciągałem wóz na wyciągarce, linka naprężyła się i podcięła nogi. Gałęzie rozcięły plecy, a teraz boli jak cholera.
Gość widząc, że gospodarz jest zainteresowany jego opowieścią, śmiało zapytał:
- To gdzie ta siostra?
Jim wyczuł w głosie mężczyzny zainteresowanie nową kobietą. Postanowił to wykorzystać.
- Moja żona? W domku. Proszę do środka. Wypakuję bagaże, a ona zobaczy rany.
Alice też wyczuła intencje Alana. Oschłym tonem dodała:
- Ale mąż nie jest w ciąży, tylko trochę się podrapał.
Była zaskoczona i rozdrażniona. Myślała, że jeśli wyjadą w leśną głuszę, nie spotka żadnej kobiety w swoim wieku. Liczyła na samych, silnych mężczyzn spragnionych wakacyjnych atrakcji. Miała nadzieję, że będzie podziwiana i chwalona, a może nawet podrywana. Tego oczekiwała od wypoczynku. Jak się domyśliła po wyglądzie gospodarza, jego partnerka była w jej wieku, albo, co gorsza - młodsza. Było to kolejne rozczarowanie związane z wyjazdem. Z rozmów telefonicznych wywnioskowała, że para wynajmująca stanicę jest dużo starsza. Alan słysząc rozdrażniony głos żony też nagle zrobił się agresywny. Prawie warcząc powiedział do niej:
- Położna to lepiej niż pielęgniarka. Nie ma, czego się obawiać.
Alan popatrzył na Alice, ale zwrócił się do Jima wskazując na wnętrze samochodu.
- Po co ma mnie opatrywać położna, jak teść mnie zabije? Alice! Zobacz, jak wygląda skóra na fotelach! Prosiłem żebyś mnie opatrzyła na miejscu! Ale nie! Bo trochę deszczyk padał! Mówiłem – narzuć koc! Ale nie! Za ciemno było i nie mogłaś znaleźć! Jak się z tego wytłumaczymy?!
Kobieta podeszła do męża i spojrzała na wnętrze pojazdu od strony pasażera.
- Ale pobrudziłeś... A mówiłam, nie zabieraj tej wielkiej łodzi? Mówiłam, żebyśmy jechali mniejszym samochodem? Ale ty jak zwykle się uparłeś!
Zaczęła zrzędzić. Alan nie odniósł się do jej pytań i narzekań, a Jim zauważył, że w tym małżeństwie konflikt jest codziennością. Postanowił inicjatywę przejąć w swoje ręce. Objął swoim ramieniem wpierw Alice, a później jej męża kierując w stronę domu. Alan syknął z bólu, ale pozwolił się prowadzić. Ochroniarz potraktował to, jako dobry omen.
- Proszę o nic się nie martwić. Wszystko jakoś załatwimy. Teraz proszę do środka.
W połowie drogi między domem, a samochodem nagle przystanął i zadał pytanie.
- Gdzie są bagaże?
- A gdzie mają być?
Odpowiedziała zdziwiona Alice.
- W bagażniku na tylnej kanapie i częściowo na dachu. Może pokażę.
Kokieteryjnie dodała i nie czekając na odpowiedź ruszyła w kierunku samochodu. Jim cofnął się za nią i też podszedł do terenowego samochodu. Alice szybkim i zdecydowanym ruchem otworzyła tylne drzwi. Gospodarz pochylił głowę i… nagle zobaczył pysk pełen zębów rzucający się na jego szyję. Jak tylko potrafił złagodzić atak stworzenia, ale siła uderzenia była tak duża, że został przewrócony. Nie mógł wykonać żadnego obronnego ruchu, ale, mimo, że zwierzę było zdecydowanie szybsze od niego, nie kontynuowało ataku. To zaskoczyło Jima. Chwilę zawahania stworzenia wykorzystał na analizę sytuacji. Broń, którą miał za paskiem spodni, wypadła. Do obrony pozostawały mu, więc tylko ręce i nogi. Nie zdążyłby wyciągnąć noża. Gdy odzyskał przytomność umysłu, usłyszał głos kobiety:
- Rex, Rex, noga!
Jim szybko zaczął po omacku szukać pistoletu leżącego gdzieś obok na ziemi, ale go nie znalazł. Był coraz bardziej przerażony sytuacją, która przez cały czas wymykała mu się spod kontroli. Zastanawiał się: „Co dalej? Podeszli mnie już dwa razy w ciągu pięciu minut. Nieźli są”
Alan widząc, że gospodarz upadł, postanowił się cofnąć, by mu pomóc wstać. Zrobił to mimo bólu. Idąc mówił:
- Przepraszam. Zapomniałem powiedzieć o psie.
Wściekły ochroniarz odepchnął jego dłoń. Nadal siedział w dziwnej pozycji na ziemi. Mężczyźni spojrzeli w kierunku dobermana, a ten błyskawicznie pobiegł w kierunku lasu. Jim zapytał z wściekłością w głosie:
- Macie jeszcze jakieś niespodzianki?
Starał się panować nad nerwami. Nie wiedział, gdzie upadł jego pistolet, a nie chciał, by broń zauważyli goście. Pierwsza odezwała się blondynka:
- Tak. Krokodyla i tarantulę. Uwielbiam dziwne zwierzaki. Nie wspomnę o bombie zegarowej w mojej walizce i trzech ochroniarzach schowanych za drzewami.
Jim był zdezorientowany. Skręcił głowę w nerwowym tiku. Zastanawiał się: „Czy ona mówi prawdę, czy też kpi?” Nie wiedział też jak wstać, by nie wzbudzić podejrzeń małżeństwa. Czuł, że pistolet musi leżeć gdzieś niedaleko. Być może broń leżała tuż za nim i gdy wstanie, małżonkowie natychmiast ją zauważą. Dodatkowo, spod nogawki wystawała rękojeść noża, by ją schować było stanowczo za późno. Gdy Alan zauważył nóż, wyprostował się, schował obie dłonie za siebie i uważnie spojrzał na Jima. Po chwili milczenia powiedział do Alice.
- Nie strasz. Daj spokój.
Ciszej dodał do Jima.
- Proszę jej nie słuchać. Zawsze wymyśli coś niedorzecznego.
Jeszcze ciszej pochylając się nad gospodarzem z uśmiechem powiedział:
- Też lubisz nurkować? Wiedziałem...
Nagle spoważniał i zapytał:
- Proszę mi powiedzieć - macie tutaj jakiś telefon?
Jim od razu przecząco pokiwał głową, a Alan niezrażony kontynuował pytania:
- A jest tutaj zasięg dla komórek? Jakiejkolwiek sieci…
Jednak i tym razem gospodarz musiał zaprzeczyć. Alan niezrażony spróbował kolejny raz wyciągnąć dłoń do Jima, by go podnieść. Ale ten pod swoimi dłońmi poczuł zimną rękojeść pistoletu. Rozumiał, że jeśli wstanie, odsłoni broń i goście zauważą, jak ją chowa. Wiedział, że musi wstać sam i lepiej, żeby wtedy na niego nie patrzyli. Do Alana powiedział:
- Bez obrazy. Proszę lepiej obejrzeć tył pojazdu.
Alan ze zrozumieniem na niego popatrzył. Podniósł obie ręce do góry i uśmiechając się tajemniczo odszedł. Odwrócił się w kierunku tylnych siedzeń samochodu i jęknął.
- Ja cie... Już jestem trupem. Alice! Jak ten twój piesek napaskudził!
W jego głosie można było wyczuć nutkę tryumfu, bo nie tylko on był winien za stan wnętrza luksusowego samochodu. Alice słysząc, że ubrudził coś jej ulubiony pies, pojednawczo powiedziała:
- Daj spokój Alan. Później będziemy się martwić. Teraz mamy urlop.
Małżeństwo wzięło po jednej lekkiej torbie i ruszyło w kierunku domu. Jim był zaskoczony, że musi wziąć cięższe bagaże. Gdy odeszli, podniósł broń z ziemi i schował ją tak, jak poprzednio za paskiem spodni. Poprawił ubranie i złapał dwie największe walizki. Alice wraz z Alanem, czekali przed wejściem. Zrozumiał, że musi im otworzyć drzwi. Dogonił ich, postawił walizki na ganku i wpuścił do środka budynku. Goście weszli do wnętrza.
Całą sytuację z chaszczy obserwował Pan Puszczy. Po zastanowieniu uznał, że stanica jest idealną spiżarnią. W piwnicy leżały już dwa uśpione, ludzkie ciała, a jak mu się zdawało – upolowanie kolejnych jest tylko kwestią czasu, bo miejsce dawało mu przewagę. Przez moment zastanawiał się jak zaciągnie je wszystkie do kryjówki, w której miałby spędzić kolejny cykl? Od momentu, gdy kapłani wygnali ze świątyni musiał uciekać coraz dalej na północ. Widywał coraz mniej podobnych do niego ludzi. Tu byli coraz to więksi, mieli lepszą broń. Ale to polowanie zapowiadał się nader obiecująco. Mógł dzięki nim przez czas oczekiwania żyć ich wspomnieniami, emocjami… W tym cyklu skoro posilał się ludźmi – ich postać dominowałaby w jego wyglądzie. Gdy zobaczył psa, zrozumiał, że musi na jakiś czas się oddalić. Postanowił zabić to stworzenie w oddali od ludzi. Schował się jak, tylko potrafił najlepiej. Jeszcze tylko pięć cykli brakowało, by klątwa ustąpiła. Stwór postanowił zaczekać, aż ktoś wyjdzie na zewnątrz budynku. Wtedy zamierzał zaatakować po raz kolejny.

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
Martin CROSS · dnia 14.09.2013 09:46 · Czytań: 864 · Średnia ocena: 4 · Komentarzy: 2
Komentarze
Krasnal dnia 16.04.2014 22:13 Ocena: Bardzo dobre
fajnie trzyma w napięciu, dobre pomieszanie konfliktu pomiędzy mężczyzną i kobietą , i to coś co się czai
Martin CROSS dnia 29.04.2014 11:24
Krasnal! Super, że czytasz moje opowiadania. Geneza tego projektu jest strasznie pokręcona - na początku miało to dotyczyć małżeństwa na Mazurach, ale wydawca powiedział, że trzeba dać im angielskie imiona, później kazał wprowadzić jakiegoś potwora. Dlatego wyszło jak wyszło; Obecnie już nie słucham nikogo prócz zaprzyjaźnionych Redaktorek i ludzi z portalu. Lepiej się czuję.
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
EDyta To
25/02/2024 19:34
Stęskniony Wiosny Zbysiu, dziękujemy za miły komentarz i… »
Zbigniew Szczypek
25/02/2024 13:58
Florianie Tekst specyficzny, jak to u Ciebie. Nie będę się… »
Florian Konrad
25/02/2024 12:09
No, fakt, jego dzieła są nieco przydrogie :) Również nie na… »
Zbigniew Szczypek
25/02/2024 00:28
Florian !!! E.A.Poe to jeden z moich ulubionych autorów,… »
Florian Konrad
24/02/2024 23:27
Anioł dziwnych przypadków ? Jeśli o niego chodzi -… »
Zbigniew Szczypek
24/02/2024 22:26
Jacku To bardzo się cieszę i piję zdrowie Twoje i Kazia nie… »
Zbigniew Szczypek
24/02/2024 22:19
Kaziu Tasz to szok! Ale wszystko, do końca?! No to jest… »
Jacek Londyn
24/02/2024 21:51
Zbigniewie, prześpię się z podrzuconą mi twoją krytyką.… »
Kazjuno
24/02/2024 21:43
Więc mówię na końcu: ocena ostateczna powinna brzmieć:… »
Zbigniew Szczypek
24/02/2024 20:43
Kaziu Nic się nie stało! Tak sobie myślę, że tam gdzie… »
Kazjuno
24/02/2024 20:26
Przepraszam. Zbysiu. Przeczytałem tekst jeszcze raz, już na… »
Zbigniew Szczypek
24/02/2024 19:47
Kaziu 1. Sam pewnie wiesz, że ciężko jest utrzymać stale,… »
Zbigniew Szczypek
24/02/2024 19:23
Jacku Rozumiem zamysł, nawiązanie do "K.S.P" ale… »
Zbigniew Szczypek
24/02/2024 17:40
Florianie Jeśli tak jest, to spodoba Ci się mój obraz,… »
mike17
24/02/2024 17:01
Człowiek, który się gniewa, sam się udręcza, bo? Bo nie… »
ShoutBox
  • Zbigniew Szczypek
  • 22/02/2024 23:33
  • I teraz dopiero, gdy byłem tu i tam, pozwolę sobie zaprosić Was do mnie, na "Bal". Z góry dziękuję, za odwiedziny ;-}
  • Zbigniew Szczypek
  • 22/02/2024 22:50
  • Hej! W tym "skansenie" chroboczą korniki - więc jeszcze żyje!
  • Kazjuno
  • 22/02/2024 13:52
  • Oby nie z mocą Covida. Część ucieknie w popłochu. Niektórzy przeciążeni intelektualnie mogą powiększyć grona pacjentów zakładów psychiatrycznych. Tym zalecam mokre kompresy na rozpalone czoła.
  • Kazjuno
  • 22/02/2024 13:45
  • Sorry za literówkę. "Macie", a nie "Maci"!
  • Zbigniew Szczypek
  • 22/02/2024 13:44
  • I tu Ci Kaziu przyklasnę - brawo! "Zarażmy" towarzystwo PP nową "pandemią" ;-}
  • Kazjuno
  • 22/02/2024 13:09
  • Maci rację Pliszko Zbyszku. Szczypku. Może właśnie my (bo też ostatnio dorzuciłem pięć groszy) ponownie obudzimy z letargu PP rozleniwione towarzystwo? Szkoda było patrzeć, jak marniało w oczach.
  • Zbigniew Szczypek
  • 22/02/2024 12:48
  • Zgadzam się z Pliszką. Gdy tu się działo - komentarze/rady{kilkadziesiąt dziennie) - PP żyło, przyciągając także młode pookolenia, radosną dyskusją na temat literatury wszelakiej. Był taki gwar!
  • pliszka
  • 22/02/2024 12:26
  • Nie nazwałabym tego skansenem. Jako przedstawicielka młodych zaryzykuję stwierdzenie, że to społeczny charakter i duża interaktywność przyciąga moje pokolenie. Młodzi są tam, gdzie się dużo dzieje.
  • Redakcja
  • 22/02/2024 10:23
  • Młodzi siedzą na Wattpadzie i TikToku. Dla nich jesteśmy skansenem ;-)
Ostatnio widziani
Gości online:0
Najnowszy:Usunięty