Tożsamość - Katurbo
Proza » Inne » Tożsamość
A A A

Zasiedliśmy w ławkach i odurzeni rannym lenistwem, oczekiwaliśmy na rozpoczęcie ćwiczeń z fizyki. Powoli rozbieraliśmy swe myśli z wczorajszych wrażeń i przeżyć, by móc przebrać je w studenckie uniformy; na nielicznych twarzach było jeszcze widać, niedający się w żaden sposób ujarzmić ani zreformować, efekt wieczornych popijawek za matczyny grosz.

Sam miałem stosunkowo proste zadanie – wystarczyło we wspomnieniach zapiąć ostatni guzik w koszuli otulającej zmęczone ciało Marii i  nosem zagarnąć resztki kobiecych perfum, które osiadły na szyi. Głęboki wdech, klatka piersiowa osiągnęła ekstremum i na chwilę zastygła w tej wymuszonej pozycji.

Za oknem panowało czystoniebo ze wschodzącym, wiosennym słońcem. Chyże promienie świetlne rozbudzały ławice drobnych listków, w które przyozdobiona była kolumna przydrożnych topól. Świergoczący powietrzni akrobaci, którzy schowali się na moment w krzakach, ostatecznie rozbudzili nasze niemrawe umysły.

Duża wskazówka na ściennym zegarze poruszała się w zwolnionym tempie. Prędkość kątowa jednostajnie opóźniona – w pewnym momencie zauważyliśmy, że pręcik stanął w miejscu. Był to tylko pozór - wskazówka dążyła w nieskończoności do zera, nigdy go jednak nie osiągając.

Przeżyliśmy dwie prawie-wieczności, zanim drzwi otworzyły się na oścież, dokładnie o godzinie 8. Do sali wkroczył nasz profesor Torzecki.

Nigdy nie dowiedziałem się, czy nasz profesor zdawał sobie sprawę z tego, że posiadał krecią aparycję (wybaczcie, ale nigdy nie miałem odwagi spytać). Pewnie w głowie czytelnika rodzi się w tym momencie pytanie: „Czemu taką-a-nie-inną?”. Odpowiedź jest trywialna: bo za każdym razem był ubrany w czarne spodnie i grafitową marynarkę. Bo był niskiego wzrostu, walczył z otyłością i nosił okulary z mocnymi, grubymi szkłami, które tysiąckrotnie pomniejszały jego gałki oczne. Bo jego grube dłonie miały łopatowaty kształt i były uwieńczone rzadko obcinanymi paznokciami. Ziemisty odcień cery stawia przysłowiową kropkę nad i.

Profesor zajął miejsce przy biurku, otworzył antracytową teczkę i wyjął listę z naszymi nazwiskami oraz plik zadań. Szybko wertował stronice zapełnione wzorami tajemnymi, wzorami będącymi dziwnym ciągiem trzydziestowiorstowych wyrażeń tworzących nieprzenikniony labirynt,  by w końcu zawiesić wzrok na losowo wybranym zadaniu i podejść z nim do tablicy.

Kredą kreślił na zielonej płaszczyźnie białe krzywe, proste, wypisywał wszystkie dane, które zamiast ułatwiać, to jeszcze bardziej komplikowały rozwiązanie zadania; objaśniał enigmatycznie, co krok po kroku należy zrobić, by przeciąć tę specyficzną wersję węzła gordyjskiego. Niestety, nigdy nie zdołaliśmy profesorskiego szyfru złamać, więc byliśmy zmuszeni do korzystania z własnej, kulawej intuicji.

Następnym etapem było zadanie nam sakramentalnego pytania: „Czy jest może jakiś ochotnik do tego przykładu?”. Nasz wzrok nerwowo krzyżował się pomiędzy sobą; wysyłał wkoło błagalne sygnały, swą mizernością starał się przekupić chwiejącego się w duszy potencjalnego ochotnika, który mierzył jeszcze z przerażeniem ciężar fizycznego krzyża.

Niestety, jak w większości przypadków, musiało się to wszystko skończyć łapanką. Gdy profesor wodził swym krótkowzrokiem po uporządkowanych alfabetycznie zbitkach naszych imion i nazwisk, myśmy kulili swoje dusze, swoje ciała, staraliśmy się być punktami o pomijalnie małych rozmiarach i masach i wytężaliśmy słuch. Wszystkie mięśnie spięte; każdy w myślach błagał swego boga, aby go oszczędził. Czasem nawet uciekano się do próby przekupstwa absolutu, ale trudno stwierdzić, czy ta metoda w ogóle działała… Im bardziej profesor prostował, tym bardziej chowaliśmy nasze wyrośnięte ciała pod stolikami.    

„Pani Karolina Febić – czy jest taka pani? Ach jest? W takim razie zapraszam do zadania”. Nasze ciała wyprostowały się, odprężyły, z ulgą ułożyły wygodnie na siedzeniach. Pierwsza męczennica dzisiejszego dnia wykonywała przytabliczne akrobacje, a my, członkowie loży szyderców ostatniego rzędu, podrażnieni jej kobiecymi kształtami, pozwalaliśmy sobie na sprośne komentarze - posyłane w dal, przynosiły odzew w postaci tłumionego śmiechu okolicznych kompanów.

Zadanie w bólach rozwiązane, zadanie skończone, więc kolejnych ofiar zażądał tablicowy szafot. Tym razem pobledliśmy ze strachu -  kreski nakreślone przez profesora na ciemnozielonej płaszczyźnie przypominały jakiś dawno umarły język; z góry, z dołu, od prawej do lewej – z żadnej strony nie dało się rozszyfrować powykręcanych fikuśnie symboli.

Wtem stała się rzecz niesłychana. Kolega siedzący obok mnie podniósł rękę i ogłosił wszem i wobec, że podejmie się rozwiązania fizycznej łamigłówki. Nasze miny momentalnie powykręcały się ze zdziwienia i z podziwem odprowadzaliśmy go pod tablicę.

- Jak się pan nazywa?

- Torzecki.

- Słucham? – Profesor z lekko agresywnym zdziwieniem otaksował wyrywnego studenta.

- Nazywam się Piotr Torzecki.

Zawsze mieliśmy ubaw z tej zbieżności nazwisk. Profesor zwykł niekiedy na wykładach wyjaśniać różne problemy wykorzystując swoją własną osobę: „Teraz wyobraźcie sobie, że pan Torzecki wsiada do rakiety”, „Pan Torzecki porusza się z prędkością zbliżoną do prędkości światła”, „Drodzy studenci, przyjmijcie w tym momencie, że pan Torzecki porusza się w windzie ruchem…”.  Zawsze po tego rodzaju tekstach tarzaliśmy się wzajemnie w swoich śmiechach, a nasz biedny kolega musiał przeżyć fakt, że on także jest obiektem tych chichów. Tym razem nie było wyjątku - przystopowaliśmy tylko z głośnością, ponieważ profesor miał w tej chwili o wiele większą władzę nad nami. Bardziej bolesną.

- Widzicie, drodzy państwo, że w tym przypadku prawie jakbym sam rozwiązywał te zadanie. – W sali w tym momencie wybuchła niekontrolowana salwa śmiechu. - Proszę, niech pan weźmie do ręki kredę i zacznie robić stosowne obliczenia.

Z każdym kolejnym zubożeniem kredy o tablicę na twarzy naszego straceńca pojawiały się kolejne strumyki potu, które w końcu połączyły się w jeden słony potok. Ręka zaczynała mu drżeć coraz bardziej; zjawisko interferencji nerwów uprzykrzyło w pewnym momencie pisanie w stopniu znacznym. Kolega więc przerwał pisanie i odwrócił się do profesora, zadając pytanie:

- Czy przypadkiem nie powinniśmy przyjąć podczas obustronnego całkowania równania, że stała „m” ma ujemną wartość?

Profesor powoli wstał i nieśpiesznym krokiem przywędrował pod tablicę. Zmrużył oczy tak, że przez okulary było widać zaledwie dwie cienkie, czarne kreski, chwilę wpatrywał się w dokonane obliczenia i wreszcie orzekł:

- Nie, proszę pana.

Kolega odetchnął z ulgą – wszystko, co do tej pory zrobił, było najwidoczniej poprawnie wykonane. Kolejno nastał czas wielkich przekształceń; co rusz powstawały nowe nawiasy, część tablicowych bazgrołów znikała pod gąbczastą powierzchnią, by znów powstać w zmienionej formie. Nawiasy redukowały się wzajemnie i zwolnione ze swego obowiązku podążały zgodnym krokiem na piwo. Czuć było podniosłość chwili, gdy wszystkie ślimaki znikały kolejno w następnych ruchach, szach i…

- Niestety, muszę przyznać, że miał pan rację – odezwał się na moment przed kodą profesor. – „M” winno mieć znak minus. Jak widać, student tym razem przerósł wykładowcę.

- Proszę wybaczyć, ale to tylko kwestia przypadku… - kolega żywo zaprotestował.

- Niech pan uwierzy w siebie i przyjmie to za pochwałę.

- Musi mi pan wybaczyć, ale nie potrafię. Dla mnie jest to po prostu wyolbrzymienie prostego spostrzeżenia. Wiara w siebie nie ma tu nic do gadania.

- Owszem, ma, młody człowieku…

Profesor powrócił na swoje miejsce za biurkiem, rozsiadł się wygodnie i kontynuował:

- Bez wiary w siebie każde rozwiązanie będzie złe.

- Jak to, przecież zawsze najważniejszy jest wynik?

- Czy uważa pan, że człowiek upodlony, gdy zdobędzie szczyt, będzie szczęśliwy z powodu tego, czego dokonał?

W tym momencie wywiązała się szermierka wzroczna. Profesor dzięki swym okularom miał wielokrotną, stosowną do mocy szkieł przewagę.  Nasz kolega starał się parować ciosy poprzez otwarcie ust i próbę wydania głosu, jednakże wszelkie zamiary zostały zduszone w zarodku. Profesor zadał ostateczne, przeszywające duszę kłucie, upewnił się, czy osiągnął zamierzony efekt, a następnie sam odpowiedział na pytanie:

- Nie, proszę pana. Nie będzie szczęśliwy. Przejdzie szczyt, nawet go nie zauważy, i ze zgiętym karkiem będzie kroczył dalej, by próbować zdobyć kolejne wzniesienie. Będzie uważał, że to, co zdobył, jest nie-wy-star-cza-ją-ce. Że szczęście jest gdzieś wyżej.

- Ale…?

- Od pierwszych ćwiczeń uważnie pana obserwowałem i wyciągnąłem następujące wnioski: pomiędzy panem a mną istnieje coś gorszego niż zbieżność nazwisk. Pan jest dokładnie taki sam, jak ja za młodu. Zgarbione karnie plecy, z przestrachu podkulona głowa, łamliwy głos… Zadam jeszcze tylko pytanie, by się doszczętnie upewnić: co i w jaki sposób chce pan w życiu zdobyć, osiągnąć?

W tym momencie na sali widzieliśmy tylko jednego Torzeckiego. Torzeckiego rozszczepionego przez pryzmat naszej jaźni na dwa odrębne byty, różniące się przebiegiem czasowym. Różniące się doświadczeniem – ach, ta gorycz świadomości popełnionych błędów, które młody byt dopiero co ma doświadczyć. Starszy byt znający każdą odpowiedź na pytania młodszego bytu. Nie da się jednak złączyć ich w jeden doskonały twór; nie udaje się naszej percepcji wyciągnąć tego, co w nich najlepsze - młodości i doświadczenia, by przekuć je w jeden rdzeń cielisty. Najgorsze było to, że wcześniej nie zdołaliśmy wychwycić skrajnego podobieństwa w wyglądzie, gdzie jedyną różnicą był czas. Taka hańba dla naszej spostrzegawczości!

- Ja… pragnę tylko prawdy – niepewnie ogłosił Piotr.

- Ha, no właśnie! I tu popełnia pan karygodny błąd – zagrzmiał profesor, akcentując koniec zdania uderzeniem pięścią w stół.

W tym momencie my, studenci, zgodnie ustaliliśmy, że nie możemy tak dłużej siedzieć nieposegregowani. Nie można naraz popierać młodej i starej wersji Torzeckiego. Chwila wymagała od nas ustalenia wyraźnej granicy frontu. Trzeba było koniecznie zorganizować szyki, by znać, kto swój, a komu można dać w gębę. Uzgodniliśmy, że profesorszczycy zasiądą w lewym rzędzie, a zwolennicy młodziaka w prawym. Bardzo chciałem stanąć po stronie kolegi, ale… ale wrodzona karność i posłuszeństwo względem starszych nie wręczyły mi przepustki w drodze wyjątku. Gdy już kurz obudzony przez powstały harmider opadł, profesor kontynuował ofensywę:

- Pańskie ramiona są aktualnie zbyt wątłe, by unieść ten ciężar. Życie samo pana chroni przed popełnieniem tej nieodwracalnej pomyłki. „Pan musi siebie stracić, żeby siebie zyskać”. – Klaskaniem staraliśmy się zagłuszyć buczenie naszych oponentów. Stary Torzecki wstał i ukłonił się nam w podzięce za te wierne owacje. - Od razu uprzedzam, że dwudziestoczterogodzinne, tępe szczęście, także nie jest najlepszym rozwiązaniem, ponieważ i tego próbowałem, i nic pozytywnego z tego nie powstało. Będąc cały czas szczęśliwym, nie jest się zdolnym do zauważenia rzeczy naprawdę ważnych. Hm, przez całe życie starałem się znaleźć punkt wyjścia, a rozwiązanie jest takie proste… i musiało zostać wykrystalizowane przez moje młodsze ja. Zwyczajna wiara w siebie. Phi.

Obscenicznymi gestami oraz skandowaniem pro-profesorkich haseł oznajmialiśmy studenciakom, że czeka ich nieunikniona sromota. Czując się bezkarnymi, ciskaliśmy także w swych nieprzyjaciół krzesłami antysemickich haseł.

- Może nie wiara w siebie, tylko w wyznawane wartości? Nie jesteśmy w podstawówce, więc proszę takie rzeczy uściślać – zagrzmiał młody Torzecki, a nasz rząd aż zaniemówił z wrażenia. Takie chamstwo względem profesora, który starał się sztubakowi w dobrej wierze wyjaśnić…- Jeśli już mam coś uznać, to tylko wiarę w wyznawane wartości!

- Oczywiście, i może jeszcze na dodatek w krzywe poglądy?  Spróbuję wyjaśnić „wiarę w siebie”, żeby coś dotarło do pańskiego zakutego rozumu. – Gwizdom z prawego rzędu nie było końca; staraliśmy się zatamować te niekończące się dźwięki wydawane przez oponentów, ale w końcu przerosło to nasze możliwości. – Wiara w siebie oznacza po prostu „wiarę w to, co robię, w sens swojego działania”.

- I tak nie przyjmę pańskiego punktu widzenia. Hektolitry słów mogą zostać przelane, a ja wciąż będę wierzył w swoją rację.

- Skoro jest pan taki uparty… - Profesor wsunął rękę do teczki i czegoś usilnie szukał. – To pozostaje nam tylko jedno wyjście. – Pewnym ruchem wyciągnął rewolwer, na widok którego kręgosłupy nam momentalnie zesztywniały z przerażenia. – Zagramy w rosyjską ruletkę. W bębenku są trzy naboje. – Pokazał zaciekawionej widowni trzy błyszczące się łuski śpiące w bębenku. – Zasady są w miarę proste i są wyprowadzone z faktu, że to, co się dzieje w tej sali, jest pewną anomalią fizyczną, ponieważ nie istnieje racjonalne wytłumaczenie, czemu przede mną stoi moja młodość. Wytłuszczę więc reguły: jeśli ja zginę, to pan będzie wiódł spokojne życie do momentu, kiedy osiągnie pan dokładnie taki sam wiek jak ja dzisiaj. Jeśli natomiast pan zginie, to i przy okazji ja, ponieważ wtedy stare „ja” nie ma racji bytu. Jaka moja będzie korzyść z tego? Będę cieszyć się w nicości, że przynajmniej taki głąb jak pan, moja niepokorna młodość, nie będzie dalej kroczył po ziemi, gdy przez całe życie zbierałem dla pana doświadczenie, którym tak pan jednak raczył pogardzić. Przyjmuje pan moje warunki?

- Ależ oczywiście.

- A więc – niech pan zaczyna!

Student podszedł do biurka, wziął rewolwer i zakręcił magazynkiem. Dźwięk wirującej masy staliwa świdrował nam uszy i w milczeniu oczekiwaliśmy na wynik. Drżący kciuk naciągnął kurek, otwór wylotowy lufy zmroził skórę czaszki. Ptaki za oknem ściszyły trele. Zegar głośno klekotał mechanizmem. W końcu… suchy trzask.

Gramy dalej.

Profesor się nie cackał. Zakręcił magazynkiem niczym kowboj ze starego westernu, mechanicznym ruchem przygotował broń do strzału. Lufa zawędrowała na swoje miejsce, bez momentu zastanowienia pociągnął za spust i… znowu nic.

Student ledwo trzymał się na nogach.

Drżał jak śledziona z węgorza wyrwana. Magazynek obrócił się kilka razy. Młody Torzecki gapił się na broń jak sroka w gnat. Oczy jak idealne kwadraty. Chyba chciał zrezygnować, ale profesor podszedł do niego i go spoliczkował. Duch przywrócony do pionu, odciągnął kurek, broń przygotowana i ustawiona. Pociągnięcie za spust. Strzał.

Zatrzęsło nami podwójnie. Pierwszy wstrząs wynikał z przerażenia hukiem, drugi wynikał z tego, co ujrzeliśmy. Młody Torzecki stał. Żył. Żadnej rany, prócz czerwonej strużki krwi wydobywającej się z ucha.

- Idioto, naprawdę myślałeś, że dałbym ci rewolwer nabity prawdziwymi nabojami? A teraz won – możesz się już więcej nie pokazywać na uczelni! Słyszysz?! Won! Bo zaraz wymienię ślepaki na prawdziwe naboje!

Młodemu Torzeckiemu nie trzeba było pięć razy tłumaczyć. Wybiegł z sali z prędkością zbliżoną do prędkości światła. Zrobiliśmy nawet zaraz zadanie oparte na jego przypadku, związane z dylatacją czasu. Więcej go już nigdy nie ujrzeliśmy – przynajmniej nie można mu zarzucić nieposłuszeństwa.

Wieczorem, odsuwając twarz od świeżych piersi Marii, zastanowiłem się przez chwilę - co by się stało, jakby jednak młody Torzecki się zastrzelił? I jak zdobędzie wyższe wykształcenie, aby nas uczyć?

 

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
Katurbo · dnia 24.01.2014 05:23 · Czytań: 641 · Średnia ocena: 5 · Komentarzy: 13
Komentarze
Ryszard Taxidriver dnia 24.01.2014 10:49 Ocena: Świetne!
Tekst zrobił na mnie ogromne wrażenie, choć z pewnością nie zrozumiałem go w pełni. Nie odkryłem też sensu ukrytego dna, którym jest on podszyty. Spotyka się dwóch mężczyzn, jeden stary, drugi młody, a przecież to ta sama osoba. Musi mieć to coś wspólnego z teoriami Einsteina, szczególnie, że piszesz o antysemickich hasłach. Mi kojarzy się to trochę z paradoksem bliźniąt, ale pewnie chodzi o jakąś inną teorie, o której być może nigdy nie słyszałem. Użyty język jest świetny. Stworzyłeś klimat ćwiczeń z fizyki na kwasowym haju. Mimo to nie ma zbyt wielu metafizycznych porównań i tekst wciąga płynnie posuwając się do przodu. Chylę czoła i będę obserwował komentarze bo jestem ciekaw co inni tu jeszcze odkryją i czy wspólnymi siłami rozszyfrujemy twoją łamigłówkę.
Jeszcze jedna uwaga, do rewolweru bardziej pasuje określenie bębenek niż magazynek. Chociaż być może bębenek jest rodzajem magazynka.
henrykinho dnia 24.01.2014 20:04
Wciągnąłem się już od początku, nie miałem szans, bo ta tematyka na mnie działa, wciąż dobrze pamiętam przedstawiony przez ciebie klimat. Trafnie opisujesz nerwowość charakterystyczną dla zajęć z... fizyki, algebry, nieważne, powoli (a może i wcale nie powoli) budując zaskakujący suspens. Pomieszanie rzeczywistości z zakrzywieniem czasu i teorią przodka wypadło naprawdę dobrze, na całym dystansie utrzymując moje zainteresowanie na jednakowym, wysokim poziomie. Do tego język daje radę, jest kilka bardzo fajnych plecionek:

Cytat:
ci­ska­li­śmy także w swych nie­przy­ja­ciół krze­sła­mi an­ty­se­mic­kich haseł.


Pojedynek profesor-młody, młody-profesor rozplanowany ze smakiem. W końcu wykładowca i tak przepędził samego siebie z uczelni, ha! Widać, że nawet profesorowie mogą być niezadowoleni z obranej ścieżki, więc niejako dobrodusznie dałeś wylanym cień nadzeji - wciąż macie szanse na szczęście ;)
Jak dla mnie - dobra robota.
Katurbo dnia 24.01.2014 20:25
Hej Taxidriverze!

Chciałem coś napisać o interpretacji, ale... Pozwól, że jeszcze trochę poczekam i wyłożę wszystko, co chciałem zawrzeć i...

Później wszystko wytłumaczę. ;)

Co do bębenka - dokładnie istnieje coś takiego jak bęben rewolwerowy i myślę, że w tym przypadku nie jest to błędem, z drugiej strony można jednak założyć, że czytelnik doskonale wie, jak wygląda rewolwer i jego magazynek... Zamotałem się teraz, nie wiem, co byłoby lepsze.

...

Cześć Henrykinho!

Dzięki ogromne za komentarz - szczerze mówiąc bałem się, że cały zawarty temat trąca ogromnym banałem, ale jak widzę, lubię się sam wkręcać w jakieś dziwne myśli. Mogę spać (dzisiaj) spokojnie. :>
Dobra Cobra dnia 26.01.2014 15:18 Ocena: Świetne!
Dobre, nawet bardzo dobre! Ile emocji! Brawo!

Weź tylko dla dobra swojego - a i braci czytelniczej - wstaw wszędzie spacje po myślnikach poprzedzających wypowiedzi bohaterów, proszę!

Dobrze kombinujesz.


Do następnego,

DoCo
Katurbo dnia 26.01.2014 17:34
Hej Dobra Cobro!

Już poprawiam te nieszczęsne myślniki - szczerze mówiąc nawet nie zwróciłem na nie kompletnie uwagi. Świadczy o tym pewne niezdecydowanie w zapisie (kilka razy pojawiają się spacje po "-";).

Dzięki za dobre słowo ;)
Dobra Cobra dnia 26.01.2014 17:35 Ocena: Świetne!
Jak dobry towar to i dobre słowo się zawsze znajdzie, moj drogi.

Pozdrawiam,

DoCo
Katurbo dnia 26.01.2014 17:42
Jeszcze raz - ogromne dzięki ;)
Ryszard Taxidriver dnia 31.01.2014 10:28 Ocena: Świetne!
I co kolego? Wyjaśnisz o co chodziło, bo wciąż jestem ciekaw. :)
Wasinka dnia 31.01.2014 22:28
Z przyjemnością wlazłam w tę pozakrzywianą przestrzeń, czarną dziurę czy jakkolwiek to nazwać. Nie bez przyczyny rzecz się dzieje na zajęciach z fizyki. Jednak - nie będę teraz wnikać z teorie naukowe, spojrzę na tekst okiem zwykłego człeka, jakim jestem. Bo w jednym z kontekstów jest to dla mnie po prostu historia zmagania się w sobie, borykania z wyborami i zdecydowaniem się na drogę. Walka o pewne ideały czy wartości, które nie na każdym etapie życia wyglądają tak samo. Młodość nie słucha czasem dojrzałości, dojrzałość stara się kierować doświadczeniem i tym, co sam o sobie wie, kiedy była młoda. Nie jest to odkrycie żadne, wiem, ale tak mi się twój tekst skojarzył - z poszukiwaniami i wyborem między młodym/starym. Ostatecznie młodość została przegnana, uciekła pod naporem tak naprawdę przypadkowego, ze tak powiem, argumentu. Strony aplauzujące i buczące - świetne. Każde spojrzenie ma swoje za i przeciw. Zdecydowanie jednak nie jest tu poparte uniżenie i podkulony ogon.
Trzeba wiedzieć, kim się jest, odkryć swoja tożsamość, być jej wiernym. Ale niemożliwość kompromisu czy stworzenia osobowości z najlepszych cech młodego i starego - zawsze będzie bolączką istnienia.
W pewnym momencie, od pojedynku wzrocznego, tekst przypomniał mi Gombrowicza.

Dobrze napisane, z werwą i giętkim językiem.
I w dodatku nawiązanie do Witkacego (uwielbiam tę piosenkę)... Może ten tekst to autoportret Witkacego po prostu... Tak mi się skojarzyło, przyznam. A gdy o tych antysemickich krzesłach...
No i przy okazji skojarzyło mi się, że młody i stary Torzecki to ojciec i syn Witkiewicz. Bo też i Maria... żona Stanisława starszego (nie wspominając nawet o kochance, również Marii)...

Parę technicznych spraw (przykładowo) :
Cytat:
nie da­ją­cy się w żaden spo­sób
- niedający
Cytat:
wkro­czył nasz pro­fe­sor To­rzec­ki.
Nigdy nie do­wie­dzia­łem się, czy nasz pro­fe­sor zda­wał
- celowe powtórzenie "nasz profesor"?
Cytat:
nigdy nie mia­łem od­wa­gi się spy­tać
- proponuję bez "się"
Cytat:
Na­stęp­nym eta­pem było za­da­nie nam sa­kra­men­tal­ne­go py­ta­nia: „Czy jest może jakiś ochot­nik do tego za­da­nia?”
- rym pytania/zadania i wpada na siebie zadanie/zadania
Cytat:
Gdy pro­fe­sor wo­dził swym krót­ko­wzrocz­nym wzro­kiem po upo­rząd­ko­wa­nych al­fa­be­tycz­nie zbit­kach na­szych imion i na­zwisk, to myśmy ku­li­li
- można bez "swym", można też zamienic wzrok na spojrzenie, jeśli miałoby nie wpadac krótkowzrocznym i wzrok; ponadto wyrzuciłabym "to"
Cytat:
ma­łych roz­mia­rach i ma­sach, i wy­tę­ża­li­śmy słuch.
- niepotrzebny przecinek
Cytat:
Im bar­dziej pro­fe­sor pro­sto­wał się, tym bar­dziej
- może: się prostował
Cytat:
Nasze ciała wy­pro­sto­wa­ły się, od­prę­ży­ły, z ulgą uło­ży­ły się wy­god­nie na sie­dze­niach.
- wyrzuciłabym drugie "się"
Cytat:
po­dej­mie się roz­wią­za­nia za­da­nia
- może pokombinować, żeby podobne brzmienie nie było (-ania/-ania)
Cytat:
wy­ja­śniać różne pro­ble­my(,) wy­ko­rzy­stu­jąc swoją

Cytat:
w tym przy­pad­ku pra­wie jak­bym sam roz­wią­zy­wał te za­da­nie. – W sali w tym mo­men­cie
- to zadanie; wpada na siebue też "tym", ogólnie dość często używasz sformułowania "w tym momencie/na moment"
Cytat:
Pro­fe­sor po­wo­li wstał, i nie­śpiesz­nym kro­kiem
- bez przecinka
Cytat:
– ode­zwał się na mo­ment przed kodą pro­fe­sor. – „(M)” winno mieć znak minus.

Cytat:
jak ja zza młodu
- a nie za młodu?
Cytat:
- Ja… pra­gnę tylko praw­dy. – nie­pew­nie ogło­sił Piotr.
- bez kropki podkreślonej
Cytat:
I tu po­peł­nia pan ka­ry­god­ny błąd. – za­grzmiał pro­fe­sor,
- tak samo
Cytat:
„Pan musi sie­bie stra­cić, żeby sie­bie zy­skać”(.) – Kla­ska­niem sta­ra­li­śmy się za­głu­szyć bu­cze­nie na­szych opo­nen­tów. Stary To­rzec­ki wstał i ukło­nił się nam w po­dzię­ce za te wier­ne owa­cje(.) - Od razu uprze­dzam,

Cytat:
Ptaki za oknem ści­szy­ły swoje trele. Zegar gło­śno kle­ko­tał swym me­cha­ni­zmem.
- a może bez "swoje" i swym"?
Cytat:
Przyj­mu­je pan moje wa­run­ki(?)

Cytat:
Wie­czo­rem tylko, od­ci­ska­jąc swoją twarz od świe­żych pier­si Marii za­sta­no­wi­łem się przez chwi­lę
- Wieczorem, odciskając twarz od świeżych piersi Marii, zastanowiłem się tylko przez chwilę (i może raczej odciskając na/ odsuwając od)


Pozdrawiam księżycowo.
Katurbo dnia 01.02.2014 16:03
Hej Wasinko!

Dzięki za niezłą korektę - już się zabieram do pracy. ;)
Dobra Cobra dnia 01.02.2014 16:10 Ocena: Świetne!
Same głupie spacje po myślnikach, zaczynających zdania, a już tekst wygląda sto razy lepiej! Od razu inaczej to wygląda, od razu zaproszenie dla czytelnika staje się o wiele ciekawsze! Chce się czytać po prostu. Brawo!

DoCo
Katurbo dnia 01.02.2014 17:41
Taxidriverze,

co do interpretacji - Wasinka w pierwszym akapicie określiła to, co było moim zamysłem. Natomiast strasznie się cieszę, że odbiorca jest w stanie z tekstu wyciągnąć jeszcze więcej. Podoba mi się to i szczerze mówiąc nie mam nic przeciwko - nawet jestem skłonny przyjąć to do "oficjalnej" wersji interpretacji.

Miło tak odkrywać swój tekst "na nowo" ;)
Wasinka dnia 02.02.2014 21:55
To widzę, że z interpretacją pod kątem Witkacego mnie poniosło.
Ale to wszystko przez śledzionę z węgorza wyrwaną. Pomyślałam, że musi mieć jakieś głębsze uzasadnienie wykorzystanie onej.

:)
Proza: Górna Półka
Proza: Dolna Półka
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
ApisTaur
29/09/2022 22:45
Zbigniew Szczypek rany/ tak dawno tu nie buszowałem/ więc… »
ApisTaur
29/09/2022 22:26
czas każdego załatwi/ nie zawsze po cichu/ mi coraz bardziej… »
Sirpions
29/09/2022 22:18
alt art-oszust, Marek Gajowniczek-ten to produkował… »
ApisTaur
29/09/2022 22:13
Sirpions swoją metrykę spaliłem/ byle wszystkim na… »
Sirpions
29/09/2022 22:09
Pan (Jezus?) nie uważał ludzi za psy, bo stworzono ich na… »
Sirpions
29/09/2022 22:06
Widać, że nie bardzo masz o czym pisać. Banalna opowiastka o… »
Sirpions
29/09/2022 22:03
Ciekawa historia z tym Pawłem. Opowiadanie traktuję jako… »
Sirpions
29/09/2022 21:56
Kolejny nudny tekst. »
Sirpions
29/09/2022 21:55
W sumie nudna opowiastka. »
Sirpions
29/09/2022 21:35
Co ty za pierdoły pociskasz ? Straszenie dzieci topielicami,… »
Marek Adam Grabowski
29/09/2022 21:20
To jedne z najprzyjemniejszych komentarz jakie miałem pod… »
wolnyduch
29/09/2022 21:17
Pięknie o tym, iż lato nas żegna, ale mimo tego mając bliską… »
Sirpions
29/09/2022 21:17
Nie chcę bana. Chcę, żeby mnie wykreślono i moją radosną… »
Tjereszkowa
29/09/2022 20:47
Hej, Marku! Wiadomość o dedykacji sprowadziła mnie na stare… »
gaga26111
29/09/2022 20:04
Dziękuję ludzie ???? Cieszę się że możemy czuć.… »
ShoutBox
  • zawsze
  • 27/09/2022 20:50
  • pozdrawiajki!
  • Ronin
  • 26/09/2022 10:16
  • Przyciśnięcie prawego przycisku myszy nie daje opcji "wklej".
  • wolnyduch
  • 24/09/2022 12:39
  • Dzień dobry - uprzejmie proszę Szanowną Redakcję, o skasowanie mojego ostatniego wiersza, bowiem jest to twór soneto podobny, a miałam dać inny wiersz jesienny, ten dałam pomyłkowo.
  • Zola111
  • 24/09/2022 01:00
  • Głosujcie, bo nie głosujecie: [link]
  • ajw
  • 19/09/2022 17:30
  • Nastrojowe :)
Ostatnio widziani
Gości online:0
Najnowszy:Usunięty
Wspierają nas