Pływając w czerwonym basenie niepewności - ipsylon
Proza » Miniatura » Pływając w czerwonym basenie niepewności
A A A

Nie wiedziałem, jak się nazywa. Nie miałem pojęcia, gdzie mieszka ani skąd jest. Nie poznałem jej osobiście, nie zamieniłem nawet jednego słowa. To nie traf, zrządzenie losu czy Boska interwencja. Zresztą, gdyby tak było, wcale nie byłbym wdzięczny. Dziękować jakiejś obcej sile, której nikt de facto nie widział i przekonująco nie opisał, za tak niesamowite spotkanie, po którym przez kilka miesięcy nie mogłem zmrużyć oka, a w ciągu dnia chodziłem jak cholerne zombie? Wolne żarty!
Nie tak wyglądają wstępy do tego typu historii, prawda? Co powiecie na to?
Miała na imię Jennifer, kupiłem u niej bilet z Kolorado do Nebraski, płaciłem gotówką. Poczekalnia świeciła dziś pustkami, jakby wszyscy nagle pouciekali, zostawiając mi otwartą furtkę do operacji pod kryptonimem „Amorki albo Humorki, czyli sztuka szukania bez zbędnego wkurwiania”. Banknoty były trochę zmięte, jakby stary żul przez pół życia chował je głęboko w gaciach, ale przecież tylko takie miałem w przegródce. Na usprawiedliwienie mogę dodać, że nie czułem się wtedy komfortowo. Ani trochę. Miałem nadzieję, że mój schludny strój, starannie uczesane włosy i wysoka kultura osobista nadrobią ten jakże przykry błąd sytuacyjny, towarzyską wpadkę. Pamiętam nawet, jak to się nazywa w obcym języku. Nie, nie pomagajcie mi. Faux pas. Chyba.
Ona zdawała się być podekscytowana, zaskoczona tak nieoczekiwanym spotkaniem, ale zadowolona. Uśmiechnęła się do mnie, a ja do niej; od razu poczułem, że między nami iskrzy. Intuicja mnie nie myliła: oto stoję przed kobietą swego życia. Z wrażenia zostawiłem portfel, odchodząc z cholernie wielką pokusą ostatniego spojrzenia w jej wielkie oczy, ale Jennifer (przynajmniej takie imię widniało na plakietce przypiętej do siwego swetra z delikatnym dekoltem; skąd u pracowników takie etykietki? Nigdy wcześniej ich nie widziałem. Boże, więc jednak istniejesz!) poczekała, aż oddalę się na odpowiednią odległość, i zawołała przepięknym, melodyjnym głosem: Proszę pana! Portfel!
Odwróciłem się, a na mojej twarzy malowało się najczystsze w świecie spełnienie, to uczucie, gdy wracasz do domu, żona wychodzi z pokoju ze śpiącym na rękach dzieckiem i obdarza cię spojrzeniem, które podnosi ci kąciki ust.
I żyliśmy długo i szczęśliwie.
Lepiej, nieprawdaż? Może trochę banalnie, zbyt melodramatycznie, ale przecież wielbiciele miłosnych historii nie szukają na zapisanych kartkach życiorysów małomiasteczkowych pryków w próchniejących chatkach, tylko uczuć; tego dziwnego wirowania w żołądku, szaleńczej gonitwy myśli nieraz tak sprzecznych, że ciężko uwierzyć, że rodzą się pod jedną kopułą, tej dziwnej chęci do porzucenia wszystkiego, z czym do tej pory mieliśmy do czynienia, zerwania z całym światem, pod warunkiem że za ostatnimi drzwiami będzie czekać właśnie ona, tylko ona.
Jeśli to czytacie, tego pewnie oczekujecie; w przeciwnym razie wrócilibyście do Cobena, Koontza, Kinga czy Lovercrafta. Jeśli nadal tu jesteście, a mimo to czujecie się zawiedzeni, dajcie sobie spokój. Nie potrafiłem ofiarować niczego tej jedynej kobiecie, a co dopiero wam. Ciężko rzucić komuś świat do stóp, gdy dysponujesz tylko marną wersją siebie. Niektórzy boleśnie się o tym przekonują. Nie byłem przystojny, dobrze zbudowany, o inteligencji mogłem co najwyżej pomarzyć. Jedyne, co potrafiłem, to okładać ludzi pięściami. Na ulicy się przydawało. Tylko tam.
To nie jest kolejny hymn opiewający błogosławiony przypadek, kochane zrządzenie losu czy nieomylne przeznaczenie. To opowieść o pierdolonym zbiegu okoliczności, pieprzonym spisku czasoprzestrzennym, którego ofiarą się stałem, niczym antyczni bohaterowie skazani na kaprysy bogów.
Moje pierwsze spotkanie z nią trwało kilka sekund. Szwendałem się po bibliotece, szukając sam nie wiem czego, a najpewniej po prostu zabijając czas, którego ostatnio miałem aż zanadto. Zwolnili mnie z papierni, to już siódma firma, w której nie wytrzymałem dłużej niż miesiąc. Jak zwykle poszło o mój, jak to powiedzieli, trudny charakter. Wcale nie jestem trudny, ja najzwyczajniej w świecie nienawidzę podziałów na równych i równiejszych. Jeśli jakiś spokrewniony z szefem kutasina uważa, że może opuszczać swoje miejsce pracy, obarczając nas dodatkową robotą tylko dlatego, że nazywa się tak a nie inaczej, to przepraszam bardzo. Moje pięści nie potrafią czytać, ale z chęcią sprawdziły, czy frajer nie miał czasem na twarzy swoich inicjałów napisanych alfabetem Braille’a. Mój atak miał charakter czysto empiryczny, po prostu byłem ciekaw.
W bibliotece poraził mnie spokój, niespotykana nigdzie indziej (no, chyba że na cmentarzu) cisza i harmonia. Ludzie stąpali cichutko po posadzce, zupełnie jakby fruwali, albo chodzili po wyjątkowo miękkim dywanie. Moje ciężkie kroki początkowo wzbudziły nieprzychylne spojrzenia, ale dość szybko dostosowałem się do panujących we wnętrzu budynku reguł. Tam nie było zbędnych podziałów, tylko człowiek i ogrom książek na zakurzonych półkach. Jedni przechadzali się między regałami, inni ślęczeli nad referatami przy ogromnym stole - rysiki przecinały powietrze suchym szuraniem. Bibliotekarka siedziała za biurkiem pogrążona w jakiejś książce, nieświadomie obgryzając paznokcie; założyła nogę na nogę, a jej stopa w czarnym bucie z niskim obcasem rysowała pod masywnym blatem niezrozumiałe kształty, zatrzymując się na chwilę, gdy kobieta przewracała kartkę.
Zastanawiałem się, jakie to uczucie. Co kotłuje się w głowie człowieka skupionego nad niezliczonymi kolumnami liter, kropek i przecinków, jak pracuje jego wyobraźnia, czy kreśli dokładne obrazy wszystkiego, co przeczyta, czy zarysowuje tylko niewyraźne kontury, zostawiając resztę słodkiej niepewności. Do tego stopnia pogrążyłem się z zamyśleniu, że wpadłem ramieniem na jeden z ogromnych regałów. Mebel nawet nie drgnął; on trzymał na swoich barkach setki książek, nierzadko w twardych oprawach, ja na lichych gnatach taszczyłem niecałe sto dwadzieścia funtów skóry i zanikających mięśni. Próba ruszenia tego molocha była jak gra w bierki w zimowych rękawiczkach.
Nie przesunąłem regału, ale zwróciłem jej uwagę. Stała nieopodal, wertując niespiesznie strony jakiejś książki. Nie wiem, czy bardziej usłyszała głuche łupnięcie mojego ramienia, czy bogatą wiązankę epitetów zaraz po nim. Nieważne. Istotne, że podniosła głowę znad lektury i utkwiła we mnie spojrzenie. To był moment, który nigdy nie powinien nadejść, powtarzałem sobie później podczas nieprzespanych nocy.
Dziewczyna miała długie, kasztanowe włosy, piwne oczy, wąski nos i łagodne rysy twarzy przypominające wszystkie nieznajome piękności, które siedzą na parkowych ławkach z książkami w dłoniach, roztaczając wokół siebie aurę subtelności i klasy; przedsionek nieba. Miała na sobie jasne jeansy i kremową tunikę, a na szyi ozdobny szal w kolorze morskiej piany. Gdy nasze spojrzenia się spotkały, moje ciało przeszył prąd, rozchodził się od serca, promieniując aż do czubków palców. Przez ułamek sekundy myślałem, że stracę przytomność, mgiełka zasnuła mi wzrok, zapierając dech w piersiach.
Stałem oparty o pionową belkę regału z łomoczącym sercem, a świat zastygł w bezruchu. Drobinki kurzu tańczące w snopach wpadającego przez okna światła gwałtownie zwolniły, ucichły suche drapania piór i długopisów, ludzie zatrzymali się w najdziwaczniejszych pozach, jakie kiedykolwiek widziałem. Wszystko zamarło. Wszystko z wyjątkiem dziewczyny. Jej twarz nadal miała ten sam, zamyślony wyraz, ale źrenice jej piwnych oczu zwężały się i rozszerzały w rytm mojego galopującego oddechu. Widziałem to, widziałem to bardzo dokładnie. Piersi pięknej nieznajomej falowały jak gdyby nic, podczas gdy ja ze świstem wypuszczałem powietrze z dziko pracujących płuc. Nikt nie zauważył mojego potknięcia, tylko ona. Studenci nie odwrócili nosów od referatów, bibliotekarka nie zwolniła z lekturą, a inni zwiedzający zaabsorbowani byli szukaniem tytułów wśród nieliczonych rzędów milczących, papierowych grzbietów. Tylko ona zwróciła uwagę na gapowatego chudzielca w poszarpanych włosach miotającego inwektywy pod adresem zaimpregnowanego kawałka drewna.
Po kilku sekundach, które zdawały się trwać zdecydowanie za krótko, dziewczyna spuściła wzrok i na powrót wertowała kartki. Brak reakcji ze strony nieznajomej zszokował mnie bardziej niż jej nieprzeciętna uroda. Zaczerwieniłem się jak dziecko dostające reprymendę przy całej szkole, po czym zawinąłem ogon. Nie wiedziałem, co zrobić. Całe życie spędziłem na ucieczce od wszystkiego, co ludzkie. Otaczałem się patologią, by zrekompensować sobie społeczne upośledzenie. Teraz stałem oko w oko w esencją piękna. Logiczne, że uciekłem.
Od tamtego czasu codziennie bywałem w bibliotece. Przestałem szukać innej pracy. Po co? Nie wytrzymałbym w niej dłużej niż poprzednio. Ucieczka z gówna do rzeki toksycznych odpadów to żadna ucieczka, co najwyżej pogłębianie własnego grobu. Nie spałem po nocach. Twarz dziewczyny prześladowała mnie wszędzie i o każdej porze. Nie potrafiłem o niej zapomnieć. Spacerowałem wśród bibliotecznych regałów od rana do popołudnia, gdy sprzątaczka siłą wyrzucała mnie na ulicę. Często stałem nieruchomo w miejscu, gdzie wtedy zobaczyłem nieznajomą. Wyglądałem jak duch, widmo sterczące w jednym punkcie jak nawiedzona pamiątka morderstwa. Zachowywałem się jak psychol, ale czyż zakochany człowiek nie jest na swój dziwny sposób szalony? Czyż nie postradał zmysłów?
Pewnego dnia postanowiłem wyruszyć do biblioteki po raz ostatni. Kończyły mi się oszczędności, od dawna nie jadłem porządnego posiłku, a nieznajoma jakby zapadła się pod ziemię. Kojarzyła mnie już większość bywalców. Jedni posyłali mi współczujące spojrzenia, inni kiwali głową z dezaprobatą. Niech sobie kiwają. Moim życiem była dziewczyna, która zrobiła mi w mózgu prawdziwe tornado. Poza nią nie miałem niczego ani nikogo. Chciałem przychodzić tutaj do końca mojej jałowej egzystencji, pragnąłem tego z całego serca, ale głos rozsądku był nieprzejednany. Ostatni raz. Próba generalna. Jeśli okaże się klapą, pogódź się z tym. Może nie była mi pisana.
I właśnie tego dnia ją spotkałem. Dzień był zimny i deszczowy, więc włożyłem ciepłą kurtkę. Byłem słaby i wyczerpany, w takiej kondycji złapałbym jakiegoś groźnego wirusa w mgnieniu oka. Wszedłem do biblioteki, strzepując mokre włosy z głowy jak pies pozbywający się nadmiaru wody z sierści. Ochlapałem przy tym parę osób, w tym bibliotekarkę. Po raz pierwszy usłyszałem, jak krzyknęła. Kazała mi wyjść.
Nie teraz.
Nie dzisiaj.
Zignorowałem protesty zniesmaczonych ludzi i prowokujące szturchnięcia. Prawdę mówiąc, miałem to gdzieś. Liczyła się tylko dziewczyna. Oraz moje ostatnie podejście.
Wtedy ją dostrzegłem. Stała tam gdzie wieki temu, odkładała jakąś książkę na półkę. Dzisiaj nie musiałem szturchać mebli, by zwrócić jej uwagę. Szedłem wśród ściany zrzędzących ludzi jak Naród Wybrany przez Morze Czerwone. Jak tylko pojawiła się na horyzoncie, przyspieszyłem. Nie mogłem inaczej. Tyle dni, oczekiwania, wyniszczających myśli, zarwanych nocy. Serce znów dziko zabiło mi w piersi, a oczy mało nie wylazły z orbit. Ale czy jeszcze mogę zawrócić od tego, co planowałem tyle czasu? Słowo daję, że chciałem. Pragnąłem tego najbardziej na świecie.
Tym razem dziewczyna ubrała się spódniczkę do kolan i ciemny żakiet. Rozwiane wtedy włosy upięła w koński ogon. Wtedy była piękna, dziś była zjawiskowa. Patrzyła na mnie z mieszanką ciekawości i zaniepokojenia. Jakby podświadomie przeczuwała nadciągające kłopoty.
Stanąłem naprzeciw niej. Brudną ręką rozpiąłem suwak kurtki i wyjąłem plastikowego pilota własnej roboty. Płakałem. Nieznajoma patrzyła na to coraz bardziej zszokowana.
- Przepraszam – wydusiłem przez zaciśnięte gardło. Chciałem powiedzieć „kocham cię”, ale nie dałem rady.
Zdetonowałem ładunek.

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
ipsylon · dnia 17.04.2014 18:27 · Czytań: 1206 · Średnia ocena: 4,8 · Komentarzy: 23
Komentarze
Dobra Cobra dnia 17.04.2014 22:24
A w niebie już na niego czekają piekne hurysy, trala lalala!!!

ipsylon,

No, ładnie piszesz o dżihadzie. Taka metafora na nasze warunki. W Stanach bardzo prawdopodobna, bo u nich pełno świrow i broń można mieć.

U nas? Z czego ta bomba? Z saletry? ;)

Miłość taka jest, że się potrafi przeistoczyć w nienawiść. O czym nam wszystkim przypominasz. I bardzo dobrze, bo kto wie, może inaczej popadlibyśmy w takie sidła żądzy i mordu???

Dobra Cobra przerażona!
blaszka dnia 18.04.2014 13:44
Jestem pod wrażeniem Twojego stylu, jego inteligentnej swobody. Wydaje się, że tylko podrzucić Ci historię, a potrafisz napisać wszystko. Trochę gorzej z pomysłem, który tutaj prezentujesz. Fabuła niezbyt spójna i logiczna miejscami, choćby to, że bohater musiałby opowiadać swoją historię z zaświatów, a nic o tym nie wspominasz ;) A może ja czegoś nie łapię, lecz jeśli tak jest, to czy to moja wina, moja niebystrość umysłowa?
Pozdrawiam rozbawiona Twoim tekstem ;)
Druus dnia 18.04.2014 14:53
Z ogromną wprawą składasz zdania. Przyjemny styl, zero męczarni dla czytelnika. Początek bardzo na plus, jakoś od razu polubiłem bohatera.

Niestety, później jest troszeczkę gorzej. Jakoś nie przekonało mnie histeryczne zachowanie gościa. Wiem, wiem, że ma ono bezpośredni związek z całą beznadzieją, którą nosił w sobie, bo nie sądzę, że chodzi tylko i wyłącznie o piękną nieznajomą, chociaż mogę się mylić. Widowiskowe dokonanie żywota, to domena amerykańskich desperatów. Niestety, mnie to nie chwyciło. Może za szybko wszystko poszło.

Powinno być tragicznie, a rzeczywiście wyszło odrobinę komicznie. Niemniej, pisać potrafisz.
pablovsky dnia 18.04.2014 15:30 Ocena: Świetne!
To jest, ips, dobry tekst, płynnie napisany i naprawdę mocny! Poprzednicy mają rację, czyta się jednym tchem, bo jest dobry styl, interesująca fabuła oraz znakomicie skonstruowana myśl.
Żałuję, że tak krótko, ale cóż, nie wymagajmy zbyt wiele.
Zakończeniem mnie rozłożyłeś na łopatki, absolutnie zaskakujące na plus.
Więcej tekstów podobnej urody życzyłbym sobie w Twoim wykonaniu ;)

Zdecydowanie na plus, Ipsylonie. Brawo
mede_a dnia 18.04.2014 16:42 Ocena: Świetne!
A ja chciałaby wypunktować rzeczy, które znacznie obniżają wartość opowiadania. To wpadające na siebie co i rusz końcówki:

Zaczerwieniłem się jak dziecko dostające reprymendę przy całej szkole, po czym zawinąłem ogon. Nie wiedziałem, co zrobić. Całe życie spędziłem na ucieczce od wszystkiego, co ludzkie. Otaczałem się patologią, by zrekompensować sobie społeczne upośledzenie. Teraz stałem oko w oko w esencją piękna. Logiczne, że uciekłem".

Takich zbrodni w tekście jest mnóstwo ;-)

A tak na serio: żywy, barwny styl. Znakomicie rzecz prowadzisz. Od początku do końca narracja płynie wartko i potoczyście, aż do zaskakującego finału. Stan oczarowania oddany nader celnie. Do odnotowania również ciekawy dialog z czytelnikiem. Bardzo mi się podobało. Świetne!
Sleepless dnia 18.04.2014 17:22
Zaciekawiłeś mnie. Chciałabym wiedzieć, dlaczego bohater zrobił to, co zrobił. Może jednak cały urok tkwi w niedopowiedzeniu. Wydaje mi się, że w osobie dziewczyny spotkał taki ideał swego życia, że nie chciał, aby przyziemne, codzienne życie go zniszczyło, stąd ładunek.
Fajnie prowadzisz fabułę, dobrze posługujesz się językiem. Jednym słowem plus.
ipsylon dnia 18.04.2014 18:51
Dziękuję Wam za wizytę i komentarze.
DoCo; W Stanach wszystko jest możliwe, przynajmniej jeśli chodzi o historie. Bezpieczny grunt :)
Blaszko; Z tymi zaświatami dobrze kombinujesz, choć sam nie zwracam uwagi na ten aspekt, to już kwestia spojrzenia ;)
Druus; Nic takiego, że nie przekonała Cię końcowa histeria, to dobrze o Tobie świadczy :) Pomysł może nie nowatorski, ale warto było zaryzykować.
Pablo; Super, że tekst przypadł Ci do gustu. Nie czuję się szczególnie mocny w takich klimatach, dlatego nie mogę obiecać, że tym tropem będę podążać :)
Mede_a; Dzięki za wypunktowanie istotnego błędu. Zwrócę na to uwagę :)
Sleeples; Cieszę się, że wzbudziłem Twoje zainteresowanie. Bardzo lubię niedopowiedzenia, więc interpretację motywów pozostawiam Tobie :)
Dziękuję wszystkim za słowa aprobaty i celne rady.
Przyjemności!
mede_a dnia 18.04.2014 19:54 Ocena: Świetne!
ipsylon - to był żart. To żaden błąd, a naturalna melodia - piękna zresztą - j. polskiego. Wystrzeganie się - jak dżumy - takich "wpadań" zakończeń czasowników czy przymiotników prowadzi do sztuczności i wprowadza niepotrzebne ograniczenia. Na serio jest druga część mojej wypowiedzi.
Serdeczności.
ipsylon dnia 18.04.2014 20:20
Ach... Teraz już wiem, dlaczego jestem ulubieńcem akwizytorów ;)
Pozdrawiam ;)
Miladora dnia 18.04.2014 23:56
Sprawnie napisane opowiadanie, ale typu „taka sobie bajeczka”, ponieważ mnie, podobnie jak Druusa, nie zachwyciło zakończenie. Facet jest konfliktowy, nie może utrzymać pracy, a potem spotyka dziewczynę w bibliotece i zaczyna codziennie przychodzić, bo a nuż ona też przyjdzie – zgoda. Nie znajduje jej, wpada w depresję, ma dosyć życia i postanawia pójść po raz ostatni – „Liczyła się tylko dziewczyna. Oraz moje ostatnie podejście” – też zgoda. Rozumiem, że zamierzał wysadzić się w powietrze razem z całą biblioteką, gdyby jej nie było. Ale w przypadku, gdy właśnie ją odnalazł? Dość dziwnie brzmi także w tym kontekście zdanie, że włożył ciepłą kurtkę, bo był słaby i wyczerpany i w takiej kondycji złapałby jakiegoś groźnego wirusa. Facet zamierzający popełnić samobójstwo obawia się grypy? To zdanie mnie rozbawiło.
Ostatnie podejście i bingo – dziewczyna jest, a on nadal zamierza się zabić? Chce powiedzieć, że ją kocha, a zabija także ją? Nie dając sobie żadnej szansy na rozmowę? Rozumiem odrzuconych desperatów, ale w tej sytuacji sądzę, że zadziałałby jednak instynkt samozachowawczy – ta iskierka nadziei, która nie pozwoliłaby mu nacisnąć detonator. Pod względem psychologicznym nie przekonało mnie więc takie rozwiązanie. Poza tym, bardziej zrozumiałabym bezrobotnego i bezdomnego, a nie faceta, który miał siedem posad i z wszystkich go wyrzucano, bo się awanturował. Umiał tylko okładać ludzi pięściami? Takie chuchro? To skąd mu się wziął Coben, Koontz, King i Lovercraft oraz te wszystkie rozważania na temat tego, co dzieje się w głowie czytających książki?
Myślę, że nie zapiąłeś tego opowiadania na właściwe guziczki, bo z tekstu nie wyłania się postać zdeterminowanego straceńca bez szans na jutro, tylko sfrustrowanego nieudacznika, który mimo że ma kolejne prace, nie potrafi sobie poradzić z życiem.
Cóż, tacy też istnieją, ale czy na pewno są zaraz skłonni wysadzić się razem z dziewczyną, którą właśnie odnaleźli? Zwłaszcza że reprezentują typ faceta załatwiającego wszystko pięściami?
Efektowne zakończenie, ale mało wiarygodne. I sądzę, że właśnie dla efektu powstało to opowiadanie, a nie dla wyrażenia jakiejś prawdy psychologicznej o ludziach.
Albo nie jest to temat na miniaturę.

A przy okazji:
Cytat:
Jeśli to czy­ta­cie, tego pew­nie oczku­je­cie;

Cytat:
i wy­ją­łem pla­sti­ko­wy pilot wła­snej ro­bo­ty.

Wyjąłem "kogo, co" - plastikowego pilota.
Cytat:
Chcia­łem po­wie­dzieć „Ko­cham Cię”,

Chciałem powiedzieć "kocham cię".
Mówiąc, nie używamy wielkiej litery w "Cię", prawda? ;)

Miłego :)
ipsylon dnia 19.04.2014 11:53
Dzięki za wizytę i wypunktowanie błędów, Miladoro :)
Obawiam się, że za bardzo szukasz sensu w tym tekście. Sytuacja sporna, gość działający na przekór wszelkim zasadom, nawet własnym, instynkt samozachowawczy, wiarygodność, logika, sprzeczności. W codziennym życiu mamy wystarczająco dużo ograniczeń, ram, schematów i form, w które wciska się ludzi.
W literaturze staram się przestrzegać pisowni, dalej jest już tylko wolny umysł i nieograniczone pole do tworzenia różnych, często dziwacznych światów.
Miladora napisała:
Myślę, że nie zapiąłeś tego opowiadania na właściwe guziczki, bo z tekstu nie wyłania się postać zdeterminowanego straceńca bez szans na jutro, tylko sfrustrowanego nieudacznika, który mimo że ma kolejne prace, nie potrafi sobie poradzić z życiem.
Nie twierdzę, że pisałem o zdeterminowanym straceńcu. Nawet nieudacznikom warto czasem poświęcić parę słów :) Taką miałem wizję i tak chciałem ją przedstawić. Jeśli nie trafiłem w Twój gust, szkoda. Może następnym razem pójdzie mi lepiej.
Pozdrawiam :)
Miladora dnia 19.04.2014 13:54
ipsylon napisał:
Obawiam się, że za bardzo szukasz sensu w tym tekście.

Nie wiem, czy za bardzo, ale faktycznie szukam sensu w każdym tekście. :)
Ponieważ inaczej bywają one w zasadzie o niczym.

ipsylon napisał:
W literaturze staram się przestrzegać pisowni, dalej jest już tylko wolny umysł i nieograniczone pole do tworzenia różnych, często dziwacznych światów.

Nawet najbardziej dziwaczny świat podlega pewnym prawom logiki, gdyż inaczej przestaje być wiarygodny.
Literatura to nie tylko zabawa słowem dla słowa, lecz i przekaz. Jeżeli jest on niespójny, to co można wynieść z tekstu? :)

ipsylon napisał:
Jeśli nie trafiłem w Twój gust, szkoda.

Podobno diabeł tkwi w szczegółach i właśnie o te szczegóły mi chodziło. :)
Dopracowanie ich na pewno przydałoby tekstowi większej głębi, bo prześlizgnąłeś się w zasadzie po postaci swojego bohatera.

Ale ja Ci nie ścinam opowiadania, Ipsylonku - ja tylko rozmawiam, żebyś wiedział, do czego mogą się przyczepić bardziej wymagający czytelnicy (nie ubliżając poprzednim komentującym).
Bo chyba nie chodzi o to, by iść na literacką łatwiznę usprawiedliwianą tezą, że świat jest pełen dziwnych ludzi i wszystko może się zdarzyć. Owszem, może, ale już Szekspir pisał, że "w tym szaleństwie jest metoda". W każdym szaleństwie jest metoda i tu mi tego zabrakło.

Wesołych Świąt :)
ipsylon dnia 19.04.2014 14:41
Miladora napisała:
Literatura to nie tylko zabawa słowem dla słowa, lecz i przekaz. Jeżeli jest on niespójny, to co można wynieść z tekstu? :)
Przyjemność z szybkiej, lekkiej i niezobowiązującej lektury. I takiej czasem potrzeba :) Mnie osobiście odpowiada ten chaos, ale dobrze poznać inne zdanie, zwłaszcza jeśli jest konstruktywne. Masz rację, że prześlizgnąłem się po postaci bohatera. Jeżeli ktoś będzie chciał mieć własne zdanie na jego temat, to jakieś sobie wyrobi.
Szaleńczy to wycinek, prawda. W tym się zgadzamy ;)
Wszystkiego dobrego :)
amsa dnia 19.04.2014 16:38
Ipsylon - jak rozumiem podałeś w tytule pewien trop, którym powinien podążać czytelnik. Ale mimo wszystko, choć zakończenie jako takie jest na plus, brakuje mi powiązania między poszukiwaniem dziewczyny, a epilogiem. Poza tym trochę nijak się ma opisana agresja bohatera, do jego warunków fizycznych. Autoagresja owszem, ludzie o słabym poczuciu własnej wartości, często są wybuchowi, jednak ich reakcje są podstępne, nie rzucają się z pięściami, właśnie dlatego, że nie wierzą w swoje siły. Poza tymi uwagami reszta jest bardzo wiarygodna i przeczytałam z zainteresowaniem.

Pozdrawiam

B)

Cytat:
że wpa­dłem bar­kiem na jeden z ogrom­nych re­ga­łów. Mebel nawet nie drgnął; on trzy­mał na swo­ich bar­kach


Cytat:
gdy sprzą­tacz­ka siłą wy­rzu­ca­ła mnie za ulicę
- na
ipsylon dnia 19.04.2014 22:32
Witaj ponownie, Amso :)
Jeśli chodzi o charakter i posturę, czasem pozory mylą. Agresja często jest środkiem przekazu ludzi zagubionych. Bohater nie musiał walczyć jak Chuck Norris, poza tym po pewnym czasie (i licznych siniakach) można się nauczyć radzenia sobie z większymi od siebie.
Być może brakuje mocnej więzi między dziewczyną i epilogiem. Chciałem w ten sposób pokazać, że niektóre autodestrukcyjne zapędy są tak silne, iż nawet gwałtowna zmiana passy nie jest w stanie oderwać nas od wcześniej zamierzonych decyzji.
Nie wiem, czy wystarczająco rozjaśniłem, lecz w przypadku tego tekstu mam wrażenie, że zbyt dużo poprawek czy naprowadzeń może zniweczyć wrażenie, które chciałem osiągnąć.
Dziękuję Ci za lekturę i Twój punkt widzenia :)
Pozdrawiam!
Martin CROSS dnia 19.04.2014 23:37 Ocena: Świetne!
Dziś jest Wielka Sobota, jutro o 6.00 Rezolekcje. Mnie dodatkowo czeka kilkanaście godzin w samochodzie i co robię? Zamiast spać, rozkoszować się chwilą. czytam Twój tekst. Nie znam się na ortografii, gramatyce, interpunkcji (to niestety widać). Poruszają mnie emocje, Zaskoczenie sytuacją i to, że należy się zastanowić nad swoimi czynami. To w Twoich tekstach widzę. Już kilka razy o tym pisałem. Zawsze mnie zaskakujesz i sytuacje wyglądają na prawdopodobne. Moim zdaniem super. Nic nie odpisuj na mój komentarz szkoda Twojego czasu. Pisz kolejne opowiadanie, powieść -przekazuj coś ludziom. Może Ty ich czegoś nauczysz.
zajacanka dnia 20.04.2014 00:14
Martin CROSS napisał:
jutro o 6.00 Rezolekcje.

chyba będzie Rezurekcja?
amsa dnia 20.04.2014 10:15
ipsylon - absolutnie nie proponuję wielu poprawek, raczej chodziło mi o jedno zdanie wiążące. Jeśli chodzi o rys psychologiczny, uważam że doskonale go nakreśliłeś, ale właśnie dlatego nie pasuje mi wzmianka o bijatykach na ulicy. Socjopaci, psychopaci, osoby dyssocjalne, działają - chociaż to może zabrzmieć dziwnie - schematyczne, dlatego mimo różnych wydawałoby się niezrozumiałych zachowań, są przewidywalne. Ale to tylko taka dygresja w temacie, nie napisałeś rozprawy naukowej, tylko opowiadanie:), które jest naprawdę dobre.

Pozdrawiam

B)
ipsylon dnia 20.04.2014 17:19
Martinie; Serdecznie dziękuję Ci za kolejny dowód sympatii :)
Amso; Dzięki za kolejną sugestię. Muszę się zastanowić nad tekstem, spróbuję coś dodać :)
Serdeczności na Święta dla Was wszystkich :)
Quentin dnia 20.04.2014 21:18 Ocena: Bardzo dobre
Widać i miniatura musi odznaczać się swą obszernością, gdy bierze się zań ipsylon ;)

Też ciężko mi zmieścić się na małej przestrzeni z wyobraźnią.
Przeczytałem tekst, a potem zerknąłem na komentarze i zwłaszcza wpis DoCo mnie trochę skołował. Czy taki miałeś zamysł, żeby pisać o terroryzmie? Szczerze mówiąc nie widzę w tekście nic, co wskazywałoby na to, a taki fachowiec jak DoCo mylić się nie może ;) No, może to kwestia interpretacji bądź mego gapiostwa.

Do rzeczy. Gwarantujesz swoimi tekstami pewien poziom. Że wysoki nie trzeba dodawać. Masz delikatny styl i pozwalasz czytelnikowi brnąć linijka po linijce lekko niemal do zwieńczenia, a na końcu jeb, że tak się wyrażę; uderzenie obuchem/wybuchem i pozamiatane. Krewka dusza i pewnie niezbyt zdrowy umysł, a do tego doświadczenia życiowe połączone z namiętnościami tak właśnie wyglądają. Bogu dzięki nie zawsze, bo mielibyśmy istne piekło na ziemi. A nie, już mamy przecież ;)

Dobra robota, ipsylonie

Pozdrawiam
ipsylon dnia 20.04.2014 22:08
Witaj, Quentinie :)
Przyznam, że każdy komentarz wniósł dużo do wydźwięku tego tekstu. Różne spojrzenia, wersje, zapatrywania. Wpis DoCo miał w sobie dużo prawdy, choć podczas pisania chciałem zahaczyć o wiele płaszczyzn, o terroryzm również.
Sam rozpatruje ten utwór pod rozmaitymi kątami, w zależności od nastroju. Rano myślę o zamachowcu, popołudniu o niedorajdzie, wieczorem o zwyczajnym, zagubionym człowieku. Lubię w swoich tekstach otwierać wiele furtek. Może nie każda z nich jest doskonale widoczna, inne ledwo trzymają się zawiasów, ale czytanie późniejszych komentarzy i interpretacji sprawia mi ogromną frajdę. Jakbym odkrywał ten fragment na nowo :)
Dziękuję Ci za wizytę oraz komentarz, żegnając się najlepszymi życzeniami.
Przyjemności!
Niczyja dnia 10.06.2016 15:53 Ocena: Świetne!
Witaj ipsylonie,
Dawno Cię nie czytałam, a dziś nabrałam ponownie ochoty na coś naprawdę dobrego, przeszywającego, emocjonalnego. Nie zawiodłam się:)

Zjawiskowy tekst, jak ta zjawiskowa dziewczyna.
Myślotok zauroczonego, przeszytego strzałą amora jak gromem, faceta.
Cudne szaleństwo...
Nikt tak nie potrafi pisać o uczuciach, ja Ty:)

Znalazłam jeden maleńki błąd, a w zasadzie literówkę.
"Drobinki kurzy tańczące w..."

Powinno być z pewnością "kurzu", prawda?

Serdeczności,
Niczyja
ipsylon dnia 10.06.2016 21:10
Witaj Niczyja,
Bardzo dziękuję za tak przychylne słowa i z góry przepraszam, że nie złożyłem rewizyt. Mam tu sporo prac do przeczytania, w tym Twoje, ale ostatnio czas nie chce ze mną współpracować.
Cieszę się, że tekst przypadł Ci do gustu. A błąd zaraz naprawiam :)
Przyjemności :)
tomek
Proza: Górna Półka
Proza: Dolna Półka
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
voytek72
05/10/2022 10:49
Moze uzylas 'czcionki sympatycznej' i teraz do… »
TakaJedna
05/10/2022 08:43
Wolnyduchu, dziękuję za komentarz. I za ocenę. Moje wyroby… »
voytek72
05/10/2022 07:58
Moim zdaniem jest wiersz. Niby latwo jest ponarzekac na… »
Berele
05/10/2022 01:24
Co do tego upolitycznieniena, to nie jest to agitacja, nie… »
wolnyduch
05/10/2022 00:11
Niezwykle nietuzinkowe, wydźwięk smutny, ale za pomysłowość… »
TakaJedna
04/10/2022 21:17
Dobry tekst. Prosto napisany, nieprzekombinowany, przemawia… »
pociengiel
04/10/2022 19:07
dzięki »
wolnyduch
04/10/2022 18:49
Ciekawe nawiązanie do przeszłości, które wypełnia peelkę,… »
wolnyduch
04/10/2022 18:43
"wspólnie łączymy każdorazowe szczęścia w akordy… »
wolnyduch
04/10/2022 18:36
Ciekawy wiersz, choć ten lot dość niepokojący. Pozdrawiam… »
wolnyduch
04/10/2022 18:32
Wiersz, z podglądactwem w tle i oceną kogoś, ciekawe czy ta… »
wolnyduch
04/10/2022 17:48
Wiersz z kontekstem politycznym, nie lubię takich wierszy,… »
pociengiel
04/10/2022 14:30
dzieki »
pociengiel
04/10/2022 14:29
dzieki »
Mareczek
04/10/2022 14:12
A mnie też lepiej, że 'uciekł Pekaes na… »
ShoutBox
  • TakaJedna
  • 04/10/2022 10:38
  • Jasne, bo to miejsce na takie rzeczy. Bez odbioru, o przepraszam: bo.
  • Berele
  • 04/10/2022 10:24
  • Ministerstwo Spraw Zagranicznych msz
  • TakaJedna
  • 04/10/2022 09:41
  • Takie małe pytanie przy wtorku: co to za moda pisać skrótami? Pytam o "msz". Moim skromnym zdaniem - ani to trudne, ani skomplikowane... Ktoś coś (jak to się mówi)?
  • zawsze
  • 27/09/2022 20:50
  • pozdrawiajki!
  • Ronin
  • 26/09/2022 10:16
  • Przyciśnięcie prawego przycisku myszy nie daje opcji "wklej".
  • wolnyduch
  • 24/09/2022 12:39
  • Dzień dobry - uprzejmie proszę Szanowną Redakcję, o skasowanie mojego ostatniego wiersza, bowiem jest to twór soneto podobny, a miałam dać inny wiersz jesienny, ten dałam pomyłkowo.
  • Zola111
  • 24/09/2022 01:00
  • Głosujcie, bo nie głosujecie: [link]
Ostatnio widziani
Gości online:31
Najnowszy:Sirpions
Wspierają nas