Wakacje 1 - Rodion
Proza » Przygodowe » Wakacje 1
A A A

1

- Jakieś plany na wakacje? Wyjazd nad morze?

- Nie, zostaję w mieście. Gdzie indziej mogłoby mi być lepiej?

Stare, lampowe radio stojące na odrapanej ladzie lokalnego baru zaczęło grać wakacyjny przebój któregoś z popularnych w tym roku zespołów. Matt siedział wpatrzony w lekko wytarte pokrętła archaicznego aparatu i od niechcenia sączył colę. Nie podobał mu się głos, który usłyszał w radio. Brzmiał jakby jego właściciel był przesadnie zadowolony. Zapewne wynikał z najszczerszej pogody ducha, ale miał jednocześnie wszelkie znamiona sztucznej i wyuczonej radości oraz niezbyt zdrowego i wyjątkowo irytującego hurra-optymizmu.

Zresztą chyba wszyscy w tym przeklętym mieście prezentowali tak samo pozytywne nastawienie do życia. Wyglądali przez to delikatnie mówiąc dziwacznie i podejrzanie, tak jakby co do jednego maczali palce w jakiś brudnych interesach a teraz próbowali skrupulatnie kryć się za maską pozorów. Równie dobrze mogli po cichu planować przejęcie władzy nad światem. Matt wolał się nad tym nie zastanawiać. Zawsze kiedy czuł się bezradny i zły sięgał po obosieczny miecz absurdu. Dziś machał nim jak szalony.

Nie był to jego najlepszy dzień. Patrzył na wszystko i wszystkich przez pryzmat zniechęcenia oraz zmęczenia, był wyjątkowo drażliwy i pewnie wszcząłby bójkę gdyby tylko ktoś go sprowokował. Mieszkańcy faktycznie byli nieco dziwaczni i troszkę irytujący ale miało to również swoje plusy. Pomimo fatalnego humoru, nie mógł ich nie zauważać. Wraz z pogodą ducha szła w parze serdeczna uczynność. Matt przekonał się o życzliwości mieszkańców na własnej skórze.

Jego samochód zepsuł się, parsknął i prychnął kilka razy po czym stanął kilkaset metrów przed znakiem dumnie obwieszczającym „Witamy w Rosewood”. Matt gotów był przysiąc, że pojazd patrzył na niego z wyrzutem zupełnie jakby chciał powiedzieć: „przegląd przed wyjazdem, a nie mówiłem?” Nim zdążył porządnie zakląć i kopnąć starego gruchota, nie wiadomo skąd pojawiło się kilku ludzi, którzy zaoferowali swoją pomoc. Z uśmiechem na ustach, ani na chwilę nie tracąc rezonu dopchali pojazd do najbliższego (i jak się okazało jedynego w promieniu wielu kilometrów) warsztatu. Nie wysłuchali nawet podziękowań. Zniknęli tak samo szybko i bezszelestnie jak się zjawili, zostawiając go sam na sam z mechanikiem.

W Rosewood naprawą samochodów zajmował się umorusany smarem, nieco przygarbiony staruszek. Na widok nowego klienta uśmiechnął się szeroko, odsłaniając równą klawiaturę sztucznych zębów. Poruszał się bardzo wolno, prawdopodobnie miał chore biodra, kręgosłup, albo wszystkie stawy jednocześnie.

Mimo, że nie wyglądał na zbyt rozgarniętego ani skorego do pośpiechu samochód ocenił fachowo i szybko. Dokładnie obejrzał maszynę, pokręcił głową a przez jego pomarszczoną twarz przebiegł dziwny grymas. Zawyrokował, że naprawa potrwa w najlepszym przypadku kilka dni.

Matt w życiu nie miał okazji tak długo kląć w myślach.

Od wypadku minęła wyjątkowo długa doba. Matt miał aż zbyt wiele czasu na pobieżne przyjrzenie się niewielkiej mieścinie. Zwiedził najbliższą okolicę i zrozumiał, że jego długo wyczekiwany wypad pod namiot zamienił się w niezbyt-agro niezbyt-wczasy.

Znalazł się na krańcu świata i musiał tu zostać wbrew swej woli.

Bar, w którym przesiadywał dla zabicia czasu, był niewielki i przytulny. Urządzono go w stylu lat pięćdziesiątych z  troską i dbałością o detale charakterystyczną dla ludzi prowadzących skromny, rodzinny biznes. O tej porze nieliczni goście wypełniali go nikłym gwarem cichych rozmów. Byli to głównie staruszkowie uciekający przed nieznośną temperaturą do klimatyzowanego pomieszczenia. Zajęci swoimi sprawami zdawali się nie dostrzegać obecności Matta.

Poza tym knajpa znajdowała się blisko hotelu, w którym nocował. Dlatego właśnie przywlókł się tu wczoraj a dziś… Cóż, dziś przyszedł z powodu kelnerki.

Nazywała się Lilly. Była młodziutka i, dzięki Bogu, bardziej żywa niż obsługiwana przez nią klientela. Wpadła Mattowi w oko już wczoraj. Zagadała go w najprostszy możliwy sposób: zapytała o ulubioną płytę zespołu, którego koszulkę miał na sobie. Zamienili kilka zdań i w krótkiej, przerywanej obsługą innych klientów, rozmowie zdążyli się nieco zapoznać. Zaimponowała mu gustem muzycznym, elokwencją, niewymuszonym humorem, inteligencją oraz szalenie pociągającą młodzieńczą energią. Znaleźli nić porozumienia, pod koniec dnia byli już na ty.

Obserwował ją lekko przymrużonymi oczami. Jako niedawno zdiagnozowany krótkowidz wciąż uparcie wzbraniał się przed zakupem okularów. Lilly szła w jego stronę niosąc dzbanek z figurującą w menu darmową dolewką napoju. Była niewysoką i zgrabną blondynką. Uroczo stawiała kroki. Choć jej stopy zdawały się nigdy nie utrzymywać tego samego kierunku, wciąż szła po linii prostej.

Coś bardzo interesującego było w jej drobnej, okrągłej twarzyczce. Owszem, w uśmiechu eksponowała ładne, pełne usta a w jej zielonych hipnotyzujących oczach błyszczały radosne iskierki lecz nie to stanowiło o jej uroku.Była wesolutka, szczególnie w obecności Matta, a jej dobry humor wydawał się dużo bardziej naturalny niż u reszty mieszkańców.

- Dolewka?

- Chętnie – odpowiedział i odwzajemnił uśmiech.

- Jakieś postępy z samochodem? - spytała pochylając się nad stolikiem i delikatnie wlewając napój po ściance szklanki.

- Nadal w naprawie. Trzeba było sprowadzić części, to podobno wymaga czasu… Trochę tu posiedzę.

- Brzmisz jakbyś był zawiedziony! – w głosie dziewczyny można było wyczuć delikatne oburzenie – Normalnie jakby znaleźli ci jakiś nowotwór albo coś. Zamiast się martwić skorzystaj z okazji, pozwiedzaj, pooddychaj świeżym powietrzem…

- Jest to jakiś pomysł… Może chciałabyś mnie oprowadzić po okolicy?

Cisza jaka zapadła po tym pytaniu nie nastroiła Matta zbyt optymistycznie. W duchu obstawiał, że zostanie w miły sposób spławiony, pójdzie swoją drogą i szybko zapomni o całym zdarzeniu. Dziewczyna odsunęła się nieco, spojrzała na niego zdziwiona, jak gdyby nie rozumiała pytania. Przez dwie długie, wibrujące nieprzyjemną niepewnością sekundy była nieobecna i zamyślona.

- Czemu nie? - Atmosfera, która uparcie gęstniała i powoli osiągająca granice wyczuwalności nagle się rozrzedziła. – Dziś po pracy mam trochę czasu.

-Wiec jesteśmy umówieni?

- Jesteśmy – odparła nie kryjąc szczerego uśmiechu.

Odeszła w stronę kuchni, ani razu nie oglądając się za siebie. Szła nad wyraz wolno i przemyślanie, tak aby nikt nie zauważył mieszanki radość, strachu i podniecenia, które jej towarzyszyły. Dopiero po przekroczeniu progu pomieszczenia pozwoliła sobie na kilka tanecznych podskoków.

Matt jeszcze przez chwilę obserwował jej oddalającą się sylwetkę. Kiedy wreszcie kuchenne drzwi zasłoniły wszystko to, na czym mu zależało wyszedł z baru prosto w objęcia upalnej i nieznośnie dusznej ulicy.

***

Wraz ze słońcem nieubłaganie skłaniającym się ku zachodowi przyszło ledwo wyczuwalne a mimo to kojące ochłodzenie. Rosewood mogło wreszcie odetchnąć nieco głębiej. Wprawdzie spękany asfalt nadal oddawał całe zgromadzone ciepło a każdy skrawek metalu rozsiany na terenie miasteczka z powodzeniem mógł służyć do smażenia jajek na bekonie, ale temperatura i wilgotność powietrza osiągnęły znośny poziom.

Chodniki powoli wypełniały się spacerowiczami. Dzieci, jak gdyby spuszczone ze smyczy biegały i hałasowały szukając sposobności do zabawy, rozrabiania i ubrudzenia się (w dowolnej kolejności). Nawet ptaki, do tej pory niewidoczne, po kolei wychodziły z kryjówek aby swym radosnym śpiewem obwieszczać światu nadejście orzeźwiającego chłodu.

Lilly nie kazała na siebie długo czekać. Porzuciła roboczy uniform na rzecz krótkiej, jasnej sukienki. Trzeba było przyznać, że w tym zestawie (dodajmy oświetlenie naturalnym ultrafioletem zamiast sztucznym blaskiem barowych żarówek) wyglądała dużo korzystniej. Nie zwlekając ani chwili dłużej podreptała w kierunku Matta.

- Gotów na wielką podróż? – spytała i kontynuowała nie oczekując odpowiedzi innej niż potaknięcie – zobaczysz, spodoba ci się tutaj. Plan jest taki: na początku trzymamy się Głównej i podziwiamy architekturę. W lesie zejdziemy z chodnika i, o ile się nie zgubimy, trafimy na wzgórze. Za jednym zamachem zwiedzisz najważniejsze miejsca.

- Zapowiada się ciekawie.

Dziewczyna uśmiechnęła się zadowolona z osiągniętego efektu. Wskazała ręką kierunek i szybkim krokiem ruszyła przed siebie. Jej zgrabne nogi, jak się okazało, były również całkiem sprawne. Matt, mimo zaskoczenia wywołanego natłokiem informacji i pośpiechem, dogonił ją bez większego problemu.

- Lilly, kiedy powstało to miasteczko? – spytał rozglądając się dookoła.

- Wstyd przyznać ale nie pamiętam dokładnej daty – odparła w skupieniu przygryzając wargę – Zawsze byłam słaba z historii. Wiem jednak, że było to jakoś niedługo po Drugiej Wojnie Światowej. Kilka lat, nie więcej. Widzisz? – spytała wskazując na niepozorny budynek, stojący po drugiej stronie ulicy – to miejska biblioteka. Powinni tam mieć jakieś kroniki, czy coś… Jeżeli tylko masz ochotę szukać, tam znajdziesz odpowiedzi.

- Żartujesz? Książki? A Internet?

- W sieci właściwie nie istniejemy. Nie, nie to nie tak jak myślisz! – roześmiała widząc minę Matta – nie jesteśmy białą plamą na mapie. Po prostu nikt się zbytnio nami nie interesuje a niestety postęp technologiczny nie jest u nas czymś oczywistym. Nie zapominaj, że wylądowałeś na krańcu świata! W sieci znajdziesz tylko strzępy informacji, podstawowe dane, nic szczególnie przydatnego w zgłębianiu historii regionu.

- A jak to się w ogóle zaczęło? – nie dawał za wygraną - Co sprowadziło to ludzi? Żyzna ziemia?

- Jezioro. To był chyba główny powód. No i jak zgaduję duża doza przypadku. Początki nie były zresztą łatwe, ludzie bali się tego miejsca, osiedlali bardzo niechętnie, ale z czasem zabobon odszedł w zapomnienie…

- Zabobon? – spytał unosząc brwi.

- Miejscowe legendy – machnęła ręką - Ale nie wyprzedzaj harmonogramu wycieczki, wszystkiego dowiesz się w swoim czasie!

Zajęci rozmową prawie nie zauważyli momentu, w którym doszli do skrzyżowania. Od tego miejsca główna ulica, nazwana zresztą dla ułatwienia ulicą Główną, stawała się dużo bardziej stroma. W dalekiej, choć dostrzegalnej ludzkim okiem perspektywie można było zobaczyć jak wgryza się w nieustępliwą ścianę gęstego lasu. Asfaltowa rzeka najprawdopodobniej kluczyła pomiędzy starymi pniami i wspinała w stronę ukrytego pod koronami drzew wzgórza.

Lilly zatrzymała się ponieważ zielone światło zaczęło powoli dojrzewać do zmiany koloru.

- Na lewo mamy główną część mieszkalną - wskazała korzystając z okazji – na prawo natomiast zaplecze przemysłowo-gospodarcze. Już wiesz w którą stronę wędrować kiedy znudzi Ci się przesiadywanie w barze – dodała z ironicznym uśmiechem.

- A my, jak rozumiem, nadal trzymamy się obranego kierunku?

- Tak jest, ale nie martw się, już niedługo zaszyjemy się w głuszy.

Następne kilkaset metrów przeszli w milczeniu. Była to cisza komfortowa, zdecydowanie nie krępująca a nawet całkiem przyjemna. Czasami nic nie mówiąc można poznać człowieka lepiej niż gdyby spędziło się z nim wiele godzin na rozmowie.

***

Ścieżka prowadząca w las była ledwo widoczna. Odbijała od chodnika tuż przed granicą miasta. Z  trudem wydzierała odrobinę gruntu pradawnej gęstwinie i wstydliwie zachęcała do wspólnej podróży.

Niestety, tego dnia, krzaki poczuły potrzebę przytulania większą, niż ta, którą małe dzieci czują na widok ukochanego, pluszowego misia. Chwytne konary, kłącza, korzenie i szereg innych, zapewne jeszcze nienazwanych przez człowieka elementów roślin, próbowały obdarzyć Matta i Lilly swą miłośią. Byli bezduszni i nie odwzajemniali tego uczucia.

Wreszcie ścieżka połączyła się z inną, nieco szerszą, dzięki czemu mogli komfortowo kontynuować spacer idąc ramię w ramię.

Las prezentował się groźnie i okazale nawet pomimo tej zadanej ludzką ręką rany. Nie stracił nic ze swego prostego piękna. Zdawał się być bezkresny, opasujący swymi szerokimi, silnymi ramionami calutki glob. Kiedy szło się pośród starych drzew, patrzyło na pnie pokryte liszajami mchu i artretycznie powykrzywiane gałęzie można było odnieść wrażenie, że rośnie tu od zawsze, jest wieczny i niezmienny.

Czasami ludzie odczuwają pozornie irracjonalne lęki, obawy przed czymś czego nie potrafią nazwać ani wyraźnie zobaczyć. Bywa, że te niezrozumiałe odruchy mają logiczne, chociażby ewolucyjne uzasadnienie, chronią przed dawno zapomnianymi zagrożeniami i trwają w nas w formie pierwotnych instynktów.

Las wokół Rosewood był źródłem takiego właśnie lęku. Jeżył włosy na karku, przyprawiał o delikatne dreszcze, niepokojąco szeleścił, szumiał i stukał gałęziami. Żył a w każdym jego ruchu zdawało się czyhać niebezpieczeństwo. Zmrok musiał zapadać tu dużo wcześniej niż na zewnątrz a jednolity mur roślinności zapewne szybko stroił się w nieprzebitą zasłonę z czerni i szarości. Był ciemny, nawet w środku dnia. Był chłodny, nawet w ciągu lata. Był straszny, nawet dla człowieka tak mało bojaźliwego jak Matt.

Chłopak wstydził się przyznać do tego co czuje i z całych sił udawał, że w klaustrofobicznej, zielonej klatce czuje się jak we własnym domu.

- Straszne miejsce, co nie? – spytała zupełnie poważnie, bez cienia kpiny w głosie.

-Fakt, nie jest to najprzyjemniejszy las jaki widziałem - odparł bardzo dyplomatycznie wciąż niepewny tego czy Lilly przejrzała jego fortel czy po prostu też się bała.

- Nie sposób dziwić się niechęci pierwszych osadników – kontynuowała siadając na przewróconym pniaku - tam gdzie teraz jest miasteczko rósł taki sam las jak tutaj. Jak zgaduję wykarczowanie terenu było trudne ale trudniejsze wydaje mi się pokonanie lęku jaki wzbudzało i nadal wzbudza to miejsce.

- Ludzie potrafią się zmobilizować – bąknął jakoś bez przekonania.

- Fakt. Poza tym mówiono, że tutejsza ziemia jest przeklęta. Ciągle krążyły historie o zjawach, upiorach, ludziach zmasakrowanych i porzuconych w gęstwinie. To zawsze działało jak kij wsadzony w mrowisko. Nawet teraz w czasach, w których mało kto wierzy starym legendom ludzie niechętnie chodzą tu po zmroku.

- Mało kto wierzy? Czyli wciąż są tu tacy, którzy wierzą?

- Głupoty nie wypleni się z narodu. Poza tym nadal od czasu do czasu ktoś zaginie, zabiją go zwierzęta albo po prostu przez wiele dni będzie się błąkał nie potrafiąc odnaleźć drogi powrotnej. To wystarcza do pobudzenia wyobraźni. Niektóre z tych zdarzeń znajdują później logiczne wyjaśnienie ale kto by się tym przejmował. Poza tym pozostaje część po dziś dzień owiana mgiełką tajemnicy. To woda na młyn teorii spiskowych.

Lilly podniosła się z pniaka, otrzepała sukienkę z resztek spróchniałego drewna i gestem wskazała kierunek dalszego marszu.

- Ludzie znajdują najróżniejsze wyjaśnienia dziwnych zjawisk, których tu doświadczają. Przeważają mistyczne. Jedni mówią o pradawnym cmentarzysku, na którym rzekomo pobudowano miasto. Inni są zwolennikami teorii Złej Świątyni ukrytej gdzieś w lesie, w której składano ofiary z ludzi. Czasami wyjaśnienia mistyczne płynnie przechodzą w pseudonaukowe. Słyszy się wtedy o niekorzystnej energii, wibracjach, gęstościach i falach, projekcjach i innych bzdurach. Równie chętnie obwiniają rząd i wojsko. Obarczają ich winą za bliżej niekreślone eksperymenty, których mieli się podjąć właśnie w tym lesie. Często przewija się również wątek UFO. Do wyboru do…

Lilly urwała w pół zdania. Matt nie wyłapał przyczyny tej niespodziewanej przerwy i miał najszczerszą ochotę dokończyć zawieszoną w próżni wypowiedź. Na szczęście w porę usłyszał to co zbiegiem okoliczności doszło jako pierwsze do uszu Lilly. Coś przedzierało się przez krzaki. Szło równolegle do ich ścieżki.

Z każdym krokiem słyszeli wyraźniej trzask łamanych gałęzi i szelest deptanej trawy. Ucichli, wszystkimi wysilonymi do granic wytrzymałości zmysłami wyczekując jakiegokolwiek znaku do ucieczki. Zwolnili i dali się wyprzedzić nieznanej istocie. Przystanęli kiedy zyskała nad nimi przewagę kilku metrów.

To co wyłoniło się z zarośli wyglądało jak najzwyklejszy w świecie mężczyzna. Przez chwilę rozglądał się on w zamyśleniu a gdy spostrzegł Matta i Lilly przez jego twarz przebiegł brzydki grymas niezadowolenia. Wyszedł im naprzeciw szybkim, nerwowym krokiem.

- Co państwo tu robią? – spytał nie siląc się nawet na uprzejmość

- A pan? – odburknął Matt nie zauważając próbującej go uciszyć Lilly.

- Nie pański interes. – warknął o mało nie zgrzytając zębami ze złości - Panno… Wondroos? Lilly jak dobrze pamiętam? Mogłaby pani trochę pohamować swojego przyjaciela a tę, zgaduję, krajoznawczą wycieczkę połączyć z małym who is who.

Lilli skrzywiła się z dezaprobatą, ale dzielnie milczała. Nieznajomy minął ich i bez pożegnania oddalił się w sobie tylko znanym kierunku.

Matt nie zdążył stłumić wzbierającego w nim oburzenia lecz dziewczyna wyczuwając kłopoty wzięła go pod rękę i stanowczo acz delikatnie nakazała dalszy marsz. Dzięki temu mógł dokładnie przyjrzeć się miejscu, w którym pojawił się nieznajomy. Zauważył, że znajduje się tam stara, mocno zarośnięta ścieżka. Niewielki prześwit ukazywał coś na kształt ogrodzenia z siatki, bardzo wysokiego i rozpiętego pomiędzy dużymi, betonowymi słupami. Reszta szczegółów umknęła uwadze Matta bo Lilly wciąż kurczowo uczepiona jego ramienia ani myślała zwolnić. Uspokoiła się i odezwała dopiero po kilku minutach.

- To był nasz burmistrz – rzuciła puszczając rękę Matta – Jak widzisz przemiły człowiek.

- Zawsze jest taki?

- Nie. Po prostu nie lubi mojego ojca a i ja mam z nim na pieńku. Stare dzieje. Jak każdy prowincjonalny polityk nie umie ukryć swoich antypatii… Nie spodziewaj się po nim zbyt wiele.

Matt zachował swoje zdanie dla siebie i tylko uśmiechnął się lekko. Rodziło się w nim wiele pytań ale póki co nie chciał ich zadawać.

***

Las zaczął się delikatnie przerzedzać. Robił to na tyle powoli i dyskretnie, że Lilly i Matt długo nie zauważali żadnych zmian. W końcu jednak musieli spostrzec coraz częste i większe plamy słońca chętnie rozlewające się po okolicy. Powitali je z radością.

Delikatny wietrzyk niósł nikły, orzeźwiający zapach wody. Jeszcze niedawno budzący grozę monument natury stał się przyjazny i swojski. Pojawiły się też pierwsze tablice informacyjne kierujące swe wyblakłe, często niekompletne słowa do potencjalnych turystów. Najwyraźniej tacy tu zbyt często nie zaglądali bo karygodnie zaniedbany szlak wołał o pomstę do nieba. Lilly na szczęście nie potrzebowała wskazówek. Bez najmniejszego problemu odnalazła taras widokowy. Jego również nadgryzł ząb czasu, ale w przeciwieństwie do tablic wyglądał solidnie.

Widok jaki się z niego roztaczał może nie zapierał tchu w piersiach, ale miał swój, nieco pocztówkowy, urok.

Miasto tonęło w złotym blasku. Wprawdzie do zachodu było jeszcze daleko, ale słońce, coraz bliższe krańcowi swojego codziennego maratonu, rozlewało się na jasnych elewacjach ciepłą, pomarańczową falą.Zabudowa – im bliżej centrum tym bardziej zwarta - rozpraszała się i karlała przechodząc na wschodzie w szereg przystani, sztucznych plaż i pomostów wgryzających się w brzeg jeziora.Zachodnia cześć miasta była niewidoczna, zasłonięta przez drzewa, ale z tego co Matt zdążył się dowiedzieć znajdowały się tam ciągnące się po horyzont pola uprawne.

Jezioro natomiast było prawdziwie piękne. Dość duże, wyraźnie odcinało się połyskującą, ciemną taflą od żywego koloru otaczającej je roślinności. Znajdowało się na nim kilka wysepek o różnym kształcie i wielkości, rozrzuconych bezmyślnie jak niechciane zabawki. Nieliczne łódki torowały sobie drogę przez zmarszczki fal. Białe żagle upodabniały je do gwiazd migoczących na tle nocnego nieba. O ile miasteczko nie przypadło Mattowi do gustu, o tyle woda go urzekła.

- Piękne, nie? – spytała poprawnie odczytując jego zachwyt.

- Nie kłamałaś, warto było tu przyjść.

- Tak jak już mówiłam, to jezioro przyciągnęło ludzi. Było w nim pełno ryb, las obfitował w zwierzynę. Dobrze się tu kiedyś żyło. Mimo to okolica przez dziesiątki lat pozostawała niezamieszkana. Lęk był silniejszy niż potrzeba ekspansji.

Stali jeszcze przez dłuższą chwilę ciesząc oczy i serca pięknym widokiem. Niestety nieubłaganie nadchodził czas powrotu i obydwoje musieli w końcu pożegnać się (choć jak się okazało nie na długo) z jeziorem. Ku zdziwieniu Matta Lilly wybrała inną drogę niż ta, którą tu doszli. Kiedy zapytał o tę zmianę odparła jedynie, że jest jeszcze coś co chce mu pokazać. Czekał cierpliwie.

Nowa ścieżka była dość stroma. Wyraźnie i pewnie prowadziła w dół wzgórza, prosto w objęcia ciemnej toni. Brzeg powitali dość szybko. Z tego co Matt mógł się zorientować idąc tędy zaoszczędzili sporo czasu. Znajdowali się na wysokości jednej z większych wysepek, niedaleko plaży i pierwszych przystani.

- Widzisz coś niezwykłego? – spytała biorąc się pod boki.

- Hm?

- Coś niezwykłego, konkretniej tam – podpowiedziała wskazując ruchem głowy wyspę.

Matt wytężył wzrok i skupiając się z całych sił zobaczył wśród szarych, porośniętych mchem i paprociami kamieni nienaturalny, szklany poblask. Po chwili zaczął zauważać inne szczegóły, które na pierwszy rzut oka wziął za twory natury. Stworzony naprędce obraz wskazywał jedno – na wyspie stał dom. Niewielka, zarośnięta niczym szałas i na pewno własnoręcznie zbudowana konstrukcja idealnie zlewała się z toczeniem. Niezamierzony kamuflaż będący wynikiem wielu lat intensywnej destrukcji wskazywał, że albo właściciel był wyjątkowo niedbały albo, co bardziej przekonywało Matta, wysepka była obecnie niezamieszkana.

- Ktoś tu żył! – odpowiedział triumfalnie.

- Poprawka, żyje. No już, nie dziw się tak, nie każdemu potrzeba wysokich standardów. Legendy krążą zarówno o tej chacie jak i o jej właścicielu. To bardzo wiekowy, dość opryskliwy i przede wszystkim kochający samotność jegomość. Lubi swoją wysepkę… No i jest dziwny.

- A zakupy? Chyba tu nie poluje?

- Czasami odcumowuje małą łódeczkę i przypływa do miasta. Zawsze na bardzo krótko. Źle znosi ludzkie towarzystwo a i mieszkańcy nigdy nie starali się być dla niego zbyt mili.

- Bo jest dziwakiem?

- I odmieńcem. A do tego człowiekiem hołdującym starym zasadom, dawnej moralności, żyjącym w trochę innej epoce. Tak czy owak, jeżeli kiedyś spotkasz kogoś kto wygląda jak krzyżówka buszmena z bezdomnym nie dziw się, ani nie panikuj – dodała ze śmiechem – ruszamy dalej.

Matt niepomny biblijnej nauki po raz ostatni obejrzał się przez ramię. Zdawało mu się, że widzi na wysepce sylwetkę niskiego, przygarbionego człowieka przypatrującego się im z zainteresowaniem. Mogło to być jednak zwykłe przewidzenie, suma wady wzroku i pobudzonej wyobraźni. Matt nie miał ochoty ani możliwości tego zweryfikować.

***

Kiedy weszli do miasta czerwone, obrzmiałe i wyraźnie zmęczone całym dniem słońce boleśnie raziło ich w oczy. Przystanie szybko ustąpiły miejsca wyższej zabudowie a wraz z tą zmianą zniknął dotychczas wyraźny zapach wody. Zastąpiło go wciąż ciepłe i nieprzyjemnie duszne powietrze.

Po chwili niespiesznego spaceru doszli do skrzyżowania zamykając w ten sposób wycieczkową pętlę.

- I jak wrażenia? – spytała Lilly kiedy światła po raz kolejny zatrzymały ich pochód.

- Było bardzo fajnie. Cieszę się, że zechciałaś mnie oprowadzić. Będę się cieszył podwójnie, jeżeli dasz się odprowadzić do domu. – dodał i choć miało to brzmieć swobodnie i naturalnie to zdecydowanie tak nie było.

- Chętnie – przytaknęła delikatnie się rumieniąc.

- Powiedz mi Lilly – zagadał po dłuższej chwili wypełnionej jedynie obustronnym uśmiechem – co chcesz robić w przyszłości?

- Zostaję tutaj. Myślałam o jakiejś pomaturalnej szkole. Po wakacjach zrobię kilka kursów. Może będę masażystką?

- A nie zastanawiałaś się nad tym żeby wyjechać?

- Nie – bąknęła z trudem kryjąc zażenowanie – tu mi dobrze. Lubię Rosewood. A poza tym… Ech, nie ważne! – ucięła machnąwszy ręką.

- Teraz to na pewno nie odpuszczę dopóki nie dowiem się o co chodzi – odparł ze śmiechem – czemu nie chcesz stąd wyjechać?

- Nie powiem ci bo będziesz się śmiał!

- Obiecuję tego nie robić. Jakikolwiek masz powód, Lilly, na pewno jest dobry.

- Poczekamy z tym, uzbrój się w cierpliwość. Przecież nie możesz od razu poznać mnie na wylot – dodała z szelmowskim uśmiechem.

- Niech i tak będzie – odparł przesadnie nadąsany

- No już, nie obrażaj się jak mała dziewczynka – rozkazała poklepując go po plecach – pomyśleć, że przy burmistrzu zachowywałeś się jak na mężczyznę przystało!

- Bo mi się nie spodobał.

- I słusznie. Jest niezbyt urodziwym chamem. O tak zły smak nigdy bym cię nawet nie podejrzewała.

- Lilly, mówię poważnie, według mnie on ma coś na sumieniu - dodał patrząc jej prosto w oczy.

- Niby co? – prychnęła – Matt, wiem, że nie przypadł ci do gustu, ale bez przesady!

- Pewnie tak, znasz go lepiej. Ale sama przyznaj, jest tajemniczy! – dodał próbując obrócić wszystko w żart – Ukrywa coś w lesie. Wwidziałem kawałek wielkiego ogrodzenia w miejscu, z którego przyszedł.

- Och… - Lilly delikatnie zbladła a jej oczy poszerzyły się nieomal niezauważalnie, lecz nie umknęło to uwadze Matta.

- Wiesz co tam jest! – uznał triumfalnie – a po twojej minie sądząc, nie jest to nic co chciałbym zobaczyć. Lilly, co on trzyma za tym ogrodzeniem?

- Nie chcę o tym gadać, dobrze?

- Lilly, nie daj się prosić! Czy to ma związek z twoją niechęcią do wyjazdów?

- Nie mam ochoty o tym mówić – wycedziła ze stanowczością ocierającą się o gniew. Gdyby mogła, zabiłaby Matta wzrokiem

- Rozumiem. I przepraszam – odparł szczerze skruszony i nieco przestraszony -nie powinienem był być tak ciekawski.

Lilly, już spokojniejsza zdołała zmusić się do słabego, acz ładnego uśmiechu. Mimo niewielkiej dozy radości jaką w sobie niósł był szczery.

***

Dom Lilly był niewielkim, jednopiętrowym budynkiem stojącym w szeregu kilku podobnych budowli. Zatrzymali się w jej ładnym, zadbanym ogródku. Żadne z nich nie chciało odezwać się pierwsze. Odwlekali pożegnanie tak długo, jak tylko potrafili.

- To był bardzo miły dzień… - Zaczęła Lilly, niepewnie przełamując milczenie.

- Bardzo miły i może… Może byśmy go kiedyś powtórzyli? – zapytał a jego serce, choć nie do końca przyznawał się przed samym sobą, łomotało o mało nie łamiąc przy tym mostka.

- Jasne, bardzo chętnie – odparła nie kryjąc radości – wpadnij do baru jeżeli będziesz chciał pogadać.

- To… do następnego razu?

- Do następnego! – odpowiedziała racząc Matta jednym ze swych uroczych, wesołych uśmiechów.

Na pożegnanie pocałowała go w policzek. Zniknęła w drzwiach tak szybko, że Matt nie zdążył otrząsnąć się ze zdziwienia.

***

Wrócił do hotelu zadowolony, ale pełen wątpliwości. Czuł, że w Rosewood spędzi więcej czasu niż planował i bynajmniej nie uzależniał wyjazdu od terminu naprawy samochodu. Zmiany, które od wczoraj zaszły w jego życiu wydawały się zmianami na lepsze.

Co tam burmistrz, co tam legendy i niewyjaśnione tajemnice - Lilly! To dopiero zagadka warta rozwiązania. Jeżeli coś miało stać się powodem, dla którego zostanie tu na dłużej to była to ona.

Matt wykąpał się i bardzo długo patrzył w księżyc. Bladolicy grubas unosił się na niebie niczym balon z helem wypuszczony z ręki niezdarnego dziecka. Pamiętał, że sam kiedyś w ten sposób stracił ukochaną pamiątkę. Mimowolnie uśmiechnął się do wspomnień.

Długo nie potrafił ukoić emocji. Przyczepiły się do niego tak mocno jak irytujące rzepy chwytające puchaty ogona bernardyna. Matt chciał być radosny jak ten pies, ale haczyki zbyt uciążliwie go kuły. Usnął późno i z trudem.

Ciepły poranek, obiecujący początek nowego dnia powitał z radością. Stosownie przygotowany, pełen nadziei nacisnął klamkę drzwi i wyruszył na spotkanie swojemu przeznaczeniu.

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
Rodion · dnia 26.04.2014 07:12 · Czytań: 674 · Średnia ocena: 0 · Komentarzy: 3
Inne artykuły tego autora:
Komentarze
amsa dnia 26.04.2014 14:32
Rodion - ciekawa historia się tutaj kroi, mam nadzieję, że będzie kontynuacja. Sprytnie utykasz zagadki, rzucasz niejasnymi sugestiami i prowadzisz ku tajemnicy. Technicznie – trochę potknięć, interpunkcja raczej leży bezsilna:). Sporo powtórzeń, czasem budujesz zbyt zawiłe zdania i właśnie wtedy musisz stosować który, która itd., a wystarczyłoby zacząć od nowego i uniknięcie takich wpadek nie jest wówczas trudne. Przykłady poniżej, ale to nie wszystkie.

Pozdrawiam

B)

Przepraszam, że te uwagi w takiej formie, ale mój program nie chce współpracować z okienkiem komentarzy:(

Pa­trzył na wszyst­ko i wszyst­kich przez pry­zmat znie­chę­ce­nia oraz zmę­cze­nia, był wy­jąt­ko­wo draż­li­wy, (i) pew­nie wsz­czął­by bójkę gdyby tylko ktoś go spro­wo­ko­wał.

Miesz­kań­cy może i(bez i) byli nieco dzi­wacz­ni

Jego sa­mo­chód ze­psuł się, par­sk­nął i prych­nął kilka razy po czym sta­nął kil­ka­set me­trów przed zna­kiem dum­nie ob­wiesz­cza­ją­cym „(W)wi­ta­my w Ro­se­wo­od”.
Znik­nę­li tak samo szyb­ko i bez­sze­lest­nie jak się zja­wi­li(,) zo­sta­wia­jąc go sam na sam z me­cha­ni­kiem.
Może i nie wy­glą­dał na zbyt roz­gar­nię­te­go a już zde­cy­do­wa­nie nie bły­ska­wicz­nie ana­li­zu­ją­ce­go pro­ble­my ale sa­mo­chód oce­nił fa­cho­wo a przede wszyst­kim szyb­ko. - jak dla mnie dziwna składnia i zamiast analizującego - diagnozującego
Do­kład­nie obej­rzał ma­szy­nę, po­krę­cił głową a przez jego po­marsz­czo­ną twarz prze­biegł dziw­ny gry­mas. Za­wy­ro­ko­wał, że na­pra­wa po­trwa w naj­lep­szym przy­pad­ku kilka dni.
Na głos po­wie­dział je­dy­nie: „Wspa­nia­le. Po pro­stu wspa­nia­le”. - może dodaj, że sarkastycznie, albo coś w tym rodzaju, bo istnieje ewentualność, że był zachwycony przymusowym postojem
Matt miał aż zbyt wiele czasu na po­bież­ne (…) Bar, w któ­rym prze­sia­dy­wał dla za­bi­cia czasu był wy­jąt­ko­wo przy­tul­ny i nie­wiel­ki.
Bar(Knajpa?) znaj­do­wał się bli­sko ho­te­lu, w któ­rym no­co­wał.
Po pro­stu (n)(NIE)Nie pa­so­wa­ła do oto­cze­nia, gry­zła się z nim jak kra­wat z dre­sem.
Ow­szem, uśmie­cha­ła się ślicz­nie: miała ładne, pełne usta a w jej zie­lo­nych hip­no­ty­zu­ją­cych oczach błysz­cza­ły ra­do­sne iskier­ki ale nie to sta­no­wi­ło o jej uroku. - bez jej, w drugim przypadku może być np. młodej kobiety.
Takie przy­naj­mniej wra­że­nie od­no­sił Matt. - Przynajmniej takie wrażenie odnosił Matt.
jak­byś był za­wie­dzio­ny! – (W)w gło­sie dziew­czy­ny można było wy­czuć de­li­kat­ne obu­rze­nie, ale mogła to być rów­nie do­brze zwy­kła nad­in­ter­pre­ta­cja – W głosie dziewczyny usłyszał oburzenie,
- Czemu nie? – (r)Rzu­ci­ła jakby od nie­chce­nia, choć wy­raź­nie ra­do­śnie. - za dużo używasz „wyraźnie”
Szła nad wyraz wolno i prze­my­śla­nie, tak aby nikt nie za­uwa­żył mie­szan­ki ra­dość, stra­chu i pod­nie­ce­nia, które jej to­wa­rzy­szy­ły. (...)
Matt ko­rzy­sta­jąc z tego nie­mal mi­strzow­sko za­gra­ne­go spa­ce­ru jesz­cze przez chwi­lę ob­ser­wo­wał jej (bez jej) od­da­la­ją­cą się i nik­ną­cą za ko­lej­ny­mi me­bla­mi, a wciąż tak samo miłą dla oka i tak samo kształt­ną syl­wet­kę. Mu­siał przy­znać, choć robił to nad wyraz nie­chęt­nie
Lilly nie ka­za­ła na sie­bie długo cze­kać. Po­rzu­ci­ła ro­bo­czy uni­form na rzecz krót­kiej, ja­snej su­kien­ki i trze­ba było przy­znać, że w tym ze­sta­wie (do­daj­my oświe­tle­nie na­tu­ral­nym ul­tra­fio­le­tem za­miast sztucz­nym bla­skiem ba­ro­wych ża­ró­wek) wy­glą­da­ła dużo ko­rzyst­niej.
- Gotów(Gotowy) na wiel­ką po­dróż? – spy­ta­ła i nie cze­ka­jąc na od­po­wiedź inną(,) niż po­tak­nię­cie kon­ty­nu­owa­ła: – (Z)zo­ba­czysz, spodo­ba ci się tutaj. Plan jest taki: na po­cząt­ku trzy­ma­my się głów­nej ulicy, bę­dziesz miał nie­wąt­pli­wą oka­zję po­dzi­wiać naszą pięk­ną ar­chi­tek­tu­rę. W lesie zej­dzie­my wresz­cie z chod­ni­ka i(,) o ile się nie zgu­bi­my(,) tra­fi­my na wzgó­rze. Za jed­nym za­ma­chem zwie­dzisz w sumie naj­waż­niej­sze miej­sca.
Dziew­czy­na uśmiech­nę­ła się za­do­wo­lo­na z efek­tu, który osią­gnę­ła. - Dziewczyna uśmiechnęła się zadowolona z osiągniętego efektu (chodzi o uniknięcie który)
Wska­za­ła ręką kie­ru­nek i, nie cze­ka­jąc na swo­je­go part­ne­ra, szyb­kim kro­kiem ru­szy­ła przed sie­bie. Jej zgrab­ne nogi, jak się oka­za­ło, były rów­nież cał­kiem spraw­ne. Matt(,) mimo za­sko­cze­nia wy­wo­ła­ne­go na­tło­kiem in­for­ma­cji i po­śpie­chem(,) do­go­nił ją bez więk­sze­go pro­ble­mu.
- Lilly, kiedy po­wsta­ło to mia­stecz­ko? – spy­tał(,) roz­glą­da­jąc się do­oko­ła(,) po czę­ści z grzecz­no­ści, po czę­ści zaś kie­ro­wa­ny szcze­rym za­cie­ka­wie­niem.
Miej­sco­we le­gen­dy. Ale nie wy­prze­dzaj har­mo­no­gra­mu wy­ciecz­ki, wszyst­ko w swoim cza­sie! – od­par­ła(,) gro­żąc pal­cem.
- Na lewo mamy głów­ną część miesz­kal­ną - wska­za­ła ko­rzy­sta­jąc z oka­zji – na prawo na­to­miast za­ple­cze prze­my­sło­wo-go­spo­dar­cze. Już wiesz w którą stro­nę wę­dro­wać kiedy znu­dzi Ci się prze­sia­dy­wa­nie w barze – do­da­ła z iro­nicz­nym uśmie­chem na ustach. - bez ustach, albo dodała ironicznie
Był to wła­śnie ten ro­dzaj roz­mo­wy pro­wa­dzo­nej bez wy­mia­ny zdań i oby­dwoj­gu zda­wa­ła się ona od­po­wia­dać. - rodzaj porozumienia bez wymiany zdań oby­dwoj­gu zda­wa­ło się to od­po­wia­dać.
***
Ścież­ka pro­wa­dzą­ca w las była ledwo wi­docz­na. - np. Do lasu prowadziła ledwie widoczna ścieżka.
Od­bi­ja­ła od chod­ni­ka tuż przed gra­ni­cą mia­sta i(,) z tru­dem wy­dzie­ra­jąc odro­bi­nę grun­tu pra­daw­nej gę­stwi­nie(,) nie­pew­nie i jakby wsty­dli­wie za­chę­ca­ła do wspól­nej po­dró­ży. Długo mę­czy­li się z ga­łę­zia­mi( ), które naj­wy­raź­niej po­czu­ły – usuń spację po­trze­bę przy­tu­la­nia więk­szą, niż ta, którą małe dzie­ci czują na widok uko­cha­ne­go plu­szo­we­go misia. Chwyt­ne ko­na­ry, kłą­cza, ko­rze­nie, i sze­reg in­nych, za­pew­ne jesz­cze nie­na­zwa­nych przez czło­wie­ka ele­men­tów ro­ślin, które to roz­kwi­ta­ły, prze­cią­ga­ły się i wzra­sta­ły w nawet naj­mniej­szej pla­mie słoń­ca chcia­ły ich ob­da­rzyć swoją mi­ło­ścią. - za długie zdanie, podziel
Wresz­cie ścież­ka(dróżka) po­łą­czy­ła się z inną, nieco szer­szą przez co mogli kom­for­to­wo kon­ty­nu­ować spa­cer idąc ramię w ramię.
Mimo tej nie­pod­wa­żal­nej, ja­wią­cej się jako rana za­da­na ludz­ką ręką na­tu­rze – szyk
Nie stra­cił nic ze swego pro­ste­go pięk­na. Zda­wał się być bez­kre­sny, usi­łu­ją­cy swymi sze­ro­ki­mi, sil­ny­mi ra­mio­na­mi opa­sać ca­lut­ki glob. Kiedy szło się oto­czo­nym przez jego stare drze­wa, pa­trzy­ło na pnie po­kry­te li­sza­ja­mi mchu i ar­tre­tycz­nie po­wy­krzy­wia­ne ga­łę­zie można było od­nieść wra­że­nie, że ro­śnie tu od za­wsze, jest wiecz­ny i nie­zmien­ny. - za dużo zaimków
Chło­pak wsty­dził się przy­znać do tego co czuje i z ca­łych sił uda­wał, że w klau­stro­fo­bicz­na(ej), zie­lo­nej klat­ce czuje się bez­piecz­nie jak we wła­snym domu.
- Lu­dzie znaj­du­ją naj­róż­niej­sze wy­ja­śnie­nia dziw­nych zja­wisk, któ­rych tu do­świad­cza­ją. Prze­wa­ża­ją mi­stycz­ne. Jedni mówią o pra­daw­nym cmen­ta­rzy­sku, na któ­rym rze­ko­mo po­bu­do­wa­no mia­sto inni są zwo­len­ni­ka­mi teo­rii Złej Świą­ty­ni ukry­tej gdzieś w lesie, w któ­rej skła­da­no ofia­ry z ludzi. Cza­sa­mi wy­ja­śnie­nia mi­stycz­ne płyn­nie prze­cho­dzą w pseu­do­nau­ko­we. Sły­szy się wtedy o zlej ener­gii, wi­bra­cjach, gę­sto­ściach i fa­lach, pro­jek­cjach i in­nych bzdu­rach. Cza­sa­mi lu­dzie tra­dy­cyj­nie ob­wi­nia­ją rząd i woj­sko obar­cza­jąc je winą za bli­żej nie­kre­ślo­ne eks­pe­ry­men­ty, któ­rych mieli się pod­jąć wła­śnie w tym lesie. Czę­sto prze­wi­ja się rów­nież wątek UFO. Do wy­bo­ru do… - może pokombinujesz z tymi ludźmi, wiem że to wypowiedź, jednak warto ją trochę poprawić
Coś prze­dzie­ra­ło się przez krza­ki rów­no­le­gle do ich ścież­ki. - bez ich
Z każ­dym kro­kiem sły­sze­li wy­raź­niej trzask ła­ma­nych ga­łę­zi i sze­lest dep­ta­nej trawy. Uci­chli, wszyst­ki­mi wy­si­lo­ny­mi do gra­nic wy­trzy­ma­ło­ści zmy­sła­mi wy­cze­ku­jąc ja­kie­go­kol­wiek znaku do uciecz­ki. Zwol­ni­li i dali się wy­prze­dzić nie­zna­nej isto­cie. Kiedy zy­ska­ła nad nimi prze­wa­gę kilku me­trów – przy­sta­nę­li.
Przez chwi­lę roz­glą­dał się on w za­my­śle­niu – bez on
Za­uwa­żył, że znaj­du­je się tam stara, mocno za­ro­śnię­ta ścież­ka(dróżka), le­d­wie wy­dep­ta­ny szlak.
Jak każdy pro­win­cjo­nal­ny po­li­tyk nie umie ukryć swo­ich an­ty­pa­tii… Nie spo­dzie­waj się po nim zbyt wiele.
Matt za­cho­wał swoje zda­nie dla sie­bie i tylko uśmiech­nął się lekko.

Widok jaki się z niego roz­ta­czał może nie za­pie­rał tchu w pier­siach, ale zde­cy­do­wa­nie miał swój, nieco pocz­tów­ko­wy, urok. - swój zamień na np. specyficzny
Nie­licz­ne łódki to­ro­wa­ły sobie drogę przez zmarszcz­ki jego fal – bez jego
- Pięk­ne, nie? – spy­ta­ła (Lilly) po­praw­nie od­czy­tu­jąc jego za­chwyt.
Nowa ścież­ka była dość stro­ma, wy­raź­nie i pew­nie pro­wa­dzi­ła w dół wzgó­rza, pro­sto w ob­ję­cia je­zio­ra. Brzeg po­wi­ta­li dość szyb­ko. Z tego co Matt mógł się zo­rien­to­wać za­osz­czę­dzi­li sporo czasu wy­bie­ra­jąc tę drogę. Znaj­do­wa­li się na wy­so­ko­ści jed­nej z więk­szych wy­se­pek, nie­da­le­ko plaży i pierw­szych przy­sta­ni.
- Wi­dzisz coś nie­zwy­kłe­go? – spy­ta­ła (dziewczyna) bio­rąc się pod boki.
Matt wy­tę­żył wzrok i(,) sku­pia­jąc się z ca­łych sił(,) zo­ba­czył wśród sza­rych ka­mie­ni po­ro­śnię­tych mchem i pa­pro­cia­mi nie­na­tu­ral­ny, szkla­ny po­blask, który mógł być szybą. - np. mogący być szybą.
Nie­za­mie­rzo­ny ka­mu­flaż bę­dą­cy wy­ni­kiem wielu lat in­ten­syw­nej de­struk­cji wska­zy­wał, że albo wła­ści­ciel był wy­jąt­ko­wo nie­dba­ły(,) albo, co bar­dziej prze­ko­ny­wa­ło Matta, wy­sep­ka była obec­nie nie­za­miesz­ka­na.
Praw­do­po­dob­nie od za­wsze (m)Miesz­ka w tej roz­pa­da­ją­cej się ru­de­rze.
- Cza­sa­mi od­cu­mo­wu­je swoją małą łó­decz­kę – bez swoją
Przy­sta­nie szyb­ko ustą­pi­ły miej­sca wyż­szej za­bu­do­wie a wraz z tą zmia­ną znik­nął(,) do­tych­czas wy­raź­ny(,) za­pach wody.(...) Po chwi­li nie­spiesz­ne­go spa­ce­ru do­szli do skrzy­żo­wa­nia(,) za­my­ka­jąc w ten spo­sób wy­ciecz­ko­wą pętlę.
- I jak(ie) wra­że­nia? – spy­ta­ła Lilly(,) kiedy świa­tła po raz ko­lej­ny za­trzy­ma­ły ich po­chód.
- Było bar­dzo faj­nie. Cie­szę się, że ze­chcia­łaś mnie opro­wa­dzić. Będę się cie­szył po­dwój­nie, je­że­li dasz się od­pro­wa­dzić do domu. (bez kropki)– dodał i choć miało to brzmieć swo­bod­nie i na­tu­ral­nie to zde­cy­do­wa­nie tak nie było. - bez to
- Po­wiedz mi Lilly – za­ga­dał po dłuż­szej chwi­li wy­peł­nio­nej je­dy­nie obu­stron­nym uśmie­chem(.) – (C)co chcesz robić w przy­szło­ści? - Lilly/chwili wpada na siebie
- Nie – bąk­nę­ła(,) z tru­dem kry­jąc za­że­no­wa­nie(.) – (T)tu mi do­brze. Lubię Ro­se­wo­od. A poza tym… Ech, nie ważne! – ucię­ła(,) mach­nąw­szy ręką. - Dobrze mi tutaj.
- No już, nie ob­ra­żaj się jak mała dziew­czyn­ka – roz­ka­za­ła po­kle­pu­jąc go po ple­cach(.) – (I) po­my­śleć, że przy bur­mi­strzu za­cho­wy­wa­łeś się jak na męż­czy­znę przy­sta­ło!
- Niby co? – prych­nę­ła(.) – Matt, wiem, że nie przy­padł ci do gustu, ale bez prze­sa­dy!
- Pew­nie tak, znasz go le­piej. Ale sama przy­znaj, jest ta­jem­ni­czy! – dodał(,) pró­bu­jąc ob­ró­cić wszyst­ko w żart(.) – Ukry­wa coś w lesie – wi­dzia­łem ka­wa­łek wiel­kie­go ogro­dze­nia w miej­scu, z któ­re­go przy­szedł.
- Och… - Lilly de­li­kat­nie zbla­dła a jej oczy po­sze­rzy­ły się nie­omal nie­zau­wa­żal­nie, lecz nie umknę­ło to uwa­dze(spostrzegawczości) Matta.
- Wiesz(,) co tam jest! – uznał trium­fal­nie(.) – a po two­jej minie są­dząc nie jest to nic co chciał­bym zo­ba­czyć. Lilly, co on trzy­ma za tym ogro­dze­niem? - np. Sądząc po twojej minie, nie jest to nic, co chciał­bym zobaczyć.
- Nie mam ocho­ty o tym mówić – wy­ce­dzi­ła (ze) sta­now­czo­ścią(,) ocie­ra­jąc(ą) się o gniew(,) a spoj­rze­niem nie­omal za­bi­ja­jąc. - np. gdyby mogła, zabiłaby spojrzeniem.
Za­trzy­ma­li się w jej ład­nym, za­dba­nym ogród­ku. - bez jej
Wró­cił do ho­te­lu za­do­wo­lo­ny, to jasne(,) ale za­ra­zem był pełen wąt­pli­wo­ści.
Co tam bur­mistrz, co tam le­gen­dy i nie­wy­ja­śnio­ne ta­jem­ni­ce(.) -(bez myślnika) Lilly! To do­pie­ro za­gad­ka warta roz­wią­za­nia.
Długo nie po­tra­fił ukoić emo­cji, które przy­cze­pi­ły się w ciągu dłu­gie­go dnia jak iry­tu­ją­ce rzepy do pu­cha­te­go ogona ber­nar­dy­na. Chciał być wiecz­nie uśmiech­nię­ty jak on, ale ich ha­czy­ki zbyt uciąż­li­wie go kłuły. - kuły
Rodion dnia 27.04.2014 19:51
Zbyt dużo błędów nawet jak na mnie :D Nie wiem co się takiego ze mną działo, że ich do tej pory nie wyłapałem. Fragment powstał prawie rok temu, przeszedł kilka korekt, ale na dobrą sprawę od dawna do niego nie zaglądałem. Wtedy był ok, teraz aż zgrzyta podczas czytania :D poprawię (i wrzucę kontynuację) w wolnej chwili.

Do tego czasu: PRZEPRASZAM!

A i co do błędów (nie chodzi mi o interpunkcję)w dialogach: to są ludzie, oni tak mówią, nic na to nie poradzę :p
amsa dnia 27.04.2014 19:53
Rodion - bez przesady, ja swoje teksty poprawiam już sama nie wiem ile razy i co? Wrzucam na PP i jest co poprawiać:). Bo fabuła i zagadka jest ciekawa, budujesz ładnie nastrój, więc do pracy z kontynuacją:)
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
mike17
20/07/2024 17:15
Jarku, dobra mineta nie jest zła i warto ją uskuteczniać :)»
Jaaga
20/07/2024 09:12
Cóż, egzystencja jesiennej muchy nie do pozazdroszczenia.… »
Jaaga
20/07/2024 09:07
Berele, twój komentarz jest sam w sobie czymś pięknym dla… »
Berele
20/07/2024 08:30
Muszę się przyznać do tego, że z wielką przyjemnością… »
Berele
20/07/2024 08:13
Bardzo ładne "Czy pewnego razu nie wystygnie,"… »
Berele
20/07/2024 07:54
Jest to wiersz z pomysłem i ma bardzo klarowny, mądry wyraz.… »
Yaro
19/07/2024 21:39
Jesteś wybitnie stary doskonały:) Sztuka minety jak sztuka… »
Dar
18/07/2024 19:50
Kiedy pojawia się strach dobrze mieć wsparcie ze strony… »
mike17
18/07/2024 19:44
Sztuka robienia dobrej minety to już wyżyny. Oralny Bill… »
mike17
18/07/2024 19:35
Skroplami, lubię wzruszać i spełniam się w tym. co więcej,… »
Dar
18/07/2024 18:58
Jeśli erotyka jest powiązana z językiem miłości to wywołuje… »
Jaaga
18/07/2024 17:56
Dla mnie jest to wiersz erotyczny i podoba mi się.… »
Jaaga
18/07/2024 17:26
Dla mnie świetne. Perspektywy, rozwój, potem upadek. Co… »
Jaaga
18/07/2024 16:22
Bardzo dziękuję skroplami za pochylenie się nad moim… »
Jaaga
18/07/2024 16:03
Nie było mnie tu już bardzo dawno i twój komentarz Kazjuno… »
ShoutBox
  • Gramofon
  • 19/07/2024 19:56
  • Dziękuję bardzo Jago, a jakby ktoś nie chciał oglądać na facebooku to jest też już na youtube [link]
  • Jaaga
  • 19/07/2024 14:37
  • Powiem, Gramofon, że poeta jesteś pełną gębą i zaczynasz, jak nie przymierzając, Charles Bukowski, on też był listonoszem. Zrobił na mnie wrażenie zwłaszcza wiersz o dociskaniu. Pozdrawiam
  • Gramofon
  • 18/07/2024 17:51
  • Poproszę o feedback bo znajomi to wiadomo, poklepują po plecach :)
  • Jaaga
  • 18/07/2024 17:32
  • Gramofon, właśnie słucham jak czytasz.
  • Gramofon
  • 18/07/2024 16:44
  • siemanderrro. Jakby ktoś chciał posłuchać jak czytam wiersze i to przedpremierowo przy akompaniamencie gitary to zapraszam [link]
  • Jaaga
  • 18/07/2024 16:38
  • Zapraszam też do siebie, przygotowałam kilka nowych rzeczy, mam nadzieję, że się spodobają i porządnie je skomentujecie. Kształtuję się pod waszym okiem.
  • Jaaga
  • 18/07/2024 16:34
  • Po długiej nieobecności witam Wszystkich. Zaraz kogoś skomentuję. Już dawno nie miałam czasu, żeby tak sobie usiąść i poczytać.
  • Jacek Londyn
  • 12/06/2024 14:22
  • a komentarzy ni chu, chu. "Czego oczy nie widzą, sercu nie żal"... Niby tak, lecz ja komentarze sobie cenię. Nierzadko lepiej niż kawa rano podnoszą ciśnienie.
  • Jacek Londyn
  • 12/06/2024 14:19
  • "Ostatnio widzianych" spory tłum,
  • Zbigniew Szczypek
  • 31/05/2024 21:10
  • "Po co tu jesteśmy, skoro ciągle się boimy?"- to taka "terapia", dla duszy i ciała, ekshibicjonizm w innym wymiarze. Skoro już tu jesteś, zrzuć ostatni listek! Bądź wreszcie wolny
Ostatnio widziani
Gości online:0
Najnowszy:Usunięty