Podwładny pani prezes (wyjątek) - wykrot
Proza » Długie Opowiadania » Podwładny pani prezes (wyjątek)
A A A
Od autora: Taki sobie fragmencik, wycięty ze środka.

Paweł Dedejko był u siebie. Jego posągowa sekretarka odpowiedziała na moje powitanie zupełnie miłym i nie całkiem służbowym uśmiechem, oznajmiając przez telekom moje przybycie, a uzyskawszy aprobatę, poprosiła bym wszedł do gabinetu.

- Witam pana dyrektora! – Dedejko wstał zza biurka i wyszedł naprzeciw. – Właśnie wybierałem się w rejony gabinetów „naczalstwa”

- Dzień dobry! Panie Pawle, może w końcu przejdziemy na mniej oficjalne formy obcowania? Co pan na to? – zapytałem, ściskając mu dłoń.

- Nie miałbym nic przeciwko temu! – roześmiał się.

- Bo tak jakoś bywa różnie, czasem mówimy sobie po imieniu, czasem oficjalnie… taki mętlik…

- Panie Tomku, do mnie może pan zawsze zwracać się po imieniu. Nie przywiązuję zbyt wielkiego znaczenia do formy, a jeszcze w dodatku pochodzącej z pana ust…

- To tak jak i ja. Jestem Tomasz! – oznajmiłem, po czym ponownie wyciągnąłem rękę w jego stronę.

- A ja Paweł! – odpowiedział uściskiem dłoni.

- No i jedną sprawę mamy za sobą! – roześmiałem się.

- Dobre i to – zauważył. – Zawsze jakiś sukces! Chociaż nie podejrzewam, że tylko to miałeś na głowie kierując kroki w moją stronę. Proszę! Usiądźmy! – wskazał fotele.

- Czyżbyś znał życie? – zażartowałem.

- Oj, znam je, znam! Chyba nawet lepiej niż przewidujesz w najczarniejszych myślach. Ale cóż… Nie mogę powiedzieć, że sam go nie wybrałem, więc żalić się nie mam powodu, ani nie mam do kogo kierować pretensji. Tak już musi być i tyle! Sam tego chciałem i sam sobie zgotowałem taki los!

- Czyżbyś pił też do mnie? – zainteresowałem się nagle.

- Nie, absolutnie! – wybuchnął śmiechem. – Coś ty! – powoli cichł. – Tak naprawdę, to ciebie podziwiam. Z mojego punktu widzenia jesteś prawy i niesłychanie konsekwentny. A w tym to już jesteśmy do siebie podobni. Różnica jest tylko taka, że ty w drugim rozdaniu dostałeś to czego pragnąłeś i teraz możesz się cieszyć swoim wyborem, a ja niestety, niekoniecznie.  Ale to już tylko moja sprawa.

- Paweł… masz dzieci?

- Mam. Z pierwszego małżeństwa. Syna i córkę. Jednak moja dawna żona dość skutecznie odseparowała je ode mnie, a ja wtedy nie chciałem z nią walczyć. I teraz jest już za późno. Ja w zasadzie dla nich nie istnieję. Wiedzą, że żyję, bo przekazuję jej co miesiąc jakieś nędzne pieniądze, ale nie walczyła o podwyżkę alimentów. Nie wiedzą też, że każdemu z nich założyłem konto i teraz regularnie wpłacam tam niemałe kwoty. Jak się usamodzielnią, będą miały jak znalazł.

- Gdzie mieszkają?

- W Niemczech. Już dawno wyjechała z nimi do jakiejś dalszej rodziny, tam otrzymała obywatelstwo i chyba ułożyła sobie życie od nowa, ale nie znam szczegółów i nie pragnę ich znać.

- Ciekawy gość jesteś, przyznam się, że nigdy nie potrafiłem cię rozgryźć.  

Roześmiał się swobodnie.

- Panie Tomku… przepraszam, Tomek… nie mogłem ci pozwolić się rozgryźć! To było wykluczone! Przeciwnie, to ja musiałem gromadzić o tobie wszelkie informacje, nawet takie, o których do dzisiaj nie wiesz.

- Dalej gromadzisz? – zapytałem z głupia frant.

- Nie, teraz jesteś już poza obszarem moich zainteresowań. No chyba, że sam wchodzisz mi w paradę, wtedy muszę coś z tym zrobić.

- A co się zmieniło? Czy ja wpadłem w sidła konkurencji?

- To nie chodzi o konkurencję.

- A o co?

- Tomek… czy ty, tak powiedzmy… na przykład… zdajesz sobie sprawę z tego, że podczas jubileuszowego, styczniowego balu, hotelowe kamery zarejestrowały twoje harce z ówczesną żoną prezesa?

- Jakie harce? – zapytałem z miną niewiniątka, chociaż przeszył mnie dreszcz.

- Na przykład to, co robiliście w tym saloniku, gdzie palono cygara.

- Pieprzysz! Tam miało nie być kamer!

- Ale były. Były wszędzie, poza pokojami! Na szczęście, udało mi się skasować nagrania zanim je ktokolwiek przejrzał, chociaż to nie był nasz system rejestracji. One nie istnieją, ale zapewniam cię, że takie były. Gdybym nie znał waszych życiorysów, to… wiesz co? Moim obowiązkiem było wtedy ogłoszenie najwyższego alertu w korporacji! Sam wiesz najlepiej, dlaczego tego nie zrobiłem – roześmiał się. – I jak się okazało, miałem rację!

- Kto jeszcze o tym wie?

- Nikt. Siedziałem osobiście sam jeden za pulpitem operatorskim, słyszałem nawet twoją, już nawet nie wiem czy wcześniejszą, czy też późniejszą rozmowę z Romkiem, kiedy ci mówił, że ja tu gdzieś jestem.

- Ja pierdolę, co za czasy! Tutaj w banku też wszystko nagrywasz?

- Prawie wszystko! – roześmiał się ponownie. – Nagrania są przechowywane przez miesiąc. Jeśli nikt ich wcześniej nie zdejmie, są kasowane następnymi.

- Zaplecze gabinetu Dorotki też?

- Nie, nie! Tam jest to niedopuszczalne! Ale gabinet jest w zasięgu kamery, jak również sekretariat. Tomek, tak być musi!

- Mój gabinet też?

- Nie, twój jeszcze nie. Nie jesteś członkiem zarządu, ale niewykluczone, że otrzymam inne dyspozycje, a wtedy kamerę ci załączę. Jest zamontowana, chociaż na razie nieaktywna. Tomek, to są kwestie bezpieczeństwa, ja to muszę robić!

- Nie zgadzam się! Do nagrań mają dostęp technicy, a po co im te wiadomości?

- Nikomu nie daję dostępu, a ja umiem milczeć, chyba się o tym przekonałeś.

- A jeśli ciebie zabraknie? Co się z tym stanie?

- Nie ma takiej opcji.

- Więc się zastanów! Przemyśl to wszystko, bo jak na znanym portalu pojawią się filmiki z naszymi figlami, to cię zaduszę własnymi rękami! Jasne? A teraz wróćmy do szarej, ponurej rzeczywistości, bo mamy o czym mówić.

- Owszem, mamy, ale poczekaj, bo chyba się nie zrozumieliśmy. Zakończmy najpierw jeden temat.

- A co jeszcze masz?

- Mam dla ciebie pakiet informacyjny – wstał i podszedł do kasy pancernej, stojącej w rogu pomieszczenia. Wyjął z niej pokaźną kopertę po czym powrócił na miejsce.

- To dla ciebie – oderwał od niej arkusz papieru, położył na stoliku, a kopertę mi wręczył. – Podpisz mi zwrotkę, z datą, kiedy otrzymałeś.

- Co to jest? – zapytałem krótko.

- Kody dostępu, oraz instrukcje do moich tajnych i poufnych materiałów. Wolno ci je poznać wyłącznie wtedy, kiedy mnie by tu zabrakło. Pieczęć możesz złamać wyłącznie w obecności prezesa zarządu, kimkolwiek by on nie był. A gdybyś ty stąd odchodził, jesteś zobowiązany zwrócić mi nienaruszony pakiet, albo przekazać go swojemu następcy. Za pokwitowaniem! W żadnym wypadku nie wolno ci naruszyć pieczęci bez zgody prezesa! A najlepiej złóż kopertę w swojej kasie i możesz zapomnieć, że tam jest – roześmiał się.

- Wow! Aż taka poważna procedura?

- Takie wytyczne dotyczące bezpieczeństwa obowiązują w korporacji. Romek swoje kody obligatoryjnie składa na przechowanie u mnie, a ja z kolei musiałem kogoś wybrać. Nie może to być osoba z zarządu banku, gdyż uważa się, że są postaciami zbyt zajętymi i na świeczniku, ale musi to być ktoś piastujący wysokie stanowisko i w pełni wiarygodny. Dlatego też wybrałem ciebie. Przy czym zwróć uwagę na to, że jest to decyzja poufna, będzie ją znała pani prezes i nikt poza tym nie powinien o niej wiedzieć. Nawet Romek. Miejsce przechowywania zapasowych kodów dostępu jest informację niejawną trzeciego stopnia.

- Dużo masz tych tajnych materiałów?

- Trochę tego jest – pokiwał głową. – Ostatnio przeglądnąłem archiwum dość dokładnie, sporo materiałów usunąłem trwale, między innymi większość tych, dotyczących ciebie i pani Doroty, gdyż uznałem, że nie ma potrzeby, aby jeszcze istniały. Część dotyczy osób, których tutaj już nie ma, ale zdecydowałem, że powinny jeszcze pozostać, jednak zasadnicza część dotyczy osób obecnie zatrudnionych. Rzadko z tego korzystamy, ale przy rozważaniach awansów na wyższe stanowisko, moje zdanie musi być brane pod uwagę.

- Filmy też tam masz?

- Tak, ale poczekaj! Nie sądzisz chyba, że ja codziennie bawię się w jakiś lokalny festiwal filmowy!

- No właśnie. Jak to z tym jest?

- Tomek, cały monitoring w banku jest podzielony na trzy obszary. Tereny przed bankiem, wejścia i windy, oprócz windy szefowej, a także wszystkie sale operacyjne, są kontrolowane przez ochronę na bieżąco. Dostęp do podglądu z tych kamer ma wiele osób, a nagrania przechowywane są przez dwa lata. Druga strefa to korytarze i pomieszczenia ogólne części pracowniczej, a także różne inne, wybrane z jakichś powodów. Tutaj dostęp jest różny. Ja i moi szefowie działów mamy dostęp zarówno do podglądu, jak i do materiałów archiwalnych, a do wybranych części podglądu, mają też kierownicy tych jednostek. Na przykład mogą sobie pooglądać pracę podwładnych na swoim monitorze. Ale tylko swoich. I najdłużej przez miesiąc. Bo nie archiwizujemy tego dłużej, chyba że ktoś zgłosi swoje zastrzeżenia, wtedy nagranie wędruje do moich materiałów i pozostaje w nich już na stałe, albo do czasu mojej innej decyzji.

Natomiast do trzeciej części, czyli sekretariaty głównych specjalistów, zarządu i dostęp do nich, oraz kamerę windy i gabinetu prezesa, kontroluję ja i wyłącznie ja. Muszę mieć taką możliwość, bo takie są zasady bezpieczeństwa. Oczywiście, w normalnych sytuacjach nawet nie przeglądam tych nagrań, a jeśli to robię, to jedynie wyrywkowo i pod kątem kontroli jakości obrazu oraz dźwięku, a nie treści nagrania. Mnie treści nie interesują, to nie moje sprawy, natomiast jestem odpowiedzialny za sprzęt, gdyby zaszło jakieś wydarzenie. Wtedy nagranie staje się ważnym dowodem i chyba sam wiesz co to oznacza.

- Mniej więcej. W oddziałach też tak jest?

- Podobnie, chociaż gabinety dyrektorów nie są monitorowane. To zależało od nich, a większość tego nie chciała. Jak więc widzisz, system bezpieczeństwa został w taki sposób opracowany i tak to funkcjonuje. Teraz stałeś się jednym z jego trybików, jako depozytariusz dostępu do moich tajemnic.

- No właśnie… Karmisz mnie tu szeregiem przestróg, a gdy wyjdę od ciebie, wszyscy zobaczą, że niosę coś opieczętowanego.

- Dam ci zwykłą, kartonową teczkę, włożysz do niej kopertę i będzie po problemie.

- Może masz i rację! – roześmiałem się. – A jednak na złodzieju czapka gore! Już sobie wyobrażałem, że wszyscy będą się we mnie wpatrywać.

- Bywa, bywa! – też się uśmiechnął.

Rzadka okoliczność, Paweł nieczęsto to robił.

 

- To mówisz, że miałeś okazję przyłapać nas na balu in flagranti…

- Miałem… – westchnął. – W dodatku, zamiast przyglądać się wtedy waszemu zbożnemu dziełu, wpadłem w panikę. Gdybyśmy się nie znali, miałbym podstawy wszcząć najwyższy alarm. Ale przecież wiedziałem, że wasz związek nie jest wymierzony w bank. Sypialiście ze sobą jeszcze wtedy, kiedy żadne z was o banku Solution nie słyszało. W dodatku teraz ty też pracowałeś w korporacji, więc z mojego punktu widzenia, jedynie bym się ośmieszył takim alarmem. A jednocześnie groziła wam wpadka, ujawnienie na zewnątrz kontynuacji związku, co mogłoby wpłynąć na wizerunek prezesa i całej organizacji. A za ten wizerunek szefa, w jakiejś części odpowiadałem również ja. John mógłby mieć do mnie słuszne pretensje, że go nie uprzedziłem, że nie wiedziałem… ba! Że wiedziałem i milczałem!

- Sam mnie tam zaciągnął.

- Wiem! – zaśmiał się. – Ale zrozum też mnie. Gdyby wtedy do pomieszczenia monitorów wszedł ktoś z ochrony hotelowej i zobaczył to co ja… chyba rozumiesz. Ja wtedy zrobiłem coś, co nie przysporzyło mi u nich wielu zwolenników, nie są przecież głupcami.

- Mianowicie?

- Tomek… wszystkie zawody mają swoje tajniki. Kierowcy, tokarze, ślusarze, kucharze... wszyscy! I niechętnie dzielą się sekretami poza swoją bandą. Ja też takie znam, ale tutaj nie miałem innego wyjścia. Nic nie wchodziło w grę, poza prostym wyjęciem i zabraniem dysku z serwera. Inaczej się nie dało! Popełnili błąd, że zastawili mnie samego, ale patrząc na to z drugiej strony… po co mieli ze mną siedzieć? To jest bardzo nudne! Awantury zdarzają się raczej na zakończenie imprez, a jakby coś, to przecież obraz i tak był zapisywany…

- Zabrałeś im dysk?

- Tak! Przy okazji też inne. Nie widziałem innego wyjścia. Miałem dyski zastępcze, przecież wcześniej uczestniczyłem w przygotowaniach do balu, więc sprawdzałem również ich sprzęt. Musiałem przewidzieć wszystko. Każdą sytuację. Podmieniłem je i całość działała, ale później zorientowali się, że to nie jest to. System wydrukował zmiany, nie zgadzały się numery sprzętu, to wszystko było zrobione dość ordynarnie. W końcu oddałem im własność, całkowicie oczyszczoną, nawet Romek sprawdzał je wcześniej i niczego nie znalazł. Ale dostali go z powrotem, działał i formalnie nie mają o co bić piany, chociaż oni wiedzą, że ich wyrolowałem. Nagrań z balu nie mają i mieć nie będą.  

- Podejrzewam, że wcześniej wszystko skopiowałeś?

- Owszem, ale fragmenty z wami usunąłem właśnie z materiałów archiwalnych. Nie ma już niczego na ten temat!

- Wierzysz w to, że nic się nie zachowuje?

- Tomek, używam niszczarki plików najnowszej generacji, którą dostałem od Romka. Nie potrafię ci powiedzieć jak to działa, ale jest stosowana w naszej korporacji. Aplikacja wykrywa wszelkie próby kontaktu z plikiem, rozprzestrzenia się po adresach, które się nim interesują i zamieszcza wtedy na komputerze źródłowym takie nożyczki, które wycinają go przy każdej próbie otwarcia, wprowadzając w to miejsce na dysku absolutny chaos. Działa też na wszelkich kopiach i obrazach. Ponoć jak dotąd nie ma niczego lepszego na świecie, system jest opracowaniem informatyków bankowych i nie jest ogólnie dostępny. Jego twórcy dostali solidną kasę za zrzeczenie się praw autorskich i siedzą teraz cicho, bo to Solution jest jej właścicielem. Dlatego mam postawy twierdzić, że jeśli coś skasowałem, to tak właśnie jest. Nagrania już nie ma!

- Oby… – westchnąłem. – Bo jesteś kolejnym, który miał okazję podglądać nas w trakcie. Ciekawe, kiedy to się skończy.

- O! – roześmiał się. – Naprawdę? Cóż ja mogę zrobić! Musicie unikać publicznych miejsc i to wszystko!

- A tam, głupstwa pleciesz! Przecież ani jezioro, ani nasze podwórko, nie było miejscem publicznym!

- I tam was podglądali?

- Oczywiście! Masz co do tego wątpliwości? Przecież nas znasz z tamtych czasów. Zresztą, chyba i wtedy nie miałeś wątpliwości. A ja dostałem po latach dość dokładne relacje z tego co robiliśmy.

- Ciekawe…

- Co w tym ciekawego? Znane, powtarzalne sprawy. Czym one się różnią? Technicznie niczym, różnica tylko w uczuciach i emocjach.

- No tak, masz rację. Tym niemniej dla wielu są bardzo pociągające. 

- I dla wielu bardzo zdradliwe, wiem o tym. Tym niemniej, wyszliśmy już na prostą z naszym związkiem i teraz niczego się nie boję.

- A jak poprzedni?

- Lekko nie będzie, ale kiedyś się to skończy – westchnąłem. – Słuchaj, kiedy wczoraj rozmawialiśmy o tej śląskiej kontroli, pomyślałem właśnie o was. O tobie i twojej żonie. Bo nie znam tych wszystkich szczegółów, ale coś do mnie dochodziło, że masz domowe problemy. I pomyślałem, że mógłbym mieć dla was propozycję.

- Jaką?

- Nie wiem, czy dla twojej żony jest to zalecane, ale podejrzewam, że tak. Chodzi mi o pływanie i przebywanie w wodzie.

- Owszem, to jest wskazane.

- Więc jest taka sytuacja, że nasz basen stoi nieużywany przez cały roboczy tydzień, bo my jesteśmy w apartamencie. Wracamy do Podkowy tylko na weekendy. A tam jest mnóstwo miejsca. Więc po pierwsze, moglibyście z niego korzystać w dni powszednie wedle swoich chęci, możliwości i upodobań. Bez świadków. Po drugie, tam można nawet zamieszkać w pokojach gościnnych i mieć basen do swojej dyspozycji. Z ciepłą, podgrzewaną wodą! Oczywiście, też tylko w tygodniu, bo na weekend przyjeżdżamy z dziećmi i wprawdzie nie będziecie nam przeszkadzać, ale wyłączności już ci nie zaoferuję. Bo my też z niego chcemy korzystać.

- To oczywiste!

- Więc przemyśl to, oferuję ci wszystko za darmo, problemem będzie tylko twój dojazd do pracy, bo korki stamtąd są nieziemskie.

- Dziękuję! – uśmiechnął się. – Musiałbym to jednak omówić najpierw z żoną.

- Omawiajcie! Oczywiście, wyłoni się problem aprowizacji… kto u was o to dba?

- Może nie uwierzysz, ale dajemy sobie radę! Mieszkanie mamy przystosowane do jazdy wózkiem i kuchnię też. Agnieszka znakomicie sobie z tym radzi.

- Doskonale, tylko musielibyście dogadać się jeszcze z panią Heleną. Bo oddzielnej kuchni na pokoje gościnne u nas nie ma. Bez zgody Heleny, musielibyście korzystać z cateringu…

- To nie wchodzi w rachubę – przeciął jednoznacznie.

 

- Ale Helenę znasz. Wiesz kim jest, twojej Agnieszki wprawdzie nie zna, ale sam oceń, czy dopuści ją do swojej kuchni przy salonie, bo do tej drugiej, to raczej nie. Spróbuj, jeśli uważasz to za możliwe. Oferuję ci wszystko co mogę, bo mam wrażenie, że zaskorupiłeś się zbytnio w swoim zamkniętym światku, a przecież doskonale wiesz, że nie jesteśmy tutaj ani terrorystami, ani głupkowatymi nowobogackimi. Znasz mnie z czasów, kiedy byłem bezrobotnym, kiedy chciałeś mnie zamknąć na dołku, a jednak możemy dzisiaj rozmawiać ze sobą spokojnie i bez urazy. Uwierz zatem, że i z twoją żoną będę w stanie rozmawiać tak, jak przystało na cywilizowanego człowieka. I nie zamykaj jej przed światem, bo robisz jej krzywdę.

- Zbyt mało o nas wiesz, dlatego tak sądzisz.

- Paweł… – rozłożyłem bezradnie dłonie. – Jesteś dużym chłopczykiem i ja nie będę cię uczył nowych zabawek. Przypomnę ci tylko, że oprócz losów banku, odpowiadasz też za swój własny. I swoich najbliższych.

- No… teraz dałeś!

- A co w tym dziwnego?

- Nie znałem cię od takiej strony!

- Jakiej? Cywilizowanej? Oj, oj! Blefujesz teraz! Przecież wiesz doskonale, że Dorotka była u mnie od zawsze na pierwszym miejscu, a ja podobnie, też cieszyłem się jej względami. Wprawdzie skrywanymi, ale one istniały!

- I tego właśnie nie rozumiem. Widziałem, ale nie wiem skąd to wszystko…

- Widocznie tak miało być! – zadecydowałem w jednej chwili. – Nie musisz tego o nas wiedzieć i koniec! Mamy już swój związek w zasadzie oficjalnie, mamy dzieci i nie próbuj grzebać w naszych relacjach.

- Jestem od tego bardzo daleki! – zapewnił.

- W porządku. Przemyśl więc moją propozycję, porozmawiaj ze swoją żoną, przekonaj, że nie musi mieć żadnych obiekcji, a sam skoncentruj się nad logistyką tematu. Bo organizacja tego wszystkiego spada na ciebie. I tylko na ciebie Ja ci mogę pomóc przy technicznej realizacji, ale nie przy planowaniu waszych, albo tylko twoich dojazdów.

Siedział spokojnie i niemal niezauważalnie kiwał głową, ściągnąwszy usta.

- Szefowa zaakceptuje to? – zapytał wreszcie.

- Pytasz teraz, jakbyś nas nie znał i nie wiedział, że znamy się niemal od podszewki. Jeśli coś mówię, to jestem pewien jej akceptacji. Zresztą, jesteśmy tam decydentami równymi sobie, to nie jest bank.

Jaszcze chwilę myślał.

- Dzięki! Tomek, rozważę to wszystko później.

- Oczywiście, teraz wróćmy wreszcie do obowiązków dnia. Jak przebiega kontrola na Śląsku, masz jakieś informacje?

- Mam, ale to wszystko jest wstępne. Jeszcze bez żadnych podsumowań. To się dopiero zaczęło i przez jakiś czas potrwa.

- Jakie masz zdanie na temat naszego dyrektora Marejczyka?

- Tomek! Musisz tutaj rozróżnić dwie sprawy, dwa kierunki. Moja ocena kogokolwiek, nie będzie oceną merytoryczną. Ja się nie znam na przedmiocie ich działań! To ty musisz najpierw zapoznać się z ich dokonaniami w temacie, a dopiero później ja mogę przeważyć opinię w jedną, lub drugą stronę. Bo jeśli powziąłbym informację alarmową, to oczywiście, zawiadomię cię bez zwłoki, nie czekając na okazję. Jednak to są raczej rzadkie przypadki.

- A mimo wszystko, twoja ocena?

- Pozytywna. Jak dla mnie jest to człowiek na swoim miejscu.

- W porządku. A teraz coś ekstra. Podczas naszej wczorajszej, nocnej rozmowy, doszliśmy z Dorotką do wniosku, że należy zawiesić w obowiązkach zastępcę dyrektora oddziału, pana Wielickiego. Wiesz coś o tym?

- Nie wiem! Skąd mam wiedzieć?

- Dlatego przyszedłem ci to wyjaśnić. Bo na polecenie Dorotki, Romek zablokował mu jeszcze w nocy dostęp do systemu, a rano, zaraz po przyjściu do pracy, Dorotka zawiesiła w obowiązkach i wezwała do nas. Ma się zgłosić u ciebie.

- I co mam z nim zrobić?

- Zapytać o kilka spraw!

 

Wyjaśniłem Dedejce całą sytuację z wczorajszego dnia, omówiłem też swoje podejrzenia, a kiedy skończyłem, napotkałem jego palące spojrzenie.

- Kiedyś omal cię nie zamknąłem, bo byłeś zbyt przewidujący – oznajmił dość wesoło. – Teraz też, to co mówisz, niby ma ręce i nogi, tym niemniej, takie obwinienie ociera się o zarzuty prokuratorskie i nie wolno ci go wypowiadać pochopnie. Przestrzegam cię, bo to może mieć poważne konsekwencje.

- To oczywiste, ale co proponujesz w zamian?

- Możesz mi to zostawić? Mam wystarczającą ilość informacji, żeby po rozmowie z nim, podjąć konkretne decyzje.

- Z chęcią. A co przewidujesz?

Spojrzał na mnie i orzekł.

- Już ci mówiłem, byłbyś niezłym śledczym, gdyby ktoś nauczył cię odpowiednich technik przesłuchań i zbierania dowodów. Instynkt masz wrodzony, ale powstrzymuj się, bo narobisz więcej szkody niż pożytku. I bez pośpiechu w takich sprawach. Niecierpliwość jest złym doradcą.

- Dobrze, zrobię jak radzisz. Czyli pan Wielicki zostaje do twojej dyspozycji, a ja dzisiaj nie muszę o nim myśleć.

- Jak najbardziej. Ekip kontrolnych też nie popędzaj, nie naciskaj, one sobie poradzą. A wyniki ich pracy dostaniesz kiedy będą gotowe, bądź tego pewien.

- Mówisz, że przesadzam?

- Nie angażuj się zbytnio w szczegóły, bo braknie ci czasu na spojrzenie całościowe, na refleksję. Od szczegółów mamy pracowników; biorą za to pieniądze, niech więc działają! My mamy wytyczać im kierunek, a interweniować tylko w niektórych przypadkach.

- Wiesz co? Ja już byłem kiedyś dyrektorem, a nawet prezesem. Zarządzania też się uczyłem. Więc podstaw nie musisz mnie uczyć. Tym bardziej, że jakoś twoje zasady tutaj nie zadziałały…

- Zadziałają! Przepraszam, że tak przyjąłeś moje słowa, nie miałem zamiaru cię pouczać, ale tutaj w większości spraw wystarcza sama świadomość nadzoru, czego w tym przypadku przez te parę miesięcy zabrakło. Pojawiła się jednak znowu, czyli wszystko wróci na swoje miejsce. Poradzimy sobie!

- Ok. Niech i tak będzie. Ale jest inna sprawa.

- Mianowicie?

- Jutro Dorotka leci z Romkiem do Nowego Jorku, a ja wyjeżdżam z Lidką do Pokrzywna i nie będzie mnie przez cały dzień. Kto podczas nieobecności prezesa odpowiadał za firmę?

- A co zrobicie z dziećmi? – wtrącił.

- Chłopcy będą w Pokrzywnie z Heleną i rodzicami Lidki. Ale wróćmy do mojego pytania.

- Nie było takiej osoby. Każdy zajmował się swoją działką i za nią odpowiadał.

- Ale nasze prawo mówi inaczej.

- John miał swoje zasady. Wszystkie sprawy na niego czekały, albo załatwiał je zdalnie. W dzisiejszych czasach to nie jest problemem. A nominalnie, pierwszą osobą był wtedy główny ekonomista banku, dyrektor Adam Worlandow. Jednak o ile wiem, nie miał okazji skorzystać z uprawnień.

- A, już wiem, rozmawialiśmy kiedyś przez parę minut. Możesz mi coś o nim powiedzieć?

- Niewiele ponad to, co możesz wyczytać z jego akt. Nie pcha się do rządzenia, zresztą już kilka razy słyszałem jak mówił, że on tu jest od zarządzania pieniądzem, a nie ludźmi. A w tym jest świetny. Solidnie wykształcony, staże zagraniczne w Wiedniu i londyńskim City, w tych tematach był prawą ręką Johna.

- Dlaczego więc nie objął kierownictwa, gdy Johna zabrakło?

- Faktów nie znam, ale domyślam się, że były dwa powody. Pierwszy jest taki, że sam tego nie chciał, a drugi, bo nie ma żadnych układów z kimkolwiek w korporacji. W Nowym Jorku był kilka razy po parę dni i to wszystko. Nie ma tam żadnego zaplecza. Ma kontakty tylko w Europie. Ale pani Dorota go zna i wydaje mi się, że tutaj współpraca będzie się układać. Nadają na tych samych falach.

- Czyli to jemu powinna powierzyć obowiązki na czas wyjazdu?

- Jeśli ciebie nie będzie, to chyba tak. Przynajmniej nie narobi szkód. A ja nieformalnie zwiększę czujność, postawię ochronę w stan alertu i będzie dobrze.

- Oj, nie przesadzaj! – roześmiałem się.

- Jasne, że teraz przesadzam – odpowiedział, również uśmiechnięty. – Tym niemniej… Tomek, wiesz co? Dawno już nie było początku tygodnia tak bogatego w różnorodne wydarzenia. A ja jestem przesądny… chociaż nie, to żaden przesąd. To wynika z mojego, życiowego doświadczenia. Niczym prawo Murphy’ego. Jak już coś zaczyna się pieprzyć, to pieprzyć się będzie. Dlatego też, naprawdę stawiam dzisiaj swoich ludzi w stan gotowości, zastrzegę, że nawet w domu mają być trzeźwi i gotowi do przyjazdu, bo… bo mogą być potrzebni.

- Postaw jeszcze Artura do pionu!

- Jasne, że to zrobię! I chwała pani Dorocie za to, że podporządkowała mi formalnie pion ochrony teleinformatycznej. Bo z Romkiem dogadywaliśmy się zawsze tak po cichu, obydwaj niezależni, ale gdyby między nami coś zaiskrzyło, to powstałaby luka w zabezpieczeniach. Teraz luki już nie ma i nie będzie. Teraz ja odpowiadam za wszystko głową, a chociaż Kostrzyński jest lepszym specjalistą w szczegółach, to ja niewiele mu w nich ustępuję i w dodatku potrafię różne zdarzenia lepiej interpretować. To było dobre posunięcie pani prezes.

- Ty jesteś informatykiem? – spojrzałem na niego z niedowierzaniem.

- Możesz się zdziwić, ale tak! 

- To jak wylądowałeś w policji?

- Właśnie jako informatyk! Bo policja była wtedy niczym dziecko we mgle, zaskoczona rozwojem nowych technologii, bez pojęcia o tym co się dzieje. Pamiętasz te gangi warszawskie w początku lat dziewięćdziesiątych?

- Owszem!

- Widzisz! Oni nie mieli ograniczeń technologicznych, korzystali z nowości. A nasza policja… minimum dziesięć lat do tyłu! Jak miała z nimi wygrać? Ograniczona skromnym budżetem, ze starymi krzesłami z lat pięćdziesiątych, z maszynami do pisania „Łucznik”… z czym do ludzi?!

- Było tak, było… – westchnąłem.

- Ktoś się wtedy opamiętał, zaoferowano absolwentom szkół świetlaną przyszłość, więc ja, nie mający domowego zaplecza, ujrzałem swoją szansę! Podpisałem cyrograf, przeszedłem następne szkolenia, bo już je zorganizowano i zacząłem działać! Powiem w dodatku, że nie bez sukcesów.

- A dlaczego zakończyłeś karierę? – zapytałem bez ogródek.

Zawahał się.

- Jeśli ci powiem, że byłem zbyt mądry dla swoich szefów, to jak to przyjmiesz?

- Nie wiem! – uśmiechnąłem się. – Wiesz, ja sam o sobie czasem tak myślę, że swoich szefów przerastałem, dlatego większość z nich mnie nie lubiła.

- Już ci powiedziałem, że jesteśmy w wielu sprawach do siebie podobni. Otóż po kilku latach, kiedy zasuwałem jak mały samochodzik za jednak marne pieniądze, zaczął we mnie narastać sprzeciw. Nie muszę ci chyba opowiadać jak to się dzieje, bo to było wszystko standardowo, jak w dawnych czasach. Przy awansach liczyły się układy, a nie wiedza i osiągnięcia. Mało tego, ci młodzi, wykształceni, którzy protestowali głośno, dostawali w dupę tak przykładowo, żeby inni nie próbowali się wychylać.

Ja dość długo siedziałem cicho, dlatego dorobiłem się stopnia, ale kiedy podrosłem,  dostałem drobną, ale dość trudną sprawę, w której znalazłem sprawców i wtedy kazano mi to wszystko zamieść pod dywan. I nie wytrzymałem. Ujawniłem wszystko, czym jednocześnie spaliłem za sobą mosty. To był syn komendanta w komendzie wojewódzkiej. Od tego czasu, pozostając w policji, mogłem już tylko wegetować. Złamałem solidarność środowiska. Niestety, tak to się jeszcze działo. Fakt, że teraz młodzi wygryźli już tamte ekipy, już te układy zanikły, ale i ja się zestarzałem.

- Kiedy Lidka powiedziała mi latem, że pracujesz jako dyrektor ochrony banku Solution, byłem bardzo zaskoczony, ale tylko przez chwilę. Pomyślałem zaraz, a niby dlaczego nie? Masz niemałe doświadczenia, Dorotka cię znała…

- I chwała za to pani Dorocie, że zaufała mi, pomimo waszych doświadczeń! Bo ja wtedy naprawdę byłem wobec was bardzo wyrozumiały, mało oficjalny i na pewno nie złośliwy.

- I mówiłeś nam prawdę?

- Tomek... uwierz mi, ja wiem jak się zachowują winni! Psychologii też nas uczyli. Ja wtedy już na początku zrozumiałem, że to nie było tak jak mam w zeznaniach, ale musiałem się dowiedzieć jak było naprawdę! A ty zacząłeś wtedy stawiać mi opór, nie szło się dogadać, dlatego nie miałem innego wyjścia! Musiałem tobą wstrząsnąć! Nie miałem czasu, żeby spędzać na rozmowach kilka dni i czekać, aż zechcesz mi łaskawie coś oznajmić. To nie wchodziło w grę.

- I zamknąłbyś mnie, gdybym milczał?

- Jasne! To standardowa procedura! Nawet sobie nie wyobrażasz, jak rano ludzie miękną.

- Przede wszystkim ze względu na brak informacji o znajomych.

- Oczywiście. Skąd to wiesz?

- Z życia wzięte. Nie w Polsce, tylko na wschodzie. Mnie byś nie zaskoczył.

- Jesteś lepszy niż myślałem! – roześmiał się na głos. – Kiedy to było?

- Dawno, dawno temu! Miałem jeszcze taki handicap, że to nie było pokłosie awantury z gliniarzami, tylko z ochroną hotelu. Więc mundurowi byli wobec mnie obojętni. Robili co musieli, a ja się im nie sprzeciwiałem. Dlatego też rano dogadałem się z nimi bez trudu i odwieźli mnie swoim autem do hotelu, bo mróz był tęgi i zmarzłbym po drodze.

- Dobry jesteś! – zaśmiewał się. – Z tego co mówisz, domyślam się nawet tematu tego nieporozumienia…

- Raczej się nie mylisz! – tym razem ja się uśmiechnąłem.

- Ja pochodzę z tamtych stron i wschodnią mentalność znam. Jeśli było poparcie drugiej osoby…

- Było. Ochroniarz był wspólnym wrogiem.

- To nie ma nawet o czym mówić! Czym się wyłgałeś?

- Nie pamiętam dokładnie, ale to było jakieś sto czterdzieści rubli sztrafu, czyli mniej więcej równowartość paczki tanich papierosów a potem dołożyłem im tysiąc do kieszeni za samochód do hotelu.

- Standardowo! – zakpił. – Podejrzewam, że żadnych innych sankcji nie było?

- A niby za co? – udałem zdziwienie.

- Normalne! – zgodził się ze mną. – Przecież nie podważałeś ustroju!

- W żadnym wypadku! – zapewniłem wesoło.

 

Pośmieliśmy się jeszcze przez chwilę, ale w pewnym momencie przyszła mi do głowy myśl, że należy wyczyścić do końca nasze z nim relacje.

- Paweł, jest jeszcze taka sprawa.

- Mianowicie?

- Chodzi o nas, czyli o mnie i Dorotkę.

Spoważniał.

- Jak mam to rozumieć?

- Jak chcesz. Oznajmiam ci tylko, że Dorotka zna wszystkie epizody z mojego życia i nikt ją niczym nie zaskoczy. Takie drobiazgi też zna.

- Dlaczego mi o tym mówisz?

- Na wszelki wypadek. Bo mógłbyś kiedyś spotkać się na przykład z groźbami szantażu. Otóż nie wahaj się wtedy ujawniać jej wszystkiego, ja nie mam przed nią tajemnic.

- Spodziewasz się czegoś?

- Nie, to tak na wszelki wypadek. Bo mieliśmy jedno zdarzenie, jeszcze w lecie, gdy po stronie poważnych wnioskodawców wystąpiła… no… jedna z moich dawnych partnerek. Dorotka wie o niej.

- Wiem o kogo chodzi – pokiwał głową. – Pani Dorota mi to wtedy zgłosiła. Miała taki obowiązek, to był zbyt poważny kontrakt i musiał zostać prześwietlony dokładnie przed jego podpisaniem. Nie tylko od strony ekonomicznej.

- Czyli John też się o tym dowiedział?

- A niby skąd? – roześmiał się. – Tomek, to nie działa tak jak myślisz. Moim obowiązkiem jest ochrona banku i jego interesów, a nie ocena prywatnych zachowań pracowników, choćby najwyższego szczebla. Dopóki nie wpływa to na interesy firmy, nie mam prawa nikogo informować o jakimkolwiek zdarzeniu. Mało tego. Nawet jeśli mam inną wiedzę, że takowy konflikt może wystąpić, to zaznaczam tylko swoje wątpliwości, bez podawania szczegółów i podstawy moich stwierdzeń. A we wspomnianej sytuacji, masz przykład niemal wzorcowej postawy pani Doroty.

- Czyli powiadomiła ciebie, że to jest osoba, która może próbować skorzystać z naszej wcześniejszej znajomości?

- Może nie aż tak, bo przecież nie byłeś wtedy w banku nikim ważnym z punktu widzenia całości operacji, a przypominam, że chodziło o kwotę rzędu miliarda dolarów, nie można tego nie uwzględnić! Taki kredyt to nie byle co, nawet dla banku Solution!

Dlatego też, postąpiła bardzo odpowiedzialnie informując mnie o twoim dawnym związku właśnie po to, żeby nikt nigdy nie zarzucił jej ukrywania jakichkolwiek faktów, mogących przynajmniej w teorii, mieć wpływ na proces decyzyjny. Dlatego też, moja opinia dotycząca kredytu była bardzo krótka. Aprobująca.

- Chcesz powiedzieć, że nawet prezes nie zna materiałów stanowiących podstawę twoich decyzji? To ty jesteś panisko!

- Nie, nie! – roześmiał się. – Prezes nie zna tych materiałów, dopóki wszystko kręci się bez problemów. Jednak gdyby takowe wystąpiły, to pojawia się ekipa kontrolna, której jestem zobowiązany udostępnić wszystkie materiały źródłowe, a także moje analizy, opracowania, testy i wtedy rozstrzygana jest kwestia winy oraz odpowiedzialności. Kto zawiódł i w jakim miejscu. A także dlaczego. No i prezes wtedy je poznaje, bo przecież to on odpowiada nominalnie za wszystko. Poznają je również mocodawcy i wtedy decydują, czy prezes został wprowadzony w błąd przez szefa ochrony, albo przez inne służby, a może sam, pomimo zastrzeżeń, podjął określoną decyzję. Tak też może się zdarzyć.

Jak więc widzisz, ja nie mogę być nieodpowiedzialny, a zarazem nie jestem upoważniony do grzebania w ludzkich sumieniach i duszach. Dysponuję paskudną wiedzą, wykraczającą nawet poza wiedzę księdza spowiednika i to daleko! Nie dziwię się zatem, że u nich jest tyle dewiacji. To nie jest sytuacja psychicznie komfortowa, zapewniam cię. Trzeba naprawdę przejść w życiu wiele, żeby móc się z tym zmierzyć.

- Wierzę ci! Przeżyłem już trochę lat i mam pewien dystans do życia, a jednak ciągle mnie zaskakuje.

- Nie narzekaj…

- Przecież nie narzekam! – roześmiałem się, wstając z fotela. – Idę już, bo chociaż świetnie mi się z tobą rozmawia, to mam jeszcze niemało spraw do załatwienia.

- Wiesz ilu pracowników chciałoby być w twojej sytuacji? – zapytał jeszcze, również wstając.

- Ejże! Mówisz o naszym związku z Dorotką? – spojrzałem na niego z przekąsem.

- Oczywiście! – odparł beznamiętnie.

- Połowa?

- Nie zgadłeś! – uśmiechnął się. – Chyba wszyscy, wyjąwszy oczywiście kobiety.

- Nie przesadzaj… ty też? – wystrzeliłem.

- Wiesz co… Ja was obydwoje znam zbyt długo, żeby mieć jakieś wątpliwości, natomiast naszym młodym lwom wydaje się, że skoro ty wygryzłeś Johna, to każdy z nich też ma taką szansę!

- Bo są młodsi i bardziej macho, bardziej jurni!

- Mniej więcej – skinął głową. – Chciałbym, żebyś o tym wiedział. Jak na razie te dyskusje pomiędzy nimi nie wykraczają poza pewne standardy i ja je kontroluję, jednak jeśli zaczną przesadzać, będę zmuszony do reakcji. I nie wiem tylko, czy informować o tym ciebie, czy od razu panią Dorotę.

- Proponuję najpierw mnie. Dorotka nie będzie wyrozumiała, nie lubi tego.

- Wiem o tym, dlatego też pytam.

- Jeśli będzie jakiś konkret, to mnie powiadom, a wtedy wspólnie coś uradzimy, dobrze?

- W porządku! – zgodził się, po czym uścisnęliśmy sobie dłonie.

- Ach, Paweł, jeszcze jedno! – opamiętałem się niemal przed drzwiami. – Zapomniałbym, z czym do ciebie przyszedłem.

- Mianowicie?!

- Słuchaj! – wróciłem na fotel. On również usiadł. – Dlaczego w kartach identyfikacyjnych nie ma zakodowanej daty ich ważności?

- Nie wiem! – odparł, wzruszając ramionami.

- To wydaj stosowne zarządzenie szefa ochrony, wyznacz termin na wymianę wszystkich kart i w możliwie najkrótszym czasie wprowadź to w życie. W całym banku i wszystkich oddziałach. Termin ważności ma wyznaczać twoja data dopuszczenia do pracy. Poza tą datą, karta staje się nieaktywna.

- Rozumiem. Dobry pomysł!

- Premia dla szefa ochrony śląskiego oddziału. Twierdzi, że dawno zgłaszał taki pomysł.

- Na pewno nie do mnie.

- Może swojemu dyrektorowi – zgodziłem się. – Nic to, nagroda mu się należy.

- Załatwione! Ale słuchaj, mam to zrobić poza wiedzą szefowej?

- Dorotka temat zna i akceptuje. Nie zawracaj jej głowy i edytuj zarządzenie jako twoje własne. Masz do tego prawo.

- Dobrze!

Jeszcze raz uścisnęliśmy sobie dłonie, zabrałem teczkę, zawierającą kopertę z jego kodami i wróciłem do siebie.

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
wykrot · dnia 21.05.2014 05:21 · Czytań: 754 · Średnia ocena: 0 · Komentarzy: 3
Komentarze
amsa dnia 21.05.2014 16:15
Wykrot - z pewnością jakieś błędy są, bo zawsze coś się przydarzy:), ale ja ich nie zauważyłam, a to z powodu podsłuchiwania (czy raczej podczytywania:)), rozmowy. Bardzo dobrze się to robiło, bez znużenia, z zainteresowaniem. Przy okazji dowiedziałam się o ciekawych rzeczach dotyczących ochrony:), to zawsze jest fascynujące. Podobała mi się też kultura obu panów. Dialog był ładnie poprowadzony, nie wymuszony, nie sztuczny. Przy okazji można poznać charaktery obu rozmówców, ich poglądy na pewne sprawy, wartości. Jestem jak najbardziej usatysfakcjonowana swoim podsłuchem:).

Pozdrawiam

B)
zajacanka dnia 22.05.2014 00:08
Wykrot! - Witaj ponownie!

No, cóż. Jestem w połowie czytania tego fragmentu. Ciekawy początkowo, ale nieco nużący na dłuższą metę, dlatego skończę jutro.
System kamer, namierzania, podgladactwa, wszechwidzacego oka "Wielkiego Brata" trochę męczy, choć mam oczywistą świadomość, że to się dzieje i to nie od dziś, i całkiem sprawnie, wręcz technicznie i z dużą znajomoscia tematu to opisaleś.
Dorotka na Balu mignęla tylko przelotnie, ale i tak miło się zrobiło, wracając pamiecią do wczesniej czytanych odcinków :)

Znaczy, jeszcze nie wydałeś? Nie sprzedałeś...

Czekam

Kiss

A
wykrot dnia 24.05.2014 01:03
Dziękuję za zainteresowanie... cóż! Cóż mogę odpowiedzieć? Historyjka wyciągnięta z tekstu, nie mająca większego znaczenia dla całości akcji, ot tak, przedstawiająca wyłącznie rodzaj obecnej pracy Tomka. Sytuacja zmieniła się diametralnie, Tomek stał się szarą eminencją, niegdysiejszy oficer policji, który napsuł mu nieco krwi, jest teraz niemal jego podwładnym... Jednak nic nie jest wieczne. Inni też pchają się do przodu, niektórzy powstają niczym Feniks z popiołów, niektórzy są zapominani...
Otchłań czeka!
Proza: Górna Półka
Proza: Dolna Półka
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
wolnyduch
27/09/2022 00:31
Witaj Wigo Widocznie tak... Dzięki za czytanie, tym… »
Majster89
26/09/2022 21:00
dzięki Brytka ;) pozdrawiam Majster89 »
przyszycguzik
26/09/2022 12:26
Dzięki Agnes :) »
gaga26111
26/09/2022 10:49
Wow no ciekawy komentarz :) całkiem daleki od tego co miałam… »
Brytka
26/09/2022 07:41
Głęboka prawda, polubiłam. »
wolnyduch
25/09/2022 22:01
Bardzo intrygujący wiersz, msz bardzo osobisty, w moim… »
Wiga
25/09/2022 21:59
Widocznie miał pozostać Pozdrawiam jesiennie po… »
wolnyduch
25/09/2022 21:55
próbowałam wiersz skasować, niestety bezskutecznie... »
wolnyduch
25/09/2022 21:49
Nie znam inspiracji, pewnie wówczas mogłabym dobrze wiersz z… »
Wiga
25/09/2022 17:23
Abi-syn Dziękuję za odwiedziny. Co prawda Wiga, nie Wilga,… »
Brytka
25/09/2022 07:46
AnDob - cała dzisiejsza rzeczywistość to jedna wielka… »
Brytka
25/09/2022 07:40
przyszycguzik - Dziękuję, przemyślę te zaznaczone fragmenty,… »
tetu
25/09/2022 00:29
Abi, mnie też hamował niemy krzyk, do tego stopnia, że… »
Majster89
24/09/2022 22:13
dziękuję za miły komentarz;) pozdrawiam serdecznie… »
pociengiel
24/09/2022 21:57
Dzięki wielkie. »
ShoutBox
  • Ronin
  • 26/09/2022 10:16
  • Przyciśnięcie prawego przycisku myszy nie daje opcji "wklej".
  • wolnyduch
  • 24/09/2022 12:39
  • Dzień dobry - uprzejmie proszę Szanowną Redakcję, o skasowanie mojego ostatniego wiersza, bowiem jest to twór soneto podobny, a miałam dać inny wiersz jesienny, ten dałam pomyłkowo.
  • Zola111
  • 24/09/2022 01:00
  • Głosujcie, bo nie głosujecie: [link]
  • ajw
  • 19/09/2022 17:30
  • Nastrojowe :)
  • Dzon
  • 17/09/2022 00:04
  • Eee.. tak napisałem trochę głupot i chciałem skasować. Sorry.
Ostatnio widziani
Gości online:49
Najnowszy:Sirpions
Wspierają nas