Szeptem - sergiusz45
A A A
 Szeptem  
 

W świecie nauk ścisłych powszechnie znane jest prawo równowagi zjawisk i materii. Jestem przekonany, że i w naszym zwyczajnym, codziennym życiu rachunki krzywd i dobra też się wyrównują. Brak naukowych dowodów w tej sprawie nie przeszkadza chyba nikomu uwierzyć, że tak właśnie jest. A przynajmniej tak być w życiu powinno.


Rozdział 1.

    Paulina siedziała nad szufladą, w której przechowywała dowody swego istnienia. Dowody były ważne i stanowiły świadectwo, że czas się tutaj liczy inaczej. W małym kalendarzyku mogła na przykład jeszcze raz przeczytać, że ma spotkać się ze Zbyszkiem w sobotę o osiemnastej. Dzisiaj przecież jest dopiero środa. Już zaczęła się zastanawiać w czym pójdzie, kiedy na górze stroniczki zauważyła rok - 1953. On wtedy nie przyszedł, a ona czekała na niego całe trzy lata.
Teraz znowu go nie ma. Zostawił ją samą, bo przegrał z chorym sercem. A przecież tym razem to on powinien na nią zaczekać, bo była bardziej chora od niego.

   Wysunęła z trudem ciężką szufladę i sięgnęła ręką najdalej jak mogła. Jest, znalazła. Był to jej ukochany futerał na klucze, tajemny zakamarek, do którego jej mąż wkładał małe karteczki żeby nie zapomniała kupić soli, albo na przykład wysłać listu do Gdyni. Karteczki zawsze były pisane staranną kaligrafią. “Moje serce jest w Twoich rękach, Kruszynko, pamiętaj o aptece.” Ale często były tam wetknięte małe miłosne liściki. Po staremu wsunęła więc teraz palce do małej, bocznej kieszonki, ale niczego tam nie znalazła. Była prawie zawiedziona. Zatrzasnęła szufladę i spojrzała na stary budzik. Dochodziła osiemnasta.
- Jesteś gotowa Katarzyno? Idziemy na kolację. Po kolacji zapowiedział się ksiądz Stanisław. Będzie opowiadał o ziołach. Może znajdzie coś na twoje chore oczy.
Katarzyna była jej współlokatorką i mieszkała w domu najdłużej. Była nieco młodsza, ale cierpiała na kataraktę, która bardzo utrudniała jej życie. Zachowywała jednak pogodę ducha i potrafiła wprowadzić dobry nastrój w ich nudnawe i jednostajne życie.
- No, chwyć się mnie mocno, damy sobie radę.
- Dobrze Paulinko. Mam nadzieję, że kiedyś zaprosisz mnie do bardziej interesującego miejsca niż nasza jadalnia. Marzę o winie i ciasteczkach w uroczej, zacisznej kawiarni. A teraz powiedz mi, widzisz na drzwiach to samo co ja?
- Tak, Katarzyno! Wiedziałam, że przesadzasz z tym słabym wzrokiem, bo widzisz lepiej niż ja. Usiądź tu i zaczekaj, ja wrócę po nasze narzędzia.
Kiedy po chwili wychodziły z pokoju do jadalni na parterze, uśmiechnęła się otwierając drzwi. Na całej bowiem ich szerokości sama umieściła kiedyś napis: “nie zapomnij sztućców znieść - bo ci mogą nie dać jeść!”
   Ich dom spokojnej starości stał na skraju miasta. Dalej była już tylko rzeka, most i cmentarz za rzeką, na wzgórzu. Sam dom, który był kiedyś obszerną, prywatną willą otaczał ogród i park. Duża bryła domostwa wyglądała tak, jak docelowa stacja przy której, po długiej podróży, wysiadają wszyscy podróżni. W domu mieszkało trzydzieści sześć starych kobiet, które los sam sobie wybrał i skazał na wzajemne towarzystwo.
    Park i ogród były starannie ogrodzone wysoką, metalową siatką. Podobno przed nieproszonymi amatorami owoców i warzyw, ale mieszkanki dobrze wiedziały, że ogrodzenie ma ułatwić kontrolę nad ich marzeniami o wolności i swobodzie, które zostały im odebrane w chwili wejścia przez główną bramę.
   Personel zatrudniony w domu opieki był wzmocniony siłami kilku sióstr zakonnych - boromeuszek i życie mieszkanek domu zostało podporządkowane dodatkowo rytmowi, który wyznaczały modlitwy i niedzielne msze. Wyjścia na zewnątrz się zdarzały, ale tylko pod ścisłym nadzorem najbliższej rodziny, która kwitowała odbiór babci, matki czy siostry i oddawała ją, również za pokwitowaniem, jak rower z wypożyczalni. Bramę wejściową zdobiła czerwona tablica, na której bielił się dumny napis. Zaczynał się od słowa “Dom”. Jednak największym i starannie ukrywanym marzeniem każdej mieszkanki było opuszczenie tego miejsca i zamieszkanie w swoim domu i pokoju - gdyby taki miała.

Rozdział 2. 

   Pokój naprzeciwko zajmowały Adela i pani Helena. Adela od niedawna dołączyła do grona mieszkanek domu. Zdążyła jednak już trzy razy zmienić pokój i współlokatorkę. Pani Helena, emerytowana lekarka z pobliskiego miasteczka, była jednak osobą wyjątkowo cierpliwą i spokojną. To dzięki niej atmosfera ich małego pokoiku, była tak dobra jak przedtem. Pani Helena zaliczała się do tych mieszkanek, które nie miały nikogo bliskiego. Nie otrzymywała listów i nikt nigdy jej nie odwiedzał. Nie zazdrościła jednak nikomu, przeciwnie miała zawsze wiele życzliwości dla koleżanek i korzystając ze swej wieloletniej praktyki lekarskiej, służyła dobrą radą każdemu, kto ją o to poprosił. Miała przy tym swoje niewzruszone zasady i niezłomny charakter. Ona jedna milczała podczas wspólnych modłów przed posiłkami, stojąc jednak z szacunkiem wraz z innymi. Być może dlatego wszyscy zwracali się do niej tak, jak do personelu - “pani Heleno”, chociaż praktycznie wszystkie pensjonariuszki były ze sobą po imieniu. Siostry próbowały co prawda nakłonić ją do zmiany zachowania, ale wtedy nastąpiło coś, co wprawiło wszystkich w zdumienie. Ta samotna, starsza pani tylko raz zadzwoniła gdzieś, do kogoś i wszelkie naciski na jej postawę ustały, a cały personel odnosił się do niej później bardzo poprawnie. Nawet słowa “pani Heleno” zmieniły swoje znaczenie i stały się teraz wyłącznie wyrazem szacunku, a nie towarzyskiego ostracyzmu jak przedtem. Okazało się przy tym, że widocznie nie była osobą tak zupełnie samotną jak wszyscy myśleli.
   Adela, która dotąd nie mogła zagrzać miejsca w żadnym pokoju, o dziwo złagodniała i polubiła swoją koleżankę. Podobnie jednak jak wszyscy, zwracała się do niej per “pani”.
   Nastrój w domu opieki bywał przygnębiający. Powszechne były bowiem wśród kobiet rozmaite dolegliwości. Część z nich była poważnie chora i pozostawała stale w łóżku. Tym opiekunki zanosiły posiłki do pokoju, często karmiąc chore przemielonym, półpłynnym pokarmem łyżka za łyżką. Bariera między wyraźnie chorymi, leżącymi mieszkankami domu, a pozostałymi, mogącymi się samodzielnie poruszać, była jak groźna czerwona linia i jej przekroczenie prawie zawsze odbywało się w tę jedną, gorszą stronę. Chore wiedziały o tym i godząc się ze swym losem, obojętniały na wszystko. Te chodzące paraliżował strach przed znalezieniem się po tej drugiej, gorszej stronie trwania.
Rytuałem stało się poranne, zwyczajowe sprawdzanie wzrokiem czy wszystkie, które mogły chodzić, zeszły na śniadanie. Bywały dni, że którejś brakowało i wtedy najczęściej, jej koleżanka z pokoju, przekazywała z żalem informację o nowej śmierci. Dlatego z radością witały każdą, która się po prostu spóźniła. Śmierć traktowała bowiem równo i chodzące i leżące.
    Ostatnim razem jednak spóźnienia nie było. Pani Helena ze wzruszeniem poinformowała wszystkich o śmierci swojej koleżanki z pokoju. Tak zwolniło się miejsce, które zajęła Adela.
    Kierująca domem dyrektorka, starała się uczynić życie wszystkich mieszkanek znośnym i interesującym, mimo że demencja i choroba Alzheimera widoczna była tutaj na każdym kroku, a część chorych pensjonariuszek poruszała się tylko na wózku lub suwając ciężko nogę za nogą. Organizowano pogadanki i spotkania z interesującymi gośćmi, prowadzono pracownie tematyczne, wypożyczano książki i kupowano gazety. Zdarzało się jednak, że niektóre z pielęgniarek nie wytrzymywały psychicznie warunków pracy i same prosiły o zwolnienie.
    Dom nie był biedny. Każdy pokój miał łazienkę, telewizor i radio. Nawet można było go urządzić trochę po swojemu i mieć tu ulubiony mebel lub obraz. Poza okresem zimowym, obszerny park i ogród, były dla większości mieszkanek ulubionym miejscem spędzania czasu.
Wszyscy jednak wiedzieli, że zarówno wśród mieszkanek, jak i wśród personelu, miały miejsce wzajemne sympatie lub niechęć. Panowało też przekonanie, że przed dyrektorką domu niczego na dłuższą metę ukryć się nie da.

Rozdział 3.

    Pogrzeby były tak naturalnym wydarzeniem w funkcjonowaniu domu, że z biegiem czasu ukształtowała się nieformalna procedura towarzysząca takiej uroczystości. Zazwyczaj dopiero wtedy okazywało się, czy zmarła miała rodzinę, która zasługiwała, by ją tak nazywać. Najczęściej było tak, że nikt nie zabierał ciała do rodzinnej miejscowości, tylko odprowadzał swą zmarłą na miejscowy cmentarz. Niestety, zdarzało się, że mimo zawiadomienia, rodzina nie interesowała się pochówkiem. Wówczas do pogrzebowego autobusu wsiadały, prócz księdza z asystą, dwie pielęgniarki i dwie siostry oraz cztery koleżanki zmarłej. Zmarłą grzebano wtedy w wyznaczonej części cmentarza, na koszt domu pomocy.
    Również ostatni pogrzeb odbył się w taki sposób. W czasie krótkiej ceremonii, pani Helena, która odprowadzała na miejsce wiecznego spoczynku koleżankę z pokoju, zauważyła dziwną scenę. W tej zapadłej części cmentarza, w której chowano mieszkanki domu pojawił się nieznajomy, który uważnie przyglądał się grobom spisując z tabliczek i nagrobków nazwiska i daty. Starą lekarkę zdziwiło to, że przybysz nie korzystał z dokumentacji gromadzonej przecież przez kierownictwo domu, tylko krążył wśród grobów. Miała nawet zamiar podejść i tak jak to miała w zwyczaju zapytać, czy może w czymś pomóc, ale ceremonia właśnie się skończyła i była pora wsiadania do autobusowego karawanu.
    Adela, nowa lokatorka pani Heleny nie wyglądała na swoje lata, chociaż głośno uskarżała się na różne dolegliwości. Była zgorzkniałą, bezdzietną wdową, pozbawioną jakiejkolwiek rodziny. Jednak właśnie to, co było przyczyną jej konfliktów z poprzednimi współlokatorkami, w przypadku Pani Heleny zaowocowało spokojem i wzajemnym zaufaniem. W jednej tylko sprawie nie mogły znaleźć wspólnego języka. Adela, nabrawszy do koleżanki zaufania, otwarcie opowiadała jej o swoim życiu. Pani doktor nigdy nie odwzajemniła się tym samym i wszelkie próby nakłonienia jej do zwierzeń, kończyły się grzecznie lecz stanowczo.
    W pokoju naprzeciw, lokatorki nie miały przed sobą żadnych tajemnic. Bardzo się lubiły i pomagały sobie, jak mogły. To było jedyne miejsce, zajmowane przez starsze panie, w którym czasami słychać było głośny śmiech.
Właśnie Katarzyna opowiadała o tym, jak poznała swego męża.
- Pamiętasz Paulinko? To były czasy, kiedy jeszcze się chodziło często do kina. Ja chodziłam zawsze z moją dobrą koleżanką, która nie grzeszyła urodą. Ale to ona zaczepiała młodych, przystojnych chłopaków, i nikogo to nie dziwiło. Chłopcy podejmowali rozmowę, bo widzieli obok niej bardzo ładną buzię, czyli mnie. I tak nawiązałam wiele znajomości. Pewnego razu w poczekalni pojawiła się para. On ogarniając wzrokiem salę, napotkał na moment mój wzrok. To jego przelotne spojrzenie wprost mnie oparzyło. Jak się okazało, on też dostrzegł coś w moich oczach. Zmusiłam koleżankę, żeby znalazła sposób dotarcia do chłopca, ale jego dziewczyna niestety, pilnowała go bardzo dobrze. Jednak się udało. Zanim jego partnerka wyszła z kinowej toalety, ja już miałam jego imię i telefon. A on miał mój. Tak, wyjście do toalety bywa obarczone niekiedy dużym ryzykiem, nawet jeśli się jest młodą i ładną dziewczyną. A ja byłam od tamtej chwili szczęśliwa i patrzyłam w błękitne oczy swego męża przez następne czterdzieści trzy lata. Aż nagle te oczy zgasły.
- Katarzyno, mój Zbyszek spóźnił się na spotkanie przed kinem trzy lata. Niestety prawda nie jest wesoła. Aresztowano go bowiem godzinę wcześniej i zamknięto w stalinowskim więzieniu na długo. Wyobraź sobie, że po ostatnim widzeniu, już w czasie odwilży pięćdziesiątego szóstego roku, umówił się ze mną pod tym samym kinem o szóstej wieczorem. I przyszedł. Niestety, choroba jakiej nabawił się w więzieniu, znacznie skróciła jego życie.
    Cztery mieszkające obok siebie lokatorki siedziały w jadalni przy jednym stoliku. Czasami także spędzały razem czas, goszcząc się wzajemnie to w jednym to w drugim pokoju. Było tu bowiem przyjemniej niż w jadalni. Miały wtedy więcej spraw do przegadania, a atmosfera nadal pozostawała kameralna. Pewnego wieczoru do pokoju Katarzyny i Pauliny zapukała pani Helena i poprosiła o pomoc. Pomocy mogła udzielić tylko Paulina, więc wyszła na korytarz.
- Paulinko - powiedziała szeptem lekarka - masz tu ważną karteczkę. Nie jest duża, więc schowaj ją głęboko i starannie. Sama będziesz wiedziała, kiedy ją otworzyć. Zauważyłam bowiem, że Adela kilka razy grzebała w moich rzeczach i dokumentach. Wierz mi - to nie jest zwykła lokatorka domu opieki.

Rozdział 4.

    Od tej pory Paulina, która przyjaźniła się szczerze z panią Heleną, zaczęła zwracać pilniejszą uwagę na zachowanie Adeli. Na początek zauważyła, że roztacza ona nad swą współlokatorką nadzwyczaj staranną opiekę i zabiega o jej względy. To ona pierwsza schylała się w stołówce po upuszczony widelec, to ona odnosiła talerze do okienka, mimo zwracanych jej uwag, że jest to niepotrzebne. To ona wreszcie kupowała słodycze i inne drobiazgi w sklepiku i zachęcała koleżankę z pokoju do korzystania z poczęstunku bez ograniczeń. Jednak podejrzenie rzucone przez panią doktor, wzmagało tylko czujność Pauliny. Karteczkę, którą otrzymała, schowała w charakterystycznym, jak gdyby przeznaczonym do tego miejscu - w małej, tajnej kieszonce pokrowca na klucze. Nie omieszkała jednak powiedzieć o tym pani Helenie.
    Jakiś czas był spokój. Jednak pewnego dnia wszystkich zaskoczyła niespodziewana wizyta. Do pani doktor przyjechał gość. I to były pierwsze odwiedziny od pięciu lat, spędzonych przez nią w zakładzie. Ponieważ nosił inne nazwisko, dyrektorka zapytała czy wyraża zgodę na rozmowę z nieznajomym, ale ona ujrzawszy gościa, niemal podbiegła i zarzuciła mu ręce na szyję. Nie mogło być więc wątpliwości, że ich wzajemna znajomość jest zażyła i serdeczna.
    Po dłuższej rozmowie z przybyłym, pani Helena poprosiła dyrektorkę o udzielenie ośmiotygodniowego urlopu. Była to tak niecodzienna i nieoczekiwana prośba, że urlop został udzielony dopiero następnego dnia, po zasięgnięciu opinii wyższego kierownictwa oraz radcy prawnego. Po podpisaniu wielu oświadczeń i zobowiązań, pani Helena wraz z gościem opuściła dom opieki. Żegnając się z przyjaciółkami, nie zapomniała powiedzieć szeptem Paulinie, że może już zajrzeć do karteczki.
    Był czerwiec i panowała piękna, słoneczna pogoda. Mieszkanki domu wiele czasu spędzały teraz w parku. Nawet te, które miały kłopoty z samodzielnym poruszaniem, pielęgniarki wywoziły na wózkach, aby mogły cieszyć się pogodną aurą. Paulina od kilku dni pomagała swojej ociemniałej przyjaciółce cieszyć się letnim słońcem. Od niedawna miały swoją nową tajemnicę, którą komentowały szeptem na najbardziej oddalonej parkowej ławce.
- Paulinko, przeczytaj mi jeszcze raz powolutku cały tekst, który ci zostawiła pani Helena. Wydaje mi się bowiem, że chciała ci przekazać więcej, niżby wynikało z jego prostej interpretacji.
- Dobrze, Katarzyno. Nie mam listu przy sobie, ale szybko go przyniosę. Jest jeszcze sporo czasu do obiadu, więc czekaj tu na mnie spokojnie. Zdążymy sobie porozmawiać jeszcze na świeżym powietrzu.
Jednak Pauliny nie było przez dłuższą chwilę i Katarzyna zaczęła się już niepokoić, gdy wreszcie usłyszała odgłos dobrze jej znanych kroków.
    Kiedy nieco zdyszana przyjaciółka odetchnęła na ławce, wiadomość którą przyniosła, przyspieszyła Katarzynie tętno.
- Wyobraź sobie, że Adela zniknęła. Skorzystała z tego, że nawet recepcjonistka pomagała wywozić do parku nasze chore i uciekła z walizką. Widziała ją jedna z chorych, która odpoczywała na wózku przy parkanie, gdy zbyt żwawo jak na schorowaną staruszkę, wychodziła otwartą główną bramą. Sama nie mogła jednak nikogo o tym zawiadomić i cała sprawa wydała się dopiero przed chwilą. Dyrektorka pojechała za nią samochodem w stronę miasteczka, ale wróciła z niczym. Widocznie Adela także odjechała, umówiwszy się z kimś wcześniej. Teraz sprawdzają. czy czegoś z pokoju nie ukradła. Nawet nie wchodziłam do naszego pokoju, tylko słuchałam co się w naszym spokojnym domu teraz wyprawia.
- Tak, Paulino. to naprawdę zagadkowe wydarzenie i na pewno ma związek z wyjazdem naszej biednej Helenki. Wiesz, wracajmy do pokoju. My też musimy sprawdzić, czy niczego w nim nie brakuje.

Rozdział 5.

   “Naprawdę nazywam się Sara Wiesenthal i jestem córką wysokiego funkcjonariusza państwowego, wczesnego PRL - u. Ojcu zawdzięczam z jednej strony staranne wykształcenie, ale z drugiej “dziedziczne” obciążenie jego grzechami i bezlitosne, publiczne zaliczenie do tzw. żydokomuny. Ojciec zapisał się bowiem w ludzkiej pamięci jako demon zła i ja cierpię z tego powodu, przez całe swoje dorosłe życie. Dlatego nie wyszłam za mąż, dlatego zrezygnowałam świadomie i boleśnie z posiadania własnych dzieci. Nie chciałam bowiem, zaszczepić ich swoim losem. Całe życie poświęciłam, służąc innym ludziom, przede wszystkim jako lekarz. W 1968 roku, w czasie słynnej nagonki na Żydów, rozpętanej przez Gomułkę, która miała tylko odwrócić uwagę obywateli od prawdziwych problemów kraju, nie skorzystałam z możliwości emigracji. Później zmieniłam nazwisko i wyjechałam z Warszawy do naszego małego miasteczka, w którym przepracowałam kilkadziesiąt lat jako zwykły lekarz.
W 1968 roku mój Ojciec, bojąc się aresztowania przyniósł do mnie paczkę z dokumentami i poprosił o jej ukrycie. Nigdy do niej nie zajrzałam, wiedziałam jednak, że kryje ona ważne dla wielu ludzi tajemnice. Nie mogła więc wpaść w nieodpowiednie ręce. Po przeprowadzce do naszego miasteczka, powierzyłam paczkę opiece miejscowego proboszcza.
Tęskniąc za własnym dzieckiem, opiekowałam się chłopcem, półsierotą z sąsiedztwa, którego matka leczyła u mnie przewlekłą chorobę. Choroba była śmiertelna i mimo wizyt u specjalistów, chora zmarła. Wówczas udzieliłam pełnej pomocy osiemnastoletniemu już Rafałowi. Był to chłopiec mądry i pracowity. Sfinansowałam mu studia medyczne, które zaliczył tak dobrze, że dalszą naukę mógł kontynuować w USA, gdzie przebywa do tej pory. Nigdy nie zdecydowałam się na to, by zamieszkał razem ze mną. Spędzaliśmy jednak ze sobą bardzo wiele czasu i Rafał traktuje mnie jak matkę, chociaż nie zna o mnie całej prawdy. Zostawiam Ci do Niego amerykański adres. Gdyby coś się ze mną stało daj Mu znać, aby nie wracał do Polski.
Wiem, że Służba Bezpieczeństwa PRL szukała dokumentów, jakie miał Ojciec. Również teraz mam wrażenie, że jacyś ludzie krążą wokół mnie. Boję się. Gdyby coś się ze mną stało, skontaktuj się z księdzem proboszczem i przedstaw się imieniem, którym zwracał się do Ciebie Twój mąż. Chyba dobry los sprawił, że takie właśnie hasło zostawiłam temu mądremu księdzu. Leczyłam Go, a on tak właśnie zwracał się do mnie. Same zdecydujcie, co zrobić z odzyskanymi dokumentami. Wasza Helena”.
   Po ponownym wysłuchaniu treści listu, Katarzyna długo milczała. Później namacawszy dłoń Pauliny, pogłaskała ją delikatnie.
- Jeszcze poczekamy, ale jeśli nasza Helenka nie wróci, skorzystamy z tego, że proboszcz odprawia u nas niektóre msze. Wtedy przedstawisz się, tak jak napisała i poprosisz o dokumenty.
I kierując na Paulinę swoje zasłonięte mgłą oczy, dodała:
- To jest teraz twój obowiązek, „ Kruszynko”.

Rozdział 6.

    Z dwudziestego piątego piętra, błyszczącego szkłem i metalem wysokościowca, roztaczał się wspaniały widok na Warszawę. Przed wielkim oknem gabinetu stał starszy mężczyzna i patrzył na miasto. Nagle nie kryjąc irytacji odwrócił się i podniesionym głosem powiedział.
- Kazałem ci jej pilnować! Miałaś cztery miesiące, żeby odszukać jej dokumenty lub tak czy inaczej ją zidentyfikować! Bez tego nigdy nie uzyskam pełnomocnictw prowadzących wprost do olbrzymich pieniędzy. Żeby ci to ułatwić, załatwiłem ci odpowiednie dokumenty i umieściłem w tym domu. To niemało mnie kosztowało. A ty mi mówisz po prostu, że jej nie ma? Ty Adelajdo, okazałaś się po prostu głupia! Brakuje mi jeszcze tylko afery związanej z twoją ucieczką z domu opieki. Pewnie dyrektorka zawiadomiła policję o twoim zniknięciu, a ta znalazła już chyba taksówkarza, który cię podwiózł do tego żydowskiego miasteczka. I oni cię znajdą, idiotko! A przez ciebie trafią do mnie!
Więc wrócisz do tego domu i będziesz tam kiblować na swój koszt. Dotąd aż dowiesz się kto pokwitował odbiór tej Żydówki.
- Dobrze panie mecenasie. Przepraszam panie mecenasie. Jestem jednak pewna, że ona się czegoś boi i starannie ukrywa swoją przeszłość. Nie chciała ze mną na ten temat rozmawiać, ale wiem także, że ma kogoś znajomego na stanowisku, bo dowiedziałam się, że kiedyś dzwoniła ze skargą. Jest bardzo twarda i jej jedyną słabą stroną są dzieci. Zawsze miękła, gdy rozmowa była na ten temat. Tak jakby miała kiedyś dziecko i je straciła. Sama się zgłoszę na policję i powiem, że w szoku uciekłam do znajomych. Pewnie mnie od razu do tego domu zabiorą. Postaram się szybko uzyskać dla pana te informacje. Niech mnie pan mecenas stamtąd wyciągnie, bo tam jest nie do wytrzymania.
- Zgoda. Musisz tam wrócić. W końcu nic wielkiego się nie stało. Ucieczki się zdarzają. Z domów opieki również. Nie wystawiaj już moich nerwów na próbę i zdobądź te informacje. A dlaczego tak nie lubisz tego domu? Sam tam byłem sprawdzając, czy stara Wiesenthalowa nie umarła. Cały kompleks wygląda bardzo sympatycznie.
- Nienawidzę tego domu, bo tam unosi się stale charakterystyczny zapach. To jest zapach śmierci, panie mecenasie.

Rozdział 7.

    Uzyskanie paszportu przez panią Helenę przeciągnęło się poważnie w czasie. Jeśli z otrzymaniem wizy do USA wiązałaby się podobna zwłoka, urlop udzielony przez dom opieki mógł okazać się zbyt krótki. Jednak utrata tam miejsca, byłaby zbyt poważną konsekwencją. Rafał miał jednak niespożytą energię. Doprowadził wreszcie do tego, że wizę przyznano i wyznaczono termin jej odbioru. Aby zmieścić się w terminie udzielonego przez dom opieki urlopu - na wyjazd i powrót ze Stanów Zjednoczonych, pozostał jednak zaledwie tydzień. Wypadało wrócić i prosić o jego przedłużenie. Ale tam czekało zagrożenie ze strony Adeli, której potencjalna interwencja mogła pokrzyżować plany. Ponadto pani Helena była niemal pewna, że zwłoka w wydaniu paszportu, brała się właśnie z jej zagmatwanego życiorysu.
    Wykorzystywała ten czas i cieszyła się z obecności ukochanego wychowanka. Mieszkali w warszawskim hotelu. Młody lekarz wynajął samochód i czekając na dokumenty, jeździli po kraju rozkoszując się letnią pogodą. Rafał starał się jej wynagrodzić kilkuletnią rozłąkę i opiekował się nią troskliwie. Pracował w dobrej klinice w Chicago i mógł sobie pozwolić na wydatki w Polsce. Pani Helena, dręczona wyrzutami sumienia, rozważywszy starannie konsekwencje swojego zamiaru, podjęła ważną decyzję. Nie uprzedzając faktów, namówiła Rafała na spacer po Powązkach. Tam na ławeczce, przy grobie swego ojca, powiedziała mu o sobie całą prawdę.
Młody człowiek wysłuchał ze wzruszeniem i szacunkiem spowiedzi starej kobiety, po czym ukląkł przed nią i płakał.
- Zawsze byłaś moją drugą matką. Zrobiłaś dla mnie wszystko, co tylko było możliwe. Zawsze też czułem twoją matczyną troskę i miłość. Dokąd mogłaś, leczyłaś moją ukochaną matkę. Zostałaś mi tylko ty. Mam wielką prośbę. Pozwól mi do siebie mówić “mamo”. Będzie to dla mnie słowo najdroższe. A Ty, jeśli możesz, wołaj mnie po prostu “synku”, dobrze? Przecież nie może już być inaczej.
Pogłaskała go po głowie i zrzuciwszy z serca straszliwy ciężar, poczuła się wolna i lekka. Pierwszy raz w życiu poczuła, że żyje własnym życiem, niezależnym od duchów przeszłości.
    Postanowili udać się do notariusza i uzyskać formalne pełnomocnictwo dla Rafała, do działania w jej imieniu, w sprawie przedłużenia urlopu. Dodatkowa zapłata za jej miejsce, na okres następnych dwóch miesięcy, powinna dopomóc w sprawie.
Kilka dni później, czekając w kolejce na odbiór przyznanej wizy, Rafał przeglądał materiały informacyjne ambasady USA, wyłożone dla klientów na stoliku.
- Mamo - zapytał w pewnej chwili - czy na grobie twojego ojca umieszczono jego prawdziwe nazwisko?
- Tak synku. Jest to również moje nazwisko rodowe.
- Mamo, czy twój ojciec miał krewnych w Stanach?
- Tak, ojciec miał młodszego brata, Mojżesza, ale nie utrzymywał z nim kontaktów, chyba z obawy przed konsekwencjami. Takie to były bowiem czasy, że mieć krewnego na Zachodzie, to był ciężki grzech.
- Mamo popatrz, ambasada poszukuje w Polsce od dwóch lat spadkobierców Mosesa Wiesenthala, który nie miał rodziny, a pozostawił znaczny majątek.

Rozdział 8.

    Następne trzy miesiące przeleciały przed oczami pani Heleny, jak przyspieszone klatki sensacyjnego filmu. Rafał bowiem, z właściwą sobie energią, zabrał się za dochodzenie praw spadkowych. Wynajął do tego celu kancelarię prawniczą, specjalizującą się w takich procedurach. Wyjeżdżał na Ukrainę, gdzie przed wojną przebywała rodzina przybranej matki, zbierał dokumenty i notarialne zeznania świadków. W kraju prawnicy przekopywali archiwa i znaleźli to, co było potrzebne. Znaleźli także ślady tego, że i inna kancelaria szukała spadkobierców Mosesa Wiesenthala. Doszło nawet do nieprzyjemnej utarczki między właścicielami obydwu gremiów prawniczych. Szybko jednak wyjaśniło się, że konkurencyjna kancelaria pana mecenasa Kalinowskiego, nie tylko nie znalazła dowodów na to, że pani Helena to Sara Wiesenthal, ale ponadto działała bezprawnie, bez koniecznych pełnomocnictw i plotła sieci, w które miała wpaść spadkobierczyni.
    Ta wiadomość rozwiała obawy pani doktor, że jej przeszłością i ukrytymi przed laty dokumentami, interesują się jakieś służby. Adela okazała się po prostu niewydarzoną, prywatną agentką, która narobiła sobie tylko kłopotów.
Spadek przyznano i po opłaceniu podatków i wszystkich kosztów, na koncie bankowym pani Heleny pojawiła się ośmiocyfrowa kwota. Ostatnie wydarzenia nadszarpnęły jednak jej żelazne do tej pory zdrowie i z wyjazdu do USA musiała zrezygnować.
Za to teraz mogła, w spokojnych warunkach, uporządkować wszystkie pozostałe sprawy.
Lekarka za najważniejszą rzecz uznała wykonanie operacji okulistycznych, usuwających kataraktę z oczu Katarzyny. Operacja, przeprowadzana etapami, udała się wspaniale i chora, po krótkim okresie rekonwalescencji, ujrzała kolory tego świata obojgiem oczu. Żartowała jak zwykle, że wszystko jej się bardzo podoba, tylko nie własne odbicie w lustrze oraz to, że jej najlepsze i jedyne przyjaciółki to są “takie stare baby”.
Paulina, dopingowana przez panią Katarzynę, podeszła do proboszcza, który spowiadał przed niedzielną mszą i nieco drżącym głosem powiedziała szeptem:
- Księże proboszczu, mam do przekazania księdzu dwa ważne słowa - jestem “Kruszynka” - tak bowiem zwracał się do mnie mój mąż i tak zwracał się ksiądz do mojej przyjaciółki - doktor Heleny.
Ksiądz odpowiedział, że odda paczkę za tydzień i po skończonej spowiedzi, udzielił jej rozgrzeszenia.

Epilog.

    W miasteczku powstała Fundacja Wiesenthala. Jej statutowym założycielem był doktor Rafał Skonecki, który się tu urodził i wychował. Głównym celem powołania Fundacji był mecenat finansowy nad pobliskim domem opieki dla ludzi starszych. W domu powstał dobrze wyposażony gabinet lekarski, w którym służba medyczna pełniła całodobowe dyżury.
    Do domu opieki wróciła Adela. Nikt jednak nie przypuszczał, że jest to dla niej dotkliwa kara. Tym bardziej, że pokój naprzeciwko opustoszał na chwilę, a potem o zgrozo wprowadzono tam dwóch starszych mężczyzn. Dom stał się bowiem otwarty dla drugiej płci. Mężczyźni zarabiali przecież w życiu więcej i więcej też można było potrącić z ich emerytur na utrzymanie domu. Jednak czyjaś litościwa ręka wyciągnęła się do Adeli z pomocą. Zaproponowano jej bowiem pracę w Fundacji, którą przyjęła z wdzięcznością, tym bardziej, że nikt tam nie interesował się nadmiernie dokumentami i prawdziwym wiekiem niefortunnej agentki. Jej zadaniem było wyszukiwanie krewnych mieszkańców domu i dbałość o utrzymywanie częstych, rodzinnych kontaktów. Wykonywała swoją pracę tak dobrze, że z biegiem czasu zyskała przydomek “ciocia Adela”.
   W domu opieki, w związku z sugestią Fundacji, wprowadzono nowy zwyczaj. Główną bramę domu przestano zamykać i można było przez nią swobodnie wchodzić i wychodzić. Tylko, że do domu nadal trudno było się dostać i zamieszkać. Zaś mieszkaniec najczęściej wychodził za bramę tylko raz. I już nie wracał.
   W Konstancinie, pod Warszawą, mała willa zmieniła właściciela. Nabyła ją spółka cywilna, którą podpisały trzy przyjaciółki: Helena, Katarzyna i Paulina. Spółka zatrudniła pielęgniarkę i kierowcę - majstra od wszystkiego.
Pewnego wieczoru poprosiły o napalenie w kominku. Kiedy Paulina, nieco trzęsącą się ręką napełniła winem kieliszki, Helena wyjęła z szuflady niewielką paczkę.
- Moje kochane! Nie dziwcie się, że powierzyłam wam w moim liście największe tajemnice mojego życia. Miałam prawo podejrzewać, że jestem śledzona. Bardzo się bałam o przybranego syna, żeby nie ucierpiał z mojego powodu. Pewnie nie wiecie, że przez kilka powojennych lat w UB pracowała kobieta, doktor filozofii, która zaliczała się do najgorszych, zbrodniczych bestii w ludzkim ciele. Nazywała się Brystiger. Znałam ją osobiście. Ta kobieta - kat nadzorowała także agenturę w kościele katolickim. Mój ojciec wykradł jej najważniejsze dokumenty i przekazał mnie. Są w nich listy oraz charakterystyki księży i sióstr zakonnych, którzy współpracowali z tajną milicją. Ci ludzie już najprawdopodobniej nie żyją, a jeśli żyją - to wyjawienie o nich prawdy, przyniesie samo zło. Te dokumenty są do dzisiaj poszukiwane. Proszę was o zgodę i pomoc w spaleniu tych brudnych kartek.
Kartki spalono, a wino wypito.
- Czy możecie sobie wyobrazić, że Brystigerowa, na kilka lat przed śmiercią, pisała i wydawała bajki dla dzieci? Niezbadane jest wnętrze ludzkiej duszy! Ale dość już o rzeczach przykrych. Cieszmy się wszystkie dzisiejszym dniem.
- Powiedz mi Helenko - zapytała Paulina - do kogo dzwoniłaś kiedy zakonnice zbyt natarczywie zachęcały cię do mówienia modlitw? Do syna?
- Nie! Zadzwoniłam wtedy do Rzecznika Praw Obywatelskich. I jak widzicie - pomogło.
Śmieszka Katarzyna poprosiła przyjaciółki, aby każda wymieniła najważniejszy powód, dla którego uważa się teraz za szczęśliwą.
- Ja zyskałam wspaniałego i mądrego syna, który czuwa nad moim starym życiem - powiedziała Helena.
- Ja dlatego, że ktoś codziennie mówi teraz do mnie “moja Kruszynko” - odezwała się Paulina. A ty Katarzyno, dlaczego jesteś szczęśliwa?
- Bo pozbyłam się raz na zawsze tego nieznośnego zapachu, który otaczał mnie codziennie przez ostatnie lata. Znacie go tak samo dobrze jak ja. Moje kochane, napijmy się jeszcze po kropelce. Ja stawiam.

 
 
Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
sergiusz45 · dnia 29.07.2014 16:19 · Czytań: 481 · Średnia ocena: 0 · Komentarzy: 3
Komentarze
alea dnia 29.07.2014 18:39
Cytat:
Po dłuż­szej roz­mo­wie z przy­by­łym, pani He­le­na po­pro­si­ła dy­rek­tor­kę o udzie­le­nie ośmio­ty­go­dnio­we­go urlo­pu. Była to tak nie­co­dzien­na i nie­ocze­ki­wa­na proś­ba, że urlop zo­stał udzie­lo­ny do­pie­ro na­stęp­ne­go dnia, po za­się­gnię­ciu opi­nii wyż­sze­go kie­row­nic­twa oraz radcy praw­ne­go. Po pod­pi­sa­niu wielu oświad­czeń i zo­bo­wią­zań, pani He­le­na wraz z go­ściem opu­ści­ła dom opie­ki.

To tylko jeden z przykładów, ale osobiście ciężko czytało mi się. Ta informacja nie ma sensu dla czytania. A jeśli już to skrócić do jednej linijki lub zamienić na anegdotę pt ."droga przez mękę dyrektorki w walce z biurokracją".

Początek z kalendarzykiem spodobał mi się, a potem był za długi opis "przyrody", a w drugim rozdziale za dużo opowiadania w formie wyjaśnień. Nie czuło się akcji. Powyższy przykład - kwintesencja mojego znużenia.

<złośliwość>To opowiadanie może dobrze by brzmiało, gdyby je czytał Wołoszański, ale przecież to nie odtwarzanie ważnych faktów historycznych, ale proza. <złośliwość>

Najbardziej oprócz sposobu opowiadania, zasmuciło mnie, że bohaterowie są tacy papierowi.
Przykład:
Cytat:
Miała przy tym swoje nie­wzru­szo­ne za­sa­dy i nie­złom­ny cha­rak­ter.

Takie rzeczy lepiej dostrzec z kontekstu niż żeby były podane na tacy.

Myślę, że pomysł na opowiadanie jest ciekawe, bo proste historie mają potencjał. Starsze osoby z tajemnicą - super sprawa. Pozwala czytelnikowi zastanawiać się co to za tajemnica, jakimi osobami byli kiedyś Ci starsi bohaterowie.
Niestety! Brakiem akcji znużyłeś mnie okropnie. Podobał mi się jedynie początek pierwszego rozdziału i szósty, bo było zaskoczenie, był jakiś ruch, coś się działo. Reszta to opis, opis, opis...

Całość przypominało mi komiksy z PRL, te opowiadające różne historie (Kloss, Żbik, Pilot Śmigłowca). Je też się wertowało szybko, bez delektowania się kreską czy pomysłem na akcję. Tam też bohaterowie byli papierowi (były wyjątki, ale to już raczej kwestia danego odcinka komiksu).
I chyba forma komiksu tu by pasowała najbardziej.
Nie wiem czemu, ale dopiero jako klatki komiksu mogę przyswoić Twój tekst. Może to kwestia, że za dużo opisów połączonych z wyjaśnieniami?
Przykład:
Cytat:
Był czer­wiec i pa­no­wa­ła pięk­na, sło­necz­na po­go­da. Miesz­kan­ki domu wiele czasu spę­dza­ły teraz w parku. Nawet te, które miały kło­po­ty z sa­mo­dziel­nym po­ru­sza­niem, pie­lę­gniar­ki wy­wo­zi­ły na wóz­kach, aby mogły cie­szyć się po­god­ną aurą. Pau­li­na od kilku dni po­ma­ga­ła swo­jej ociem­nia­łej przy­ja­ciół­ce cie­szyć się let­nim słoń­cem. Od nie­daw­na miały swoją nową ta­jem­ni­cę, którą ko­men­to­wa­ły szep­tem na naj­bar­dziej od­da­lo­nej par­ko­wej ławce.

Widzę to tak, w formie poszczególnych kadrów komiksu:
kadr 1. Piękny park, drzewa przesłaniają cały kadr, daleko w tle ławka z jakimiś dwoma postaciami.
kadr 2. Widok odwróconych tyłem do nas pielęgniarek, które pomagają pensjonariuszkom cieszyć się słońcem, wyprowadzając je jak jakieś pieski.
kadr 3. Zbliżenie na ławkę. Kobiety pokazane lekkim bokiem do nas, jedna patrzy w dal, druga lekko pochylona nad pierwszą. Uśmiecha się, a może szepce.
Potem dymki z dialogami i zbliżenia na twarze...

I na koniec - ciekawa rzecz zaobserwowana.
Mam chyba identyczny problem przy pisaniu jak Ty. Za dużo chcę powiedzieć czytelnikowi, często się łapię, że zamiast przedstawić akcję, opisuję ją.
Koncentruję się na W Y J A Ś N I A N I U I S T O T N Y C H R Z E C Z Y.

A jak się to kończy?
Już ja to dobrze wiem jak to się kończy:
zniecierpliwiony, zagubiony czytelnik, przewraca kartki (scrolluje myszką) w poszukiwaniu końca opowieści...

Powodzenia w tchnięciu w Twoich nietuzinkowych bohaterów więcej życia. Nawet jeśli mają oni po kilkadziesiąt lat.
Acha, nie wybieram oceny, bo kimże ja jestem żeby oceniać... Mogę się tylko podzielić własnymi odczuciami.
sergiusz45 dnia 29.07.2014 19:26
alea.

Mam dla Ciebie propozycję. Napisz to opowiadanie od początku do końca lepiej. Wtedy ja mu się przyjrzę.

PS
Jest to jedno z moich słabszych opowiadań, ale powody dla których tak uważam, są zupełnie inne niż te, które wyłuszczyłaś.
Umieściłem je jednak na portalu ze zwykłej ciekawości jak zostanie potraktowane.
alea dnia 29.07.2014 19:46
<odpowiedź na Twoją złośliwość własną złośliwością> Od początku to nie ma sensu, bo - jak zauważysz w poprzednim komentarzu - początek mi się podobał :) <odpowiedź na Twoją złośliwość własną złośliwością>

sergiusz45 napisał:
Umieściłem je jednak na portalu ze zwykłej ciekawości jak zostanie potraktowane.

Chciałeś to masz, hihihi.

Ciekawią mnie twoje powody, moje już znasz.
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
Florian Konrad
27/05/2022 21:02
A ja nie palę od 2008 :) Modami gardzę. Cytując klasykę:… »
wolnyduch
27/05/2022 19:17
Emocjonalne burze nam nie służą, ale ludzie wrażliwi są na… »
wolnyduch
27/05/2022 19:08
Dążenie do zapamiętania za wszelką cenę jest bez sensu, ale… »
wolnyduch
27/05/2022 18:41
Sądzę, że niejedna osoba się nad tym zastanawia. Nie wiem,… »
Yaro
27/05/2022 18:35
Dziękuję za komentarze :) Pozdrawiam Was serdecznie:) »
wolnyduch
27/05/2022 18:32
Msz, uszczypliwe półsłówka nie biorą się znikąd, no chyba,… »
wolnyduch
27/05/2022 18:18
Dobry wieczór D.U Dziękuję za czytanie, gratuluję, że… »
Zdzislaw
27/05/2022 14:40
Również pozdrawiam, Wolnyduchu :) »
d.urbanska
27/05/2022 12:40
Cudny wiersz. Malarski i emocjonalny. Bardzo mi się udał :)»
d.urbanska
27/05/2022 12:37
Wolnyduchu dziękuję za wizytę i ocenę. Też zastanawia mnie… »
Marian
27/05/2022 09:26
Tetu, bardzo dziękuję za odwiedziny i cieszę się, że tekst… »
Marian
27/05/2022 09:22
Wolnyduchu, dziękuję za wizytę i rzeczowy komentarz. »
wolnyduch
26/05/2022 21:04
Tak bywa, fajne. Pozdrawiam :) »
wolnyduch
26/05/2022 21:03
Ciekawie, z polotem i wyobraźnią, pozdrawiam serdecznie :) »
mike17
26/05/2022 20:59
Jarku, wiersz przejmujący i pełny treściowo. Dziś pieniądz… »
ShoutBox
  • Pulsar
  • 20/05/2022 20:45
  • Szanowna redakcjo! Na mój BLOG nikt nie może publikować. Jedynie komentować i wyrażać wszystko co wątrobie zalega. Zatem nie jestem [link]żeniem.
  • Pulsar
  • 20/05/2022 20:25
  • oto adres:
  • Pulsar
  • 20/05/2022 20:20
  • Oto adres:
  • Pulsar
  • 20/05/2022 20:18
  • Oto adres:
  • Pulsar
  • 20/05/2022 20:15
  • Zabrakło znaków. Coś podobnego. A ja dopiero się rozkręcam. Zatem zapraszam wszystkich do mojego BLOGA, nieśmiałego. u mnie można o wszystkim, nie tylko o poezji. W ramach obowiązujących norm internet
  • Pulsar
  • 20/05/2022 20:08
  • Zapraszam na mojego nieśmiałego BLOGA. Wszystkich, nawet tych bez ślepej kiszki i z dwunastnicą zapasteryzowanymi metaforami. Co zrobić, trudno! Z żołądkiem zakwaszonym refluksem. RRRUU! Wszystko ule
  • Yaro
  • 16/05/2022 19:07
  • To fajnie:)
  • mike17
  • 16/05/2022 17:17
  • Opróżniłem pocztę Jarku :)
  • mike17
  • 16/05/2022 14:29
  • Jarku, nie zapomniałem o Tobie :)
Ostatnio widziani
Gości online:0
Najnowszy:Usunięty
Wspierają nas