mayday, mayday, mayday - ipsylon
Proza » Fantastyka / Science Fiction » mayday, mayday, mayday
A A A

Był czwartek, środek upalnego lipca, jak i również środek nocy. John Hendrickson leżał na wznak w małżeńskim łożu pośród poskręcanego prześcieradła i skradzionej przez żonę kołdry na spokojnej zazwyczaj Barrell Street. Obok niego, pogrążona w głębokim śnie, miarowo oddychała Angelica. Jej długie włosy oraz blask ulicznej latarni wpadający przez okno kreśliły na poduszce surrealistyczne wzory, których nie powstydziłby się nawet Salvador Dali. John nie do końca wiedział, dlaczego takie właśnie porównanie przyszło mu do głowy. Prawdopodobnie „Trwałość Pamięci” wisząca nad łóżkiem miała w tym sugestywnym spisku swój udział. Nie był tego absolutnie pewien, ale ostatnimi czasy coraz więcej rzeczy przestawało go zaskakiwać. Nie miały prawa się dziać, a jednak się działy. Nie powinno ich być, mimo to po prostu były. Czy to normalne? Czy w obliczu takich zagadnień dylematy na temat malarstwa miały jakikolwiek sens? John chętnie by o tym porozmawiał. Na przykład z Glenem. O tak. Z Glena był równy gość. Uczył matematyki i historii, miał otwarty umysł, interesował się wszechświatem i światami równoległymi, czymkolwiek one miały być. Poza tym lubił rozmawiać. Nie traktował nikogo protekcjonalnie. Chętnie słuchał punktu widzenia swego rozmówcy, po czym konfrontował go z własnym światopoglądem. John często przesiadywał u niego na ganku, gdy Angelica wychodziła poplotkować z przyjaciółkami z kółka krawieckiego. Mężczyźni siadali w głębokich fotelach przed domem z butelkami piwa korzennego w rękach. Patio domu Glena skierowane było na rozległe połacie ziemi przechodzące dalej w płaskowyż Joyceville. John oglądał tu wspaniałe zachody słońca. Promienie stopniowo znikały za górami, lecz nieustannie przeciskały się przez skalne szczeliny, jakby chciały oznajmić, że chociaż już ich nie widać, one cały czas tam są. Glen często powtarzał, że ten przepiękny taniec natury zawsze otwiera mu umysł, pobudza do myślenia. Słońce nigdy nie zaśpi, a księżyc jak do tej pory nie spóźnił się na nocną zmianę, mawiał nauczyciel, odkładając butelkę na podłogę. Powinniśmy kupować od nich zegarki. Rolex zzieleniałby z zazdrości. Nie sądzisz, Johnnie?
Dla Johna to był sygnał do otwarcia prawdziwej dyskusji, tej, która przywlokła jego tyłek do schludnego mieszkanka sąsiada na końcu ulicy. Bo przecież nigdy nie przychodził bez konkretnego powodu.
Cześć, Glen. Nie dręczy mnie dzisiaj żadne filozoficzne zagadnienie, ale przychodzę, żeby ci powiedzieć, że pogoda jest deszczowa, więc weź ze sobą parasol, jeśli zaplanujesz jakiś spacer, dobrze? A przy okazji, pożyczysz mi trochę mąki? Mam ze sobą szklankę.
Ciężko rozbawić Glena, ale John podejrzewał, iż w takiej sytuacji nauczyciel zwijałby się na podłodze ze śmiechu. Hendy w oczach sąsiada byłby spalony, pod warunkiem że wcześniej sam nie spłonąłby ze wstydu. Z drugiej strony, gdyby Tucson przyszedłby do Johna po przepis na szarlotkę, którą ostatnio poczęstowały go kobiety z kółka krawieckiego, reakcja byłaby podobna. John przychodził tylko wtedy, gdy potrzebował towarzysza do poważnej, wielopoziomowej dyskusji. Doceniał inteligencję sąsiada i chętnie wymieniał się poglądami na różne, nawet najdziwaczniejsze tematy. Glen natomiast lubił punkt widzenia Johna, gotowość do rozmowy i otwartość na nowe, często sprzeczne z pierwotnymi sugestie. Ci faceci nie ukrywali, że łączy ich tylko regularnie-sporadyczny dialog. Wyglądali jak bystry student i cierpliwy wykładowca, którzy zostają po zajęciach, by przedyskutować pewne sprawy bez zgiełku i zbędnych par oczu. Żadnemu z nich to nie przeszkadzało. W końcu John był żonaty, a Glen wiódł życie szczęśliwego kawalera. Nie potrzebowali codziennych telefonów, zaproszeń na rodzinne imprezy, tych wszystkich bzdurnych rytuałów. John miał swoją rodzinę, a Glen unikał przywiązania do ludzi jak ognia. Czysty układ. Bezpieczna, tymczasowa symbioza.
Zza okna dobiegały odgłosy uśpionej ulicy: hałasy kotów buszujących w koszach na śmieci, stukot butów nocnych Marków krążących bez celu po chodniku, zwalniające samochody czy inne dźwięki, które ciężko określić oraz zlokalizować. John nie szukał źródeł tych niewyjaśnionych zjawisk. Każde miasto czy miasteczko ma swoje nocne życie, drugą stronę medalu, obok której lepiej przejść obojętnie, a najlepiej w ogóle się nie zbliżać. W końcu Joyceville miało pod swymi skrzydłami nie tylko uczciwych ludzi. Zło było, jest i będzie. Skoro Bóg nie może sobie z nim poradzić, to kto ma to zrobić? ONZ, Unia Europejska, NATO, Koło Krawieckie Melindy z Pritchard Street? Noc rządzi się własnymi prawami, a już na pewno nie lubi, gdy ktoś wtyka nos w cudze sprawy. John w ciągu dziesięciu lat pracy w policji słyszał wystarczająco dużo; strzały, krzyki, błagania o pomoc, złowieszcze powarkiwania, sapanie tuż za oknem jego domu. Bezsenność zabiera możliwość odpoczynku, lecz otwiera oczy na wiele aspektów, których normalnie śpiący ludzie nigdy nie dostrzegą. Życie nie jest takie, jak wygląda za dnia: nudne, rutynowe, poukładane, do przesady przewidywalne. Ktoś idzie do pracy, ktoś do szkoły, hordy ludzi wtłaczają się do samochodów, autobusów, wsiadają na rowery lub pieszo stratują w codziennym wyścigu szczurów. Pani Massey przeżywa tragedię, bo zapomniała nabazgrać „Cebula” na liście zakupów, Audrey snuje samobójcze fantazje, bo Greg całował się za szkołą z inną dziewczyną, Samantha ma siebie za złą matkę, bo zastała dorastającego syna z egzemplarzem Penthouse’a w rękach, Jim martwi się, bo są wakacje, przed nim ostatni rok szkoły, a on nadal nie wie, czego dalej chciałby się uczyć. John wiedział, że wszystko można logicznie wytłumaczyć. Pani Massey zaprzyjaźniła się ostatnio z Alzheimerem; znajomość kwitnie w najlepsze, skoro staruszka co rano mówi „dzień dobry, z kim mam przyjemność?” do wysokiego lustra w sypialni lub zastanawia się, którymi drzwiami wyjdzie z domu. Audrey jest nadętą gówniarą pragnącą zwrócić na siebie uwagę klasowego przygłupa, a jej życiowe rozterki są równie rozbrajające jak gra aktorska ludzi z seriali paradokumentalnych. Gdyby wiedziała, że „wredna suka”, z którą gził się rosły idiota, zdjęła stanik, żeby wprawić go w podniecenie, pewnie zrobiłaby to samo. Kto wie, czy nie zdjęłaby majtek na boisku do koszykówki? Potrzeba matką wynalazków. Syn Samanthy ma pełne prawo do zainteresowania się kobietami; skończył dwadzieścia lat, a jego matka jak dotąd swata go tylko na wieczornych paciorkach z ogromną figurką Matki Boskiej na okazałym piedestale. Jim nie musi martwić się o swój los; nauczycielka załatwiła mu studia, posyłając w tajemnicy jego wyniki do kilku prestiżowych szkół. Trzy stwierdziły, że nie mają już miejsc, lecz jedna zgodziła się już teraz zaklepać zdolnemu chłopakowi miejsce w ich uczelni.
Jak widać, wszystko ma swoje wytłumaczenie.
Prawie wszystko.
Kolejny samochód przetoczył się po ulicy, kierowca zredukował gwałtownie bieg, po czym minął próg zwalniający. W ciągu dnia, gdy miasto tętniło życiem, Cichy Policjant pilnował, by kierowcy nie przekraczali prędkości. W nocy, kiedy fabryka papieru wyłączała maszyny, drobni kupcy nie krzyczeli na osiedlowym bazarze „Sałataaaa, ogóreeeek, cebulaaaa. Dużo, tanio, świeżoooo!”, a kobiety nie stukały obcasami o chodnik, Cichy Policjant zmieniał się w Upierdliwego Skurwiela, obnażając wszelkie wady samochodów: strzelające gaźniki, zużyte amortyzatory, przeżarte rury wydechowe czy za niskie progi. Nader często słychać też głośne komentarze kierowców, na ogół niewybredne i bardzo jednoznaczne. Ciężko było oswoić się Johnowi z tą motoryzacyjną, atonalną symfonią. W takich chwilach najbardziej w świecie zazdrościł żonie snu, prawdziwego nocnego odpoczynku z dala od rzeczywistości. Angelica przykładała głowę do poduszki, a już kwadrans później jej oddech stawał się miarowy i spokojny. Ile John by dał, by przespać chociaż jedną taką noc. Nie chcę lepszej pracy - rozmyślał, wpatrując się głupkowato w sufit - nie chcę nowego samochodu, chcę się po prostu porządnie zdrzemnąć. Czy to tak dużo, do jasnej cholery?!
Szarpnął kawałkiem wywalczonej kołdry, po czym usiadł zrezygnowany na brzegu łóżka. Nie było sensu się łudzić. Czeka go kolejna ciężka noc. I pomyśleć, że parę lat wstecz nawet salwa honorowa nad jego głową nie wyciągnęłaby go z posłania. Mięśnie kurczyły się na jego oczach jak przebity balon. Jeszcze miesiąc, a spokojnie wezmą mnie za manekina z wydziału medycznego Uniwersytetu Meridian, pomyślał ze strachem. Nie wiedział, co się z nim dzieje. Dlaczego nie potrafił zmrużyć oka w nocy, podczas gdy popołudniami kanapa tak bardzo kusiła miękkim obiciem. Dlaczego chudł w zastraszającym tempie, chociaż, patrząc na ilość wypitego u Glena piwa i sute obiady serwowane przez żonę, jego brzuch dawno powinien przygwoździć go do ziemi. Skąd nagle ta dziwna słabość? Zupełnie jakby jego mózg przestawił sobie zegarek, a teraz nie potrafił odnaleźć odpowiedniej strefy czasowej. Nowotwór nie wchodził w grę; wyniki badań sprzed kilku dowodzą niezbicie, że John jest zdrowy jak koń. No, może szkapa, ale koniec końców zdrowy.
Hendy udał się do lekarza, gdy zobaczył, że pasek od spodni zrobił się za luźny. Początkowo ciasno opinał się na brzuchu – John miał lekką nadwagę – później przykleił się coraz bardziej wystających kości biodrowych, by na końcu mało nie spadać na ziemię razem ze spodniami. Kiedy stan rzeczy dotarł do niego w całej okazałości, John mało nie zemdlał. Wziął wolne w pracy i przypuścił opętańczy sprint do doktora Friedkina. Wyniki ucieszyły lekarza, pacjent był wciąż zaniepokojony.
- Co mi jest? – zapytał John, rozkładając ręce. – Nie mówię, że chciałbym usłyszeć, iż to rak, ale dobrze by było wiedzieć, dlaczego pozbywam się kilogramów z lekkością prostytutki zrzucającej ciuszki przed klientem. Chyba nie powie mi pan, że nagle zacząłem wydalać tłuszcz tyłkiem?
- Skądże – zaprzeczył Friedkin. – Jeśli mam być z tobą szczery, to będę. Nie mam pojęcia, co ci jest. Wyniki są dobre. Co tam dobre, są znakomite. Z takim bilansem mógłbyś startować w mini maratonie Joyceville.
Sytuacja była patowa. John czekał na diagnozę, lekarz nie potrafił powiedzieć niczego konkretnego. Friedkin stukał długopisem w duży arkusz papieru z firmy farmaceutycznej. Na górze znajdowało się logo tabletek na zgagę, poniżej linijki do zapisywania notatek. Lekarz po raz trzeci przejrzał kartę Johna, nie znajdując niczego godnego uwagi. Hendy nie chorował na poważniejsze choroby, badał się regularnie, poza piwem nie miał żadnych nałogów. Nie było sensu wysyłania go na inne testy. Ten facet był okazem zdrowia.
- Może twój wewnętrzny zegar nastawił się na zgubienie brzuszka. Może... cholera, John, nie wiem, co mam powiedzieć. Z medycznego punktu widzenia nie ma żadnych problemów. To logiczne, że pomyślałeś o raku. Każdy tak rozumuje. Nowotwór na liście czynników śmierciogennych przebił AIDS, seryjnych morderców, Boogeymena, współczesną żywność i zrządzenie losu. Depresja depcze mu ostro po piętach. – Friedkin podrapał się po brodzie, wlepiając wzrok w Johna. – Może problem leży w twojej głowie, przyjacielu? Może coś cię trapi?
Hendrickson nie powiedział ani słowa. Nie musiał. Oboje wyczytali sobie z twarzy dostatecznie wiele, by zaniechać dalszych pytań. Skoro badania nie dają powodu do niepokoju, to czego się bać? Jak zachować spokój, kiedy słyszysz, że teoretycznie nic ci jest, bo medycyna w twoim przypadku jest po prostu bezradna? Co zrobić, gdy cholernie boisz się, że pewnego dnia przeciąg wywieje cię z sypialni i porwie w zachmurzone niebo?
Zanim John podniósł się z łóżka, zlustrował wzrokiem własne nogi. W półmroku coraz bardziej przypominały nogi od stołu w salonie. Gdyby jeszcze te w pokoju dostały włosów, w nocy nikt nie odróżniłby drewna od żywego ciała. Hendy powoli zaczął wstawać. Sprężyny zajęczały, lecz Angelica nadal spała jak zabita. Miarowo wciągała powietrze, opierając policzek na wierzchu prawej dłoni. John uwielbiał patrzeć na nią w takich chwilach, widok żony pogrążonej w błogim śnie działał na niego kojąco, zostawiał ostatnią nutkę nadziei, że wszystko jest w porządku, nawet jeśli nie było.
A poza żoną nic nie było tak, jak być powinno.
John próbował przypomnieć sobie moment, w którym sprawy przybrały niekorzystny obrót. Czy wszystko nie zaczęło się w sklepie u Normana? Czy tamten dzień nie był zaczątkiem kiełkującej coraz bardziej obsesji? John nie chciał przyznać tego nawet sam przed sobą, jednak fakty niezaprzeczalnie temu dowodziły. Hendy był po prostu zbyt przemęczony, by dopuścić do siebie tę myśl. W końcu stracił apetyt, trochę kilogramów i wewnętrzny spokój.
Stało się to trzy miesiące temu. Hendy w każdą sobotę ruszał na poranną wyprawę do Norman’s Market na przedmieściach. Wtedy jeszcze sypiał dobrze, więc jako rekompensatę dla własnego sumienia pierwszy dzień weekendu poświęcał zakupom. Wstawał o siódmej rano, co w jego przypadku zakrawało na szczyt poświęcenia, by, zanim Angelica się zbudzi, uszykować jej śniadanie. W tym celu pędził samochodem na sam koniec miasteczka, przywożąc żonie ciepłe jeszcze pieczywo. Zapach świeżego chleba przyjemnie rozchodził się we wnętrzu Pickupa, radio nadawało stare rockowe szlagiery, potrzaskując co jakiś czas, John śpiewał piosenki, które znał, obce próbował wyśpiewać, czego lepiej sobie nie wyobrażać. Jazda samochodem działała na niego odprężająco, gitarowe brzmienia zręcznych muzyków wprawiały go w dobry nastrój z samego rana, perspektywa uśmiechniętej żony kwitowała dobrze rozpoczęty weekend.
Tamtego dnia w Norman’s John Market spotkał Brada. Mężczyzna właśnie odchodził od kasy z drugim śniadaniem, które najpewniej spędzi w radiowozie, patrolując ulice. Żaden z policjantów nienawidził pałaszować pączków w aucie, zwłaszcza podczas rutynowego obchodu. Przedstawiciele prawa w Ameryce wystarczająco nadwątlili swój wizerunek, by dodatkowo zapychać rosnące brzuchy przed mieszkańcami. Ale Brad był inny. Brad był prawdziwym gliną. Nie bał się ruszyć w pościg, stanąć obronie napastowanej staruszki, zdjąć kota z drzewa. Ten facet zawsze polegał na własnych instynktach, a one jak do tej pory nigdy go nie zawiodły. Kierowały nogi na we właściwym kierunku, sięgały po broń tylko w razie konieczności, pompowały adrenalinę w sytuacjach, gdy potrzebował solidnego zastrzyku energii.
- John! – krzyknął Brad, spoglądając na zegarek. – Co do minuty. A ja nie wierzyłem Jill, kiedy mówiła, że zaraz wejdziesz. – Posłał Jill szeroki uśmiech. – Gdzie ty nosisz zegarek?
- Na prostacie, a gdzież by indziej!
Brad odrzucił głowę do tyłu i ryknął śmiechem. Klienci odwracali głowy od półek, by zlokalizować źródło dźwięku, po czym, uspokojeni, że to nie żaden psychol, lecz tylko poczciwy gliniarz, znów sięgali po fasolkę z puszki czy zgrzewkę piwa. Hendy poczuł lekkie zakłopotanie. Śmiech Brada zawsze przykuwał uwagę; ten facet nie potrafił zarechotać pod nosem, huczał na cały regulator. Może dlatego nigdy nie chodził na pogrzeby.
John rozejrzał się dokoła, czując, że zaczyna się czerwienić. Nie chciał zwracać na siebie uwagi. Nie lubił tego najbardziej na świecie. Kiwnął głową kilku znajomym, którzy akurat pchali wózki wypchane pierdołami. W sklepie panowała atmosfera budzącego się do życia weekendu; niespieszne zakupy, ziewający klienci, przyciszona muzyka. Miasto dopiero wstawało; chociaż niektórzy jego mieszkańcy od godziny byli już na nogach, chętnie poddawali się sennemu rozmarzeniu. Krążyli półprzytomni wokół sklepowych półek, wpadali jeden na drugich, zupełnie jakby ktoś rozpylił w powietrzu gaz usypiający, lecz w zbyt małej dawce, zmieniając ludzi w zdezorientowane zombie.
Tylko jeden z klientów nie pasował do tego obrazka. John zauważył go już od samego początku, gdy przekroczył próg marketu. Spojrzeli sobie w oczy, lecz Hendy wtedy jeszcze nie wiedział, co za chwilę może się stać. Chyba w tamtym momencie usłyszał krzyk Brada. Tak, na pewno. Jego umysł formułował pytanie, które po dwudziestu latach pracy w policji przychodzi do głowy automatycznie, zapętla się i odbija pod kopułą z głośnym echem.
Dlaczego ten gość wygląda podejrzanie?
Był już bliski odpowiedzi, gdy Brad wyrwał go z zamyślenia. Krzyk jest najlepszym mordercą wątku; gwałtowny, krótki i nieoczekiwany. Przestawia mózg na kompletnie inne tory, zbija z pantałyku. Właśnie tak poczuł się John. Widział młodego człowieka w za dużych dżinsach i przepoconej koszuli, zgarbione plecy, drżące ręce, spłoszone oczy, rozczochrane włosy. Było coś jeszcze. Gdy John usłyszał kolegę z pracy, odwrócił wzrok. Przekręcał głowę, lecz jego spojrzenie przez ułamek sekundy nadal spoczywało na młodym mężczyźnie. Późniejsze zakłopotanie zepchnęło tylko wątpliwości w odmęty pamięci, w te wredne zakamarki, gdzie myśl szczerzy do ciebie zęby, lecz nie daje się pochwycić, zasiać, zakiełkować. Dopiero po czasie John zdał sobie sprawę, że rozwiązanie miał cały czas przed nosem. Nie mógł winić Brada za chęć przyjacielskiej pogawędki. On sam pewne zrobiłby to samo. Po to przecież ma się kolegów, prawda? Poza tym kto mógłby się spodziewać takiej sytuacji w sobotni ranek.
Młody mężczyzna chwilę później podszedł do lady. Nie pchał wózka. Nie zabrał nawet kosza. Pod pachą trzymał butelkę taniej whisky, a w ręku niedbale ściskał trzy noże kuchenne, każdy większy od poprzedniego. Nie sprawiał wrażenia przyjemniaczka. Pocił się obficie na całym ciele, stąpał niepewnie, jakby chodził po rozżarzonych węglach. Rzęził głośno i nierówno; wstrzymywał oddech przez parę sekund, po czym wciągał łapczywie powietrze; jak nurek cudem uratowany przed utonięciem. John zauważył to od samego początku, ale rozproszył go Brad. On nie zobaczył podejrzanego gościa, stał do niego plecami. Dopiero gdy mężczyzna podszedł bliżej, Brad poczuł zapach potu. To nie brak higieny, skonstatował w duchu. To strach, esencja przerażenia cieknąca przez pory w skórze.
Policjant odwrócił się i zobaczył przy kasie podejrzanego mężczyznę. Jill patrzyła na faceta, potem na noże, potem znowu na faceta. Brad tymczasem przysunął się bliżej, jakby wyczuwając nadchodzące kłopoty.
- Dzień dobry, coś kiepsko pan wygląda.
Mężczyzna nie odpowiedział. Zamarł w bezruchu. Wyglądał jak topiąca się woskowa figura. Nie szukał portfela, drobnych w kieszeni, nie poprawiał włosów, chociaż musiały go niemiłosiernie dźgać w oczy. Kropelki potu spadały na błyszczące ostrza noży; jedna, dwie, trzy, coraz więcej. Facet stał jak kłoda.
- Nie musi pan kroić szyjki, ta butelka ma nakrętkę, o tutaj – powiedział Brad, próbując rozładować atmosferę.
John zauważył, że zamek kabury Brada jest rozpięty. Kiedy to zrobił? Nieważne. Brad wiedział, że sytuacja zaczyna przybierać bardzo niekorzystny obrót. Jill powoli odsuwała się od kasy, blada jak porcelana. W ciągu trzech lat pracy ani razu nie doświadczyła takiej sytuacji. Fajnie by było utrzymać ten rezultat. John powoli przyłożył dłoń do pasa, lecz dzisiaj nie było tam po co sięgać. Policyjny nawyk w tym przypadku na nic się nie przydał. Niech to szlag.
- Czy może pan podać jakiś dokument tożsamości?
Ręka mężczyzny nerwowo drgnęła. Dalej wszystko zadziało się błyskawicznie. Zawsze tak się dzieje. Z perspektywy czasu minuty wydają się niezmiernie długie, lecz w takich chwilach, gdy adrenalina nie zdąży rozpuścić się w organizmie, wydarzenia zdają się trwać sekundę, dwie, może pół.
Mężczyzna chwycił butelkę whisky. Brad uniósł dłoń dokładnie w momencie, gdy cienkie szkło zmierzało w kierunku jego twarzy. To uratowało mu życie, choć nie oszczędziło ręki. Maultkie odłamki boleśnie wbiły się w rękę policjanta, a alkohol spowodował nieprzyjemne pieczenie. Brad krzyknął i cofnął się o krok. John zignorował cywilny strój. Ruszył naprzód. Ostro zakończona szyjka butelki dwukrotnie śmignęła mu tuż przed nosem. To trochę ostudziło jego wściekłość. Gdybym miał broń, pomyślał ze zgrozą. Gość dostałby kulkę w kolano, przeszłaby mu ochota na żarty. Tymczasem mężczyzna zgarnął z lady największy nóż i zasłonił się starszą panią stojącą w kolejce. Pot lał się z niego całymi strumieniami niczym z odkręconego kranu; zalewał mu oczy, brudził letnią sukienkę pani Massey. Staruszka pisnęła cicho, gdy zimna stal przywarła do jej szyi, ciało napięło się jak struna.
Brad nie mógł sięgnąć po broń. Jego ręka była poharatana przez cienką butelkę Johnnie Walkera, z licznych ran od palców po przedramię sączyła się krew. John bez zastanawiania dobył rewolwer z kabury policjanta i wycelował. Mężczyzna nadal był śmiertelnie przerażony, prawie tak jak pani Massey, lecz zmierzał z zakładniczką w stronę wyjścia. Nie zamierzał się poddać. Nic z tych rzecy.
- Proszę odłożyć nóż – prosił John, trzymając oburącz pistolet. Brad stał obok niego, ściskając kluczki od radiowozu w zdrowej dłoni.
Mężczyzna milczał jak zaklęty. Małymi kroczkami torował sobie drogę wśród rozbitego szkła, zerkając na klientów oraz dwójkę bohaterów przy kasie. Miał przewagę, widział to w ich oczach. Gdy on szedł, oni szli za nim. Gdy on stawał, oni także. Kim musiała być ta starucha, że tak bardzo się o nią bali. A może to on wzbudzał taki strach?
Powoli doczłapał się do drzwi swojego samochodu. Policjanci wraz z klientami całą gromadą wyszli ze sklepu. Stali na wybetonowanym parkingu jak uczestnicy jakiegoś happeningu. Bandyta wsiadł ostrożnie do auta, a gdy zajął bezpieczną pozycję z dala od ludzi, z całej siły odepchnął staruszkę. Pani Massey upadła jak kłoda na twardą powierzchnię parkingu. Jill wyrwała się tłumu, doskakując do niej. Późniejsze badanie wykazało liczne otarcia, stłuczone żebra i zwichnięcie kolana. Staruszka mimo wszystko cieszyła się, że wyszła z tego żywa. Lepszy uśmiech na twarzy lekarza niż drugi na jej szyi, zaraz pod krtanią.
Brad rzucił Johnowi kluczyki.
- Ty prowadzisz – krzyknął. – Dorwijmy gnojka!
Wskoczyli do radiowozu. Po chwili sygnał kogutów zagłuszył pisk opon wyjeżdżającego samochodu. Trzy osoby doszły i pomogły Jill podnieść panią Massey. Reszta patrzyła w oniemieniu na to, co przed chwilą miało miejsce, niezdolni do wykonania najmniejszego ruchu.
Takie rzeczy. Tutaj? W sobotę?!
Pościg trwał dziesięć minut, lecz rezultat nie zadowolił ani Brada, ani jego przyjaciela. W sumie nie zadowolił nikogo z brygady pościgowej, a już na pewno nie komendanta czekającego na raport. Opinia publiczna czekała na wiadomości, komendant czekał na winowajcę, ludzie czekali na lincz. Niestety, bandyta nie zadowolił nikogo z nich.
Mężczyzna przepruł przez dwa największe skrzyżowania w mieście, powodując kilka stłuczek, lecz w sumie nie pozbawiając nikogo życia. John z szalejącym na dachu kogutem pędził zaraz za nim, wzywając najbliższe patrole. Rozczochrane włosy bandyty to pojawiały się, to znikały zza zagłówka we wnętrzu Forda. Pewnie wymachuje głową na lewo i prawo – tłumaczył sobie Brad, choć ta wersja wcale nie trzymała się kupy. Facet wyglądał, jakby co chwila zapadał się w fotelu, walcząc o panowanie nad autem. Ford tańczył po całej drodze, przyśpieszał, zwalniał, kilka razy niebezpiecznie łapał pobocze. W końcu gwałtownie odbił w prawo i wpakował się w drzewo. Sekundę przed zderzeniem prowadzący pościg mężczyźni zauważyli, że kierowca rozpłynął się w powietrzu. To niemożliwe, ale tylko takie wytłumaczenie przychodziło im do głowy. Ford w wyniku uderzenia mało nie stanął dęba, siła rozpędzonego auta wgniotła maskę aż po samą kierownicę, wreszcie kupa złomu upadła ciężko na tylne koła.
John zatrzymał radiowóz, wziął rewolwer i wyskoczył z samochodu. Nie bał się o własne bezpieczeństwo. Facet, który przeżyłby taką kraksę, musiałby wozić cyrograf zamiast bloczku z firmy ubezpieczeniowej. Brad dołączył do niego chwilę później. Mężczyźni podeszli do wraku, gdzie wciąż ryczał klakson. Przód Forda praktycznie nie istniał, kierownica zatrzymała się na oparciu fotela, pasażer miałby tylko odrobinę więcej miejsca. Mimo to żaden z nich nie zobaczył krwi. Wnętrze wraku było pełne szkła i potłuczonych plastików, lecz nigdzie nie zauważyli szczątków złodzieja; żadnych plam, rozbryzgów, ciała, choćby w kawałkach. Zostało tylko ubranie, zwinięte teraz w niedbałą kupkę. Przepocone, ale bez śladów czerwieni.
Żaden z policjantów nic nie powiedział. Pozostali funkcjonariusze, którzy dołączyli niedługo później, również nie wiedzieli, co orzec. Wszyscy obeszli samochód kilkakrotnie; brak krwi, ciała, śladów wskazujących na ucieczkę. Tylko rozbity samochód i sterta śmierdzących ciuchów.
- Patrz skurwiela – westchnął Brad.
Nikt nie pokusił się o bardziej merytoryczny komentarz.

Od tamtego czasu zaginęło w mieście wielu ludzi. Okoliczności były równie tajemnicze, jak sprawa nawiedzonego uciekiniera z Norman’s Market.
Sandy Deschop uprawiała seks ze swoim mężem, gdy ten się nieoczekiwanie zdematerializował. Tańczyła biodrami w górę i w dół, aż nagle opadła na puste łóżko. Zostały tylko slipy jej męża, których nie zdążył zsunąć z kolan w miłosnym uniesieniu, i gasnąca szybko ekstaza kobiety.
Stephen robił zakupy w supermarkecie. Nikt nie zwracał na niego uwagi, dopóki wózek nie wpadł na ścianę z lodówką, W środku leżały zakupy Stephena, a kilka metrów dalej, w miejscu gdzie kółka same potoczyły się ku margarynom, pozostała garść ubrań.
Sekretarka burmistrza była w trakcie rozmowy z komitetem wyborczym miejscowej partii, gdy słuchawka bez żadnego ostrzeżenia upadła na biurko. Owszem, kobieta czuła się dziś wyjątkowo słabo, lecz to nie tłumaczy teleportacji. Na miejscu policjanci stwierdzili tylko obecność biurowego kompletu: spódnica, bluzka, żakiet. Sekretarka najwyraźniej nie założyła tego dnia bielizny. Burmistrz nie wyglądał na zaskoczonego. Brakiem bielizny, oczywiście.
Mały Tommy wlazł na drzewo i nie potrafił z niego zejść. Matka zdziwiła się, że w stanie osłabienia, jaki go ostatnio dotknął, jej syn wykrzesał tyle sił, by wdrapać się na olbrzymią topolę za domem. Strażacy przybyli kwadrans później. Rozłożyli dmuchaną platformę, zachęcając chłopca do skoku. Upał doskwierał niemiłosiernie, każdy z nich miał zamiar pozbyć się grubego kostiumu i wskoczyć do jeziora najszybciej, jak to będzie możliwe. Tommy wreszcie zdecydował się na lot. Gdy wszyscy spojrzeli w górę, słońce właśnie wyglądało zza chmur. Oślepieni tym blaskiem opuścili głowy. Kiedy znowu je zadarli, na platformę z cichutkim pacnięciem spadły bokserki, spodenki i koszulka Tommy’ego. Chłopiec znikł.
John miał pełne ręce roboty. Wszystkie jednostki postawiono w stan gotowości. Ludzie głupieli, przytłoczeni narastającą paniką. Trudno było im się dziwić. Szybkość, z jaką niektórzy pozbywali się ubrań, wprawiłaby w zakłopotanie niejedną striptizerkę. Funkcjonariusze jeździli do domów, sklepów, zakładów pracy, kościoła; wszędzie. Magazyn dowodów zaczynał pęcznieć od zgromadzonych w środku ciuchów, a raporty ze śledztw przeważnie zawierały w sobie tylko wielokropek. John mało jadł, pracował do późna, gubił kilogramy, nie miał gwarancji, że gdy wróci, Angelica nadal będzie tam, gdzie powinna; struna jego psychiki zaczęła osiągać krytyczne napięcie. Jeszcze kilka szarpnięć ostrym pazurem tajemnicy, a wyląduje w szpitalu psychiatrycznym, gryząc własny kciuk. Jeśli dojedzie do niego jako coś więcej niż sterta ubrań.
John stał przy oknie, nasłuchując miarowego oddechu śpiącej w łóżku żony. Miasto pustoszało. Na razie nie groziło mu wyginięcie, lecz jeśli wypadki dalej będą toczyć się obranym torem, a on nie znajdzie zwrotnicy, sprawy mogą się skomplikować. Zainteresowanie problemem przez NASA czy FBI pozostawało kwestią minut. Komendant uspokajał zwierzchników jak mógł, dopóki sam przedwczoraj nie zafundował sobie wakacji w krainie Nudolandii. Wczasy Last Minute, liczba miejsc nieograniczona. Prosimy zrzucać galoty i wsiadać na pokład.
John zdecydował, że pójdzie do Glena. Skoro Angelica do tej pory nie poddała się ogólnej atmosferze przerażenia, chyba przetrwa dwie godziny bez męża, pogrążona w głębokim śnie. Hendy miał nadzieję, że tak będzie. Jeśli w całym tym zamieszaniu straci żonę, rozbierze się do naga, usiądzie na środku pokoju i cierpliwie zaczeka na swoją kolej. Na pewno nadejdzie. John miał przeczucie, że prędzej czy później każdego spotka podobny los. W głębi serca chyba wszyscy myśleli tak samo. Jeśli w mieście giną ludzie, a jedynymi wyrazicielami powszechnych obaw są padający na kolana prorocy nawołujący do modlitwy, lepiej nie myśleć, co dalej będzie. Niełatwo opróżnić kilkutysięczne miasteczko, co wcale nie znaczy, że jest to niemożliwe. Zakładając, że dziennie zaginą trzy do czterech osób, miasteczko opustoszeje w niecałe dwa lata. Hendy’emu ta wizja nieszczególnie przypadła do gustu; chyba wolałby usłyszeć w pogodzie, że tornado wpadnie z tygodniową wizytą, lub Ziemia rzygnie małym potoczkiem lawy z pobliskiego wulkanu.. Zerwany dach gdzieś w końcu wyląduje, w kawałkach, ale gotów do poskładania. Przed popiołem też jakoś da się uciec. Ale jak zapanować nad czymś, czego nie sposób ogarnąć zdrowym umysłem? Zniszczyć wszystkie ogrodowe skrzaty w nadziei, że przestaną kraść ludziom portki?
Dość tych niedorzecznych myśli, skarcił się w duchu John. Jego psychika póki co miała się dobrze, ale paranoja widocznie znalazła sobie obejście zaryglowanych wrót zdrowego rozsądku, przeciskała się przez mysią norę świadomości. Nie było sensu dłużej czekać. Hendy doszedł do wniosku, że jest to wystarczająco dobry temat na nocną pogawędkę z Glenem. Co tam dobry. Jeśli mężczyźni szukali tematu, który napędzi im obu nielichego ćwieka, to nie mogli lepiej trafić. Glen będzie miał ciężki orzech do zgryzienia. Już nie powie: „Och, ta kwestia nie była tak problematyczna, jaka zdawała się być jeszcze kwadrans temu. Nie sądzisz, Johnny?” Koniec lekkich, niezobowiązujących płaszczyzn do swobodnego obiegu myśli, gdzie rozwiązanie czai się tuż za plecami, unosi niczym liść na jesiennym wietrze. To będzie przeprawa przez rzekę gówna w sandałach i krótkich spodenkach, bez masek przeciwgazowych oraz dróg na skróty. Nadprzyrodzony syf rodem z piekielnego rynsztoka. Paranormalne wiadro pomyj.
John wskoczył w ubranie i podszedł do drzwi. Po raz ostatni chciał zerknąć na łóżko, upewnić się, że Angelica wciąż jest tam, gdzie powinna być. Jednak jakiś wewnętrzny głos mu tego zabronił, zamroził kręgosłup od lędźwi po samą szyję. John nie mógł obrócić głowy nawet o milimetr. Jeśli to zrobisz, szeptał rozkazujący ton, nigdy nie wyjdziesz z tego pokoju. Będziesz sterczeć w drzwiach z szeroko otwartymi oczami, niezdolny do najmniejszego ruchu. Nie rób tego. Pociągnij za klamkę, idź do Glena. Po prostu rusz swój policyjny tyłek, póki jeszcze możesz.
To ostatecznie przemówiło mu do rozsądku. Chwilę później John szedł ulicą w stronę domu sąsiada. Spacer szybko przeszedł w trucht, trucht w bieg. Hendy pędził, jakby ktoś podpalił mu stopy.

- Wiedziałem, że przyjdziesz, choć muszę przyznać, że masz prawie dwa miesiące spóźnienia.
Glen uśmiechał się jak zawsze, lecz nie zdołał ukryć przytłaczającego zmęczenia. Oczy sprawiały wrażenie zapadniętych, skórę miał bladą, usianą zmarszczkami, włosy w kompletnym nieładzie. Wyglądał jak ktoś, kto mocno przecenił swoje możliwości, wsiadając na górską kolejkę.
- Niech mnie diabli, jeśli nie znam powodu tej wizyty, panie władzo. Czy chodzi o tajemnicze zniknięcia, czy może o śmiercionośne wzdęcia wuja Sama?
- Zdecydowanie to drugie – odparł John. – Z jego historią wiążą się dzieje bomby atomowej na przestrzeni minionych stu lat. Postanowiłem zasięgnąć informacji, czy w podręcznikach do historii nie znalazły się czasem wzmianki o trujących gazach ze stajni naszego ziomka.
Mężczyźni usiedli w kuchni przy niewielkim stole.
- Żarty na bok – rzucił John, gdy wzdęcia wuja Sama odeszły w zapomnienie. – Glen, czy masz pojęcie, co tu się dzieje?
Glen zmarszczył brwi. Naprawdę wyglądał kiepsko. Hendy poczuł wyrzuty sumienia, że tylko pogarsza zmęczenie Tucsona, jednak sprawa była pilna. Tak cholernie pilna.
- Cóż – zaczął nauczyciel, poprawiając szlafrok. – Historia zna mnóstwo przypadków zaginięć, od pojedynczych osób po całe populacje, czy nawet wyspy. To działo się kiedyś i dzieje do dziś, John. Czasami nie możesz znaleźć małego przedmiotu, który na pewno kładłeś w konkretnym miejscu dzień wcześniej, czasem rodziny przez lata szukają bliskich, którzy wyszli z domu i nigdy nie wrócili. Nie wspominam o całych pociągach czy samolotach, bo o nich na pewno słyszałeś kilkakrotnie w wiadomościach. Problem w tym, że współczesna nauka jest bezradna wobec tych między-wymiarowych pożyczek. Powstają samoczynnie i samoczynnie znikają, chyba że ktoś z drugiej strony ma w tym swój skromny udział. Kto to wie. Nam pozostaje czekać i mieć nadzieję, że jeśli któryś z nas podzieli los tych nieszczęśliwców, spróbujemy walczyć. Jeżeli nie dla siebie, to dla innych. Nie rozumiem jeszcze kwestii ubrań. Mam co prawda jakiś osąd, ale wolałbym poprzeć go jakimiś solidnymi argumentami.
- Nie rozwiałeś żadnej z moich wątpliwości – westchnął Hendy.
- Wobec niewytłumaczalnego nie ma gotowych recept. Można tylko improwizować. A teraz wybacz, ale nie czuję się dzisiaj najlepiej. Marzę o ciepłej kołdrze i termoforze na nogach. W sumie to na jajach też by się przydał. Czuję, jakby ktoś zalał mi bokserki ciekłym azotem. Tak mną trzęsie.
John nie oponował. Sam też nie sprawiał wrażenia tytana. Zarówno on, jak i Glen wyglądali jak dzierżawcy szaf starszych braci. Ciężko było wytłumaczyć tak szybką utratę wagi, lecz od jakiegoś czasu całe miasteczko sprawiało wrażenie skomplikowanego wzoru matematycznego; nie sposób znaleźć w nim nawet krzty logiki, tylko gęsto wyrastające zastępy niewiadomych.
Hendy podniósł się z krzesła i ruszył do wyjścia. Glen odprowadzał go czujnym wzrokiem.
- Nie tego się spodziewałeś, prawda? – wyrzucił, gdy John otwierał drzwi. – Wybacz, przyjacielu, ale nie znam odpowiedzi na żadne z dręczących cię wątpliwości. Sam dostaję szału na myśl, że dzieją się wokół mnie rzeczy, których nie potrafię objąć rozumem.
- W porządku – mruknął John. Kiepska wymówka, ale musiał przyjąć ją do wiadomości. – Cieszę się, że w końcu dostałem odpowiedź inną niż wezwanie do modlitwy w obliczu apokalipsy.
Glen przytaknął mu nieznacznym ruchem głowy. Rozmowa została obustronnie uznana za zakończoną. Czas wrócić do domu i łyknąć te cholerne pastylki na grypę, które od dwóch dni wciskała Hendy’emu Angelica.
John wyszedł z domu. Glen nadal pozostał na swoim miejscu, jakby upewniając Hendy’ego, że jeszcze niż zniknął, że dopóki kubek trzymany w dłoni nie upadnie na podłogę, on nadal tam będzie, a John może spokojnie iść w swoim kierunku. Gdyby Glen czuł się lepiej, ta rozmowa na pewno nie skończyłaby się tak szybko. Gość nie odsłonił kart, nawet nie pokazał talii, lecz miał już jasno wyrobiony pogląd na tę sprawę. Pozostało tylko mieć nadzieję, że żaden z nich nie postanowi bawić się w człowieka-widmo, do czasu aż poczuje się lepiej.
John znalazł się na wyludnionej ulicy. Podszedł do świecącej blado latarni, by uporządkować myśli. Jego odsłonięty kark niczym oddech śmierci owiał chłodny nocny wiatr. Hedny wzdrygnął się czując dreszcze wędrujące od szyi wzdłuż kręgosłupa, mroźną falę otaczającą klatkę piersiową, brzuch i pośladki. Ćmy musiały uszkodzić żarówkę, pomyślał John, obserwując pulsujący snop światła na chodniku, to znikający, to pojawiający się na nowo. Poniewczasie zdał sobie sprawę, że to nie sprawka owadów czy uszkodzonej instalacji elektrycznej. To nie świat przygasał. Otoczenie traciło wyrazistość, zapachy, odgłosy. To on migał jak kierunkowskaz samochodu. W jednej chwili opierał się o zakurzony słup latarni, by sekundę później mało co nie pozbywać się ubrań.
Przerażony zatoczył się do tyłu. Świat zawirował mu przed oczami jak obraz w kalejdoskopie, krajobraz majaczył w rozmywającym się tańcu szarości i żółci. Kości gięły się pod nienaturalnym kątem, mięście odmawiały posłuszeństwa, a głowę wypełniał nieznośny szum. Dopadło mnie, pomyślał John w ostatnich przypływach świadomości. To cholerstwo mnie dopadło.
Upadł na kolana, po czym osunął się na chodnik. Zwijał się na ziemi w bolesnych konwulsjach, trzymając się kurczowo brzucha. Ból był nieznośny, jakby jego wnętrzności nagle ożyły i chciały wydostać się na zewnątrz. Serce dziko biło mu w piersi, płuca łapczywie wciągały powietrze urywanymi haustami, kiszki urządziły istny koncert heavymetalowy, przyprawiając Johna o potworne skurcze. Hendy tarzał się po brudnym od piasku i kurzu chodniku, przewracał się z lewej na prawą, z prawej na lewą, niezdolny do jakiegokolwiek krzyku.
- Gryź to, John. No dalej, gryź!
Hendy nie od razu zauważył Glena. Świat tańczył mu przed oczami do tego stopnia, że przestał odróżniać jawę od snu, miasteczko od miejsca, do którego ciągnęła go tajemnicza siła. Poczuł za to cienki metalowy przedmiot, jaki wcisnął mu od ust nauczyciel. Gwóźdź. Stary, zardzewiały, ale nadal ostry. Jeden z końców boleśnie kaleczył mu prawy policzek.
- Gryź, chłopie – nalegał Tucson. – Zabierz go ze sobą. Improwizuj. Gryź, do jasnej cholery!
Gwóźdź to pojawiał się w ustach Johna, to prawie z nich znikał. Przy każdym cyklu nowa błyskawica bólu przeszywała szczękę, zalewając kaskadą prądu przeładowaną czaszkę. John czuł się jak czarodziej, który przez przypadek teleportował się do ściany betonu. Jego ciału zabrakło miejsca do zmaterializowania; zęby próbowały wypchnąć skorodowany przedmiot, lecz nie miały gdzie. Hendy przypominał przeciążoną elektrownię; żyły, tętnice i nerwy przewodziły już tylko udrękę; serce, płuca, wątroba, nerki, wszystko eksplodowało jedno po drugim; w jelitach zamiast kolacji zagościły rozżarzone węgle. Rozpadam się na kawałki, a Glen każe mi gryźć jakiś pierdolony gwóźdź - pomyślał, zanim znikł na dobre.
Później była tylko czerń.
Glen klęczał zasapany nad stertą ubrań, które jeszcze przed chwilą powiewały na wątłym ciele Johna niczym flaga. Grzebał w przepoconej koszuli, przetrząsał kieszenie. Wyglądał jak bezdomny szukający resztek rozlanej zupy. Gdyby któryś z uczniów by go teraz zobaczył, byłoby kiepsko. Glen miał to gdzieś. Liczył się John. I jego misja. Póki co gwiazdy chyba mu sprzyjały. Ani śladu gwoździa. Czy to możliwe, że mu się udało? Czy Hendy będzie pierwszym człowiekiem w miasteczku, który zdoła przemycić coś więcej niż własne ciało na drugą stronę? Nie było gwarancji, ale iskierka nadziei w głowie Glena nie gasła. Jeśli tylko przedmiot powędruje z Johnem w jednym kawałku i nie utkwi w niepożądanych miejscach – na przykład w sercu lub oku – dobra nasza.
Tucson ociężale podniósł się chodnika. Musiał przy tym kurczowo trzymać się latarni, w przeciwnym razie podmuchy lekkiego lipcowego powietrza mogłyby powalić go na ziemię. Wkopał ubranie pod żywopłot, jak morderca zacierający miejsce zbrodni, i z gracją alkoholika na ostrym gazie zatoczystym ruchem powlókł się do domu.

John był pewien tylko jednego: żył. Resztę przesłaniał mrok tak gęsty, że niemal namacalny. Ciemność wisiała w powietrzu jak mgła. Hendy czuł jej oślizgłe zimne krople opadające mu na ciało. Dziąsła mu krwawiły, gwóźdź uszkodził większość zębów, gdy podczas zniknięcia bawił się ze szczęką w ciuciubabkę. Choć najgorsze chyba minęło, głowa wciąż pulsowała tępym bólem, a trzewia atakowały krótkie igiełki prądu niczym z uszkodzonego kabla. John przez długi czas nie ruszał się nawet o milimetr. Uspokoił oddech, by spleśniałe opary mroku nie wdzierały się tak łapczywie do jego płuc. Słuchał, obserwował. Gwóźdź bez przerwy tkwił mu w ustach. Hendy bał się poluzować szczękę w obawie, że gehenna poodsłanianych nerwów i poharatanych dziąseł pozbawi go przytomności, przedtem oczywiście zmuszając do krzyku.
W środku panowała nieprzenikniona ciemność. Nawet po dłuższym czasie oczy nie były w stanie uczepić się jakiegoś kształtu, wyłapać najmniejszych konturów; otworu wentylacyjnego czy chociażby dziurki od drzwi. Pomieszczenie było raczej małe, puste, nie licząc Johna, i zatęchłe; jakby ktoś zebrał wszystkie jesienne liście z parku, umoczył w wodzie, a później zamknął na długie lata w szczelnie odgrodzonym pokoju. Do uszu Johna nie docierały żadne dźwięki; żaden owad czy robak nie pełzał po podłodze, nie fruwał w mulistym wnętrzu celi. Było tylko cisza i Hendy, człowiek i groza.
W pewnym momencie zza jednej ze ścian John usłyszał kroki. Brzmiały obco, jakby dochodziły zza grubej warstwy wody. Hendy nie wiedział, czy to dzieje się naprawdę, czy mózg z racji braku jakichkolwiek bodźców sam tworzy własne iluzje, rekompensuje jałowe otoczenie, w którym znalazł się policjant. Odgłosy stawały się coraz bliższe, jednak wciąż brzmiały zbyt głucho, mokro, jak dźwięk bosej stopy na wilgotnej podłodze pływalni. Ktokolwiek to był, nie spieszył się. Przedłużał moment spotkania w nieskończoność, plaskanie było rytmiczne, jakby postać chodziła z metronomem w ręku; jeżeli ją posiadała. John za wszelką cenę nie chciał myśleć, co też czeka na niego po drugiej stronie, lecz umysł w krytycznych sytuacjach przestaje podlegać jakiejkolwiek kontroli. Zrywa się z łańcucha niczym dzikie zwierzę i przekopuje czaszkę ostrymi pazurami. Rozmaite wersje potworów przeskakiwały przez głowę Johna, koszmarne mieszanki będące wynikiem wszystkich obejrzanych w młodości horrorów. Pokaż się wreszcie, szpetny gnojku, bo zaraz oszaleję – protestował Hendy.
Nagle część ściany po lego lewej stronie otwarła się z przeciągłym piskiem. Johna zalała ostra fala światła; setek, tysięcy, milionów jarzeniówek. Mężczyzna zamknął oczy, lecz po tak długim czasie spędzonym w ciemności nawet powieki nie uchroniły go przed mocnym blaskiem. Chował głowę w akompaniamencie protestującej szyi; mięście paliły żywym ogniem, kręgi trzeszczały jak zatarte łożyska. Wtem natarczywy strumień światła przybladł, jakby ktoś z zewnątrz przymknął drzwi. John otworzył oczy i spojrzał w stronę wejścia. Zaczął otwierać usta do krzyku, lecz ból zmasakrowanej szczęki omal nie pozbawił go przytomności. W efekcie Hendy wydał z siebie tylko zduszony jęk, a usta zalała mu fala świeżej, ciepłej krwi.
W drzwiach stała wysoka niemal do framugi postać. Bardziej przypominała potwora z opowiadania Lovercrafta niż mężczyznę. Po chwilowych oględzinach John był gotów przystać na tę drugą opcję, jednak z licznymi „ale”. Potwór był łysy i napuchnięty, jakby przeleżał w chłodnej wodzie jeziora parę miesięcy, po czym wyszedł na ląd nie wiadomo po co. Cały ociekał wodą, między palcami rąk wiły się zielone gluty zgniłych rośli. I cuchnął. Smród był tak potworny, że John z tej odległości czuł gnilno-mułowaty fetor. Przywyknę do smrodu, uspokajał sam siebie Hendy. Jeśli będę miał czas. I szansę.
Stwór wszedł do środka. John wił się na podłodze jak wąż, próbując uniknąć spotkania z oślizgłymi rękami. Ból mięśni znów się nasilił, wnętrzności na nowo zapłonęły ognistą falą. Postać zbliżyła się i złapała Johna za nogi. Odpowiedział jej chrzęst pogruchotanych kostek. Hendy jęknął. Z oczu gęstym strumieniem pociekły mi łzy. Stwór chwycił mężczyznę w pasie i przerzucił jak worek z ziemią ogrodową. Wyszedł z mrocznej celi, człapiąc powoli przed siebie.
Miejsce przypominało labirynt szerokich korytarzy szpitalnego prosektorium; jasne kafelki na większości powierzchni, biały sufit z rzędami lamp, niektóre przepalone, niektóre migały jak neony przydrożnych barów z opowieści grozy. Na ścianach, w olbrzymich czarnych kokonach spoczywały ciała. Setki, setki setek ciał. Jedne martwe, drugie na wpół żywe, inne w stanie zaawansowanego rozkładu lub skostniałe. Korytarz zaczynał się podłużną ścianą izolatek. Z jednej z nich przed chwilą stwór wyciągnął Johna. Dalej były już tylko kilometry przecinających się tuneli. Na ziemi walały się rozmaite przedmioty: kawałki jakichś maszyn, kości najróżniejszych zwierząt, antyczna broń, fragmenty torów, piasek, kosztowności, stare gazety, które John widział u Glena w szkolnych podręcznikach; istne śmietnisko historii, magazyn rzeczy zagubionych. Ludzie jęczeli, krzyczeli, wzywali pomocy, wyciągali do Johna trzęsące się ręce. Do fetoru stwora zaczęły dołączać zapachy zwłok. Hendy był bliski obłędu. Już sam widok truposzy odbierał chęć do życia. Policjant czuł, że toksyczne opary zmarłych rozkładają mu trzewia już za życia.
John wisiał na masywnych barkach oprawcy. Ręce bezwładnie zwisały mu przy pośladkach stwora, głowa odbijała się śliskiej, stwardniałej skóry. Każdy haust powietrza wywracał żołądek policjanta na wszystkie strony. Okropny smród zleżałego ciała pobudzał odruchy wymiotne, z którymi walczył John. Dzięki za gwóźdź, pomyślał Hendy, gdy kolejne błyskawice bólu przecięły dziąsła i zęby. Powoli otwierał usta. Próbował rozruszać ręce, lecz te nadal wisiały luźno niczym nadłamane gałęzie. Ścięgna w palcach reagowały z takim opóźnieniem, że gdy mężczyzna zaczął o nich zapominać, te nagle ożywały nieśmiałymi dygnięciami. Nie było czasu do namysłu. Skończył się dawno temu. Nadszedł czas improwizacji.
John wysłał do mózgu sygnał o otwarciu ręki, odczekał dłuższą chwilę, po czym otworzył usta. Cuchnące powietrze wdarło mu się do ust, przynosząc kolejną, potężniejszą niż poprzednie falę cierpienia. Hendy poczuł w rozczapierzonych palcach znajomy kształt; cienki, podłużny, chropowaty, mokry od krwi. Zacisnął palce i ociężałym ruchem podniósł przedramię. Stwór przystanął na moment, jakby domyślając się, że ofiara obudziła wcześniej, że droga do laboratorium tym razem może przysporzyć problemów.
John krzyknął. Nie był to szczyt jego możliwości, ale w obecnej sytuacji zdołał wykrzesać z siebie tylko tyle.
Umęczeni więźniowie podnieśli głowę. Głos Johna poniósł się przez sieć gęstych korytarzy usianych czarnymi kokonami.
John opuścił przedramię i zatopił je w kręgosłupie stwora.

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
ipsylon · dnia 23.11.2014 11:40 · Czytań: 825 · Średnia ocena: 4 · Komentarzy: 4
Komentarze
skroplami dnia 05.12.2014 19:21 Ocena: Bardzo dobre
Jak na to co przeczytałem, bdb :).
Jak będę miał dłuższą chwilę, wracam do czytania c.d. :), wciąga, dobrze się czyta chociaż miejscami, niewidocznymi, trochę brak "doskonałości" w znaczeniu po co ta "odskocznia" :). Hm, właściwie to jest też dobre :).
Pozdrawiam autora.
ipsylon dnia 05.12.2014 23:00
Skroplami: Dziękuję Ci serdecznie za wizytę i komentarz. Niestety nie mogę obiecać, że tekst się spodoba do ostatniej kropki. Jest jaki jest, oby się obronił. Jeśli nie, to i tak dziękuję za uwagę i poświęcony mi czas ;)
Przyjemności :)
Quentin dnia 19.02.2015 22:24 Ocena: Bardzo dobre
Na ratunek

Apokaliptyczną wizję wysmarowałeś, ispylonie. Powróciłem dzięki temu pamięcią do tego, co lubiłem czytać dawniej. Masterton, Koontz, King i twój też prezentuje wysoki poziom. Groza, niepewność i czekanie na rozwiązanie zagadki. Naprawdę nieźle. Gdzieś tam po drodze trafiło się kilka powtórzeń i potknięć, ale przy obszerności tekstu, to chyba nic dziwnego. Coś o tym wiem.

Pasuje mi ta historia do jakiegoś słuchowiska. Widzę też trochę inspirację "Znakami" Shyamalan'a. Zwłaszcza motyw z gwoździem jakoś mi tu pasuje. Wiesz, chodzi o ten moment jak Phoenix wali kijem baseballowy ufoka w łeb ;)

No dobra, w sumie byłoby na tyle. Poziom jak zwykle wysoki i klimat jak trzeba.

Pozdrowienia
Quen
ipsylon dnia 20.02.2015 23:09
Dzięki po raz kolejny za wizytę i lekturę, Quentin :)
Phoenix faktycznie dość sugestywny, kto wie, może gdzieś tam siedział w podświadomości i właśnie w tym momencie zdecydował się ujawnić. Wszystko możliwe.
Przyznam szczerze, że co do tego tekstu miałem (i nadal mam) mieszane uczucia. Lubię czytać takie historie, zwłaszcza w wydaniu Kinga, a jednak ostatnio wolałem pisać opowiastki pokroju "Żelaznej konsekwencji" czy "Proszę spróbować później"; bardziej stawiałem na grzebanie piórem w głowie niż szukanie potworów. "Mayday, ..." wstawiałem z nielichą obawą, dlatego dziękuję Ci za pozytywne słowo pod tym tworem. I, jak zawsze, za obecność :)
Serdeczności!
Proza: Górna Półka
Proza: Dolna Półka
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
Majster89
05/10/2022 22:37
dzięki ;) pozdrawiam »
Wiga
05/10/2022 21:08
Miło poczytać dobry tekst Pozdrawiam ciepło »
Wiga
05/10/2022 20:36
Pięknie trafiasz w moją wyobraźnię »
Dobra Cobra
05/10/2022 19:51
Jednak nie jest łatwo być gęśmi, czyha na nie wiele pułapek… »
Dobra Cobra
05/10/2022 19:48
Nie pisz z rzadka, pls. Piękny utwór liryczny w sam raz… »
allaska
05/10/2022 18:14
Dziękuję Wszystkim za ślad pod tekstem bez tekstu;) :)»
allaska
05/10/2022 18:13
Berele dziękuję. Wolny duchu być może masz rację:)»
wolnyduch
05/10/2022 13:45
Dzięki Berele za odautorski komentarz. Co do przykładów ikon… »
voytek72
05/10/2022 10:49
Moze uzylas 'czcionki sympatycznej' i teraz do… »
TakaJedna
05/10/2022 08:43
Wolnyduchu, dziękuję za komentarz. I za ocenę. Moje wyroby… »
voytek72
05/10/2022 07:58
Moim zdaniem jest wiersz. Niby latwo jest ponarzekac na… »
Berele
05/10/2022 01:24
Co do tego upolitycznieniena, to nie jest to agitacja, nie… »
wolnyduch
05/10/2022 00:11
Niezwykle nietuzinkowe, wydźwięk smutny, ale za pomysłowość… »
TakaJedna
04/10/2022 21:17
Dobry tekst. Prosto napisany, nieprzekombinowany, przemawia… »
pociengiel
04/10/2022 19:07
dzięki »
ShoutBox
  • TakaJedna
  • 04/10/2022 10:38
  • Jasne, bo to miejsce na takie rzeczy. Bez odbioru, o przepraszam: bo.
  • Berele
  • 04/10/2022 10:24
  • Ministerstwo Spraw Zagranicznych msz
  • TakaJedna
  • 04/10/2022 09:41
  • Takie małe pytanie przy wtorku: co to za moda pisać skrótami? Pytam o "msz". Moim skromnym zdaniem - ani to trudne, ani skomplikowane... Ktoś coś (jak to się mówi)?
  • zawsze
  • 27/09/2022 20:50
  • pozdrawiajki!
  • Ronin
  • 26/09/2022 10:16
  • Przyciśnięcie prawego przycisku myszy nie daje opcji "wklej".
  • wolnyduch
  • 24/09/2022 12:39
  • Dzień dobry - uprzejmie proszę Szanowną Redakcję, o skasowanie mojego ostatniego wiersza, bowiem jest to twór soneto podobny, a miałam dać inny wiersz jesienny, ten dałam pomyłkowo.
  • Zola111
  • 24/09/2022 01:00
  • Głosujcie, bo nie głosujecie: [link]
Ostatnio widziani
Gości online:0
Najnowszy:Usunięty
Wspierają nas