Wakacje 2 - Rodion
Proza » Przygodowe » Wakacje 2
A A A

Mary Spencer była dziś w wyjątkowo dobrym humorze. Obudził ją mleczarz. Dziś może wydawać nam się to dziwne, ale w roku 1963 nikt w Rosewood nie myślał o kupowaniu mleka zamkniętego w supermarketowym kartoniku. Postęp od zawsze docierał do miasteczka z dużym opóźnieniem.

Carl White był najszybszym i najcichszym  mleczarzem w historii. Lubił tak o sobie myśleć i cóż, było to w dużej mierze prawdą, ale i tak jego wizyty często kończyły się dla Mary przymusową pobudką. Od zawsze spała bardzo płytko a raz wyrwana ze snu wracała do niego z ogromnym trudem.

Jednak tym razem nawet znienawidzone wstawanie o świcie nie było w stanie wyprowadzić jej z równowagi. Do upragnionego balu zostało niespełna 40 godzin.

Całe miasto (a w szczególności jego młodsza część) huczało od plotek, drżało z ciekawości i zniecierpliwienia. Mary również czekała na ów wielki dzień a  nowa, wisząca w pokoju sukienka uświadamiała jego rychłe nadejście.

Zeszła po cichutku do kuchni i przygotowała sobie skromne śniadanie. Dbała o linię na długo przed ogólnoświatową epidemią otyłości i wtórną do niej modą na zdrowy tryb życia. Była pewną siebie i świadomą dziewczyną. Starsi, bardziej konserwatywni mieszkańcy Rosewood uważali, że jest zbyt nowoczesna, ale rodzina kochała ją właśnie taką.

Jack też ją kochał. Był miłym, ale wyjątkowo głupim chłopcem. Jedną z tych pierwszych miłości, które po latach wspomina się ze zdziwieniem i zażenowaniem. Nie wiedział jeszcze, że Mary zerwie z nim niedługo po balu.

Zanim śniadanie dobiegło końca Carl przemierzył całą ulicę Pszeniczną docierając aż do domu Smithów. Zostawił po sobie ślad z połyskujących we wschodzącym słońcu butelek.

***

Ulica Główna była najszerszą i najbardziej ruchliwą drogą w Rosewood. W latach sześćdziesiątych miasto wciąż znajdowało się w fazie dumnego i pysznego rozkwitu. Po trasie dniem i nocą ciągnęły zastępy samochodów dostawczych, ciężarówek oraz innego specjalistycznego sprzętu potrzebnego do zaspokojenia rozbuchanego, młodego przemysłu.

Matki przestrzegały dzieci przed zabawą w pobliżu ulicy czy też nieostrożnym wbieganiu na gładkie, lecz niebezpieczne morze asfaltu. Mimo ich nieopisanego trudu nie było roku, w którym nie doszło do wypadku.

Droga dzieliła miasto na dwie, w miarę równe części. Choć Rosewood było w wielu wypadkach zwartą i wyjątkowo odpowiedzialną społecznością to ta niewidzialna i banalna do sforsowania granica w umysłach ludzi rosła do rozmiarów nieprzekraczalnego muru.

Caroline mieszkała Po Drugiej Stronie, ale Mary, na szczęście, i tak uważała ją za najlepszą przyjaciółkę. Niebieskooka, piegowata blondynka była dobrą i poczciwą nastolatką. Dziecinna naiwność dodawała jej tylko uroku. Dziewczyny poznały się pierwszego dnia szkoły i chociaż różniły się prawie we wszystkim, od razu przypadły sobie do gustu.

Mary sprowadziła się do Rosewood na kilka miesięcy przed rozpoczęciem nauki w podstawówce. Jej matka zmarła podczas porodu a ojciec, zebrawszy cały majątek, wyruszył z córką w podróż ku lepszej przyszłości. W trakcie kilku lat tułaczki zwiedzili niemal pół kraju. Byli szczęśliwi pomimo trudów, jakie niósł ze sobą koczowniczy tryb życia.

Ojciec pracował dorywczo. Był urodzonym majsterkowiczem i szybko się uczył. Jak łatwo odgadnąć, nie miał trudności ze znalezieniem zatrudnienia. Mimo to mało kiedy spędzali w jednym mieście więcej niż miesiąc. Wybrzydzał, narzekał, wiedziony instynktem chciał jechać dalej, zobaczyć więcej.

Uciekał przed przeszłością. Wiedział o tym, ale nigdy otwarcie nie przyznał jaki był prawdziwy powód ich tułaczki

W końcu wylądowali w Rosewood. Wizja nadciągającego wielkimi krokami obowiązku szkolnego połączona ze specyficzną atmosferą miasteczka sprawiła, że postanowili dać mu szansę.

Od tamtej pory nie śmieli nawet marzyć o mieszkaniu gdzie indziej.

***

Mary odwiedziła Caroline około południa. Zwlekała aż tyle bo wiedziała, że jej przyjaciółka nie ma w zwyczaju wstawać wcześnie. W sobotę, jak podejrzewała, zastanie ją jeszcze w piżamie.

Nic bardziej mylnego! Caroline, ku zdziwieniu Mary, nie była dziś sama.

W odwiedziny przyszła Lucy. W szkole (słusznie) uważano ją za największą plotkarę i intrygantkę. Była wredna, rozwydrzona i chyba nikt nie darzył jej szczerą sympatią. Nie stanowiło to jednak większego problemu. Dziewczyna spała na pieniądzach a swoją urodą mogła obdzielić tuzin koleżanek. Wszyscy za nią szaleli.

Mary czuła się nieswojo. Sobotnie spotkania z Caroline były już tradycją. Dziewczyna, świadomie lub nie, weszła na jej teren.

- Hej!

Lucy nie raczyła się przywitać. Zlustrowała Mary od góry do dołu i uśmiechnęła się cynicznie. Miała wzrok, który zdawał się wyłapywać każdą niedoskonałość. Człowiek stojący przed nią czuł się nagi i bezbronny. W jej niezmiennym uśmiechu kryła się pogarda.

- Skąd ten zaszczyt?- spytała Mary.

- Od razu zaszczyt – odparła słodko i przymilnie – przyszłam pogadać z przyjaciółkami.

- Także ten… - westchnęła Caroline - Niedługo bal. Masz już sukienkę?

- Jeszcze pytasz? – fuknęła – Oczywiście, że mam…

Lucy nie potrzebowała dalszej zachęty. Jak się okazało jej kreacja była po pierwsze: nieprzyzwoicie droga, a po drugie: nieprzyzwoicie tandetna. Najwyraźniej dobrego gustu nie można było kupić za żaden, nawet najdłuższy, ciąg cyfr widniejący na opłacanym przez tatusia rachunku.

- Ale dość o mnie. Mary, idziesz z kimś czy sama?

Dziewczyna przygryzła wargę. Może jej chłopak nie grzeszył popularnością, ale był towarzyski i rzucał się w oczy. Lucy, o ile była tak dobrze poinformowana jak utrzymywała, musiała wiedzieć o jego istnieniu.

- No… Idę z Jackiem.

- Ha, Jack! – zaśmiała się – prawie zapomniałam, że jesteście razem.

- Eee? Jeste…

- Oj moja droga, nie ważne, nie ważne! – przerwała machając ręką – pogadamy kiedy indziej. Za piętnaście minut muszę być u fryzjera! Kochane, mam nadzieję, że niedługo się spotkamy.

Dziewczyny nawet nie próbowały podzielać jej fałszywego entuzjazmu. Dały się wyściskać i, z trudem ukrywając ulgę, odprowadziły nieproszonego gościa do drzwi.

***

Mówią, że marzenia się spełniają – wystarczy tylko czegoś chcieć.

To prawda o ile założymy, że w parze z pragnieniem idzie ciężka praca. Gorzej jeżeli marzenia poniosą nas za wysoko. Niewiele smutnych rozczarowań boli tak, jak upadek z wysokości nazbyt wybujałych fantazji.

Dla większości dzieciaków w Rosewood marzeniem był właśnie bal. Nie wiedzieli lub nie chcieli wiedzieć, że w przyszłości czekają ich donioślejsze uroczystości, ważniejsze wydarzenia. Liczyło się tu i teraz. Młodzi ludzie, którzy już niedługo mieli zrobić pierwszy, duży krok ku dorosłemu życiu wciąż nie wyzbyli się fundamentalnego przywileju beztroskiej adolescencji. Wyolbrzymiali, marzyli, mieli nadzieję.

W powietrzu unosił się zapach kurzu i tanich perfum. Tłum, zebrany na świeżo wylakierowanym parkiecie, z pewnej odległości do złudzenia przypominał niespokojny rój pszczół. Ściany ozdobiono papierowymi, nieco tandetnymi dekoracjami. Jeden niedopałek mógł zamienić Niezapomnianą Noc w taką, która faktycznie pozostanie w pamięci na dziesięciolecia.

Mary wyglądała zjawiskowo. Jack był miłym chłopcem i tej nocy powiedział to aż trzykrotnie.

Pierwszy raz odezwał się w jej domu:

- Wyglądasz pięknie – wydukał gdy otworzyła mu drzwi.

W życiu nie widziała go w takim stanie. Jego zimne dłonie drżały a nieporadna mowa nie potrafiła wyrazić niczego poza zdawkowymi ogólnikami. Ojciec Mary uśmiechał się pod nosem. Kiedy wychodzili puścił do córki oko i z rozbawieniem pokręcił głową.

Po raz drugi przemówił na parkiecie, po kilku pierwszych tańcach:

- Jezu, jaka ty jesteś śliczna – mruknął.

Zdenerwowanie opuściło go już zupełnie. Ręce odzyskały dawną pewność i coraz częściej wędrowały w miejsca, w których Mary nie chciała ich czuć. Podejrzewała, że chyłkiem wychylił kilka głębszych.

Dlaczego? Cuchnął alkoholem. A poza tym nie znała go od tej strony. Jack był głęboko wierzącym i dobrze wychowanym chłopcem. Do tej pory (niestety) nie przejawiał zainteresowania jej grzeszną cielesnością.

Trzeci komplement przyszedł mu z największym trudem:

- Jesheś… - chrypiał do jej ucha – Jesheś piękna… Mam na ciebie saaszną ochotę, kotku. Pójdziemy…

Mary nawet nie próbowała go spoliczkować. Był na tyle znieczulony, że wystarczyło lekkie odepchnięcie. O dziwo nie upadł, ba, nawet się nie zachwiał. Najwyraźniej zamiast zalać robaka nieopatrznie utopił w wódce płaty czołowe.

Zdecydowanym krokiem oddaliła się w stronę wyjścia. Jack, wciąż zaskoczony, zdołał krzyknąć coś niezrozumiałego ale Mary go nie słuchała. Całą uwagę skupiała na tym, żeby się nie rozpłakać.

Chłopak, choć na początku wydawał się zmieszany, niemal od razu znalazł pocieszenie w ramionach Lucy.

Noc przedziwnych zbiegów okoliczności rozpoczęła się w najlepsze.

***

- Co tu się… – ojciec wpadł do pokoju o mało nie wyrywając drzwi z zawiasów. W ręku trzymał łom, chyba nie spodziewał się zastać córki tak wcześnie – Mary? Co robisz?

- Ja… Ja muszę wyjechać, muszę. Na kilka… - tłumaczyła szlochając.

- Córeczko, spokojnie. Co się stało?

- Nic. Muszę wyjechać, muszę… - powtarzała jak katarynka.

To mogło znaczyć wszystko. Od złamanego serca po gwałt. Od ośmieszenia się na oczach znajomych po katastrofę rodem z greckiej tragedii. Stan w jakim znajdowała się Mary uniemożliwiał uzyskanie odpowiedzi. Mężczyzna wiedział, że powinien uspokoić dziecko, zapewnić jej bezpieczeństwo dopóki wszystko się nie wyjaśni. Od wiedzy do działania prowadzi jednak długa i kręta droga.

- Gdzie cię zawieźć? – odparł po chwili milczenia.

Taki już był ojciec Mary. Zbyt wyrozumiały, zbyt pomocny a przede wszystkim bezgranicznie ufający w dojrzałość swojej córki.

***

Zatrzymali się w małym, przydrożnym hoteliku. Ojciec początkowo nie brał pod uwagę możliwości zostawienia Mary bez opieki, ale po wielu prośbach i dość długiej, szczerej rozmowie zgodził się na samotny powrót do miasta. W recepcji mieli telefon, obiecała dzwonić.

Kilka godzin spędziła w łóżku. Próbowała drzemać, ale męczyły ją koszmary. Na jawie również nie mogła odsunąć od siebie ponurych, wyciskających łzy z oczu, wizji.

Myślała, że znajduje się w tragicznej sytuacji. Nie miała pojęcia co jeszcze zgotował dla niej złośliwy los. Prawdziwe problemy zaczęły się nad ranem.

Pierwsze pojawiło się drżenie rąk. Uciążliwe, niemożliwe do opanowanie nagromadzenie drobnych, mimowolnych ruchów do złudzenia przypominało objawy niedoboru magnezu. Mary instynktownie przeczuwała, że tym razem dieta pomidorowo-czekoladowa jej nie uleczy.

Dwa, może trzy kwadranse później dołączył się lęk. Początkowo Mary ledwie go dostrzegała. Był jak zimny język, znienacka liżący jej serce. Nie wiązał się z niczym konkretnym, wisiał nad nią niczym ciężka, burzowa chmura.

Narastał stopniowo. Najpierw nie utrudniał jej życia, ale z każdą minutą stawał się coraz bardziej uciążliwy. Punkt kulminacyjny osiągnął około południa.

Mary myślała, że umiera. Podświadomie czuła gasnące funkcje życiowe, miała wrażenie, że przestaje widzieć, słyszeć, trawić i wydalać, że skomplikowana maszyneria jaką jest ludzki organizm w jej przypadku odmawia posłuszeństwa i powolutku redukuje obroty.

Oddychała zdecydowanie zbyt szybko, serce tłukło jej się w piersi a każdy kawałek ciała bolał tak jakby miała się rozpaść. Wpełzła pod kołdrę i drżała nie potrafiąc zahamować płynących łez. Przeleżała tak kilkanaście minut ale w piekle, w którym znajdował się jej umysł czas płynął na innych zasadach.

Kiedy najgorsza faza ataku minęła, spróbowała się podnieść. Utrzymała pion, choć świat uparcie uciekał jej spod nóg. Zmotywowana sukcesem przylgnęła do ściany i ostrożnie, krok za krokiem, podeszła do okna.

Nieopodal wiła się malownicza rzeczka. Błyszczała w słońcu niczym wielokolorowy, sunący między kępami tataraku i pałki wodnej, wąż. Ważki błądziły w delikatnej mgiełce unoszącej się nad wodą, motyle tańczyły pośród licznych, malutkich tęczy. Ptaki zebrane na okolicznych drzewach świergotały i szczebiotały, a samotna, uparta ryba próbowała płynąć pod prąd

Myśli Mary były ponure. Lęk opuścił ją już zupełnie, ale tlący się niepokój i poczucie osaczenia wciąż nie dawały o sobie zapomnieć.

Nie miała ochoty czekać na kolejny atak. Zeszła na dół, znalazła telefon i wykręciła numer ojca.

Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej.

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
Rodion · dnia 21.01.2015 11:57 · Czytań: 1861 · Średnia ocena: 0 · Komentarzy: 0
Inne artykuły tego autora:
Komentarze

Ten tekst nie został jeszcze skomentowany. Jeśli chcesz dodać komentarz, musisz być zalogowany.

Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
skroplami
14/07/2024 11:07
Jak dzień i noc, różnice :). Chociaż jak one tak Twoja… »
skroplami
14/07/2024 10:00
Stara prawda, wieczna prawda, boska prawda. Zawarłeś kilka… »
al-szamanka
13/07/2024 17:07
Sumiennie przeczytałam tekst od początku do końca i mam… »
al-szamanka
13/07/2024 14:50
Mam pytanie. Czy wyzwolone kobiety, to te z tymi wszystkimi… »
Florian Konrad
13/07/2024 13:58
Dziękuję. Wiersz jest nieromantyczny, bydlak jeden :) »
Janusz Rosek
13/07/2024 12:19
Kazjuno To bardzo ciekawa historia. Czytając takie… »
Kazjuno
13/07/2024 07:42
Bardzo ciekawe, Januszu, 3 opowieści. Przeczytałem jednym… »
Janusz Rosek
12/07/2024 08:57
Kazjuno Bardzo dziękuję za Twój komentarz i słuszne… »
Kazjuno
12/07/2024 08:07
Przeczytałem Januszu z zainteresowaniem. Wewnętrzne rozterki… »
valeria
10/07/2024 13:53
Podoba mi się. Łagodne lato :) »
valeria
10/07/2024 13:51
Dziękuję, opis poprawiony już:) zachęcam :) od soboty jestem… »
Berele
10/07/2024 13:37
Pointa mogłaby okazać się jakaś lżejsza, ale udała się ta… »
Jacek Londyn
10/07/2024 13:08
Valerio, cieszę się, że się wydało, że ktoś z nas (a… »
Berele
10/07/2024 10:59
Nawet fajne neolęgi. Spodobał mi się wiersz ubogi w… »
Berele
10/07/2024 10:37
Dużo ładnych figur w wierszu. Na minus poetyckość eteru i… »
ShoutBox
  • Jacek Londyn
  • 12/06/2024 14:22
  • a komentarzy ni chu, chu. "Czego oczy nie widzą, sercu nie żal"... Niby tak, lecz ja komentarze sobie cenię. Nierzadko lepiej niż kawa rano podnoszą ciśnienie.
  • Jacek Londyn
  • 12/06/2024 14:19
  • "Ostatnio widzianych" spory tłum,
  • Zbigniew Szczypek
  • 31/05/2024 21:10
  • "Po co tu jesteśmy, skoro ciągle się boimy?"- to taka "terapia", dla duszy i ciała, ekshibicjonizm w innym wymiarze. Skoro już tu jesteś, zrzuć ostatni listek! Bądź wreszcie wolny
  • Zbigniew Szczypek
  • 31/05/2024 19:34
  • Gramofonie - dołącz do nas z komentarzami, a na pewno będzie się działo więcej i lepiej, bo kto, jak nie Ty, swoją siłą głosu dotrze do najdalszych zakątków "galaktyk" ;-}
  • Wiktor Orzel
  • 31/05/2024 10:32
  • Dzieje się to, co zwykle. Ktoś wrzuca tekst, inni go komentują i tak się toczy tutaj życie ;)
  • Gramofon
  • 30/05/2024 11:13
  • dzieje się tu coś?
  • Zbigniew Szczypek
  • 15/05/2024 21:38
  • Najgorsze co może być, jeśli chodzi o komentarze, jeśli zostają tylko grupy tzw. "wzajemnej adoracji", z komentarzami schematycznymi i w zasadzie nic nie wnoszącymi do twórczości. Nie chciałbym tego.
  • Zbigniew Szczypek
  • 15/05/2024 20:30
  • Kaziu, my to wiemy, że to czasem działa na zasadzie "łańcuszka szczęścia" ale denerwuje, gdy ktoś go "przerywa", w tedy wraca cisza i "bezkomentarz" opanowuje znowu kolejną falą
  • Kazjuno
  • 15/05/2024 14:01
  • Piszcie, publikujcie i twórzcie komentarze!
Ostatnio widziani
Gości online:0
Najnowszy:Usunięty