7:00 - Rodion
Proza » Przygodowe » 7:00
A A A
Klasyfikacja wiekowa: +18

- Dzień dobry! Właśnie wybiła siódma, a wy słuchacie…

Zapadła niespodziewana cisza. Staruszek spojrzał na swoje miniaturowe radio z niekłamanym wyrzutem. Tanie, chińskie ustrojstwo do tej pory go nie zawiodło i miał nadzieję, że przynajmniej w tym miesiącu obędzie się bez kupowania nowego. Wziął małe pudełeczko w duże, niezgrabne dłonie i, jak na specjalistę od usterek przystało, mocno nim potrząsnął.

- …mamy dziś wyj…wo piękny dzień – głos powrócił w akompaniamencie trzasków i szumu. - Synoptycy zapowiad… upały, popołudniu możemy spodziewać … burzy.

- Kto to widział takie? – spytał niezadowolony. – Burza we wrześniu? Źle się dzieje…

Radio, rzecz jasna, nie odpowiedziało. Staruszek w zamyśleniu potarł kciukiem ostrze składanego nożyka. Miał zbyt grubą skórę, żeby się skaleczyć, ale za to skutecznie rozsmarował znajdujące się na nim błoto.

Stojące pod drzewem, wypełnione dorodnymi maślakami, wiadro przypominało mu o tym, że od wielu godzin nie spotkał żadnego człowieka. Mężczyzna lubił samotność, ale wyjątkowo źle znosił ciszę.

Pozwolę sobie na małe wtrącenie. Mam nadzieję, że nie przyzwyczailiście się zbytnio do czwartej ściany. Jeżeli tak – proszę o wybaczenie, ale my, narratorzy, bardzo nie lubimy być anonimowi.

Wyobraźcie sobie: operator zaczyna stopniowo oddalać kamerę. Sylwetka staruszka, coraz mniejsza na tle majestatycznego lasu, po kilku sekundach znika w bezkresnym morzu zieleni. Wtedy właśnie oczom wszystkich ukazuje się tytuł.

Imponujące, nieprawdaż? Oto magia srebrnego ekranu. Niestety, papier w przeciwieństwie do kliszy nie doczekał się żadnego szlachetnego koloru. Dlatego, zamiast leniwie wpatrywać się w kolorowe obrazki, musimy wysilić mózgi.

Do roboty!

Wróżbici od pogody nie kłamali - ranek był wyjątkowo piękny. Wprawdzie o tej porze codzienna, trwająca od świtu bitwa dobiegała końca, ale w lesie wciąż można było oglądać ostatnie potyczki.

Noc, zepchnięta między omszałe pniaki, rządziła pajęczyną rozedrganych cieni. Piękne, złociste słońce w pełni chwały wpędzało ją w coraz głębsze zakamarki. Mimo to widać było, że jesienny staruszek najlepsze lata ma już za sobą. Dziś zwycięży bez trudu, lecz za miesiąc lub dwa nie pójdzie mu już tak łatwo.

Las kurczowo trzymał się życia. Drzewa potrząsały przerzedzonymi, żółtymi czuprynami,  ptaki śpiewały niemrawo, a motyle, ważki i bąki odstąpiły miejsca pająkom i kleszczom. I choć runo zieleniało zamiast kwitnąć, to nikt w tak uroczy dzień nie myślał o nadchodzącej zimie i związanej z nią śmierci.

Nikt poza Markiem.

Nie zrozumcie mnie źle, nasz bohater nie był pesymistą, czy też zrzędą. Zwykle tryskał energią, lecz dziś czuł się wyjątkowo paskudnie. Przeklinał w myślach swój upór. Wiedział, że jeżeli kopnie w kalendarz, to w zaświatach będzie mógł obwiniać tylko siebie.

Każdy oddech przychodził mu z dużym trudem, wszystkie mięśnie odzywały się bólem, a prawe udo, szczególnie dokuczliwe, płonęło i pulsowało niczym ogromny tętniak. Nie słyszał nic poza szumem krwi, w ustach czuł dziwny smak, a przed oczami migały mu zabawne, wielokolorowe plamy. Wstał niespełna godzinę temu, a już żałował tego, że podniósł się z łóżka.

W zdrowym ciele zdrowy duch, prawda?

Choć trudno w to uwierzyć - Marek lubił biegać. Owszem, czasami zmuszał się do zawiązania butów, a sama myśl o przekroczeniu progu go odrzucała, ale zawsze przezwyciężał niechęć. Bez wątpienia miał ku temu ważny powód. Wszak nikt o zdrowych zmysłach nie zniósłby tyle bólu i trudu na próżno.

Regularny i umiarkowany wysiłek fizyczny ma wiele zalet. Zbawiennie wpływa na nasze zdrowie, pozwala się zrelaksować i rozładować nagromadzone negatywne emocje. Uczy samokontroli, kształtuje cierpliwość i pokorę.

Wiem, brzmię jak tani trener fitness, ale powtarzam tylko to, co Marek zwykł przekazywać swoim pacjentom. Doktorek był uczciwy, więc nie tylko gadał, ale i żył w zgodzie z głoszonymi ideałami.

Zmęczenie od zawsze pomagało mu uporać się z codziennymi problemami. Intensywny, niekiedy wariacki wysiłek sprawiał, że nabierał dystansu, potrafił na chłodno ocenić sytuację i wybrać najlepsze wyjście. A bieganie, jako jego ulubiony sport, miało jeszcze jedną zaletę. Dzięki niemu mógł ZAPOMNIEĆ.

O czym? Dziś akurat o tym, że zabił człowieka.

Stop! Dobrze wiem, co powiecie: to nie była jego wina; nic nie mógł zrobić; nie sposób przewidzieć; jak zareagować? Jeżeli jeszcze nie polubiliście Marka to wierzcie mi na słowo – z czasem zdobędzie wasze serca.

Ja również całym sobą bronię doktora. Uważam, że niepotrzebnie się zadręczał, mógłby w tym czasie zająć się sprawami ważniejszymi i pilniejszymi. Niestety, jego sumienie nie miało w zwyczaju słuchać innych. Wciąż roztrzęsione, szarpało strzępy dawnego spokoju.

Tym razem bieg nie przyniósł mu ukojenia.

W trakcie studiów Marek opanował trudną sztukę funkcjonowania bez snu, żywienia się jedynie mocną kawą, czy też uczenia się wszystkiego, co napisane drobnym druczkiem. Ale żadna z tych, bez wątpienia niezbędnych każdemu lekarzowi umiejętności, nie ułatwiła mu życia tak jak Dobra Rada:

Któryś ze starszych lekarzy zaproponował, żeby przy nazwisku każdego pacjenta zapisywał słowa klucze, krótką charakterystykę, tak, aby przy następnej wizycie pamiętać, z kim ma się do czynienia.

Kiedy dwa tygodnie temu w jego gabinecie pojawił się pan, nazwijmy go roboczo - Nowak, Marek z marginesu zeszytu odczytał: „miły, samotny, ma kota, NIE WSPÓŁPRACUJE!!!”

I bez tego wiedział, czego ma się spodziewać. Znał Nowaka aż nazbyt dobrze, prowadził go od kilku miesięcy.

Człowiek potrzebował szybkiej pomocy. Co gorsza, nie zgadzał się z diagnozą, rokowaniem oraz metodami leczenia. Próbował ugłaskać lekarzy, ale pod przykrywką lepkiej i wyjątkowo męczącej sympatii chciał im weprzeć swój punkt widzenia. Każdy dzień odwlekający go od stosownej terapii był niepowetowaną stratą. Marek nie miał wyboru.

- Nie mogę być dłużej pańskim lekarzem – powiedział najgrzeczniej jak potrafił.

Nowak zmienił się na twarzy. Jesteśmy przemądrzali i mamy przywilej obserwowania wszystkiego z boku, ale różnica była na tyle subtelna, że doktor niczego nie zauważył.

- Co, proszę?

- Obawiam się, że nie mam panu nic więcej do zaoferowania – tłumaczył cierpliwie. – Nie potrafimy dojść do porozumienia, a moim zadaniem jest zapewnienie pacjentom najlepszej możliwej opieki. Uważam, że powinien pan zasięgnąć rady innego specjalisty.

- Rozumiem. W takim razie – wstał – to koniec?

- Jeżeli tylko ma pan jeszcze jakieś pytania – zaczął standardową formułkę - czegoś potrzebuje, jestem do…

- Doktorze – przerwał delikatnie – mam pytania, na które nikt, nawet sam Bóg nie zna odpowiedzi. A moje potrzeby, choć doceniam pańską troskę, zaspokoję sam.

- Do zobaczenia – dodał po krótkiej przerwie i uśmiechnął się przyjaźnie.

Marek był z siebie zadowolony. Uparty głos ulokowany z tyłu głowy w kółko mamrotał coś o Piłacie, ale doktor i tak twierdził, że postąpił słusznie. Nie miał pojęcia jak bardzo się mylił. Nowak, co prawda nie umarł z powodu swojej przypadłości, ale marzenia o tym, że znajdzie kogoś, kto przemówi mu do rozumu Marek mógł wsadzić między bajki.

Wrócił po tygodniu. Przez, zdawałoby się niepozorne, siedem dni choroba zdążyła odcisnąć na nim piętno.

Tam, gdzie niewprawne oko mrugało ze znudzenia, wyjątkowo dociekliwy i nadopiekuńczy psychiatra mógł zaobserwować subtelną, niepokojącą zmianę zachowania. Coś jak dystymia? Depresja? Początki wycofania w schizofrenii? Czy też może dobrze skrywane zaburzenia osobowości?

Trudny do uchwycenia trop nie dawał jednoznacznej odpowiedzi. Równie dobrze zamiast do patologii mógł prowadzić do któregoś z mniej nudnych wariantów normy. Aby to ocenić potrzeba było czasu.

Marek jednak leczył ciało, a sprawy ducha były mu obce.

Nie tylko sfera psyche ucierpiała wskutek toczącego go procesu chorobowego. Nowak, niegdyś postawny mężczyzna, dziś wyglądał dość wątło. Jeszcze niedawno ledwo mieścił się w drzwiach, a teraz, przygarbiony i wyraźnie szczuplejszy, przypominał smutny przecinek zawieszony na tle ciemniej framugi.

- Chciałem przeprosić – zaczął słodko. – Byłem … niestosowny. To się na pewno nie powtórzy.

Marek w swojej karierze wiele razy spotkał ludzi agresywnych, niemiłych, czy też dwulicowych. Chociaż starał się traktować wszystkich tak samo, grzeczni pacjenci z miejsca zyskiwali jego sympatię. Mimo, że pokora Nowaka była dla niego zupełnie niezrozumiała, uśmiechnął się niepewnie i poprosił pacjenta, żeby usiadł.

Nie miał daru wieszczenia, a pełnia szczeniackiej buty nie pozwalała mu na powątpiewanie we własne umiejętności. Nie wiedział, że właśnie zrobił pierwszy krok ku najgorszemu.

- Biega pan, doktorze? – spytał Nowak odsuwając krzesło.

- Tak. Skąd ta ciekawość?

- Mieszkam niedaleko lasu. Wydawało mi się, że widziałem pana ostatnio na ścieżce. Zastanawiałem się, czy to nie wzrok płata mi figle.

- To mogłem być ja – potaknął zamyślony. – Ale zanim porozmawiamy o sporcie, zajmiemy się pańskim zdrowiem. Jak dobrze zrozumiałem…

- Hobby to wspaniała sprawa – kontynuował niezbity z tropu. – Każdy – chrząknął – każdy potrzebuje czegoś, co sprawia mu radość.

Marek nie podjął tematu. Zaaferowany pedagogicznym sukcesem zignorował sygnały, które niczym nieśmiały ciepły prąd powoli wypływały ku powierzchni lodowatego oceanu.

Czy mógł zachować się lepiej? Okazać więcej empatii? Czy wtedy wszystko potoczyłoby się zupełnie inaczej? Myślę, że nie, ale kim ja jestem, żeby wygłaszać takie tezy? Pewności nie mamy, tak więc bezowocne gdybanie zostawmy innym.

Wróćmy do Marka. Było tak: do dziś nieświadom zamiarów Nowaka, spokojnie wbiegł do lasu.

Pełną prędkość osiągnął kwadrans przed siódmą. W tym magicznym momencie liczył się tylko on, spokojny, głęboki oddech i szum uciekającego spod butów piasku. Ciało, póki co pracujące jak idealnie naoliwiona maszyna, napełniało go dumą. W dawnych czasach uważano, że lekarz powinien być okazem zdrowia. Markowi bardzo podobało się takie podejście i od wielu lat świecenie przykładem uważał za swój obowiązek.

Sukcesy osiągał nie tylko w sporcie. Miał szczęście związać się z kobietą idealną, kimś, kto był dla niego podporą, motywacją i inspiracją. Wczoraj skończyli urządzać swoje nowe mieszkanie. Pomieszczenie, które jeszcze kilka tygodni temu planowali przeznaczyć na gabinet, oficjalnie stało się pokojem dziecięcym.

Marek spełnił wszystkie swoje marzenia.

Po czterystu metrach ścieżka zrobiła się wąska i kręta. Dziesiątki wystających  korzeni i sterty obluzowanych kamieni miały na sumieniu wiele zwichniętych kostek i potłuczonych kolan.

Droga pięła się mocno górę, ale przy brzegu starej kopalni odkrywkowej znów odzyskiwała dawną szerokość. Marek stanął nad krawędzią i z trwogą spojrzał w dół. Lęk wysokości, który nie opuszczał go od wczesnego dzieciństwa, znów dał o sobie znać.

Dno ogromnej dziury było kamieniste. Spomiędzy obłych głazów wyrastały zardzewiałe szkielety starych maszyn. Ściany kopalni, nadgryzione zębem czasu, w niczym nie przypominały wyciosanego ludzką ręką pierwowzoru. Na próżno było szukać w nich wygodnego zjazdu, drabiny, czy też choćby resztek schodów. Gdyby ktoś skoczył w dół i jakimś cudem przeżył upadek, czekała go długa i niebezpieczna wspinaczka.

Marek poczuł na sobie czyjeś spojrzenie. Odwrócił się ostrożnie tak, aby nie okazać zdenerwowania.

Na drodze siedział Nowak. Był wychudzony i przeraźliwie blady. Zapadłe policzki porastał mu rzadki, tygodniowy zarost, a zmierzwione włosy prosiły się o odrobinę szamponu. Miał na sobie brudne, znoszone ubranie. Kościstą dłoń zaciskał na rękojeści noża. Czubek ostrza błądził wzdłuż wewnętrznej części przedramienia.

- Niech pan odłoży nóż – zaczął zbliżając się powoli. – Proszę, niech pan go odłoży.

Nowak drgnął, a serce Marka na chwilę się zatrzymało.                

- Odsuń się – warknął. – Nic ci do tego.

- Proszę, porozmawiajmy… To nie jest wyjście!

- A co ty wiesz? – cedził przez zęby. – Pozjadałeś wszystkie rozumy? I co? Może powiesz jeszcze, że sam jestem sobie winien?

Spojrzenie Nowaka, do tej pory puste, nagle nabrało przerażającego wyrazu. Jego głos, niski i chrapliwy w mgnieniu oka przeszedł w upiorny falset.

- Nie, nie jest…

- Och, błagam, zamknij się – prychnął i powoli wstał – dobrze wiemy, że to ty doprowadziłeś mnie do takiego stanu. Ty, nikt inny. Tak, tak, tik, tak, tik, tak…

- Nie wiem, o czym pan mówi. Proszę się uspokoić.

W odpowiedzi usłyszał ryk. Ostrze ze świstem przecięło powietrze koło jego brzucha. Z ledwo draśniętej skóry popłynęła ciepła strużka.

Nowak poruszał się szybko. Zbyt szybko.

Tam, gdzie nie ma czasu na rozmyślania, władzę przejmują instynkty. Doktor, wbrew wszelkiej logice, nie rzucił się do ucieczki. Zamiast tego skrócił dystans.

Drugi cios nie chybił już celu. Ból przewiercający się przez udo zalał umysł Marka czerwoną falą. Ostrze ze zgrzytem zatrzymało się na kości. Niefortunne dźgnięcie na szczęście nie uszkodziło żadnego większego naczynia. Doktor zachwiał się, zatoczył i zatrzymał na drzewie rosnącym niebezpiecznie blisko urwiska.

Nowak chichotał. Szeleszczący, zgrzytliwy dźwięk, który z siebie wydawał w żadnej mierze nie przypominał ludzkiego śmiechu. Pogrążony w szaleństwie zdawał się nie zauważać rękojeści wystającej z ciała doktora.

Umysł Marka zaczął pracować na najwyższych obrotach. Wprawdzie nie poruszał się po racjonalnych ścieżkach, ale napędzany adrenaliną szybko znalazł rozwiązanie patowej sytuacji.

Doktor zacisnął zęby i szybkim, sprawnym ruchem wyszarpnął nóż. Z trudem stłumiony krzyk przyciągnął uwagę napastnika.

- Ukradłeś! – zapiszczał rzucając się na Marka. – Ukradłeś! Złodziej!

Doktor nie zdążył zareagować. Wciąż otumaniony bólem zdołał jedynie zamachnąć się na oślep. Widział jak Nowak bez trudu unika ciosu, uśmiecha się triumfalnie, wykonuje ostatni, długi krok. Pogodzony ze swoim losem zamknął oczy.

Kiedy otworzył je z powrotem, po napastniku nie było ani śladu. Dopiero po chwili zauważył zaczepiony o korzenie but. Reszta czekała na niego na dnie kopalni.

Nowaka nie dało się uratować. Fragmenty czaszki niczym białe, błyszczące okręty stopniowo tonęły w rosnącej kałuży krwi. Wykręcona pod dziwnym kątem ręka nie zdradzała żadnych oznak ruchu, a żelazny, podrdzewiały pręt wystawał z klatki piersiowej, która zatrzymała się gdzieś między wdechem a wydechem. Straszliwa mozaika nie pozostawiała wątpliwości.

Marek upadł na kolana i zwymiotował. Widział wiele nieprzyjemnych obrazków, ale podejrzewał, że ten będzie go prześladował do końca życia.

Z obrzydzeniem odrzucił ściskany w garści nóż i zdjął koszulkę. Musiał się ratować za wszelką cenę. Prowizoryczny, zrobiony z ubrania opatrunek nieco zmniejszył krwawienie, ale Marek wiedział, że nie zatrzyma go na długo. Bez zwlekania ruszył ścieżką.

Wybiła siódma.

Z każdą minutą szedł coraz wolniej. Powoli topniejące siły sprawiały, że chęć walki ustępowała miejsca słodkiej rezygnacji. Wypełniająca go złość i gorycz znikły niemal zupełnie.

Stał się obojętny. Nie dbał o to, czy rana jest należycie uciśnięta, czy idzie w dobrym kierunku, czy znajdzie tu jakąkolwiek pomoc. Chciał usiąść i nie przejmować się już niczym.

Nie ufał swoim zmysłom. Od pewnego czasu słyszał cichy, niezrozumiały szum i trzaski, ale nie potrafił określić kierunku, z którego dobiegały. Uznał je za wytwór wyobraźni

Na szczęście w chwili, w której postanowił się poddać, odgłosy ułożyły się w słowa.

- A teraz naj… szy hit…

Marek uśmiechnął się ostatkiem sił. Dźwięki były coraz głośniejsze.

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
Rodion · dnia 29.01.2015 11:38 · Czytań: 467 · Średnia ocena: 0 · Komentarzy: 0
Komentarze

Ten tekst nie został jeszcze skomentowany. Jeśli chcesz dodać komentarz, musisz być zalogowany.

Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
Gramofon
14/07/2024 20:40
Lżejsza usadzona mocno przez grawitacje. »
skroplami
14/07/2024 11:07
Jak dzień i noc, różnice :). Chociaż jak one tak Twoja… »
skroplami
14/07/2024 10:00
Stara prawda, wieczna prawda, boska prawda. Zawarłeś kilka… »
al-szamanka
13/07/2024 17:07
Sumiennie przeczytałam tekst od początku do końca i mam… »
al-szamanka
13/07/2024 14:50
Mam pytanie. Czy wyzwolone kobiety, to te z tymi wszystkimi… »
Florian Konrad
13/07/2024 13:58
Dziękuję. Wiersz jest nieromantyczny, bydlak jeden :) »
Janusz Rosek
13/07/2024 12:19
Kazjuno To bardzo ciekawa historia. Czytając takie… »
Kazjuno
13/07/2024 07:42
Bardzo ciekawe, Januszu, 3 opowieści. Przeczytałem jednym… »
Janusz Rosek
12/07/2024 08:57
Kazjuno Bardzo dziękuję za Twój komentarz i słuszne… »
Kazjuno
12/07/2024 08:07
Przeczytałem Januszu z zainteresowaniem. Wewnętrzne rozterki… »
valeria
10/07/2024 13:53
Podoba mi się. Łagodne lato :) »
valeria
10/07/2024 13:51
Dziękuję, opis poprawiony już:) zachęcam :) od soboty jestem… »
Berele
10/07/2024 13:37
Pointa mogłaby okazać się jakaś lżejsza, ale udała się ta… »
Jacek Londyn
10/07/2024 13:08
Valerio, cieszę się, że się wydało, że ktoś z nas (a… »
Berele
10/07/2024 10:59
Nawet fajne neolęgi. Spodobał mi się wiersz ubogi w… »
ShoutBox
  • Jacek Londyn
  • 12/06/2024 14:22
  • a komentarzy ni chu, chu. "Czego oczy nie widzą, sercu nie żal"... Niby tak, lecz ja komentarze sobie cenię. Nierzadko lepiej niż kawa rano podnoszą ciśnienie.
  • Jacek Londyn
  • 12/06/2024 14:19
  • "Ostatnio widzianych" spory tłum,
  • Zbigniew Szczypek
  • 31/05/2024 21:10
  • "Po co tu jesteśmy, skoro ciągle się boimy?"- to taka "terapia", dla duszy i ciała, ekshibicjonizm w innym wymiarze. Skoro już tu jesteś, zrzuć ostatni listek! Bądź wreszcie wolny
  • Zbigniew Szczypek
  • 31/05/2024 19:34
  • Gramofonie - dołącz do nas z komentarzami, a na pewno będzie się działo więcej i lepiej, bo kto, jak nie Ty, swoją siłą głosu dotrze do najdalszych zakątków "galaktyk" ;-}
  • Wiktor Orzel
  • 31/05/2024 10:32
  • Dzieje się to, co zwykle. Ktoś wrzuca tekst, inni go komentują i tak się toczy tutaj życie ;)
  • Gramofon
  • 30/05/2024 11:13
  • dzieje się tu coś?
  • Zbigniew Szczypek
  • 15/05/2024 21:38
  • Najgorsze co może być, jeśli chodzi o komentarze, jeśli zostają tylko grupy tzw. "wzajemnej adoracji", z komentarzami schematycznymi i w zasadzie nic nie wnoszącymi do twórczości. Nie chciałbym tego.
  • Zbigniew Szczypek
  • 15/05/2024 20:30
  • Kaziu, my to wiemy, że to czasem działa na zasadzie "łańcuszka szczęścia" ale denerwuje, gdy ktoś go "przerywa", w tedy wraca cisza i "bezkomentarz" opanowuje znowu kolejną falą
  • Kazjuno
  • 15/05/2024 14:01
  • Piszcie, publikujcie i twórzcie komentarze!
Ostatnio widziani
Gości online:26
Najnowszy:Arcte