Prąd myślowy - Dirk
Proza » Fantastyka / Science Fiction » Prąd myślowy
A A A
Od autora: Drugie opowiadanie z cyklu, który zapoczątkował tekst "Odwieczny problem" (nie są ze sobą bezpośrednio powiązane). Ma już kilka ładnych lat, ale mam nadzieję, że przypadnie Czytelnikom do gustu.

Ze względu na kilka przekleństw, zaznaczyłem wskaźnik +18.
Klasyfikacja wiekowa: +18

Chen przetarł porcelanowy kubek i odstawił go na półkę. Nocna zmiana płynęła szybko, mimo rzadko odwiedzających sklep klientów. Stary Chińczyk nigdy się w pracy nie nudził. Zawsze potrafił znaleźć sobie zajęcie, najczęściej polegające na czyszczeniu rozlicznych przedmiotów, stanowiących asortyment „Szwarc, mydło i powidło”. Różnorodność towaru przyprawiała o zawrót głowy – breloczki, tandetne zegarki, ozdobne pudełka, książki, dawno opróżnione butelki finezyjnych kształtów, wypchane ryby, gotowe do powieszenia na ścianie, wiklinowe kosze, nasiona, kłódki, długopisy... Słowem nazwa sklepu w pełni oddawała kryjącą się we wnętrzu zawartość. Ale tylko nieliczni wiedzieli, iż regały zawalone rupieciami stanowiły zaledwie fasadę. W rzeczywistości bowiem, prawdziwym sercem placówki było zaplecze, w którym mieścił się ogromny magazyn. On również zawierał towary na sprzedaż, przeznaczone jednak dla innego rodzaju klientów. Innego rodzaju, to znaczy oficjalnie nieistniejących – wampirów, wilkołaków, czarodziejów, czarownic, duchów, wróżek, elfów, demonów i wszelkiej innej ferajny, znanej z kart książek, podań, legend, mitów, filmów, gier fabularnych i komputerowych… Oferta nadawała się również dla osób poszukujących wyżej wymienionych w celach zaprzyjaźnienia się, eksterminacji, czy też jeszcze jakichś innych. W motywację kupujących personel „Szwarc, mydło i powidło” nie wnikał.

Uporawszy się z przedmiotami wykonanymi ze szkła i porcelany, Chen sięgnął po piłeczki do ping-ponga z rysunkiem wieży Eiffla. Wtem zatrzymał dłoń w pół ruchu, gdyż poczuł przejmujący niepokój. Intensywne uczucie całkowicie go opanowało, a wewnętrzny głos oznajmiał, że niedaleko dzieje się coś złego i tajemniczego. Skupił się na tym wrażeniu i wyczuł również inną siłę, jednak stojącą po stronie światła. Łagodną i zdeterminowaną. Wniosek nasuwał się sam – odwieczna walka dobra ze złem trwała w najlepsze, rozgrywając właśnie jedną z wielu potyczek. Chwilę jeszcze sondował szóstym zmysłem zmagania, ale gdy przekonał się, iż miastu nie grozi żaden kataklizm (a przynajmniej nie większy niż zazwyczaj), wrócił do porządkowania półek.

Od dziecka potrafił wyczuwać niebezpieczeństwo, co niejednokrotnie ułatwiało życie nie tylko samemu Chenowi, ale także jego bliskim. Czasem oczywiście również utrudniało. Urodził się w Chinach w niewielkim miasteczku, w którym spędził dzieciństwo i młodość. Na studia wyjechał do Pekinu, gdzie wiódł całkiem przyjemne życie. Nawiązał współpracę z podziemną organizacją, występującą przeciwko komunistycznym władzom. Niestety, ktoś wpadł i, po zastosowaniu odpowiednich argumentów przez wysłanników totalitarnego reżimu, wydał opozycjonistów. Chen, dzięki swoim zdolnościom, zorientował się, że grozi mu więzienie polityczne (względnie kopanie uranu gołymi rękami albo etat przy instalacji kabla na dnie morskim) i podjął próbę ucieczki. Nie wszystko poszło po jego myśli i tylko cudem zdołał wydostać się z obławy. Na szczęście, przyjaciele udzielili pomocy i załatwili transport do Polski, a także lewe papiery. Od tej pory figurował jako syn kubańskiego górnika i czeskiej szwaczki. Wprawdzie nie mówił ani po hiszpańsku, ani po czesku, a i na potomka białych rodziców nie wyglądał, ale jego nowa socjalistyczna ojczyzna nie takie cuda widziała. Ot, sowiecka genetyka. Grunt, że znajdował się wystarczająco daleko od ścigających go tajnych służb, aby nie musieć co chwila patrzeć przez ramię.

Szybko ułożył sobie życie, wciąż oczywiście stojąc władzy okoniem. Poznał piękną Polkę, ożenił się i wkrótce doczekał urodzin czarującej wnuczki. W międzyczasie parał się różnych zajęć, aż w końcu zatrudniono go w „Szwarc, mydło i powidło”. Córka podrosła i Chen ani się spostrzegł, gdy został szczęśliwym teściem i dziadkiem. Znajdował radość w rozpieszczaniu wnuczki i w pełnieniu roli sprzedawcy, nawet, jeśli czasem zmuszony był korzystać ze swoich szczególnych umiejętności. Niektórzy klienci lubili wszczynać burdy, jak na przykład pewien ogr (ubrany w płaszcz i kapelusz przypominał parkowego ekshibicjonistę), próbujący zareklamować zestaw kolorowych żarówek, ponieważ „w rodzinnym bagnie nie ma prądu”. Chińczyk odparł, że idioci najwyraźniej są i… potężnego klienta uspokoiła dopiero właściwa słoniom dawka środka odurzającego.

Nauczywszy się ufać swojemu instynktowi, wiedział kiedy musi zareagować, a kiedy może spokojnie zignorować podszepty szóstego zmysłu. Tak więc i tym razem nie przejął się nimi specjalnie, kontynuując skrupulatne odkurzanie wszystkiego, co tylko dało się przetrzeć szmatką. Po godzinie zadowolony skończył i postanowił zaparzyć zielonej herbaty. Sięgnął po pojemnik z liśćmi, wsypał szczyptę do kubka i już miał zalać naczynie wodą o odpowiedniej temperaturze, gdy usłyszał na ulicy krzyki.

– Yyyyyyyyyyyyyyy!

Odstawił czajnik i zaintrygowany ruszył w kierunku wejścia. Hałas tymczasem nasilał się.

– Yyyyyyyyyyyyyyy!

Dostrzegł za szybą niewyraźną sylwetkę i zamarł, spokojnie ją obserwując. Chwilę później drzwi otworzyły się z hukiem i stanął w nich wielki facet.

– Yyyyyyyyyyyyyyyy!

Chińczyk zmierzył przybysza od stóp do głów. Tępy, nieobecny wzrok, wyciągnięte do przodu ręce, ubranie uwalane ziemią, otwarte usta z krzywymi zębami i mina idealnie ilustrująca słyszane okrzyki nie pozostawiały wątpliwości – zombie. Sprzedawca błyskawicznie skoczył za ladę, sięgnął po obrzyna (klienci bywali różni…) i wycelował go w wielką postać, a dokładniej w sam środek wielkiego łba. Z doświadczenia widział, że jedyny pewny sposób, to walić ołowiem między oczy. Zazwyczaj poprawiał jeszcze granatem, wysadzając leżące truchło w diabły. Tym razem jednak, coś go powstrzymało. Zombie, zamiast sunąć przed siebie w poszukiwaniu mięsa (najlepiej ludzkiego, ale właściwie każde się nadawało, również, a może zwłaszcza, zgnite lub śmierdzące), stał w miejscu, ryczał i, co zdumiewające, rozglądał się.

– Yyyyyyyyyyyyy!

– Stul mordę! – krzyknął Chińczyk bez śladu obcego akcentu, nie przestając celować w chodzącego trupa, czyli mniej więcej w kierunku wejścia, obrzyn nie należał bowiem do finezyjnych broni. Za to rozrzut miał imponujący.

Dopiero teraz dotarło do Chena, że zwłoki są w bardzo dobrym stanie.    

– Znaczy pochowali niedawno – skomentował. – Ale dlaczego wylazł z grobu i łazi po mieście?

Od razu nasunął mu się kolejny wniosek.

– Pewnie stąd niepokój, który odczuwałem. Wprawdzie uczucie nie narastało, gdy trup się zbliżał, ale… – głośno myślał.

Nagle zadzwonił telefon. Na dźwięk dzwonka, zombie ryknął donośniej i zakołysał się, wciąż stojąc jednak w miejscu. Sprzedawca nie miał zamiaru odbierać, ale zwłoki skierowały wzrok na hałasujący przedmiot i jakby zmieniły intonację swojego „Yyyyyyyyy”.

Chen uniósł brwi i sięgnął po słuchawkę.

– Cześć, tu Kazek. – Usłyszał głos, świadczący o zamiłowaniu jego właściciela do tanich win i mocnych papierosów bez filtra.

Miejscowy grabarz i stały klient. O Kazku można było powiedzieć wiele rzeczy, ale swoją robotę wykonywał sumiennie. Nieraz przy tym korzystał z usług sklepu. W końcu nigdzie nie ma tylu problemów z siłami nadprzyrodzonymi, co na cmentarzu.

– Witam – przywitał się Chińczyk. – Jak mniemam zombie, któremu zaraz rozkwaszę

banię, to twoja sprawka?

– Moja, ale zostaw go – odparł grabarz. – Nic ci nie zrobi. Przynajmniej na razie.

– Skąd wiesz?

– Ożywiłem go godzinę temu. Pod ziemią wylądował dziś po południu. Świeżak. Mózg obumarł stosunkowo niedawno i udało mi się przywrócić część połączeń nerwowych. Nie za dużo, ale wystarczająco, żeby słuchał rozkazów. Twoich i moich. Telewizora nie naprawi, za to zrobi zakupy, a dokładnie tego w tej chwili potrzebuję.

Chen westchnął.

– Nie mogłeś się sam pofatygować? A jak postanowi jednak iść na wyżerkę
i wlezie na dyskotekę albo do szpitala?

– Mam tu dzisiaj urwanie głowy – zaoponował Kazek. – Demoniczne tałatajstwo pcha się do naszego świata jak nigdy. Chyba jakiś portal się otworzył…  Muszę go zlokalizować i wysadzić w cholerę. Dlatego właśnie posłałem zombiaka. Potrzebuję amuletu poszukującego. Bez niego nie znajdę przejścia, a nie mogę całą noc uganiać się za barachłem z rogami, bo rano dwa pogrzeby, łopatą się namacham, to i siłę muszę mieć.

– Dasz sobie radę? – Chen wiedział, że Kazek nie rzuca słów na wiatr, a poza tym od dawna wyświadczali sobie nawzajem przysługi.

– Tak, przyślij mi tylko ten amulet. Daj go trupowi i każ wracać, posłucha cię. Zapłacę jutro po południu.

Chińczyk pokiwał głową, choć grabarz nie mógł tego widzieć.

– W porządku, ale nie mam żadnych amuletów na stanie, więc musisz poczekać
z godzinkę, zanim jeden sporządzę.

– Ok – powiedział Kazek. – Acha, jeszcze jedno. Ożywiając zombiego trochę cofnąłem naturalny proces, ale go nie zatrzymałem. Z czasem trup wróci do swojego normalnego, sztywnego stanu. Wówczas przestanie słuchać rozkazów, a będzie chciał coś zeżreć.

– Wspaniale. I co wtedy? Walić z obu luf?

– Walić, ale woltami. Jak porazisz truchło prądem w łeb, to połączenia nerwowe zostaną na chwilę przywrócone i zombiak powinien znów zacząć słuchać.

– Powinien? – Chen odniósł się do idei Kazka sceptycznie.

– Ano. To jeden ze skutków ubocznych nekromancji. Normalne zwłoki możesz traktować prądem ile wlezie, ale jedyny efekt, jaki osiągniesz, to malownicze drgawki. Wiem, bo sprawdzaliśmy w cechu grabarzy. A ile przy tym było radochy…– Uśmiechnął się do swoich wspomnień. – Dobra, muszę kończyć.

– A ja zabieram się do pracy.

Chińczyk odłożył słuchawkę i ruszył zamknąć drzwi. Nie opuszczał lufy obrzyna, trzymając trupa na celowniku.

– Zostań! – krzyknął stanowczo.

Szybko przeszedł procedury bezpieczeństwa, zarówno techniczne, jak i magiczne i wkroczył do magazynu na zapleczu. Zebrał potrzebne przedmioty i wrócił do głównego pomieszczenia.

Zwłoki stały w tym samym miejscu, w którym je zostawił, z tym samym idiotycznym wyrazem twarzy. Chen położył składniki talizmanu na blacie, a później z ironicznym uśmiechem rzucił zombiemu jedną z zabawek wnuczki. Mała odwiedzała dziadka w sklepie i często zapominała zabrać jakiejś maskotki albo książeczki. Ostatnim razem rozpracowywała zestaw klocków o różnych kształtach, które należało wrzucić do środka plastikowego pudełka przez odpowiednie otwory. Zajęcie w sam raz dla dwuletniego dziecka. Albo ożywionych zwłok czterdziestolatka.

– Pokaż co potrafisz.

Spojrzawszy na twarz zombiego i malującą się na niej minę średnio rozgarniętego płazińca, Chen chciał dodać jeszcze młotek, w celu łatwiejszego dopasowywania klocków do otworów, ale po namyśle zrezygnował z tego pomysłu. Gdyby trup nagle zechciał wrzucić coś na ząb, lepiej żeby nie miał pod ręką ciężkich narzędzi.

Zostawił zwłoki w spokoju i zaczął przygotowywać amulet. Do moździerza wsypał szczyptę ziół, a następnie dokładnie je roztarł. Później dodał kilka kropli krwi kruka, łyżkę oliwy, szklankę wody i garść piasku z Ziemi Świętej, a następnie postawił całość nad palnikiem i odczekał aż płomień doprowadzi płyn do wrzenia. Następnie otworzył wielką, oprawioną w skórę księgę i zaczął recytować starożytne wersy. Kwadrans później z naczynia buchnął błękitny dym. Wyłączył palnik, zamknął tomiszcze i odstawił miseczkę do ostygnięcia.

Cały czas kątem oka obserwował zombiaka, który, wywaliwszy język, starał się wepchnąć klocki do środka pudełka. Kilka razy nawet krzyknął dla zachęty. Odpowiedź za każdym razem brzmiała:

– Yyyyyyyyyyyyyyyyy!

Wtem, zombie ryknął głośniej niż dotychczas i w nieco innej tonacji – agresywnie
i złowieszczo. Odrzucił klocki na bok, wyciągnął ręce przed siebie i ruszył w stronę Chińczyka. Sprzedawca, nie zastanawiając się, sięgnął pod ladę, chcąc wydobyć paralizator, który dostał kiedyś od córki. Jego palce nie znalazły jednak urządzenia. Zwymyślał się od najgorszych kretynów – przecież nie brał paralizatora do pracy, nie widząc w tym żadnego sensu, skoro na podorędziu miał obrzyna i magiczne zabezpieczenia. 

– Kazek będzie musiał się jednak sam pofatygować – mruknął pod nosem, zastanawiając się, jak dużo czasu zajmie sprzątnięcie mózgu zombiaka z podłogi.

W tym momencie przypomniał sobie, iż obrzyna położył na zapleczu, a magiczne zaklęcia chronią tylko magazyn. Nie miał więc żadnej broni, a chodzący trup zbliżał się z każdą sekundą. Sprzedawca odegnał napływające do głowy paniczne myśli i omiótł wzrokiem izbę w poszukiwaniu czegoś, czym mógłby powstrzymać zombie. Dostrzegł niewielką lampkę, stojącą koło kasy – personel używał jej do czytania podczas spokojnych chwil bez klientów – i przyszedł mu do głowy pewien pomysł. Szybko ją chwycił, zerwał abażur i trzasnął żarówką o kant lady. Podłogę zaścieliły kawałki szkła. Uzbrojony w domowej roboty paralizator, stanął przodem do chodzącego trupa, znajdującego się już w odległości zaledwie kilkunastu centymetrów. Ręce zwłok wnet objęłyby Chińczyka, ale ten wyślizgnął się, odskoczył na dwa kroki i przytknął wystający żarnik do łba zombiego.

– Yyyyyyyyyyyyyy.

– Dobrze powiedziane. – Chen uśmiechnął się wrednie.

Z uszu zwłok poleciał dym. Zombie zaczął się trząść i w końcu runął na podłogę. Gdy leżał bez ruchu, sprzedawca postawił resztki lampy na ladzie i trącił ciało butem. Nagle, jak za dotknięciem przycisku, trup ożył. Podniósł się wyjątkowo zgrabnie, a później spojrzał na Chińczyka oczami, w których dało się dostrzec bynajmniej nie szczątkową inteligencję i żądzę wiedzy.

– Witam pana – odezwał się spokojnym, łagodnym głosem. – Wprawdzie nie mam pojęcia, skąd się tu wziąłem, ale odczuwam ogromną potrzebę lektury jakiejś wyzywającej intelektualnie pozycji. Czy dysponuje pan w tym dyskoncie fachową literaturą?

Chen zdębiał i nie potrafił wyrzec nawet pojedynczej sylaby. Zombie nie przejął się niekomunikatywnością sprzedawcy i jął samemu rozglądać się po półkach z towarem. Pośród mnóstwa bibelotów dojrzał „Zarys biologii molekularnej”. Nie minęła minuta, a rozsiadł się wygodnie i zatopił w lekturze.  

Chińczyk w końcu odzyskał zdolność mówienia, wciąż jednak ze zdumieniem wpatrywał się w siedzącego na podłodze żywego trupa.

– To chyba pierwszy w świecie zombie-student – powiedział zdumiony. Zaraz jednak dodał: – Jeśli nie liczyć sesji…

Po namyśle stwierdził, że wyładowanie z lampy widocznie odtworzyło więcej połączeń nerwowych, niż rytuały neokromantyczne Kazka. Jeśli jednak tendencja spadkowa zostanie utrzymana, to zombie prawdopodobnie zacznie z czasem głupieć i w końcu znów poczuje głód mięska. Sprawdził miseczkę i z zadowoleniem skonstatował, iż proszek w jej wnętrzu prawie całkowicie wysechł. W ciągu kilku minut amulet będzie gotowy. Zerknął na zombiego, ale ten wciąż z uwagą studiował książkę.

Przyniósłszy z zaplecza obrzyna, Chen przygotował mały woreczek i już miał przesypać do niego wystygłą zawartość miseczki, gdy wtem chodzący trup cisnął książkę w kąt.

– Kurwa. Jakie gówno jebane. Ja chcem coś fajnego, a nie jakieś pierdolone biologie.

Sprzedawca uniósł broń, ale zombie zauważył na półce kilka starych czasopism pornograficznych. Rzucił się w ich kierunku, łapczywie je chwycił i, znów na podłodze, zaczął podziwiać dorodne kształty kobiet na rozkładówkach.

– To ja rozumie. Cycki, a nie jakieś kurwa molelu… moelku… maleku… No tamto chujstwo.

Chen pokiwał głową z zadowoleniem. Jego teoria o stopniowym głupieniu zombiego znalazła potwierdzenie w praktyce. Uznawszy, że ma trochę czasu, położył obrzyna na ladzie i przesypał proszek z miseczki do woreczka, a następnie związał całość rzemykiem.

– No, amulet gotowy. Teraz tylko dostarczyć go Kazkowi.

Wziął uszkodzoną lampę, zaszedł zombiego od tyłu i przyładował mu prądem w potylicę. Oczy chodzącego trupa momentalnie błysnęły inteligencją i z obrzydzeniem odrzucił pornografię.

– Cóż za ohydne uwłaczanie delikatnemu kwiatowi kobiecości! – oburzył się. – Och, chyba napiszę list otwarty do redakcji tego plugawego periodyku. Ma pan może kałamarz i arkusz papieru?

– Zamknij się! – warknął Chen i wskazał na woreczek. – Zanieś ten amulet na najbliższy cmentarz i daj go grabarzowi Kazkowi.

Zombie nie oponował.

– Naturalnie, to mój pan i władca. Arystokrata, prawie w ogóle nie tłucze mnie łopatą.

Kazek zawsze miał poczucie humoru, pomyślał Chen.

 – Jakiś wewnętrzny imperatyw – kontynuował zombie – każe mi słuchać również pana. – Ukłonił się. – Zatem idę.

Chwycił woreczek i skierował się ku drzwiom. Chen odblokował zamek i wypuścił zombiego na zewnątrz, przedtem dla pewności poprawiając jeszcze raz żarnikiem. Trup dojdzie na miejsce w ciągu dwudziestu minut, a zatem nie zdąży zgłupieć. A na miejscu już się nim Kazek zajmie łopatą… To pomyślawszy, Chińczyk zaparzył sobie wreszcie zielonej herbaty i usiadł za ladą czekając na kolejnego klienta.

Parę godzin później, nad ranem, sprzedawcę zalało uczucie ogromnej ulgi, niemalże euforii. Niepokój, tlący się przez całą noc gdzieś na granicy świadomości, całkowicie ustąpił. Uśmiechnął się do swoich myśli i pokiwał z uznaniem głową.

– Kazek to jednak wie, co robi...

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
Dirk · dnia 09.03.2015 15:22 · Czytań: 666 · Średnia ocena: 4 · Komentarzy: 6
Komentarze
Heisenberg dnia 09.03.2015 15:47
Lekko, zgrabnie i z humorem. Naprawdę ciekawe opowiadanko :)
Sklep dla istot demonicznych coraz bardziej mi się podoba.

Płynny język, ale co mi nie pasowało:
Cytat:
Po­znał pięk­ną Polkę, oże­nił się i wkrót­ce do­cze­kał uro­dzin cza­ru­ją­cej wnucz­ki. W mię­dzy­cza­sie parał się róż­nych zajęć, aż w końcu za­trud­nio­no go w „Szwarc, mydło i po­wi­dło”. Córka pod­ro­sła i Chen ani się spo­strzegł, gdy zo­stał szczę­śli­wym te­ściem i dziad­kiem.

Najpierw miał wnuczkę, potem córkę, a potem został dziadkiem... Ja nie rozumiem czy coś pokręciłeś?

Cytat:
po­tęż­ne­go klien­ta uspo­ko­iła do­pie­ro wła­ści­wa sło­niom dawka środ­ka odu­rza­ją­ce­go. Na­uczyw­szy się ufać swo­je­mu in­stynk­to­wi, wie­dział kiedy musi za­re­ago­wać, a kiedy może spo­koj­nie zi­gno­ro­wać pod­szep­ty szó­ste­go zmy­słu.

Drugie zdanie, jak rozumiem, odnosi się do Chena. Bezpośrednio wcześniej jest jednak mowa o kliencie i można by uznać, że to drugie zdanie odnosi się właśnie do klienta. (Wiesz, coś w stylu słynnego "Czarownica płonęła na środku wioski. Wszyscy jej żałowali" - Wioski czy czarownicy?)

Pozdrowienia
Dirk dnia 10.03.2015 21:13
Cieszę się również, że przypadło Ci do gustu.
Dzięki wielkie za wskazanie baboli. Czytałem ten tekst tyle razy, że już mi się niedobrze zaczęło robić, a mimo to coś umknęło.

Pozdrawiam.
Zurbanizowany dnia 11.03.2015 10:19 Ocena: Świetne!
Witaj!

Świetne opowiadanie, napisane z nerwem i odpowiednią dawką humoru. Bardzo fajny nastrój, który powiem szczerze, bardzo mi odpowiada. Może dlatego lubię "Akta Harry'ego Dresdena". Jeżeli cały cykl jest napisany w tym stylu, to tylko pogratulować.

Pozdrawiam serdecznie.

Serg
Dirk dnia 13.03.2015 10:49
Dzięki za pozytywny komentarz. Cieszę się, że opowiadanie się podobało.

Mam się za człowieka oczytanego, a na każdym kroku dowiaduję się czegoś nowego - nie znałem "Akt Harry'ego Dresdena", ale chyba będę musiał spróbować :)

Pozdrawiam.
Quentin dnia 16.03.2015 20:39 Ocena: Dobre
Zwarcie

Zabawna historia. Przeleciało mi przez głowę kilka kadrów z różnych filmów podczas lektury. Wiadomo, zawsze łatwiej coś skojarzyć z obrazem, a już u facetów wzrokowców na pewno.
Naprawdę ciekawy epizod z życia sympatycznego sklepikarza. Sam pomysł z oswajaniem zombie, też ciekawy. Nigdy go wcześniej nie spotkałem. Znaczy chodzi mi o pomysł, nie o zombiego. Do zombiaków z reguły się strzela, a tu, proszę, okazuje się, że może być z nich jakiś pożytek. To się nazywa recykling ;)

Pozdrawiam serdecznie, Dirk
Quen
Dirk dnia 19.03.2015 22:14
Dzięki! Opowiadanie właśnie miało wywoływać uśmiech i jeśli choć raz skrzywiłeś wargi - cel został osiągnięty.

Natomiast oswajanie zombie miało swój epizod między innymi w filmie "Wysyp żywych trupów". Choć scena z filmu nie była inspiracją (podczas pisania w ogóle nie pamiętałem o tym filmie).

Pozdrawiam.
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
Afrodyta
07/08/2022 20:37
Przeczytałam obie części Twojej opowieści i przyznaję, że… »
wolnyduch
07/08/2022 20:19
Piękny, poruszający prawdą życiową wiersz. Dobrego wieczoru… »
wolnyduch
07/08/2022 20:16
Wymowny tekst, w ciekawej formie, smutne jest to, iż to… »
wolnyduch
07/08/2022 20:07
Wiersz msz zawsze aktualny, to prawda, że młody kwiat często… »
Afrodyta
07/08/2022 20:01
Tekst wciąga w swój świat, świat wypełniony jakimś… »
Afrodyta
07/08/2022 19:44
Opowiadanie przeczytałam z przyjemnością, jest w nim… »
Klusek
07/08/2022 09:40
Dziękuję pięknie za miłe słowa :) Nie zamierzam, plan był… »
G.G
06/08/2022 23:05
skroplami Przepraszam za zwłokę z odpowiedzią. Obowiązki… »
wolnyduch
06/08/2022 22:59
Wiersz jak dla mnie trudny do komentowania, intryguje mnie… »
K.i.r.o
06/08/2022 20:47
O lol. Na początku odpuściłem, kiedy zobaczyłem słowo Kurwa.… »
wolnyduch
06/08/2022 20:34
Dla mnie piękny, niezwykle kobiecy wiersz miłosny, który nie… »
wolnyduch
06/08/2022 20:28
Wybacz, leniwie podpiszę się pod komentarzem Zoli111, bowiem… »
wolnyduch
06/08/2022 20:21
Urokliwe to dziczenie, smutne, wymowne i pięknie oddane… »
Jacek Londyn
06/08/2022 20:09
Litości, viktorio12! Oczywiście w opisach… »
wolnyduch
06/08/2022 20:08
Witaj tetu Dziękuję za wnikliwy komentarz, cóż może to i… »
ShoutBox
  • Darcon
  • 14/07/2022 20:17
  • Mało osób ma czas na "betowanie", ale możesz przysłać mi na priv opowiadanie, które skasowałaś. Sprawdzę, zasugeruję i uzasadnię półkę, tylko nie od razu. Dwa w jednym, coś jak szampon. ;)
  • Wiktor Orzel
  • 12/07/2022 08:09
  • Nie czytamy wszystkich komentarzy, bo nie mamy na to czasu. Twój akurat mi się rzucił w oczy, to nic osobistego. ;)
  • ApisTaur
  • 01/07/2022 22:13
  • W sezonie ogórkowym, tłok tylko na plażach ;)
  • Materazzone
  • 28/06/2022 17:24
  • Dawno mnie tu nie było. Strasznie mało tu życia jest :(
Ostatnio widziani
Gości online:0
Najnowszy:Usunięty
Wspierają nas