Tego roku zima była wyjątkowo sroga. Wciąż pamiętam ten okres, to był pierwszy raz, gdy na własne oczy zobaczyłem śnieg. Biały puch rzadko pojawiał się w puszczy, mrozy częściej nawiedzały Góry Attraki albo ziemie Imperium leżące na południe od rzeki Oster. Do Elfiej Samotni, jak lubię nazywać Wieczną Puszczę, rzadko dochodziły lodowate podmuchy, które zsyłają Władcy Chmur z wierzeń krasnoludów. Byłem wówczas jeszcze chłopakiem, który podróżując z klanem starał się jak najlepiej poznać to, co go otaczało, więc to zjawisko wywarło na mnie ogromne wrażenie. Ilekroć myślę o tamtych dawnych czasach przypominają mi się twarze moich towarzyszy, z którymi dzieliłem trudy życia w lesie. Nie było nam łatwo, ale wystarczało mi to, co miałem.
W owym okresie elfy wciąż jeszcze rozproszone były po ogromie nieprzebytych kniei, w które musieliśmy uciekać po przegranych walkach z Imperium. Byliśmy rozbici, społeczeństwo podzieliło się na klany, które w odosobnieniu starały się przetrwać i oswoić z zupełnie nową sytuacją. Miałem wówczas 20 lat, nigdy nie widziałem świata poza Puszczą, ale już wtedy czułem, że kiedyś zobaczę rzeczy, o których nie potrafiłbym nawet śnić. Nie wiem dlaczego, ale może sam chciałem by stało się to prawdą, z tego powodu ta myśl nie opuszczała mnie ani na moment. Było to na krótko przed moim wejściem w dorosłość. W naszej tradycji samodzielnym myśliwym stawałeś się wtedy, gdy skończyłeś 21 lat i mogłeś pochwalić się trofeum zdobytym podczas polowania. Moje pierwsze łowy miały nadjeść za kilka dni.
Nasz klan nie zaliczał się do najsilniejszych ani największych, ale z pewnością żyliśmy na najdalszym krańcu Puszczy, jaki można sobie wyobrazić. Przynajmniej tak mi się wydawało w tamtym czasie. Żyliśmy skromnie, żywiliśmy się tym, co udało nam się upolować, ale przestrzegaliśmy również pewnych zasad. Do dziś pamiętam Lefariona, naszego przywódcę. Nauczał nas byśmy szanowali las. Zwykł mawiać, że Puszcza to nasza matka i powinniśmy o nią dbać. Zostałem wychowany w takim duchu, uznając zasady za słuszne, a Lefarion był dla mnie wzorcem do naśladowania, ale również kimś więcej.
Kiedy podczas ucieczki przed stadem Anaurów, wielkich dzikich stworzeń, zwalistych i porośniętych gęstym, ciemnobrązowym futrem, zginął mój ojciec, który wychowywał mnie samotnie po utracie matki, Lefarion wziął mnie pod swoją opiekę i nauczył wszystkiego co sam wiedział. Ciężko było mi przeboleć stratę jedynego rodzica i przewodnika, w którym pokładałem ufność i przy którym czułem się bezpiecznie, ale mój nowy opiekun pomógł mi otrząsnąć się z tej straty.
Na początku wielokrotnie uciekałem z obozu nie potrafiąc sobie poradzić z tym, co mnie dotknęło. Pewnego dnia spotkałem go na swojej drodze, jakby wiedział, dokąd i kiedy chciałem zbiec. Nie był zły, że złamałem zasady i oddaliłem się od obozowiska, po prostu siedział i czekał aż do niego przyjdę. Niepewnie zbliżyłem się na odległość kilku kroków i spojrzałem na jego nieprzeniknioną twarz. Do dziś pamiętam kryształowo niebieskie oczy patrzące w moją stronę. Dostrzegłem w nich pewien błysk, coś co przykuło mnie i kazało się zatrzymać. Na jego obliczu migotały cienie rozbawienia kiedy podchodził w moją stronę. Nie chciałem uciekać, chciałem wysłuchać co miał mi do powiedzenia, bo coś w jego postawie pokazywało, że może mi pomóc. Miałem wtedy zaledwie 10 lat, a moje serce już naznaczone było dwoma głębokimi bliznami po utracie rodziców, jednak stałem w miejscu gotów przyjąć jakiekolwiek słowa, które miały paść w następnej chwili. Lefarion zatrzymał i zwrócił twarzą do mnie, po czym otworzył usta i powiedział:
- Gaethcie, nie możesz tak uciekać. Martwimy się o ciebie. – Rzekł spokojnym i ciepłym tonem. Jego długie, srebrne włosy opadały mu na czoło przesłaniając jedno oko. Kiedy schylił się lekko dojrzałem wystające zza jego pleców pióra z lotek strzał, które leżały spokojnie w szytym zielono-czarną nicią kołczanie. Spojrzałem na niego smutnym wzrokiem, ale nie potrafiłem nawet wypowiedzieć tego, co czułem. Wtedy on powiedział tym samym, spokojnym tonem. – Widziałeś po drodze ten dąb na polanie nieopodal? – zapytał. - To znak po twoim ojcu. – Dodał z przekonaniem. Nie potrafiłem zrozumieć, o co mu chodziło, ale myśl, że gdzieś pozostał jakikolwiek ślad po moim tacie dodawała mi otuchy. – Musisz być tak silny jak on, ktoś musi bronić nasz klan przed niebezpieczeństwami! Zaopiekuję się tobą, zobaczysz, że kiedyś i dla ciebie na tej polanie wyrośnie wielki, potężny dąb. – W tamtej chwili w moich oczach zabłysnęły łzy, a starszy elf chwycił mnie za rękę i poprowadził z powrotem do obozu. Do dziś w głębi duszy dziękuję mu za zatrzymanie mnie w tamtej chwili i pomoc. Oczyma wyobraźni spoglądam na jego pozbawioną oznak starości twarz, na którą opadały długie kosmyki włosów. I ten uśmiech, ten sam, który ujrzałem w czasie naszego spotkania. Od tej pory postanowiłem, że całe swoje życie będę przemierzał starając się odpłacić za otrzymane dobro i nie przynosząc mu zawodu.
Przez następne lata rosłem i uczyłem się pod okiem Lefariona. W tym czasie nasz klan stale się przemieszczał. Przemierzaliśmy dzikie ostępy Puszczy wzdłuż i wszerz docierając do zupełnie nowych miejsc. Nigdy wcześniej nie sądziłem, że natura może być aż tak piękna. Tych widoków, które ujrzałem wtedy po raz pierwszy nigdy nie zapomnę. Krystalicznie czyste strumienie płynące po nieskażonych przez ludzką obecność kniejach i wolno kołyszące się korony zielonych, wielkich drzew, które sprawiały wrażenie jakby tańczyły z wiatrem. Codziennie uczyłem się czegoś nowego, Lefarion pokazywał mi jak poradzić sobie samemu w głębi Puszczy, uczył jak polować, a przede wszystkim wpajał do głowy kodeks klanowy. Mawiał, że bez tych zasad staniemy się tacy jak ludzie, przez których musieliśmy wstąpić w ostępy tych lasów. Nie znałem żadnego człowieka toteż bezkrytycznie przyjmowałem jego punkt widzenia i całym sercem byłem wierny zasadom, których nauczył mnie mój opiekun i mentor.
Podczas wędrówek poznawałem mnóstwo nowych roślin, stykałem się ze zwierzętami, o których teraz słychać tylko opowieści. Nie byłem świadomy, jakie szczęście spotkało właśnie mnie, dlatego, bo mogłem obserwować ten świat na własne oczy, ale wkrótce pokochałem Puszcze i całe życie, które w niej istniało, a wtedy przysiągłem sobie, że będę go bronił póki starczy mi sił. Często wymykałem się z obozu nad ranem by w samotności odbywać spacery wśród zielonej, sięgającej po kostki trawie mokrej jeszcze od rosy, w której kroplach błyszczało poranne słońce. Do tej pory mam wrażenie, ze Lefarion wiedział o mich wycieczkach, ale nigdy nie dał tego po sobie poznać.
W końcu nadszedł ten wiekopomny dzień, w którym wszystko się zmieniło. Dzień, w którym miałem udać się na swoje pierwsze polowanie. Poprzedniej nocy wymknąłem się z obozu bez wiedzy innych. Nie mogłem wytrzymać czekania, chciałem jak najprędzej mieć to za sobą. W świetle towarzyszącego mi księżyca, kluczącego w ślad za mną po nocnym, rozgwieżdżonym niebie, szedłem przez zarośnięte ostępy Puszczy w ciszy stawiając stopy na miękkiej ziemi. Drzewa wokół mnie pokryte były grubym kożuchem białego, sypkiego puchu. Byłem zachwycony widokiem lasu nocą zasypanego śniegiem, który w blasku pełni wyglądał tak magicznie jak pierwszy widok bezkresu morza. Czułem się tam jak w domu, chociaż zmieniałem go niemal codziennie.
Długo przechadzałem się po białych ostępach leśnych szukając nieznanego i starając się dostrzec coś czego inni nie mogli. Często tak robiłem. Miałem nadzieję, że kiedyś ujrzę coś co pomoże mi głębiej zrozumieć to czym jest to wszystko co mnie otacza. Wielu może się to wydawać dziwne, lecz im pomagało to odnaleźć pewien nieuchwytny sens, cel, który dawał wiarę w to, że kiedyś będę zdolny przerwać wieczną tułaczkę mojego klanu i wreszcie zaznamy spokoju.
Obserwując bacznie okolicę wokół niespodziewanie dostrzegłem ruch w krzakach naprzeciw ścieżki, którą podążałem. Coś zatrzęsło cienkimi liśćmi rośliny, strącając lekki puch, którego drobinki uniosły się w powietrzu ulatując z podmuchem wiatru. Zdezorientowany momentalnie kucnąłem i wpatrzyłem się w punkt, w którym spostrzegłem ruch. Po kilku nieznośnie długich sekundach nic nie ruszało się, lecz nie było mowy o tym żeby przywidziało mi się to zdarzenie. Wbrew podszeptom rozumu powoli ruszyłem w stronę krzaków. Zrobiłem zaledwie kilka małych kroków, po czym gwałtownie rzuciłem się w stronę roślin. Wpadłem w chaszcze lekko targając gałązki i swe ubranie, po czym wypadłem po drugiej stornie, za ścieżką. Nic tam nie było.
Rozejrzałem się po raz kolejny i w blasku księżyca, który padał na wielki buk rosnący nieopodal, dojrzałem cień jakiegoś człowieka. Moje serce zabiło mocniej. Biłem się w myślach sam ze sobą rozważając ucieczkę, ale w końcu ciekawość zwyciężyła. Najciszej jak potrafiłem zakradłem się bliżej, chowając się w cieniu drzewa rosnącego tuż koło mnie. Nie byłem pewien czy nieznajomy zdawał sobie sprawę z mojej obecności, ale nic na to nie wskazywało. Ta myśl dodawała mi otuchy. Z niemal niesłyszalnym świstem wyciągnąłem z pokrowca zawieszonego u pasa nóż, który niedawno dostałem od Lefariona. Dał mi go na kilka dni wstecz, mówiąc, że przyda się na polowaniu. Nigdy nie widziałem tak wspaniałej broni. Nóż był lekko zakrzywiony, a jego ostrze lśniło srebrzystym połyskiem. Pozłacana rękojeść wykonana była ze skóry niedźwiedzia, którego Lefarion sam upolował na swoich pierwszych łowach. Teraz dzierżąc bezcenny prezent zbliżałem się coraz szybciej do cały czas nieruchomego cienia.
Tuż przy samym buku przystanąłem na moment próbując wsłuchać się w odgłosy z drugiej strony. Nie byłem jednak w stanie usłyszeć nic co wskazywałoby na czyjąś obecność. Ze zdenerwowania oblizałem wargi, przegryzając dolną i zastanawiając się co to może znaczyć. W tej chwili jedyną rozsądną taktyką wydawało się obejść drzewo z drugiej strony i wypaść na to coś z nienacka, nie dając chwili na reakcję. Tak też postanowiłem uczynić, po czym odwróciłem się i lekko stąpając po śniegu niemal przytuliłem się do starej kory potężnego drzewa i okrążyłem je powoli, z uwagą stawiając każdy krok. Po kilku strasznych sekundach i nieznośnie głośnych uderzeniach serca odetchnąłem by uspokoić nerwy. W tym samym momencie coś zaskrzeczało, a ja przestraszony, pod wpływem impulsu piorunem wyskoczyłem zza drzewa, z nożem przygotowanym do pchnięcia i zderzyłem się cała mocą ze starym, porośniętym mchem marmurem.
Po pierwszej chwili oszołomienia i ustąpieniu dziwacznych odgłosów, wciąż nieco zdezorientowany spojrzałem z niedowierzaniem na statuę stojącą przede mną. Była mniej więcej wielkości zwykłego człowieka, ale coś w jej postawie nadawało jej niebywałego wprost realizmu. Było to równie intrygujące co przerażające, a ja sam nie wiedziałem co mam o tym myśleć. Z wciąż bijącym sercem usiadłem obok kamiennego posągu, nie zważając wcale na to, że siadam w mokrym i zimnym śniegu, bo moje ubranie i tak było już całkiem mokre od czasu potknięcia się, i bliskiego spotkania z wysoką na kilka metrów zaspą śniegu. Otarłem zmarzniętą dłonią spocone czoło i głęboko oddychałem wpatrując się w obłoki pary wydobywające się z moich ust. Potrzebowałem kilku chwil na uspokojenie oddechu i oczyszczenie umysłu.
Po ustąpieniu pierwszego zaskoczenia byłem na siebie bardzo zły. Nie podejrzewałem, że aż tak będę bał się zwykłego cienia! Głowa wciąż bolała po zderzeniu z twardą strukturą, ale jeszcze bardziej niż ciało, zderzenie ubodło moją młodzieńczą dumę. Dopiero po kilku minutach, które spędziłem oparty o pień drzewa uświadomiłem sobie co mam przed sobą. Przez ten cały czas siedziałem wpatrzony w zrujnowany budynek, który przypominał jakąś świątynię ukrytą pośród porastających ją od setek lat mchów, bluszczu i innych wijących się po niej roślin i pnączy. Na widok tak okazałej konstrukcji wstrzymałem oddech i nie potrafiłem oderwać wzroku, patrząc z podziwem na stare, zapomniane miejsce. Biła od niego aura tajemniczości, która przyciągała mnie całym swym jestestwem. Księżyc powoli chował się za horyzontem, a słońce zajmowało jego miejsce, kiedy wstając i otrzepując się z resztek śniegu począłem biec w stronę obozu mojego klanu, wciąż nie mogąc uwierzyć w to co znalazłem.

Sztampowe nieco, ale nadrabia klimatem i stylem, troszkę miejscami przegadanym, z kilkoma niezręcznymi zdaniami, ale bardzo przyjemnym w odbiorze 





- ze Stachurą ta szczęśliwa Wyspa… »
Pierwszy utwór konkursu "Malowania słowem" dostępny na stronie głównej. EDIT. Mamy już dwa utwory 




Ważne: Regulamin | Polityka Prywatności | FAQ
Polecane: Przeglądaj promocje na książki i komiksy | montaż anten Warszawa | Komercyjne Sesje Rpg - Zielonka k/Warszawy - Mistrz z Gralnią | montaż anten Sulejówek | montaż anten Marki | montaż anten Wołomin | montaż anten Warszawa Wawer | montaż anten Radzymin | Hodowla kotów Ragdoll | ragdoll kocięta | ragdoll hodowla kontakt