Bilet w jedną stronę (1/3) - Wojciech Malczyk
Proza » Inne » Bilet w jedną stronę (1/3)
A A A
Od autora: Opowiadanie z gatunku tych dłuższych, żeby więc już na starcie nie zniechęcać potencjalnych czytelników, podzieliłem je na trzy (objętościowo w miarę równe) części.

Zdarzyło się to w nieodległej przyszłości. Nasza planeta była wówczas miejscem ogromnie przeludnionym i jedynym wyjściem z tej sytuacji wydawało się już tylko skolonizowanie którejś z pozostałych planet Układu Słonecznego. Podobno jedna z nich nadawała się do tego wprost idealnie, lecz wciąż nie było pewności, czy człowiek rzeczywiście dałby radę przetrwać tam przez dłuższy czas. Dużo się o tym w nieodległej przyszłości dyskutowało, głowy wszystkich państw długo nad tą sprawą debatowały, aż wreszcie postanowiono wysłać tam kogoś, kto spełniłby niewdzięczną, lecz - tak się mówiło - zaszczytną rolę królika doświadczalnego. Prawdę mówiąc, do pewnego momentu w ogóle się tematem nie interesowałem i jestem prawie pewien, że nie interesowałbym się nim nadal. Problem w tym, że pewnego dnia ktoś zdecydował, iż owym królikiem doświadczalnym będę ja.

     Nie, nie jestem żadnym astronautą. Kosmonautą zresztą też nie. Byłem zwykłym, szarym człowiekiem, który w całym swoim życiu nie leciał nawet nigdy samolotem, a ci dranie i tak uznali, że to ja powinienem udać się w tę misję.

     Tak w ogóle, to podobno zostałem wylosowany spośród wszystkich mieszkańców naszego globu. Ja jeden z całych dziesięciu miliardów, bo tyle w nieodległej przyszłości było ludzi na świecie, nie licząc dzieci i starców, którzy do tej misji nie byli brani pod uwagę. Gdzieś w ośrodku NASA jacyś dranie wrzucili dane tych dziesięciu miliardów do komputera, a ten wylosował właśnie mnie. A jak grywałem w totolotka, to nigdy nie trafiłem nawet marnej trójki, ani razu nie wygrałem niczego w żadnych konkursach, zaś gdy w dzieciństwie na festynie w rodzinnym mieście brałem udział w loterii fantowej, gdzie nagród było pięć, a uczestników sześcioro, to ja oczywiście byłem tym szóstym. I tylko lizaka wtedy dostałem na pocieszenie. A teraz proszę - wylosowali. Lepszego przykładu na ironię losu, która prześladuje mnie od zawsze, znaleźć się chyba nie da.

     Tę jakże radosną informację zakomunikowano mi pewnego październikowego, bardzo ponurego poranka. Obudziłem się jak zwykle w tamtym czasie na kacu, deszcz bębnił o szybę z energią i głośnością orkiestry niewyżytych perkusistów, a ci dranie jak gdyby nigdy nic warowali przy moim łóżku. Czterech drani. Jeden starszy, dystyngowany i w płaszczu siedział w moim wiklinowym fotelu, obok jakiś wymoczkowaty łysol w błękitnym swetrze i w pomarańczowych hipsterskich okularach (tak, w nieodległej przyszłości hipsterzy nadal istnieli) przycupnął na krześle, a pod ścianą stało jeszcze dwóch atletycznie zbudowanych drani, ubranych w czarne garnitury jak spod igły i każdym swoim gestem, każdym spojrzeniem stanowiących archetyp doskonale wyszkolonych funkcjonariuszy służb ochraniających najróżniejszych ważniaków. Nie miałem pojęcia skąd się wzięli. Zstąpili tutaj z kart Procesu, Daru Humboldta, czy może wprost z wciągającej niczym nałóg narracji Pod Mocnym Aniołem? Kim byli i jak tu w ogóle weszli?

     - Kim jesteście i jak tu weszliście? - zapytałem, nie bardzo jeszcze cokolwiek kojarząc, a piaszczysta kula stanęła mi w gardle.

     - Jesteśmy skromnymi ambasadorami doniosłych wiadomości, a weszliśmy przez niezamknięte na klucz drzwi. Musi pan bardziej na siebie uważać - odpowiedział mi ten starszy i dystyngowany, po czym mrugnął lewym okiem.

     Poznałem go po tym mrugnięciu. To był jakiś minister. Nie pamiętałem od czego, nie dlatego, że niespecjalnie interesowałem się polityką, chociaż to też, ale przede wszystkim z tego powodu, iż odkąd sięgałem pamięcią ten człowiek zawsze był ministrem. Zaliczył już chyba wszystkie resorty, niektóre po kilka razy i nie było pewności, czy on sam wie, któremu aktualnie szefuje. Pewny za to był ten jego odwieczny tik, mruganie lewą powieką, który odbierał nieco powagi wszystkim jego wypowiedziom.

      A potem tenże minister podzielił się ze mną wspaniałą - alleluja! - nowiną. Zostałem wylosowany, polecę na tamtą planetę i będę bohaterem całej ludzkości. Następnie łysol w okularach, który przedstawił się jako profesor z naszej krajowej agencji kosmicznej, pospieszył ze szczegółowymi informacjami.

     - Za pół roku odbędzie się pierwszy załogowy lot na... - tu wymienił nazwę tamtej planety. - Amerykanie bardzo by chcieli, żeby już wtedy poleciał pan z ich astronautami. Oni zbudują dla pana bazę, wykonają kilka badań i odlecą, a pan zostanie.

     Wszystko zaczęło wydawać mi się wówczas jasne: mam omamy, wzrokowe i słuchowe, spowodowane najpewniej zbyt silną w ostatnim okresie zażyłością z napojami potocznie zwanymi wyskokowymi. A mówili, żebym uważał, radzili, bym przystopował, przestrzegali przed konsekwencjami. Nie słuchałem. No i się doigrałem. Tylko czemu, zadawałem sobie naprędce to pytanie, zamiast niewinnych białych myszy widzę tych czterech drani, na czele z odwiecznym ministrem i z tym jego odwiecznym tikiem? Wyglądało na to, że musi być już ze mną naprawdę bardzo źle. Właśnie dlatego postanowiłem nie przeciwstawiać się zbyt gwałtownie wyimaginowanym postaciom. Uznałem, iż trzeba z nimi grzecznie, bo kto wie, do czego jeszcze mogą być zdolne. Uniosłem się z barłogu i usiadłem na łóżku, na wprost tych niebezpiecznie realnych widm, patrzących na mnie krzywo i bez sympatii, gdyż, muszę to przyznać, skacowany, zmaltretowany i w zmiętym wczorajszym ubraniu nie wyglądałem zbyt zachęcająco i nawet widma miały prawo czuć na mój widok pewien niesmak i odrazę. Potem sięgnąłem po butelkę wody - zawsze stała obok łóżka jako pierwsza pomoc w pustynnych porankach - i załagodziłem piekielną suchość w gardle. Deszcz wciąż jednak nieprzyjemnie bębnił o szyby.

     - A więc polecę na tamtą planetę i tam zostanę, tak? - najgrzeczniej jak potrafiłem, uważając, by ich nie urazić, zwróciłem się do widm.

     - Tak - odparł profesor.

     - Sam?

     - Tak.

     - I co ja, jeśli oczywiście można wiedzieć, będę tam robił?

     - W zasadzie nic. Będzie pan sobie spokojnie żył, o ile oczywiście można tam żyć, i co jakiś czas przesyłał na Ziemię raporty o stanie swojego zdrowia. Na ich podstawie oceni się, jak ludzki organizm reaguje na tamtejszy klimat. Co kilka miesięcy kolejne misje załogowe będą dostarczać panu zapasy prowiantu.

     - I ile to wszystko ma trwać?

     - Ile się da - powiedział profesor.

     - To bilet w jedną stronę - wtrącił minister i mrugnął.

     Zacząłem się naprawdę bać. Poziom absurdu produkowanego przez mój wyniszczony alkoholem mózg wskazywał, że jestem w stanie dość opłakanym. Należało chyba zmienić taktykę. Porzuciłem grzeczność, zakopałem się z powrotem w barłogu, a na dodatek odwróciłem się twarzą do ściany, a plecami do widm. Te jednak nie tylko pod wpływem takiego zachowania nie zniknęły, lecz jeszcze silniej zaznaczyły swą obecność, bowiem mocarnymi rękami dwóch atletycznych ochroniarzy posadziły mnie znów na wprost ministra i profesora. Czułem na sobie te ręce fizycznie, z czego wyciągnąłem porażający wniosek, iż omamy są nie tylko wzrokowe i słuchowe, lecz również dotykowe. Materialne widma. Straszne, po prostu straszne.

     Przerażony tym, a także na znak protestu, nie odezwałem się już ani słowem. Słuchałem tylko, licząc, że widma powiedzą, co mają powiedzieć i dadzą mi spokój. Teraz mówił głównie minister, mówił i od czasu do czasu mrugał lewą powieką. Poinformował mnie między innymi, że sam podejmę decyzję, czy polecę, i że mam na nią najbliższe siedem dni. Poprosił, żebym naprawdę dobrze to przemyślał. Powiedział, że wie, iż wolałbym nie lecieć i że mam prawo się bać, zasugerował jednak, bym zastanowił się, czy mam lepszą alternatywę. Bo oni dokładnie prześwietlili cały mój życiorys i ich zdaniem moje życie jest na tyle beznadziejne, że i tak nic nie trzyma mnie na Ziemi. A misja, której się ewentualnie podejmę (to "ewentualnie" wypowiedział jak gdyby od niechcenia), zapewni mi sławę i trwałe miejsce w historii ludzkości. Nie każdy otrzymuje taką szansę. By przekonać mnie ostatecznie, odwołał się też do moich uczuć patriotycznych, starając się uświadomić mi, jak ważne dla prestiżu naszej ojczyzny będzie to, że bohater całej ludzkości pochodzić będzie właśnie od nas. Wymienił nawet moje nazwisko obok tych kilku rodzimych nazwisk, o których na przestrzeni dziejów mówił cały świat, a potem przypomniał, iż jak każdy obywatel mam wobec ojczyzny pewne obowiązki. Że powinienem jej odpłacić za opiekę i wykształcenie, które oczywiście zupełnie zmarnowałem, lecz teraz właśnie nadarza się okazja do pełnej rehabilitacji. I to z grubsza tyle... Aha, dodał jeszcze, cała sprawa jest na razie tajemnicą państwową i dobrze by było, żebym do czasu podjęcia decyzji nikomu o tym nie mówił. Na koniec i on, i profesor, zostawili mi swoje wizytówki z numerami telefonów i adresami mejlowymi. Gdybym miał jakieś pytania, to oni są przez najbliższy tydzień do mojej dyspozycji i służą pomocą w podjęciu jedynie słusznej decyzji.

     Potem wszyscy czterej wyszli, przy czym do końca zachowali pozory realności, gdyż nie rozpłynęli się, jak na widma przystało, tylko najnormalniej w świecie skierowali się ku drzwiom i zniknęli dopiero za nimi, a ja przez dobry kwadrans siedziałem nieruchomo, oczekując w napięciu na możliwy nawrót halucynacji. Ale nie wróciły. Jedyną po nich pozostałością były bielejące na stoliku wizytówki, sądziłem jednak, że jest tylko kwestią czasu, by i one - a w zasadzie ich widma, czy też wyobrażenia - także zniknęły. W międzyczasie przestał padać deszcz; zrobiło się cicho i spokojnie. Przyłożyłem głowę do poduszki, jeszcze nasłuchiwałem, aż wreszcie zmożony nieprzyjemnymi przeżyciami, ponownie zasnąłem.

 

* * *

 

Przespałem prawie cały dzień i kiedy się obudziłem, nastawał właśnie ponury październikowy zmierzch. Ku niejakiej uldze żadnych nowych widm nie zauważyłem, lecz wizytówki ciągle tajemniczo na stoliku bielały. Na ich widok po plecach przeszedł mi lekki dreszcz i dla własnego dobra postanowiłem nie sprawdzać empirycznie, czy te małe kawałki papieru istnieją naprawdę. Czym prędzej się odświeżyłem, przebrałem, a potem uciekając przed samym sobą, wyszedłem na spotkanie zmierzchu.

     Dość szybko trafiłem do knajpy, do której w tamtym czasie zawsze trafiałem, bez względu na to, jakimi ścieżkami chodziłem i dokąd zmierzałem. To był mój drugi dom, moje pied - a - terre. Tam dwa błyskawiczne dalekobieżne przywróciły mi namiastkę wewnętrznej równowagi, dwa kolejne strzały, które nastąpiły w chwilę potem, rozjaśniły umysł w sposób wystarczający, bym swobodnie mógł zastanowić się, co by było, gdyby - czysto teoretycznie - wszystko to, co spotkało mnie rano, nie było wytworem wyniszczonego alkoholem mózgu, lecz sprawą jak najbardziej realną. Poleciałbym na tamtą planetę, czy raczej nie?

     Minister w zasadzie miał rację, gdy moje życie nazywał beznadziejnym i mówił, iż nic mnie na Ziemi za bardzo nie trzyma. To znaczy, nie on to mówił, tylko jego widmo, czyli wytwór mojej wyobraźni, można zatem powiedzieć, że sam, ustami widma, uświadamiałem sobie beznadziejność własnej egzystencji. Trudno było sobie tego nie uświadamiać. Z roku na rok coraz bardziej sięgałem dna i coraz skuteczniej zacierałem ślady po czasach, gdy coś mi się jeszcze w życiu udawało. Najlepiej zresztą udawało mi się udawanie - przez jakiś czas udawałem pisarza, potem krytyka literackiego i teatralnego, wreszcie sekretarza pewnego starego i zdziwaczałego poety, który ubzdurał sobie, że posiadanie sekretarza uczyni zeń Noblistę. W końcu wszyscy przejrzeli moje gry i udawanie się skończyło. W nieodległej przyszłości pisałem już tylko marne felietony do tygodnika, którego i tak nikt nie czytał, a który utrzymywał się na rynku chyba jedynie dlatego, że jego właściciel, typ z gatunku tych szemranych, potrzebował go do prania jakichś brudnych pieniędzy. Nie wnikałem w to. Pisałem felietony, inkasowałem honorarium i nic mnie więcej nie interesowało. Przynajmniej miałem jakiś dochód, bo niczego innego nie miałem. Wszystkie próby ułożenia sobie życia okazały się jeszcze marniejsze niż moje felietony, a odkąd zostawiła mnie Olga, moja niedoszła druga żona - a było to w bardzo już odległej przeszłości - kobiety omijały mnie coraz szerszymi łukami. Nie byłem pierwszym, który wiedział, że nie ma im nic do zaoferowania, nie ma ich czym zafrapować, i przez tę wiedzę przestał już nawet podejmować jakiekolwiek próby ich zdobycia. Nikogo i niczego. Pustka i melancholia. Wszystko w ruinie. Ale czy takie zrujnowane życie to wystarczający powód, żeby od razu lecieć w kosmos? I to z biletem w jedną stronę, co w praktyce oznaczało, że miałbym tam zdechnąć w samotności? Tu przynajmniej była moja knajpa, a tam co będzie? Nie, gdyby - czysto teoretycznie - wszystko to miało być realne, to chyba bym się nie zdecydował...

     Wkrótce moje rozważania przerwało przybycie Eduardo, którego niektórzy, jeśli mieli taki kaprys, zwali po prostu Edkiem. Eduardo był Paragwajczykiem, czy też może Urugwajczykiem - nigdy nie mogłem zapamiętać - który wyglądał jak rasowy Latynos i przybył do naszego kraju w poszukiwaniu lepszego życia. Jak całe masy innych obcokrajowców. Bo chyba jeszcze nie wspomniałem, że w nieodległej przyszłości Polska - z nie do końca jasnych dla mnie powodów - była dla wielu czymś w rodzaju raju na przeludnionej Ziemi. Wszyscy chcieli tu mieszkać, aż nasze władze zmuszone były wprowadzić restrykcyjny system wiz. Z niewyjaśnionych bliżej przyczyn nie musieli ich mieć tylko Paragwajczycy, Urugwajczycy i Szkoci, a z bardziej zrozumiałych względów nasi bratankowie z Węgier. W nieodległej przyszłości ulice naszych miast rozbrzmiewały więc nie tylko naszą ojczystą mową, ale też hiszpańskim, angielskim ze specyficznym akcentem rodaków Alexa Fergusona, a także intrygująco enigmatycznym językiem Madziarów.

     Z Edkiem dobrze się piło, bo zawsze miał pieniądze i lekką rękę w ich wydawaniu, nie liczył się ze stawianymi kolejkami, a kiedy był już nieźle napruty, zaczynał swą nieco dziecinną polszczyzną snuć niesamowite opowieści. Uwielbiałem ich słuchać. Zawsze zresztą ceniłem ciekawe narracje. Tamtego wieczoru opowiedział mi zasłyszaną gdzieś, czy też przeczytaną, historię jakiegoś ekscentrycznego hrabiego, który zapraszał do swojego pałacu ludzi chcących popełnić samobójstwo, tam organizował dla nich wystawną wieczerzę, wieczerzę - można powiedzieć - ostatnią, wszystko oczywiście na jego wyłączny koszt, a w zamian żądał tylko jednego, mianowicie możliwości osobistego pozbawienia swoich gości życia.

     - I tak chcieli odejść ze świata tego, rozumiesz - mówił Eduardo. - Więc nie było to dla nich żadne problemo, i przynajmniej na koniec sobie pojedli. Ale kiedyś jeden suicidio, samobójca, jak tak sobie pojadł, to myśli, że życie to jednak jest dobre i że on nie chce umierać. A hrabia, który kochał zabijanie, mu mówi, że umowa jest i musi być tak, jak w umowie. Tamten, że zapłaci za jedzenie, a hrabia, że to nie o to chodzi. I na niego z nożem idzie. Tamten ucieka, gonią się po pałacu, komnaty i piwnice, potem po ogrodzie, a w tym ogrodzie taki labirynt z żywego płota i tam też się gonią. Straszne rzeczy.

     - I zabił go w końcu? - zapytałem.

     - Zabił - Eduardo wykonał gest markujący poderżnięcie gardła, po czym gestem w stronę barmana zamówił następną kolejkę. Dobrze, że się nie pomylił.

     Zawsze czułem się zobowiązany odpłacić Edkowi opowieścią za opowieść, lecz moje historie nigdy nie dorastały do pięt jego historiom. Teraz jednak miałem absolutną bombę. Nie zważając na nic, opowiedziałem mu ze wszystkimi szczegółami, jakież to ja rano miałem urojenia. Eduardo tak się z tego śmiał, że aż spadł z krzesła, a że był mocno pijany, to się już nie podniósł i zasnął na podłodze. Gabor, węgierski właściciel knajpy (która, gwoli ścisłości, nazywała się "Turul"), obiecał, że jak zwykle pozwoli mu tu przekimać do rana - bo Eduardo był tu bardziej zadomowiony ode mnie i nie pierwszy raz zasnął na podłodze - więc ja, spokojny o los kompana, wróciłem skroś nocy chwiejnym krokiem do siebie.

     A tam, na stoliku, dalej bielały te przeklęte wizytówki. W przypływie wisielczego humoru - po alkoholu miałem zawsze wisielczy humor - wziąłem jedną z nich, tę z namiarami na mrugającego ministra, i z trudem, bo z trudem, lecz wystukałem jego numer.

     - Panie ministrze, mamy uno problemo - wybełkotałem w odhumanizowaną czeluść poczty głosowej. - Właśnie wypaplałem komuś naszą słodką tajemnicę. Czy to oznacza, że muszę lecieć na tamtą planetę? Jeśli tak, to trudno, lecę... Hihihi... To na razie. Adios. Ferencvaros. Cześć.

     I zmorzył mnie sen. Ciężki jak olbrzymia, nasączona alkoholem gąbka.

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
Wojciech Malczyk · dnia 21.10.2015 04:59 · Czytań: 545 · Średnia ocena: 0 · Komentarzy: 3
Komentarze
Dobra Cobra dnia 22.10.2015 18:13
Zaczyna się powoli, decydować jest rozstrząsania niedoli i pijaństwa, ale misja to misja. Trza decydowac: frunąć czy nie.

Drogi Wojciechu Malczyk,

Po pisaniu widać, żeś obyty ze sztuką stawiania liter. Wziąłeś na tapetę być może niewykonalną misję w kosmos. Dziwne tam rzeczy czasem sie wyprawiały, co było zasługa scenarzystow i pisarzy (ale nie tych, zgromadzonych wokól portalu pisarze.pl. Oni są strasznie poważni).

Co stanie się następnym razem? Przeczytałem jedną trzecią opowieści, czyli cz. 1, i nic zbytnio sie nie zadzialo. Czy jest szansa, że w dwóch trzecich akcja porwie czytelnika? Czy picie z przedstawicielem kraju łacińskiego przyniesie jakieś rozwiązanie?

W oczekiwaniu ciągu dalszego pozostaje,

DoCo
Wojciech Malczyk dnia 23.10.2015 10:05
DoCo,
Przede wszystkim dziękuję za wizytę i zostawienie po niej śladu w postaci komentarza. Co do sztuki stawiania liter to napiszę tak: staram się, uczę się, a takie jak Twoja opinie (żem w tym obyty) tylko utwierdzają mnie, że warto się starać i uczyć.

Co się zaś tyczy kosmosu, to nie ukrywam, że nie są to zupełnie moje klimaty, a taka tematyka jest tu tylko, powiedzmy, dekoracją do rozstrząsań o niedoli i nieco z niej wynikającym pijaństwie. Nie zdradzę wielu szczegółów fabuły, jeżeli powiem, iż w następnych częściach o przestrzeni międzyplanetarnej zbyt wiele nie będzie, niemniej jednak zachęcam do czytania. Coś się tam mimo wszystko - tak mi się przynajmniej wydaje - zadzieje...

Pozdrawiam

WM
Dobra Cobra dnia 23.10.2015 20:06
Oj, to dobsz, że kosmos będzie jeno tłem.

DoCo
Proza: Górna Półka
Proza: Dolna Półka
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
Janusz Rosek
09/12/2025 10:33
Madawydar Dziękuję bardzo za Twój komentarz i najwyższą… »
ClakierCat
08/12/2025 22:48
Podoba mi się Twój wiersz, dodałem od siebie: biała… »
Madawydar
08/12/2025 12:16
To jest właśnie magia Świąt. Czyni cuda. Pierwszym cudem… »
Madawydar
08/12/2025 11:43
Samotność, bezmiar wód i dokuczliwa bezczynność. I ta wiara,… »
Zdzislaw
07/12/2025 11:41
Pocienglu-Grainie, mój wierny trolliku - tego typu… »
pociengiel
06/12/2025 22:41
Pornografomanie, pytasz mając najlepsze źródła. »
Zdzislaw
06/12/2025 21:51
O, jest i pociengiel, znany z innych portali jako Grain. Mój… »
Madawydar
06/12/2025 09:12
Mie jestem zwolennikiem aluzji politycznych na PP. To nie to… »
pociengiel
06/12/2025 07:20
Publiczne znieważenie Prezydenta RP jest przestępstwem, za… »
Madawydar
05/12/2025 06:47
Nie wszystkie ścieżki historii są nam znane. Są przy tym… »
Madawydar
05/12/2025 06:25
To jest dobry wiersz o przemianie nas samych jaką może… »
Florian Konrad
30/11/2025 15:13
Dziękuję. Starej walizki? To grzebanie w zwojach mózgowych,… »
Florian Konrad
30/11/2025 15:10
Dzięki, pani Gertrudo. »
ajw
30/11/2025 14:22
Wiersz o samotności, która nie gryzie tylko towarzyszy. O… »
ajw
30/11/2025 14:19
Łagodne, poranne przebudzenie ufności, która wynika z… »
ShoutBox
  • Redakcja
  • 04/12/2025 11:42
  • Powodzenia wszystkim, kategoria konkursowa została już utworzona, można zgłaszać do niej teksty!
  • Darcon
  • 04/12/2025 11:25
  • Stało się, skład uczestników konkursu Malowanie Słowem zamknięty. Teraz czekamy na pierwsze konkursowe opowiadania. :)
  • Darcon
  • 29/11/2025 14:37
  • Uwaga! Zostało ostatnie miejsce w konkursie Malowanie Słowem! Nie zwlekaj, żeby nie żałować. :)
  • Kushi
  • 26/11/2025 21:13
  • Pada śnieg, pada śnieg... ;)
  • Miladora
  • 25/11/2025 21:06
  • Przyjdą następne, tylko nie wiadomo, czy jeszcze tej zimy. :) Ale oby. :)
  • Wiktor Orzel
  • 25/11/2025 14:19
  • Po zaspach w Krakowie już niestety nic nie zostało...
  • Darcon
  • 24/11/2025 07:29
  • Hej, Drodzy Użytkownicy. W konkursie "Malowanie Słowem" zostały już tylko trzy wolne miejsca. Nie zwlekajcie! Pozdrawiam. :)
Ostatnio widziani
Gości online:79
Najnowszy:AlexC