Rano, a właściwie przed południem, kolejny kac i uporczywy dzwonek telefonu. I see a red door and I want it painted black, jak opętany śpiewał Mick Jagger. Taki miałem sygnał, bo lubiłem przedpotopową muzykę. W nieodległej przyszłości Stonesi byli już w tej samej kategorii zamierzchłości, co Chopin albo nawet Bach. Na wyświetlaczu informacja o ponad setce nieodebranych wiadomości, z czego większość to numery nieznane. Nie wróżyło to niczego dobrego. Odebrałem dopiero, gdy zadzwonił ktoś, kogo znałem.
- Cześć, stary! No, gratulacje! Ale ci się trafiło. Prawdę mówiąc, trochę ci nawet zazdroszczę. Sam chętnie rzuciłbym to wszystko i wybrał się jak najdalej stąd.
Tymoteusz. Drobny, lecz prężny prywatny przedsiębiorca. Człowiek, który lubił tylko tych, którzy mieli gorzej od niego, a im bardziej mieli gorzej, tym Tymoteusz ich bardziej lubił. Mnie wprost ubóstwiał.
- Ale o co ci konkretnie chodzi?
- No, jak to o co, stary... Będziesz bohaterem. Już jesteś. W telewizji od rana trąbią tylko o tobie. Ej, chyba nie zapomnisz o starych kumplach i przed wielkim odlotem zrobisz jakiś pożegnalny melanż?
Zbyłem go prędko półprzytomną obietnicą wspólnego melanżu, a potem blady jak ściana (nie widziałem własnej twarzy, lecz wyraźnie tę ścienną bladość czułem) włączyłem telewizor. Wszystkie dostępne kanały informacyjne, krajowe i zagraniczne, mówiły wyłącznie o mnie i o tym, że mam lecieć na tamtą planetę. Wszędzie to samo zdjęcie z mojego dowodu - zdjęcie, na którym z krzywym uśmiechem i zalęknionym wzrokiem wyglądałem jak zniesmaczony czymś psychopata - i wszędzie te same breaking news. Bohater całej ludzkości... Poświęci się dla naszego wspólnego dobra... Historia pisze się na naszych oczach... Czerwone, żółte, niebieskie i czarne paski informacji. Te czarne najbardziej chyba adekwatne. Patrzyłem i nie wierzyłem. I see a red door and I want it painted black, Mick Jagger dalej śpiewał jak opętany.
* * *
Zaczęło się totalne szaleństwo. Nie minął nawet kwadrans, jak zjawił się minister z obstawą, pogratulował mi szybkiej i właściwej decyzji, a potem porwał mnie do nowych obowiązków. Obowiązków bohatera. Wciąż byłem półprzytomny i mocno wczorajszy, więc najpierw przystanek w pewnej ekskluzywnej restauracji, ulubionym lokalu polityków i biznesmenów. Tam prostowniczy klin. I na drugą nóżkę. Minister dotrzymywał mi kroku, choć nie wyglądał na skacowanego.
- Jeden z ostatnich konkretniejszych alkoholi w pańskim życiu - powiedział, a następnie mrugnął i wychylił czterdziestkę ruchem doświadczonego zawodnika. - Będzie się pan musiał odzwyczaić, niestety. Ogóreczka? Z tego, co wiem, Amerykanie pozwolą panu zaledwie na jakieś jedno, góra dwa piwa tygodniowo, żeby zobaczyć, jak ludzki organizm reaguje na alkohol w warunkach tamtej planety. A to też pewnie będą tylko jakieś ich niskoprocentowe sikacze. Poza tym szlus. No, ale poświęcenie to poświęcenie. Z wątrobą w kosmosie nie ma żartów.
Później na sygnale do siedziby ministerstwa, gdzie czekały już całe zastępy fryzjerów, wizażystów i stylistów. Wszystko na koszt państwa, łącznie z kilkoma najlepiej skrojonymi garniturami. Nowy ja... Francja elegancja... Następnie profesjonalna sesja fotograficzna, by nie straszyć już nikogo starym zdjęciem. Ponadto mój wizerunek miał być wykorzystany promocyjnie: koszulki, czapeczki, kubki do kawy i tym podobne gadżety z moją uśmiechniętą, rozradowaną lotem w kosmos facjatą. Jeszcze rozmowa z przydzielonym mi osobiście prawnikiem, bo zanim polecę, trzeba będzie podpisać różne umowy, kontrakty reklamowe, ale on się wszystkim zajmie, proszę się nie martwić, źle pan na tym na pewno nie wyjdzie. Na koniec znów minister i jacyś spin doktorzy. Prawie pół dnia szkolenia na temat tego, co mam mówić w wywiadach, a czego mówić nie należy, inne jeszcze duperele i wreszcie pierwsza oficjalna konferencja prasowa. Flesze, kamery, ścisk i gwar. Zaledwie parę pytań, kilka najbardziej palących kwestii. Mówiłem, co miałem mówić, nie mówiłem, czego mówić nie należało - nauka, w przeciwieństwie do ogarów, nie poszła w las. Skonanie. Kilka godzin twardego snu w bardzo luksusowym hotelu, całe piętro zarezerwowane tylko i wyłącznie dla mnie, bym miał absolutny spokój. A od rana kołowrotek na nowo. Wizyta u prezydenta, potem u premiera - wspólnego spotkania być nie mogło, bo tamci się nie cierpieli - a u pierwszego koniaczek, a u drugiego winko, następnie kilka godzin wywiadów z dziennikarzami z całego świata (mówię, co mam mówić, nie mówię, czego mówić nie należy). Cały czas z miejsca w miejsce, po drodze kordony ludzi, którzy chcą na własne oczy zobaczyć bohatera całej ludzkości, kilka razy wysiadałem, pozdrawiałem, z tyłu nieodłączny spin doktor nakazywał się uśmiechać. Wreszcie spotkanie z jakimiś draniami z Ameryki, chyba ważne dranie, bo przed ambasadą oddziały dwóch wojsk. Szklaneczka bourbona na rozluźnienie atmosfery i można omawiać szczegóły (przy drugiej szklaneczce). Jeszcze przez pięć dni będę w kraju, potem polecę do Stanów, żeby w ośrodku NASA przygotowywać się do swej misji. A za pół roku historyczny lot. A gdybym tak się jeszcze rozmyślił? O, to byśmy się pogniewali, a jak my się gniewamy, to miej panie Boże w opiece tego, na kogo się gniewamy. In God We Trust. Zgrzyt. Skonanie. Hotel.
Obudziłem się w środku nocy i przez chwilę wydawało mi się, że śnię. Wstałem i zapaliłem światło - na widok przestronnego i luksusowego niczym sala balowa apartamentu aż zakręciło mi się w głowie. Usiadłem na obitym aksamitem fotelu. Dopiero wówczas, po prawie czterdziestu ośmiu godzinach kołowrotka, miałem czas i byłem na tyle trzeźwy, by zdać sobie sprawę, że prawdopodobnie wdepnąłem w spore szambo.
* * *
Oczywiście cały czas brałem pod uwagę, że mam urojenia, omamy, że widma z całą swą bezczelnością rozgościły się już na dobre w mojej biednej głowie i hasają tam tak, że aż strach. Brałem to pod uwagę, a właściwie miałem co do tego rozpaczliwą nadzieję. Może tak naprawdę wciąż leżę w swoim łóżku i po prostu majaczę? Psychika siadła i nie chce wstać? Wszystko bym wolał, niż to, co przeżywałem. Wszystko - załamanie nerwowe, histerię, stupor. Pacjenci w stuporze to najlepsi słuchacze. Swoją drogą, myślałem sobie w tym realnym - nierealnym świecie, jak już musi być katastrofalnie, by nadzieję upatrywać w problemach psychicznych.
Póki co, postanowiłem nie panikować, wybadać sytuację i szukać nadarzającej się okazji do jakiejś ucieczki. Uciec ze świata majaków, wypłynąć na powierzchnię rzeczywistości, a jeśli to na razie niemożliwe, to przynajmniej zerwać się z łańcucha bohatera całej ludzkości i zaszyć w jakichś bezpieczniejszych zakamarkach świata urojonego. A jeśli to nie majaki, to i tak się zerwać. Tak, czy owak - uciec. To zawsze jest jakieś rozwiązanie.
Trzeciego dnia, po paru jeszcze bohaterskich obowiązkach, dostałem czas wolny. Na uporządkowanie spraw i pożegnanie się z krajem. Z ojczyzną... Do dyspozycji limuzyna z kierowcą i obstawa najlepiej wyszkolonych ludzi ze służb ochraniających najróżniejszych ważniaków. Urojenia, nie urojenia, ale chwilowo poczuć się jak ważniak w sumie nie było źle. Niedbale wielkopańskim gestem kazałem się zawieść do domu. Tego drugiego, czyli knajpy "Turul".
To był dobry wybór. Stali bywalcy, spacerujący mrocznymi korytarzami alkoholowych ciągów, byli tak oderwani od rzeczywistości (jakiejkolwiek, urojonej czy nie), że nawet nie wiedzieli, iż wrobiono mnie w bohaterstwo. Miałem więc choć trochę wytchnienia od męczącej popularności. Tylko Gabor, właściciel lokalu, coś tam słyszał i jako urodzony węgierski pesymista bardzo mi współczuł. Potem to jednak ja musiałem go pocieszać, bo dzień wcześniej jego ukochany Ferencvaros przegrał u siebie derbowy mecz z Ujpestem. Każdy ma własne problemy. Eduardo, już w chwili mojego przybycia stąpający po cienkiej granicy świadomości i urwanego filmu, wciąż myślał, że sobie z tym lotem żartuję. Zdołał jeszcze resztkami sił i skupienia opowiedzieć mi historię zakonnicy, którą jeden ksiądz chciał wystrzelić armatą na księżyc, a zanim rytualnie runął pod stół, wzniósł toast:
- Za tych, co na morzu i za tych, co w kosmosie, ole!
Potem piłem z kim popadnie. Na pohybel radom o odzwyczajaniu się od alkoholu, na pohybel amerykańskim niskoprocentowym piwom, na pohybel wszystkim draniom i na pohybel bohaterom. Na pohybel przestrzeni międzyplanetarnej! Koniec końców - jak zwykle się upiłem. Zamroczyłem się na tyle skutecznie, że zapewne tylko dzięki czujnej opiece moich ochroniarzy następnego poranka, a właściwie przedpołudnia, znów zbudziłem się w tym cholernym hotelu, gdzie całe piętro zarezerwowano tylko dla mnie.
Tamtego dnia (trzy dni do odlotu do Ameryki) pierwszy raz od rozpoczęcia tego zamętu włączyłem komórkę. Skrzynka zapchana od esemesów. Ktoś gratulował, ktoś przysłał smutną buźkę, Tymoteusz zapytywał, kiedy ten obiecany pożegnalny melanż. Moja była żona napisała, że w końcu się doigrałem, ale dobrze mi tak, a Olga, moja niedoszła druga żona, z właściwą sobie ironią stwierdzała, że wreszcie zaliczę w swoim życiu jakiś większy wzlot. Szemrany właściciel tygodnika, do którego pisałem felietony, a którego i tak nikt nie czytał, przysłał informację, że mnie zwalnia, a za milczenie na temat tego, iż współpracowałem z tą gazetą i że w ogóle go znam, przelał mi na konto całkiem sporą sumę. Bał się, że mój rozgłos doprowadzi kogoś jak po nitce do kłębka na ślad jego ciemnych interesów. Zresztą nie on jeden wciskał mi za nic wielkie pieniądze. Jakieś wydawnictwo zaproponowało mi napisanie wspomnień, a inne wymyśliło sobie, żebym w trakcie pobytu na tamtej planecie pisał dzienniki. Oba pomysły wydawały mi się równie idiotyczne. Wspomnienia z nieciekawego życia oraz kronika nudnej i samotnej egzystencji w kosmosie. Dobre sobie. Ale tamci uważali, że ze względu na moje bohaterstwo i wynikającą zeń ogromną popularność wszystko i tak się sprzeda, więc na zachętę wpłacili mi na konto milionowe zaliczki autorskie. Do tego dochodziły jeszcze kontrakty reklamowe, mnóstwo kontraktów, zatem w zaledwie kilkadziesiąt godzin stałem się człowiekiem bardzo bogatym. Tylko co mi z tego, skoro za chwilę i tak wystrzelą mnie w kosmos? Co ja tam z tymi pieniędzmi zrobię? Przecież nie kupię sobie obrazów wielkich mistrzów i nie zabiorę ze sobą na tamtą planetę, żeby gapić się na nie w nieskończoność. Albo raczej w skończoność, przeraźliwie bliską, wszak nie było absolutnej pewności, czy przeżyję tam choćby jeden pełny miesiąc. Nie miałem kiedy zostać milionerem, tylko właśnie teraz. Mówiłem już coś o ironii losu? Chyba mówiłem.
Generalnie nic nie napawało mnie optymizmem i wszystko wskazywało, iż kolejny wieczór spędzę w najlepiej sobie znany sposób. Panowie, rzekłem do kierowcy i nieodłącznej obstawy, kierunek ta sama knajpa, co wczoraj. Planowałem znów się zamroczyć, na chwilę odgonić lęk i uciec od problemów. Lecz nieoczekiwanie pojawiła się szansa na inną ucieczkę, a ja skwapliwie z niej skorzystałem.
Bo kiedy jechaliśmy do "Turula", limuzyna złapała gumę. W nieodległej przyszłości drogi w naszym kraju wciąż pozostawiały wiele do życzenia. Staliśmy na jakiejś spokojnej uliczce, kierowca wraz jednym z ochroniarzy zmieniali koło, ja z innym odeszliśmy na bok, zapaliliśmy papierosy i wdaliśmy się w niezobowiązującą pogawędkę. Trwał zaskakująco ciepły dzień październikowy, nad dachami płonęła właśnie łuna przedwieczornego pożaru; a kiedy ten, z którym paliłem, zostawił mnie na moment, by sprawdzić postępy prac, ja bez zastanowienia dałem w długą.
Biegłem tak szybko, jak jeszcze nigdy. O dziwo nie dostawałem zadyszki. Uciekałem, a tamci mnie gonili. Ulice, uliczki, zaułki, bramy, podwórka i inne zakamarki. I nigdzie żywej duszy, jak gdyby na miasto spadła jakaś bomba, która z powierzchni ziemi usuwa ludzi, lecz nie niszczy budynków, albo jakby trwał akurat jakiś ważny mecz. Biegłem, lekki jak piórko. Zapadał zmrok, gdy spostrzegłem, że w jakiś zupełnie niewiarygodny sposób zgubiłem cały pościg.






- ze Stachurą ta szczęśliwa Wyspa… »
Pierwszy utwór konkursu "Malowania słowem" dostępny na stronie głównej. EDIT. Mamy już dwa utwory 




Ważne: Regulamin | Polityka Prywatności | FAQ
Polecane: Przeglądaj promocje na książki i komiksy | montaż anten Warszawa | Komercyjne Sesje Rpg - Zielonka k/Warszawy - Mistrz z Gralnią | montaż anten Sulejówek | montaż anten Marki | montaż anten Wołomin | montaż anten Warszawa Wawer | montaż anten Radzymin | Hodowla kotów Ragdoll | ragdoll kocięta | ragdoll hodowla kontakt