Śniłem o locie ponad chmurami,
sen długi był, nie mogłem się zbudzić.
Po co mam miotać się, szarpać i trudzić,
gdy we śnie bawić się mogę wszystkimi farbami?
Gdy czasem się gubię w myśli swych rzece,
zasypiam i trafiam do Morfeusza,
gdzie umysł nie myśli i odżywa dusza,
a serce oddaję błogości opiece.
Po co się budzić, gdy świat taki szary,
a we śnie mam szczęścia wszelkie pokłady?
Można tak przespać w radości dekady,
nigdy nie napić się z goryczy czary.
Ideał, niewiedza i spokój umysłu,
to oferuje. Zapomnieć pozwoli,
sen co gromadzi twe myśli powoli,
gdy na życie nie masz pomysłu.
Lecz wśród radosnych rusałek, widoków tęczy,
co szczęście sprzedają i czynią szczęśliwym,
skończy się okres skakania i bycia cnotliwym,
gdy zdasz sobie sprawę, że wszystko cię męczy.
I nagle opadną liście z gałęzi,
zagasną lampy przy ulicy marzeń.
To co dawało mi mnóstwo wrażeń,
ciągle trzymało mnie na uwięzi.
Czy lepiej być świadomym jasności nieba?
czy malować je zwykłym, niebieskim kolorem?
Czy żyć mam świadomie z życia potworem,
i turlać się przez nie, widząc tylko co "trzeba"?
Ogromne rzeki płyną w kierunkach różnych
na mojej łupince w wodospad wpływam.
Zdecydowałem samotnie, ze snu się wyrywam,
a w tyle zostawiam zaspanych i próżnych