Mazury III - TamaraUA
Proza » Długie Opowiadania » Mazury III
A A A

 

                                                                                Rozdział 3

 

        Nie usłyszałem warkotu nadjeżdżającego gazika. Obudził mnie dopiero trzask zamykanych drzwi. Rozklekotanych, wibrujących.

Zerwałem się natychmiast. Podbiegłem do wyjścia i stanąłem w progu domu.

Turek zobaczywszy mnie, gwałtownie się zatrzymał. Zrobił nawet pół kroku w tył.

- Co Ty u diabła robisz tu po nocy?! -

A ja, jakby to była najbardziej naturalna rzecz na świecie. Tak jakbym robił to zawsze. Jakbym za każdym razem czekał na jego powrót, odpowiedziałem zdziwionym głosem.

- No, czekałem na pana. Chyba nie? -

W prawej dłoni trzyma karabin. Strzelba, fuzja, sztucer czy bóg wie, jak to się nazywa. I przygląda mi się z jeszcze większym zaskoczeniem.

- Czemu? -

I w końcu przytomnieje! Czemu? No właśnie. Czemu?

- Słyszałem, jak pan wychodził, to znaczy obudziłem się. - Dalej patrzy wzrokiem zaskoczenia, ale też niedowierzania. Co mam mu powiedzieć. Prawdę? Że go szpiegowałem? Co prawda nieskutecznie, ale miałem taki zamiar. Chyba się czerwienie. Jest już szaro. Widzę jego twarz, zmęczoną, szarą. Więc i on mnie też widzi.

- Słyszałem strzały,- czekam. A on nic. Nadal patrzy na mnie. Podrzucił broń w dłoni, jakby chciał poprawić uchwyt.

- Czy na obiad będzie mięso z dzika? - dodaje ostatnią myśl, jaka błądziła mi po głowie przed zaśnięciem.

Uśmiecha się. Wpierw tylko unosi kąciki ust, aby po chwili wybuchnąć gromkim śmiechem. A ja zaczynam oddychać swobodniej. Podchodzi do mnie, obejmuję ramieniem i wpycha do środka drzwi.

- Choć przyjacielu. Napijemy się herbaty. Pogadamy. -

Odwracam się i wpychany lekko dłonią wchodzę w ciemny korytarz domu. Samochód! Nie pamiętam, aby On nim wyjeżdżał! Zaraz! Przecież poszedł na pieszo! Więc jak? Jakim cudem teraz nim przyjechał?!

Leśniczy zaprasza mnie do kuchni, a sam wchodzi ze strzelbą do swojego pokoju. Zamknął za sobą drzwi, lecz ja i tak słyszę, jak otwiera żelazne drzwi sejfu; wielkiego jak szafa. Słyszę twarde uderzenie kolby o podłogę. Potem metaliczny trzask zamykanych drzwi. Wraca do kuchni. Ja już zdążyłem wstawić czajnik na czerwoną spirale elektrycznej kuchenki i przygotować dwie filiżanki z odrobiną czarnej herbaty na dnie. Siadamy.

- Co chciałbyś wiedzieć, Zyga? -

- Co pan upolował? -

Kąciki ust znowu powędrowały mu do góry. Nie zaśmiał się, a tylko zrobił minę lekko rozbawionego człowieka. Potarł dłonie o siebie, uniósł wzrok z blatu stołu. Spojrzał mi w oczy.

- A masz pewność, że nie chybiłem? -

- No nie. Strzelał pan dwa razy, słyszałem dwa strzały. -

- To według ciebie znaczy, że trafiłem?- nie przerywa uśmiechać się. Jak ktoś pewny zwycięstwa, tylko czekający na odpowiednią chwilę, by to ogłosić.

- Tak mi się wydaje. -

- A jednak chybiłem. -

- Jak to? -

Prawie krzyknąłem, a czajnik zagwizdał, jakby chciał mi zawtórować.

- A tak to Zyga. Nie każdy strzał jest celny. Tym razem obydwa były chybione. -

Wstał. Nalał wrzątku do filiżanek i usiadł z powrotem.

- Wczoraj też pan próbował? -

Blizna na jego brodzie zmieniła nagle barwę na czerwoną. W czarnym zaroście przestała być jasnym śladem a stała się krwawa. Łyżeczka trzymana w jego dłoni nagle zatrzymała się na sekundę, po czym ruszyła w dalszą drogę po niewidzialnym okręgu wewnątrz filiżanki.

- Mój przyjacielu. - Nie patrzy mi w oczy, tylko śledzi ruch łyżki zatopionej w brązowym wrzątku.

- Moja praca wymaga ode mnie, bym pilnował lasu. Czasami trzeba go pilnować też w nocy. Taka służba. Praca na trzy etaty. -

Słyszę w jego głosie, że nie podoba mu się moja ciekawość.

- Przepraszam. Nie chciałem być wścibski. Tylko… -

- Tylko co?! - Spojrzał mi twardo w twarz i dodał podniesionym głosem.- Tylko chcesz wszystko wiedzieć?! Ciekawi cię, co tu robię?! Gdzie chodzę?!

- Nie. -

- Może będziesz mnie śledził?! -

I jakbym dostał obuchem siekiery w tył głowy. On wie!

- Nie panie Turek! Tylko ten pies! Ten zakaz! To dla mnie jest takie tajemnicze. To dlatego. To przez ciek… - Udaje mi się nie dokończyć. Kończy on.

- Przez ciekawość, prawda? -

Jest mi wstyd, ale ma racje. Moja chorobliwa ciekawość. Jak przekleństwo, zawsze pcha mnie w kłopoty. Spuszczam wzrok. Drży mi lekko dłoń.

- Tak. -

Łyżeczka uderza w blat stołu. Mam ochotę pójść do siebie; na górę. Zakończyć to, ale nie mogę. Ja naprawdę chcę tu zostać. Tu mieszkać, tu pracować. Poczekać na tę noc, o której czytałem i odnaleźć dziewczynę pachnącą miętą. Przeżyć życie tak jak leśniczy w powieści. W domku skrytym w lesie. Z kobietą zrywającą miętę.

- Wiec już poznałeś Demona? - W głosie nie ma już złości. Jest zrozumienie.

Więc tak nazywa się ten pies. Demon. Pasuje do niego.

- Widziałem go wczoraj, jak szedł przez podwórko. -

- To nie jest mój pies. -

- Jak to? Przecież?... Chyba wczoraj dostał coś? Kawał mięsa? Chyba nie? -

- Tak. Dostał. Ale to nie jest mój pies. - Ostanie trzy sylaby wyraźnie akcentuje. Zaznacza grubym tekstem.

- Więc czyj to pies? Kręci się tu, a nikt obok nas nie mieszka. Pomyślałem, że to nasz pies. Że mam nie wychodzić z domu by się do mnie przyzwyczaił. Tak to zrozumiałem. -

Turek przez chwile milczy. Patrzy na mnie, czegoś szuka w moich oczach. Wypija łyk herbaty.

- To nie jest mój pies. Był tu, gdy tu przybyłem.- przerwał na chwilkę, upijając kolejny łyk herbaty. - I to nie jest pies.

- Jak to, nie jest pies? - Unoszę głos w proteście. - Widziałem go dwukrotnie. To bez wątpienia był pies.

Turek uniósł wzrok i zatrzymał na moich oczach.

- A może wilk, Zyga? Jesteś pewien, że widziałeś psa? -

Wilk! No jasne! Teraz przypominam sobie, że już za pierwszym razem wydał mi się jakiś taki dziwny, inny. Nie znam się na psich rasach i mogę rozpoznać bezbłędnie tylko „Szarika” i „Cywila”. To też były wilki, czy raczej wilczury, no ale ten tutaj, rzeczywiście wygląda inaczej. Ma dłuższe łapy i przez to jest wyższy. Jak wczoraj stał na wzniesieniu, to miałem wrażenie, że bez trudu sięgnąłby mi gardła bez odrywania przednich łap od ziemi. Mimo to wyraziłem swoje zdziwienie.

- Jak to wilk? -

- A no wilk Zyga. Zwyczajny wilk, - zrobił dwusekundową pauzę po czym, dodał – no może niezwyczajny, ale jednak wilk.

- Niezwyczajny? - Od razu wyłapuję tajemnicę w słowach Turka i nie pozwalam mu na dłuższe przerwy. - Jak to? Co ma pan na myśli, mówiąc „niezwyczajny”? -

 

Turek jednak nie poddaje się mojemu podnieceniu i nie odpowiada od razu, na moje szybko zadane pytanie. Bez potrzeby chyba, ponownie wkłada łyżkę do herbaty i zatacza w niej kilka powolnych obrotów. Przyglądam się temu z irytacją, ale też pewnością, że nie usłyszę nic, puki ceremoniał z herbatą nie dobiegnie końca.

 

Łyżeczka w końcu wynurza się ponad krawędź naczynia i uderza dwukrotnie o brzeg filiżanki, pozbywając się ostatnich kropli cieczy. Ląduje bezdźwięcznie na stole i moje oczy uwalniają się od niej. Patrze w twarz mojego rozmówcy. Wiem, że rozważa w sobie, czy opowiedzieć mi historie wilka. Długa przerwa, jaką utrzymuje, każe mi przypuszczać, że to nie będzie, zwykła opowiastka. Czy zdecyduje się mi ją opowiedzieć? Jego dłoń kilka razy gładzi szorstki zarost na twarzy, po czym sięga po filiżankę. Unosi na wysokość ust i tam się zatrzymuje.

- Co z twoją herbatą? - Spytał.

Spojrzałem na pełny kubek stojący tuż przede mną.

- A co ma być? -

- Nie smakuje ci? -

Szybko upijam kilka łyków i zbyt głośno odstawiam swój kubek.

- Czy coś w końcu pan mi powie o tym wilku? Czy będziemy tylko popijać herbatkę?-

Moja zaczepka podziałała. Turek uśmiecha się, a w jego oczach zabłysł zwycięski ognik. Bawi się mną.

 

Dobrze! Jestem ciekawski, to prawda! Ale nie wiesz, panie Turek, że umiem być przy tym cierpliwy. Życie zdążyło mnie tego nauczyć.

 

- Dobrze Zyga. Opowiem ci historię. Od początku, jak tu przybyłem. -

To było w roku siedemdziesiątym drugim. Krótko po studiach. Byłem młodym zapaleńcem. Chciałem pracować w lesie. Mieć swoją leśniczówkę, - przerwał, rozejrzał się po kuchni - mieć swój las.

Już na ostatnim roku zacząłem pisać podania do nadleśnictw z prośbą o posadę. Pisałem po całej Polsce. Nie dbałem o to, gdzie mnie los rzuci, tak bardzo pragnąłem zostać strażnikiem przyrody. I doczekałem się. Nagle zwolniło się miejsce. Dostałem list z propozycją zajęcia stanowiska leśniczego w Skoszronakach. Nawet nie sprawdziłem na mapach, gdzie to jest. Pobiegłem do budki telefonicznej. Powiedziałem -tak- i za tydzień byłem już tutaj. Powiedziano mi, że stanowisko zwolniło się nagle, że potrzebują natychmiast osoby z kwalifikacjami, takimi jak moje. Że znają moje wyniki w nauce. Że śledzili od początku moje postępy; takie tam bzdety. Połykałem każdą bzdurę, jaką mi sprzedawali, tak bardzo chciałem tej posady. Nie powiedzieli mi, w jaki sposób zwolnił się wakat. Nic nie powiedzieli. Dowiedziałem się od ludzi. Że mój poprzednik został zastrzelony. Zwyczajnie zabity w tym lesie. Przeleżał tydzień, zanim go znaleźli. Ale to i tak by nic nie zmieniało. Byłem młody. Pełny zapału, entuzjazmu i przez głowę mi nawet nie przeszło, by się zastanowić. Byłem gotowy stawić czoła wszelkim przeciwnościom.

To byli kłusownicy. Mieszkańcy okolicznych wiosek. Nikt obcy. Swoi ludzie. Ci sami, którzy spotykają się co niedziele w kościele. Wiem o tym. Każdy to tu wie i wszyscy milczą. Nikt za to nie poszedł do wiezienia. Nikogo nawet nie oskarżyli. Śledztwo ciągnęło się latami, w końcu zginął urzędnik państwowy, ale nic to nie dało. Sprawa została zamknięta.

Byłem młody, ale nie głupi. Wiedziałem, że kłusują w tym lesie. Wiedziałem, że muszę położyć temu kres. Że coś muszę z tym zrobić. Taki mam obowiązek. Pilnować lasu i jego mieszkańców. Ale nie za cenę swego życia. Z problemem kłusownictwa borykali się wówczas wszyscy leśnicy w Polsce. Temat był szeroko omawiany na studiach. Znałem problem. Uczyli nas o tym. Jak rozpoznawać. Jak zapobiegać. I jak zwalczać problem. Przez pierwsze kilka nocy nie wychodziłem z domu. Siedziałem, o tu przy tym oknie i obserwowałem las. Czekałem. Prędzej czy później, ktoś zacznie kręcić się koło leśniczówki. Ktoś przyjdzie sprawdzić, co robię w nocy. Taki był mój plan. Czekać aż sami się ujawnią, a potem dowiedzieć się czym się zajmują. Nie zamierzałem szukać ich w lesie. Nie byłem na tyle głupi, aby wchodzić na obcy teren.

- Czemu zrobił to poprzedni leśniczy? -

- Tego nikt nie wie. To był doświadczony leśniczy. Nie jakiś narwany młokos, tylko znający problem zawodowiec. Na pewno nie poszedł do lasu ot, tak bez zabezpieczenia. A jednak coś przeoczył. Czegoś nie dopilnował. Kosztowało go to życie. Niestety. -

 

Turek zrobi ponownie krótką pauzę. Twarz mu spochmurniała, oczy zaszkliły, przełknął ślinę, po czym otrząsł się jakby z zamyślenia.

- Ale. Chyba miałem o wilku opowiadać. - Potarł dłonie o siebie i rozchmurzył się. Zapewne odepchnął od siebie myśl o swoim nieszczęsnym poprzedniku.

- Jak już mówiłem, czekałem na ludzi, których by interesowała moja osoba. Długo nie czekałem. Tylko że nie przyszedł żaden człowiek, a wilk. Przyszedł drugiej nocy. Spokojnym krokiem przedreptał w poprzek podwórza. Zatrzymał się przy drodze i usiadł. Patrzył w moje okno. Chyba mnie widział, choć siedziałem po ciemku. Pomyślałem wtedy, że to nie jest pies. Był za długi, za wysoki na wilczura. Pobiegłem do gabinetu po strzelbę. Ale on zniknął. Nie pokazał się już do rana. W dzień zadzwoniłem do nadleśnictwa. Zgłosiłem, że w moim okręgu pokazał się wilk. Zapewniali mnie, że to niemożliwe, że najbliższe watahy zauważono przy radzieckiej granicy. Że to zbyt daleko od mojego rejonu. Zapewniałem ich, że się nie mylę, że go widziałem na własne oczy. „Jak widziałeś, to go odstrzel”- Tak odpowiedzieli.

W drugą noc nie przyszedł. Tak jakby wiedział, że czekam na niego. Siedziałem na krześle w otwartym oknie. Tym na górze, w korytarzu. Na próżno. A rano znalazłem przed domem zagryzioną kurę. Przyniósł mi kurę pod same drzwi, a ja tego nie zauważyłem. Nie usłyszałem.

To był dobry znak. Znak akceptacji z jego strony. Lecz ja nie mogłem się przełamać, by mu zaufać. -

- Nie mógł pan kupić psa? Wilczura? Słyszałem, że wilki boją się domowych psów. -

Turek spojrzał mi w oczy, tak jakby tam kogoś zobaczył.

- Nie zawsze. Ale... Wiesz. Wtedy pomyślałem tak samo, jak ty, że warto mieć przy sobie psa. Takiego szczeniaka, którego można wytresować od małego. - Uśmiechnęłam się w duchu, zadowolony, że coś nas łączy.

- Poszedłem nawet szukać po wsi psinę, który by wyrósł na dorodnego i silnego psa. Nikt jednak nie chciał mi oddać psa ani sprzedać. Tłumaczyli, że leśniczówka ma już swojego i drugi by tylko się zmarnował. Spytałem jak to? Jaki pies? Mówili, że to stary pies, który pilnuje leśniczówki. Pomyślałem, że poprzedni leśniczy miał swojego psa. Ale jego już nie ma. Uciekł, gdy został sam lub zagryzł go ten tutaj. Nie chciałem ich straszyć, więc nic nie mówiłem. Że teraz czai się tam wilk. Być może nie samotny. Może to cała wataha szukająca nowych terenów.

Następnej nocy zastawiłem sidła w granicy obejścia. Czekałem. Tym razem schowałem się w pokoju na górze. Tam księżyc oświetla tylko część pokoju. Czekałem w cieniu. Długo i cierpliwie. Przyszedł o drugiej nad ranem. Usłyszałem metaliczny trzask zamykających się kleszczy. Szybko wybiegłem na podwórko. Byłem taki pewny, że wsadził łapę w jedną z pułapek. Byłem taki pewny i taki głupi. Zostawiłem broń w domu. Pobiegłem w miejsce, z którego usłyszałem dźwięk zamykających się szczęk. Nie było go tam. Zaciśnięte zęby trzymały w sobie patyk. Zwykły patyk leśny. Nie mogłem uwierzyć w to, co zobaczyłem. Jak on to zrobił?

Odwróciłem się w stronę domu. On już tam czekał. Siedział na kamiennym podeście przed drzwiami. Oświetlony księżycem. Siedział wsparty na przednich łapach i patrzył srebrnymi oczami wprost na mnie. To był prawdziwy wilk. Z początku chciałem uciec na drzewo. Nawet rozejrzałem się wokoło. Ale on nie warczał, nie jeżył sierści na grzbiecie. Nie schylał łba. Nie gotował się do ataku. Siedział tylko i patrzył na mnie. Tak jak siedzi pies czekający na swojego pana. Długo staliśmy tak naprzeciw siebie. Nie spuszczał mnie z oczu nawet na chwilę. A ja tkwiłem w miejscu jak sparaliżowany. Nie wiedziałem co mam zrobić. Odejść? Uciec na drzewo? Czy spróbować go jakoś przepędzić? Odszedł sam. Zatoczył koło na środku podwórka. Powoli, z podniesioną głową, patrząc na mnie cały czas. Tak jakby chciał mi powiedzieć- To moje. I odszedł na tył domu. Wówczas zrozumiałem słowa ludzi we wsi. Dom ma już swojego psa.

On tu jest u siebie. Zadałem sobie wówczas pytanie- Kim ja jestem dla niego? Wróciłem do domu. Nie musiałem już czuwać do ran. Położyłem się do łóżka i długo myślałem. O wilku, który najwidoczniej czuje się tu jak u siebie. O leśniku zabitym w lesie. Dlaczego zginął? Jaki popełnił błąd? Co zrobił źle? I co ja mam zrobić, by nie popełnić błędu poprzednika?

Z samego rana pojechałem na posterunek milicji. Pracował tam wtedy stary komendant. Urodził się tutaj i znał wszystkich. Znał każdy skrawek tej ziemi. Pomyślałem, że jako człowiek urzędowy będę mógł liczyć na jego pomoc. Chciałem wiedzieć, czego szukał w lesie Bednarek? Dlaczego musiał zginąć? Dlaczego kręci się tu wilk a wszyscy udają, że to zwykły pies? Komendant z początku zbywał mnie odpowiedziami, jakbym był natrętnym pismakiem z jakiejś gazety. Ale ja nie ustępowałem. Powoływałem się na urzędowy obowiązek, na lojalność służb mundurowych. Na sąsiedzką pomoc. Nic nie pomagało. W końcu zagroziłem mu. Powiedziałem, że jak mi nie pomoże, to będzie miał kolejnego trupa. I to spadnie na jego sumienie. Należał do partii, nie chodził do kościoła, ale wzmianka o sumieniu podziałała. Powiedział, że teraz nie ma dla mnie czasu, ale wieczorem odwiedzi mnie w leśniczówce i odpowie na moje wszystkie pytania.

- Przyjechał? - nie wytrzymałem.

- Tak. - Upił spory łyk herbaty, po czym kontynuował.

- Przyjechał do mnie, tak jak obiecał. Tuż po zmierzchu. Zaprosiłem go do domu i usiedliśmy w kuchni. Ze służbowej teczki wyciągnął butelkę wódki. Postawił ją na stole i poprosił, bym podał kieliszki. Usiedliśmy. Nalałem po jednym. Wypiliśmy. Polałem jeszcze raz. Znowu szybkie -na zdrowie-. Napełniłem po raz trzeci i czekałem. Nie nalegałem. Gdy napełniłem kieliszki po raz czwarty- zaczął mówić.

Opowiedział mi o czasach gdy mieszkał tu jeszcze leśniczy Kupra. Było to jeszcze za Niemca. Nikt nie wie, jak dostał tę posadę, skąd przybył? Nikt nie znał jego przeszłości, a w dokumentach widniała pustka. Jedyne co było zapisane, to to, że utracił dokumenty w czasie ucieczki przed rosyjska armią w trzydziestym dziewiątym. Ale to było w naszych dokumentach. Powojennych. Władzę niemieckie wydały mu nowe dokumenty w roku czterdziestym pierwszym. Nie wiem, jak ich do tego przekonał. Wiem, że to nie było takie proste, ale miał je. Na nazwisko Kupra.

Komendant pamiętał go doskonale. Przez pewien czas, gdy wrócił z frontu, pracowali razem w lesie. Kupra mieszkał tu sam. Do śmierci nikt u niego nie mieszkał. Nie miał nikogo bliskiego i nikt go nie odwiedzał. Ludzie przyzwyczaili się do niego i z czasem stał się „nasz”- jak to się mówi. Wojna się skończyła. Nastał czas pokoju i pracy. Mężczyźni wrócili do domów. W lesie znowu było słychać piły i siekiery. A na polach złociło się zborze. Ciężko pracowali, by nadrobić stracony czas. Ale znaleźli się tacy, którzy nie mieli zamiaru dorabiać się ciężką pracą. Przyszli tu szabrownicy. Przyjechali z sąsiedniego województwa. Okradli kilka domów we wsi i udało im się nie wpaść. Milicja prowadziła śledztwo. Nie udawało się ich złapać. Zebrali się więc chłopi, aby ich samemu pojmać. Niby w dzień szli w pole całymi rodzinami. Tak jak zwykle. Kobiety, dzieci i mężczyźni. Wówczas wszyscy pracowali razem w polu. Ale po kryjomu kilku z nich wróciło do wioski i czekali. Nic to nie pomogło. Okradli kolejny dom. W komendzie pracował wówczas on i młodziak po szkole. W tych czasach bandyci posiadali broń. To było tak powszechne, jak dziś chleb w piekarni. Bał się narażać kogokolwiek, wiec pojechał do województwa, by prosić o posiłki. Nie było go, gdy to się stało.

Złodzieje odkryli w lesie leśniczówkę. Odczekali, gdy Kupra poszedł do lasu. Mieli zamiar ogołocić cały dom, bo przyjechali ciężarówką. Przygotowali się do wyniesienia wszystkiego. Gdy leśniczy wrócił po całym dniu pracy w lesie, zastał w domu dwóch mężczyzn. Byli wystraszeni. Mieli na sobie poszarpaną odzież i za boga nie chcieli wyjść na zewnątrz. Opowiadali o wilku, który ich zaatakował. O ich koledze, który uciekł do lasu. Słyszeli jego krzyki. Kupra od razu domyślił się co to za jedni. Związał ich sznurem i zamknął pod schodami w komórce. Dopiero rano zadzwonił na milicje i zgłosił rabunek. Gdy komendant wrócił, dwóch rabusiów było już w areszcie. Osobiście ich przesłuchiwał. Opowiadali o wielkim białym wilku. O tym, jak ich nie wypuszczał z leśniczówki. Jak próbowali dostać się do ciężarówki, a on ich atakował. Nie pozwalał im odejść. Pokazywali mu poszarpane ubranie. Ślady zadrapań na ciele. Niektóre były dość głębokie. Zadane pazurami. Spytali co z ich kolegą. Szukali go kilka dni. Znaleźli kilka kilometrów od leśniczówki. Był w strasznym stanie. Miał wygryzioną tchawicę. Twarz znaczyły liczne czarne plamy po ugryzieniach. Zwierzę wygryzło mu też spory kawałek łydki. Sprawa była oczywista. W lesie grasuje wściekły pies. Patolog wykluczył, by było to kilka psów, więc szukano wałęsającego się psa po lesie. Polowanie trwało całe lato. Przyjechało nawet kilku myśliwych z innych okręgów. Pies posmakował ludzkiej krwi. Wiadomo. Zrobił to raz, będzie próbował dalej.

Ale minęło lato, potem jesień, a polowanie nie przyniosło skutku. Zaciekawiło to starego komendanta. Zdziwił się, że pies jest nadal na wolności, a nikt nie zgłasza zagryzionej zwierzyny. Jakoś musiał się żywić. To nie zając. Tylko sporej wielkości mięsożerca. Wybrał się któregoś dnia do leśniczego. Chciał spytać jak mu idzie z tym wilkiem. Może znalazł jakieś ślady? Czy może wilk się przeniósł na inny teren? Sprawa co prawda już się przedawniała, ale … Gdy przyjechał tu, zastał Kupre siedzącego na ławce przed domem. Było już szaro. Nie odpowiedział na żadne z pytań, jakie zadał mu komendant. Poprosił go, aby usiadł z nim na ławce i poczekał w milczeniu. To było dziwne, ale usłuchał go.

Zwierzę zjawiło się po krótkim czasie. Przeszedł skrajem lasu, o tam przy tych drzewach,- Turek zatoczył łuk pacem po niewidocznym okręgu gdzieś poza szybą- a potem usiadł na początku drogi. Przyglądał się im z daleka. Komendant oniemiał. To był wilk. Srebrny jak księżyc. W pierwszej chwili sięgnął po broń, ale leśniczy zatrzymał jego dłoń. Znali się dobrze. Prawie jak przyjaciele. Leśniczy poprosił go, aby wysłuchał jego opowieści. Kupra wówczas opowiedział mu całą swoją historię. Że urodził się w dalekiej Rosji, pod kołem podbiegunowym w polskiej rodzinie zesłanej tam jeszcze za cara. Mieszkali niedaleko miasta Labytnangi. W osadzie, która miała kilka domów. W środku lasu. Tam spotkał tego wilka. Znalazł go obok martwej suki złapanej w sidła. Zabrał szczeniaka do domu i potajemnie, przed rodzicami, zaopiekował się nim. Karmił go wszystkim, co wpadło mu w ręce. Często dzielił się tym, co sam dostawał. Wilk rósł.

Nie można było go ukrywać przez wieczność i z czasem rodzice odkryli, gdzie syn przepada na całe dni. Ojciec wpierw się zezłościł i chciał szczeniaka utopić. Jednak zmiękł, gdy zobaczył łzy w oczach, wówczas młodego jeszcze Kupry. Nie zabił go, nie próbował nawet wygnać do lasu. Ale kazał obiecać synowi, że zaopiekuję się wilkiem. Od tego czasu wilk zamieszkał z ludźmi pod jednym dachem. Lata mijały i ze szczeniaka wyrósł piękny wilk. Z młodego Kupry stał się mężczyzna. Wilk czasami odchodził do swoich, do lasu, gnany potrzebą instynktu. Ale wracał do domu. Do swojego przyjaciela. Do osoby, która uratowała go od niechybnej śmierci głodowej. Gdy przyszła wojna wszystko się skomplikowało. Dorosły wówczas Kupra został wciągnięty do armii. Walczył w wojnie zimowej z Finami. Mało kto z niej wrócił. Jemu się udało. Potem powołali go na zachód. Do Polski i nieistniejącej wojny. Wtedy uciekł. Nie chciał strzelać do rodaków. Uciekł na północ. Tam zbudował sobie ziemiankę i żył w niej. Razem z wilkiem. Dbali o siebie wzajemnie. Polowali razem. Razem jedli to, co zdobyli. Razem spali w jednym posłaniu.

Od czasu do czasu odwiedzał rodzinny dom. Pomagał rodzicom, którzy stali się dla Matki Rosyji tymi, którzy wychowali zdrajcę. Któregoś razu zastał pusty dom. Od dobrych ludzi dowiedział się, że rodziców zabrali. Nikt nie wie dokąd. Zapewne w głąb Rosji. Został sam. On i srebrny wilk. Wrócił do swojej ziemianki i tam doczekał się roku czterdziestego pierwszego. Odwiedzając osady, by sprzedać skóry i kupić potrzebne rzeczy, dowiedział się o wojnie z Niemcami. Postanowił to wykorzystać i przedostać się do Polski. Szedł lasami przez wiele tygodni a wilk razem z nim. Przedostali się przez linie frontu i dotarli do Polski. Tam złapali go Niemcy. Trzymali go długo. Po wojnie nigdy nie opowiadał nikomu co wówczas się z nim działo, a z dokumentów państwowych wynika, że w ogóle nie był w niewoli u Niemców. Oficjalnie był żołnierzem września. Po kilku miesiącach Niemcy zwolnili go i przydzielili do pracy w tutejszym lesie. Dostał dokumenty na nazwisko Kupra. Wilk gdzieś się zapodział. W momencie aresztowania, biegał w głębi lasu, często tak robił. Zabrali go samochodem i wilk został sam. Na kilka lat. Kupra stracił już nadzieję, że kiedykolwiek zobaczy swojego przyjaciela, aż do dnia, gdy wrócił z pracy do domu i zastał tam włamywaczy. Wilk stał się mniej ufny. Przez te kilka lat zdziczał trochę i nie dawał się przywołać. Po kilku dniach przyszedł jednak w nocy i zadrapał w drzwi. By uchronić go przed nagonką, chował go za dnia w leśniczówce. W nocy chodzili tak jak kiedyś po lesie. Mijały miesiące. Ludzie przestali rozmawiać o białej bestii w lesie. Nikomu nie zginęła kura. Nikt nie zgłaszał ataku na krowy pasące się w nocy na łąkach. Myśliwi przestali przyjeżdżać.

Wiedział, że nie ukryje wilka przed ludzkim wzrokiem. Co prawda mieszkał w lesie, z dala od najbliższych zabudowań, ale zawsze znalazł się ktoś, kto miał sprawę urzędową. A to asygnata na drewno, a to z prośbą o zabicie dzika wchodzącego w szkodę. Kupra zdecydował, że musi komuś zaufać. Zaufał komendantowi. Pokazał mu wilka. Przekonał go, że jest niegroźny. Że tego tam, no to, że bronił domu. Tak go wychował. Nauczył go, aby pilnował ich domu. Tam na północy pilnował ich ziemianki przed innymi wilkami, przed lisami. Tu zadziałało wyszkolenie. Zrobił to, do czego był przysposobiony.

Komendant znał dobrze Kupra. Umówili się, że nie było tej rozmowy i że nie widział wilka. Kupra obiecał, że będzie pilnował go. Słowa dotrzymał. Wilk co prawda był widywany przez mieszkańców, lecz nikt nie zaznał szkody z jego strony. Z czasem wszyscy się przyzwyczaili do wycia w lesie. Do tego, że idąc do leśniczówki, można było zobaczyć srebrnego zwierza stojącego w oddali. Mijały lata. Kupra się starzał, a wilk był ciągle blisko niego. W końcu przyszedł czas, gdy leśniczy wyszedł do lasu ostatni raz. Znaleźli go robotnicy leśni. Miał zawał. Umarł w dość młodym wieku. Nie miał nawet sześćdziesiątki. Przywołał ich do niego wilk. Wył tak płaczliwie, tak długo, że w końcu odważyli się pójść tam. Wilk stał z dala od swego pana. Przyglądał się, jak go zabierają. Był w pobliżu, gdy go chowali. Potem wiele nocy wył na cmentarzu. Pilnował nadal swego przyjaciela. Po tygodniu wycie ustało. Wilk odszedł. Nikt go później nie widział. Potem przyszedł leśniczy Bednarek. Stary leśnik z południa polski. Nie pobył tu zbyt długo. Zobaczył w lesie coś, czego nie powinien. Może nakrył ludzi, jak kłusują. Nikt tego nie wie na pewno. Stary milicjant opowiedział mi to wszystko w jedną noc. Długo siedzieliśmy wówczas. Butelka była pusta, gdy się rano żegnaliśmy. Podziękowałem mu wówczas, jeszcze nie wiedziałem za co, ale byłem wzruszony jego szczerością. Poza tym czułem, że nie jestem tu sam. Gdy wychodził z domu, powiedział mi jeszcze coś. Ciało Bednarka leżało w lesie kilka dni, zanim je znaleźli. Ale nie miało śladów pogryzień. Od razu zrozumiałem, że to nietypowe. W lesie żyje wiele zwierząt, które by chętnie zainteresowały się nim. Ktoś musiał go pilnować przez ten czas. Ktoś czuwał przy nim, by lis, kuna, czy inny drapieżnik nie dobrał się do ciała.

- To był srebrny wilk? Prawda? -

- Tak. -

Turek patrzy mi prosto w oczy, czeka na coś.

- Jest jeszcze coś? -

- Jest Zyga. Wilki nie żyją tak długo. Żaden pies nie jest starszy niż siedemnaście lat. -

- Więc jak? -

- To już nie ten sam wilk, który przyszedł tu za Kuprem. Nawet ten, który był przy śmierci Kupry, nie mógł być tym samym wilkiem. Nie jest też już biały jak ten z opowiadań starego komendanta. Teraz jest szary. Ale nadal to wilk. Bez wątpienia. -

- Więc jak? - Powtarzam pytanie, wciąż nie widząc rozwiązania tej zagadki.

- To samica. Zawsze jest to samica. Myślę, że żyje tu sama, lecz raz na jakiś czas odchodzi na kilka miesięcy. Idzie do innych wilków. Gdy powraca, ma już swoją następczynie. Rodzi szczeniaki. Wybiera jedną samice, która ją z czasem zastępuje. Od czasu jak tu jestem, zrobiły to cztery razy. Da się to zauważyć, choć nie pozwala zbliżyć się do siebie. -

Turek kończy swoją opowieść i zapada cisza.

Wyobrażam sobie młodego człowieka, obok którego biega mały srebrny wilczek. Potem dorosłego mężczyznę kroczącego w wysokim śniegu, odzianego w skóry, jak traper z filmów o dzikim zachodzie i srebrnego wilka przeskakującego przez zaspy utworzone przez dmący z północy wiatr. Jak razem przemierzają biały kraj. Jak wspólnie skradają się do pasących jeleni. Zachodzą zwierzynę od zawietrznej, tak by ich nie wyczuła. Jak mężczyzna strzela, by zdobyć dla nich pożywienie. Jak dzielą się zdobyczą i wspólnie ucztują. A w nocy tulą się do siebie, ogrzewając swoje ciała, czekając na świt i nowy dzień.

Potem wędrują przez niezmierzone lasy, by dotrzeć do ojczyzny swoich przodków. Zrujnowanej wojną i pozbawionej wolności. Po jaką cholerę?! Co nim kierowało? Dlaczego nie przeczekał tego wszystkiego tam, na północy? Przecież dużo ryzykował. Mógł być schwytany przez Rosjan i rozstrzelany za dezercje. Mógł zostać zabity, przechodząc front. Wreszcie, mógł zginąć z rąk Niemców. Wystarczyło poczekać do końca wojny i... No i co? Nadal byłby dezerterem. To nigdy by się nie zmieniło. Ojczyzna nigdy tego nie zapomina. Nawet jak jest to przybrana ojczyzna. Mimo wszystko musiał mieć jakiś cel. Jakiś plan. Nie wierzę, że był na tyle naiwny, by ryzykować taką podróż, bez dobrego planu. Bez istotnego celu.

- Czy coś wiadomo, dlaczego Kupra przybył do Polski? Przecież wiedział, że są tu Niemcy. Oficjalnie był przecież Rosjaninem, czyli ich wrogiem. Mogli go po prostu rozstrzelać.

- Tego nie wiem. Nie wiem też, w jaki sposób udało mu się zdobyć nową tożsamość i zostać tu, na stanowisku leśniczego. -

- Jak? Nową tożsamość? - Kolejny nowy fakt tej historii tylko wzmaga moją ciekawość.

- Nie sądzisz chyba Zyga, że Kupra to jego prawdziwe nazwisko? -

- Nie? -

- A jak myślisz? Nasze pierwsze władzę, dopiero co wyzwolonego przez bratnią armię radziecką, pozwoliłby dezerterowi, swobodnie mieszkać w Polsce? Musiał zmienić nazwisko. Zmienić życiorys. Musiał ukryć kim jest naprawdę. I zrobił to perfekcyjnie. -

- Ale przecież wszyscy go tu znali, wiedzieli, skąd pochodzi. Znali jego historię i nikt go nie wydał? -

- Jego historię tak naprawdę mało kto zna. Ja znam ją od starego komendanta i powiedział mi ją gdy nie było już człowieka na świecie. Znał ją stary komendant, który z nieznanych mi powodów milczał. Stary Maciejak też chyba zna prawdziwe pochodzenie Kupry. Przyjaźnili się. Tak mówią we wsi. -

- Nie pytał pan Maciejaka o Kupre?

- A dlaczego miałbym pytać? Kupry już nie ma. A jak mówią co niektórzy: nie ma człowieka, nie ma sprawy. -

- A o wilka? O wilka na pewno pan pytał? -

Turek poruszył się nerwowo na swoim krześle. Chrząknął. Przeleciał wzrokiem po izbie i odpowiedział.

- To co mówią o Demonie we wsi, nie ma nic wspólnego z prawdą. -

- Jak to? -

Wielka dłoń leśniczego otarła twardy zarost brody, zmieniając przy okazji kolor cienkiej bladej linii na różową.

- Może sam spytaj. - i uśmiechnął się tajemniczo.

Chyba więcej nie dowiem się od niego. Turek wyprostował się. Uniósł ramiona wysoko nad głowę i ziewnął przeciągle. Dłonie opadły mu na uda i lekko nachylając się nad stołem dodał.

- Tak więc na razie raczej pozostawaj na noc w domu. Wilk nadal jest dziki. Nie ufa ludziom i może zaatakować nieznanego mu domownika. -

- A kiedy uzna mnie za znajomego? - próbuję wprowadzić trochę żartu w naszą rozmowę.

- Jak zacznie chodzić za tobą, nie przed tobą. Wtedy uzna cię za domownika. -

- Widzę, że zna pan doskonale jego zwyczaje? -

- Nie jesteś tu pierwszy. Byli inni pracownicy, których kwaterowałem na poddaszu. Ja też musiałem przejść etap z nieznajomego na domownika. - Uśmiecha się. - To jego zasada. On tu rządzi. My tylko jesteśmy lokatorami. -

- A były przypadki, że kogoś nie zaakceptował? -

Dobry nastrój uleciał z jego twarzy błyskawicznie, zastępując go podejrzliwym spojrzeniem.

Turek milczy. Szuka odpowiedzi? Czy może to ja postawiłem pytanie, którego nie powinienem wypowiadać?

Blizna na jego brodzie nagle zmienia kolor z jasno-różowej na czerwoną. Nie wiem, co było w mym pytaniu nietaktem i już mam powiedzieć coś w stylu- „To nie ważne”, gdy zegar niespodziewanie przerywa swym stłumionym gongiem ciszę. Wybił godzinę piątą.

Turek gwałtownie podrywa się z krzesła. Robi to szybko, nie bacząc na hałas, jaki wywołuje odsuwając krzesło. Zdenerwował się. Chyba?

- Czas zbierać się do pracy, przyjacielu. Trzeba zrobić śniadanie i do lasu. - To powiedziawszy, podszedł do lodówki, z której wyciągnął spory kawałek boczku i koszyczek wypełniony jajkami.

Spoglądam w stronę podwórka. Na piaszczysty plac przed domem i stojący na nim Gazik. Na małą drewnianą stodołę po lewej stronie, która kiedyś pewnie służyła za magazyn siana i drewna na zimę, a dziś jest tylko garażem połączonym z rupieciarnią. Na drogę, po prawej stronie, piaszczystą jak morska plaża, która biegnie do rozwidlenia, za którym jest wioska - gdy pójdzie się w prawo, lub miasto - gdy skręci się w lewo. To inny świat, jaki znałem. Ten z kilku miesięcy wstecz. I ten z całego mojego życia. To nowy świat. I ja jestem jego częścią. Nie mogę tego spieprzyć.

Zapachniało smażonym boczkiem. Zagwizdał czajnik. Na stole znalazł się, grubo krojony chleb.

Pomieszczenie nagle wypełniła muzyka i słowa piosenki:

„Kiedy byłem małym chłopcem hej

Wziął mnie ojciec

Wziął mnie ojciec i tak do mnie rzekł

Najważniejsze co się czuje

Słuchaj zawsze głosu serca hej...”

 

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
TamaraUA · dnia 01.05.2016 18:01 · Czytań: 414 · Średnia ocena: 0 · Komentarzy: 0
Komentarze

Ten tekst nie został jeszcze skomentowany. Jeśli chcesz dodać komentarz, musisz być zalogowany.

Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
Brytka
28/05/2022 02:22
Akurat mowa tu o chorych układach w korporacji. pozdrawiam… »
wolnyduch
27/05/2022 21:56
No to dobrze, że nie palisz, bo wydłużasz sobie dzięki temu… »
Florian Konrad
27/05/2022 21:02
A ja nie palę od 2008 :) Modami gardzę. Cytując klasykę:… »
wolnyduch
27/05/2022 19:17
Emocjonalne burze nam nie służą, ale ludzie wrażliwi są na… »
wolnyduch
27/05/2022 19:08
Dążenie do zapamiętania za wszelką cenę jest bez sensu, ale… »
wolnyduch
27/05/2022 18:41
Sądzę, że niejedna osoba się nad tym zastanawia. Nie wiem,… »
Yaro
27/05/2022 18:35
Dziękuję za komentarze :) Pozdrawiam Was serdecznie:) »
wolnyduch
27/05/2022 18:32
Msz, uszczypliwe półsłówka nie biorą się znikąd, no chyba,… »
wolnyduch
27/05/2022 18:18
Dobry wieczór D.U Dziękuję za czytanie, gratuluję, że… »
Zdzislaw
27/05/2022 14:40
Również pozdrawiam, Wolnyduchu :) »
d.urbanska
27/05/2022 12:40
Cudny wiersz. Malarski i emocjonalny. Bardzo mi się udał :)»
d.urbanska
27/05/2022 12:37
Wolnyduchu dziękuję za wizytę i ocenę. Też zastanawia mnie… »
Marian
27/05/2022 09:26
Tetu, bardzo dziękuję za odwiedziny i cieszę się, że tekst… »
Marian
27/05/2022 09:22
Wolnyduchu, dziękuję za wizytę i rzeczowy komentarz. »
wolnyduch
26/05/2022 21:04
Tak bywa, fajne. Pozdrawiam :) »
ShoutBox
  • Pulsar
  • 20/05/2022 20:45
  • Szanowna redakcjo! Na mój BLOG nikt nie może publikować. Jedynie komentować i wyrażać wszystko co wątrobie zalega. Zatem nie jestem [link]żeniem.
  • Pulsar
  • 20/05/2022 20:25
  • oto adres:
  • Pulsar
  • 20/05/2022 20:20
  • Oto adres:
  • Pulsar
  • 20/05/2022 20:18
  • Oto adres:
  • Pulsar
  • 20/05/2022 20:15
  • Zabrakło znaków. Coś podobnego. A ja dopiero się rozkręcam. Zatem zapraszam wszystkich do mojego BLOGA, nieśmiałego. u mnie można o wszystkim, nie tylko o poezji. W ramach obowiązujących norm internet
  • Pulsar
  • 20/05/2022 20:08
  • Zapraszam na mojego nieśmiałego BLOGA. Wszystkich, nawet tych bez ślepej kiszki i z dwunastnicą zapasteryzowanymi metaforami. Co zrobić, trudno! Z żołądkiem zakwaszonym refluksem. RRRUU! Wszystko ule
  • Yaro
  • 16/05/2022 19:07
  • To fajnie:)
  • mike17
  • 16/05/2022 17:17
  • Opróżniłem pocztę Jarku :)
  • mike17
  • 16/05/2022 14:29
  • Jarku, nie zapomniałem o Tobie :)
Ostatnio widziani
Gości online:0
Najnowszy:Usunięty
Wspierają nas