Blurp - JoannaP
A A A

Alicja przypomniała sobie kocie futerko pachnące słońcem i siebie wtuloną w sierść, szczęśliwą i beztroską. Miała jakieś siedem, osiem lat, niebieską sukienkę w kwiatki i warkoczyki.

Nie wiedziała, skąd w jej głowie wziął się ten obraz z przeszłości, akurat teraz, kiedy otaczały ją białe ściany bunkra. Widocznie to wspomnienie było jej potrzebne, aby przetrwać, nie poddać się otaczającej ją ze wszystkich stron pustce.

Siedziała pod ścianą, skulona, głowę oparła na kolanach. Po raz kolejny pomyślała, że to koniec. Kiedyś skończą się zapasy żywności. Wtedy będzie miała wybór: umrzeć albo…

***

Wszystko zaczęło się dwa dni wcześniej. Doktor Alicja Novak siedziała w laboratorium, kończąc codzienny raport. Ona i drugi egzobiolog, Robert Cox, mieli sporo pracy, choć jedynymi formami życia zamieszkującymi planetę HD 148394d były nudne organizmy jednokomórkowe.

Kobieta poprawiła opadający jej na czoło kosmyk włosów, spojrzała na migający monitor, wsłuchiwała się w jednostajny szum klimatyzacji. Zamarzyła o herbacie (,,zamarzyć o czymś” to wyrażenie często używane przez jej babcię, Alicji kojarzyło się z domem), odsunęła się od komputera, przymknęła oczy i pomyślała, że trzeba by się ruszyć, bo herbata sama się nie zrobi.

Wtedy wszedł Robert.

– Zauważyłaś, że Stary ostatnio zachowuje się dziwnie? – zapytał, lekko przeciągając samogłoski. Nawet nie spojrzał na koleżankę: podszedł do akwarium z myszami i zajął się odczytywaniem wyników pomiarów aktywności życiowej, wyświetlających się na małym monitorku.

– Nie. Co takiego dziwnego zrobił? – Doktor Novak nie odrywała wzroku od ekranu komputera. Nudził ją trochę ten wymoczkowaty blondynek, ale jego towarzystwo było lepsze niż żadne.

– Spotkałem go właśnie. Uśmiechał się do siebie jakoś tak dziwnie. Wydawał się nieobecny, nie odpowiedział na moje pytanie, jakby mnie nie słyszał. Nawet na mnie nie spojrzał.

– Może jest chory? Lenka powinna go zbadać.

-To spróbuj go do tego namówić, dostaniesz ode mnie tubkę pasy czekoladowej.

– Przecież dawno zjadłeś swój przydział!

– A nie, została mi jedna tubka. Miałem ją otworzyć w Święta. Widziałaś może próbkę C47? – Alicja Novak wzruszyła tylko ramionami i wróciła do pracy, niech blondynek sam szuka swoich próbek. W końcu raport sam się nie napisze.

 

***

– Podobno na HD 198664 mają inteligentną galaretę.

– Hmmm? – To było następnego dnia po tym, jak Cox zauważył dziwne zachowanie szefa. Novak od rana siedziała nad mikroskopem i potwornie bolał ją kręgosłup. Oderwała się od okulara i próbowała rozmasować zesztywniałe mięśnie.

– Słyszałam. Potrafi przybierać różne kształty. Kiedy chce dostać jakąś rzecz, upodabnia się do niej. Ponoć szczególnie upodobała sobie kabanosy, dlatego często wygląda jak kabanos. Nie wiem, czy to świadczy o inteligencji, ale o łakomstwie na pewno. A teraz zrób mi herbaty, dobra? Albo lepiej kawy.

– Jak panienka sobie życzy. – Robert rozczochrał sobie włosy, przez co przypominały nieco zużytą samobieżną miotełkę do kurzu, jakiej używała babcia Alicji. Wkrótce przed samą Alicją stanęła upragniona kawa. Jak dobrze było zacisnąć palce na gorącym kubku!

– Podobno szef spędził cały dzień na powierzchni.

– Serio? Może coś znalazł? – Zainteresował się Cox. Usiadł na krześle.

– Niby co? Powiedziałby nam wtedy. Nie, on podobno wyszedł sam i nie było go ładnych parę godzin. Jak wrócił, to nic nie mówił, tylko się uśmiechał. Lenka aż się przestraszyła, zbadała go, ale na razie nic dziwnego nie znalazła. Teraz sprawdza jego krew.

– A może dopadli go kosmici, którzy wyżrą nam wszystkim mózgi? – Cox zachichotał z własnego dowcipu, a Alicja skrzywiła się zirytowana: czy on musi tak dziwnie przeciągać słowa i jeszcze ten jego ośli śmiech, doprawdy! – Twój najwyraźniej już zeżarli – wymamrotała i wróciła do pracy.

***

Alicji zamkniętej w bunkrze tamten żart kolegi (o kosmitach i wyżeraniu mózgów) wydał się nagle bardzo śmieszny. Śmiała się więc i śmiała, aż rozbolała ją przepona. Ledwo mogła złapać oddech. Skuliła się na zimnej podłodze, dysząc szybko jak po biegu. Tak. Już lepiej. Uspokoiła się wreszcie. Patrzyła na zegar, wiszący na ścianie. Była ósma wieczorem. Za godzinę będzie dziewiąta. Potem dziesiąta. Codziennie te same godziny, w kółko, każdego dnia.

– Czuję się jak chomik w kołowrotku. Miałam kiedyś takiego chomika, biegał, głupi, nie ruszając się z miejsca, przebierał łapkami, jakby wierzył, że gdzieś dobiegnie, może do jakiegoś chomikowego raju. Jestem jak ten chomik. A tam nad moją głową jest kosmos, tam jest inny czas, nie ten chomikowy, kołowrotkowy, tylko taki prawdziwy, sunący przed siebie, jak wielki stary pociąg. Wielki stary pociąg miażdży nieostrożnych podróżnych. Niech to szlag, gadam do siebie, jak wariatka. Hej! – Zawołała, ale nie odpowiedziało jej nawet echo…

***

Zauważyła je po południu. Myszy. Wszystkie leżały martwe na dnie akwarium. Plamy krwi przypominały różyczki namalowane na szybie. Czerwone kropelki przykleiły się do szklanych ścianek. Alicja natychmiast wezwała Roberta Coxa.

***

– Jak to zniknęły? Co chcesz przez to powiedzieć? – Alicja przysiadła na biurku ze skrzyżowanymi ramionami, wpatrując się w Roberta Coxa, jakby widziała go po raz pierwszy. Tamten chodził w kółko, z rękami w kieszeniach.

– Blurpy. Wszystkie zniknęły. Nie ma ich. Ktoś, je, cholera, podpieprzył!

– Po co? I co do ma wspólnego z tymi zdechłymi myszami? Mówże wreszcie!

Cox rzucił niespokojne spojrzenie na drzwi, które wcześniej starannie zamknął.

– Wszczepiłem im blurpa.

– Wszczepiłeś im… Skąd ci to przyszło do głowy?

– Nie wiem. Sama wiesz… Były uśpione. Może od tysięcy lat. Ale żywe, wiedziałem to, miałem rację! I wiesz, co? Pomyślałem, że spróbuję z myszami. Co mi szkodziło? I udało się, blurpy ożyły, zagnieździły się w mózgach myszy. To pasożyty.

– Nie wykorzystałeś wszystkich. Tylko część…

– Właśnie. I ta reszta zniknęła.

– Kto mógł je zabrać? I po co?

– Nie wiem. Nie mam pojęcia.

– A skąd wiesz, że to nie ja, geniuszu?

– Aaa… to…ty? – Cox zatrzymał się i wytrzeszczył oczy.

– Nie, to nie ja. Zajmijmy się tymi myszami. Rusz się ofiaro!

Ostrożnie zbadali myszy. To, co zostało z ich mózgów, przypominało Alicji kaszkę z sokiem malinowym, zjadaną u babci. Kochana babunia siadała z robótką po drugiej stronie stołu, dziergając czapeczkę, sweterek albo szalik, przez otwarte okno wpadało powietrze pachnące koniczyną, mama robiła sobie poranną kawę i dobrze im było, z dala od rozrastającego się miasta, dobrze widocznego na horyzoncie. Po niebie śmigały szybkoloty, spłoszone ptaki kryły się wśród gałęzi jeszcze nie ściętych drzew. A babcia opowiadała bajki, sok malinowy (z prawdziwych malin!) pieścił Ali język: to było dobre. Tak, pomyślała dorosła Alicja, egzobiolog, to było dobre, ale się skończyło. Teraz zamiast kaszki z sokiem mam mysie mózgi. A raczej nie mózgi, tylko coś, co pojawiło się na ich miejscu. Coś, co przypominało jajeczka, dużo jajeczek, całe mnóstwo jajeczek.

– Musimy to zabezpieczyć. – Usłyszała głos Coxa. I swoją odpowiedź: tak.

– Sprawdzałeś aktywność mózgu?

– Trzy razy dziennie. Kilka godzin przed śmiercią myszy zapadły w śpiączkę. Potem je znalazłaś.

– Ale kto… – Alicja nie dokończyła. Odwróciła się. Ktoś wszedł do środka. Ich lekarka, Lenka. Alicja lubiła Lenkę, sympatycznego rudzielca zawsze uśmiechniętego od ucha do ucha. Teraz Lenka też się uśmiechała. Tylko jakoś inaczej. Patrzyła na nich, nie mrugając. Jedną rękę chowała za plecami.

– Leenkaa? Coo roobisz? – Cox zrobił krok do tyłu. W tym momencie Lenka rzuciła się na niego, wbijając mu igłę w szyję. Alicja nie pamiętała później, jak znalazła się za drzwiami. Zamknęła laboratorium i uciekła. Wrzask Roberta dźwięczał jej w uszach.

***

 Siedziała oparta o ścianę. Starała się nie zasnąć. Dochodziła północ. Godzinę wcześniej zgasło światło, zapaliła więc małą latarkę, żeby nie siedzieć w ciemności. Mały krąg światła, a poza nim mrok. Oświetlała ściany, sufit i wszystkie kąty. Była sama. Sama w ciemności. Jak pół roku temu, kiedy ześliznęła się z lodowca.

Dopiero co przylecieli z Tytana, na którym pracowali prawie dwa lata. Pierwszy raz od przylotu wyszli na powierzchnię HD 148394d, planety krążącej wokół czerwonego karła, dziesięć lat świetlnych od Układu Słonecznego. HD 148394d, jedyna z czterech planet układu znajdująca się w ekosferze, okrążała swą gwiazdę stale zwrócona do niej tą samą stroną. Bazę założono po nocnej stronie planety, tam też odkryto różne jednokomórkowe formy życia.

Wyszli we troje: Alicja, Robert i szef. Zbierali próbki. Alicja słyszała zniekształcone głosy kolegów, pikanie czujników oraz swój własny oddech. Szli powoli po grubej pokrywie lodowej. Otaczające bazę wysokie góry chroniły ich przed gwałtownymi wichurami, szalejącymi na planecie, więc nie byli ze sobą spięci.

W pewnej chwili Alicja pośliznęła się i zjechała po zboczu kilkumetrowego wzniesienia. Znalazła się na dnie jakby niewielkiej dolinki. Wstała: cała i zdrowa, na szczęście. Reflektory oświetlały większą część badanego przez nich właśnie terenu, ale dolinka znajdowała się poza kręgiem światła. Alicja zapaliła latarkę, w jasnym dysku ukazała się zimna biel wiecznego śniegu. Ponad jej głową świeciły gwiazdy, doskonale widoczne na czarnym niebie. Była sama w tej otchłani, pośród nieprzeniknionej ciemności, tam, gdzie nigdy nie ma świtu, w krainie nieustającej nocy. Poczuła się samotna, zagubiona gdzieś w kosmosie, z dala od ludzi. Miliardy gwiazd świeciły na niebie, w nigdy niezmąconej ciszy: milczące niebo obcego świata. ,,Jestem tu intruzem” pomyślała Alicja, ,,skazą na doskonałości.” Znaleźli ją po kilku minutach, ale Alicji wydawało się, że minęła cała wieczność, zanim zobaczyła dwie postaci w skafandrach na górze, na granicy światła i ciemności.

***

Obudził ją ból głowy, lekki ucisk jak przy deszczowej pogodzie. Wstała i oparła głowę o chłodną ścianę.

Czyżby miała to w sobie?

Nie wiedziała czy innych bolała głowa. Nie wiedziała, kiedy umrą. Cztery osoby skazane na zagładę. Bez pomocy. Bez nadziei.

Tymczasem na Ziemi prawie osiem miliardów ludzi nie zdawało sobie sprawy ze zbliżającego się niebezpieczeństwa.

***

 

Po ucieczce z laboratorium biegła przed siebie, nie zastanawiając się, dokąd zmierza. Nagle natknęła się na trzy z czterech robotów znajdujących się w bazie: stały nieruchome, jeden przy drugim. Lampki kontrolne nie świeciły się.  

Novak pobiegła do sali Komputera Głównego. Brak łączności z Ziemią. W stronę planety macierzystej podąża ładunek wysłany trzy godziny wcześniej. Zmiana polecenia niemożliwa.

A co z Hermesem? Alicja spróbowała nawiązać łączność z komputerem sterującym ich statkiem, znajdującym się na orbicie. Nic. Hermes zniknął.

Wtedy postanowiła ukryć się w bunkrze. Przeczekać. Może tam będzie bezpieczna.

Blurpy. To Cox je tak nazwał. Alicja nie lubiła nadawać nazw, wydawało jej się to niestosowne, jakby zawłaszczali sobie to, co do nich nie należało. Byli przecież tylko gośćmi w tych obcych światach, wędrowcami podróżującymi od planety do planety.

Kiedyś, na Tytanie, wydawało jej się, że dostrzegła coś kątem oka. Stała nad krystalicznie przejrzystym jeziorem metanu pomarańczowe chmury kłębiły się na niebie, a w oddali majaczyły góry. Wszystko miało ciepłą brązowoczerwoną barwę, przez co wydawało się trochę nierzeczywiste: jakby wystarczył silniejszy podmuch wiatru, żeby się rozpadło. Wokoło panował rdzawy półmrok, jak na Ziemi o zachodzie słońca, kiedy ostatnie promienie znikają za horyzontem. Po jeziorze pływało stadko latawców, ogromnych jednokomórkowców żywiących się wodorem. Alicja, zafascynowana, przykucnęła na brzegu, żeby lepiej im się przyjrzeć i przez chwilę miała wrażenie, że coś ją obserwuje. Odwróciła się, ale zobaczyła tylko szefa, zbierał próbki kilka metrów dalej, odwrócony do niej plecami. Oprócz nich nie było nikogo. Po chwili szef wyprostował się, usłyszała jego lekko zniekształcony głos:

– Wracamy, Novak. To koniec na dzisiaj. – Stary w skafandrze wyglądał dziwnie obco, niewyraźna sylwetka w półmroku, na głowie hełm, więc twarzy w ogóle nie było widać. Wrócili razem do bazy.

***

Ból głowy nie ustępował. Mógł być skutkiem zmęczenia i stresu. Albo objawem obecności blurpa w mózgu. Alicja wolałaby to pierwsze wyjaśnienie. Bo jeśli to blurp, zostało jej najwyżej kilkanaście godzin do zapadnięcia w śpiączkę i śmierci.

Podczas sekcji zwłok myszy nosili kombinezony ochronne, więc wtedy nie mogła się zarazić. Ale mogli to dodać do jedzenia. Albo do wody.

Alicja zerwała się z miejsca i podbiegła do lustra wiszącego nad jedną z umywalek. Blada cera, sińce pod oczami, rozszerzone źrenice. Musiała oprzeć się o umywalkę, bo brakowało jej sił.

Jak długo jeszcze? Ile jeszcze musi znieść? ,,Ja tego nie wytrzymam, kurwa, nie wytrzymam!” Lustro pękło kalecząc boleśnie jej dłoń. To przyniosło jej ulgę. Nie panikuj. Rób, co chcesz, ale nie wpadaj w panikę!

Znalazła apteczkę, opatrzyła krwawiącą rękę. Bolało. ,,To dobrze, że boli, to znaczy, że jeszcze żyję.” – pomyślała. Teraz musi pomyśleć. Wystarczy… pomyśleć.

Zasnęła. Przyśniła jej się Ziemia. Miała czternaście lat, przyjechała do babci. Dzień był gorący, tylko lekki wietrzyk nieco łagodził upał. Kropelki potu spływały jej po plecach, łaskocząc delikatnie.

Miasto znajdowało się bliżej niż kiedyś, prawie czuła zapach rozgrzanego betonu, silniki szybkolotów wypłoszyły ptaki, które wyniosły się gdzie indziej. Coraz trudniej było zdobyć maliny, słodkie maliny.

Alicja nie myślała ani o mieście ani o malinach. Wpatrywała się w przejrzyste, błękitne niebo. Wysoko nad jej głową świeciło słońce. Trochę niżej jaśniało intensywnie drugie źródło światła. Supernowa. Tamtego dnia Alicja zrozumiała, że kiedyś tam poleci, wysoko ku gwiazdom. Czasem śniła o tym, że staje się lżejsza od powietrza, unosi się: wkrótce Ziemia znika, a odległe galaktyki wirują wokół niej. Jakaś odwieczna tęsknota kazała jej opuścić dom i wyruszyć w nieznane.

We śnie śnionym w bunkrze Alicja nie wróciła domu na kolację, ale uniosła się i wokoło zaroiło się od gwiazd, a Ziemia stała się malutką plamką. Nagle usłyszała melodię, znała ją, przypomniała ją sobie, kiedy leżała w komorze hibernacyjnej na statku kosmicznym Hermes. Mijali wtedy Plutona, czekał ich bardzo długi sen, bo podróż miała trwać prawie czterdzieści lat. Taka ładna piosenka: czy to babcia ją śpiewała czy mama?

,,Dookoła woda niebieska,

 na wodzie łódka z orzeszka.

 I w paski i prążki, i w paski

 i w prążki leciutki  żagiel ze wstążki.

 La la la la la la la la la la la, dokąd płynie łódka ta?”

Alicja zwinięta w kłębek na twardej podłodze bunkra uśmiechnęła się we śnie.

***

Ze snu gwałtownie wyrwało ją uruchomienie oświetlenia: zaczęła się pora dzienna. Zakryła ręką oczy, próbując obronić się przed jaskrawym sztucznym światłem. Tylko Lenka, która całe życie spędziła na statkach i stacjach kosmicznych była całkowicie do niego przyzwyczajona.

Alicja mrugając, powoli usiadła. Otaczały ją te same puste białe ściany, co poprzedniego wieczoru. Ta sama zimna podłoga. Zegar na ścianie wskazywał szóstą.

Z jednej z licznych tubek wycisnęła na mały talerzyk śniadanie: pożywna mieszanka w kształcie kulki zatrzęsła się lekko jak galaretka. Zjadła powoli, siedząc na podłodze i trzymając talerzyk w lewej ręce. Wstała powoli. W zamyśleniu gładziła chłodną, gładką ścianę.

Nie chciała reszty życia spędzić w bunkrze. Nadziei na ratunek i tak nie miała, ich zespół był sam w tej części kosmosu.

Przynajmniej będzie mogła coś zrobić.

Podeszła do drzwi. Otworzyły się po wpisaniu odpowiedniego kodu. Przed sobą miała długi korytarz. Szła ostrożnie, najciszej jak potrafiła. W jednej ręce ściskała gaz paraliżujący, w drugiej małe lusterko. Dotarła do pierwszego zakrętu. Przy pomocy lusterka sprawdziła, co znajduje się za nim. Pusto.

Słyszała tylko odgłos własnych kroków oraz szum klimatyzacji. Od czasu do czasu oglądała się za siebie. Nikt się za nią nie skradał.

Zatrzymała się na chwilę przy drzwiach laboratorium. Były zamknięte, nie dochodził zza nich żaden dźwięk. Z trudem oparła się pokusie, żeby je otworzyć. Nie potrafiła pomóc Lence i Robertowi. Nie mogła pomóc nawet samej sobie. Ruszyła dalej. Powtarzała sobie, że to się niedługo skończy. Była zmęczona.

Drzwi do hangaru były otwarte. ,,Boże, tylko nie to.” Ostrożnie zajrzała do środka. Stary leżał bez ruchu na podłodze blisko wejścia. Mały statek kosmiczny klasy M -100 przeznaczony do niedalekich podróży wydawał się nienaruszony, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Alicja weszła po krótkiej chwili wahania.

Zatrzymała się, bo wydawało jej się, że usłyszała jakiś szmer. ,,Ktoś za mną stoi.” Odwróciła się. Nikogo.

Stary wciąż leżał. Nie ruszał się. Nie żył? A może to była tylko pułapka? Chciała sprawdzić, ale zrezygnowała. Pewnie zapadł w śpiączkę.

Wsiadła. Zapięła pasy. ,,No to ruszamy.” Wcisnęła parę przycisków i automatycznie otwierany właz hangaru umieszczony na suficie otworzył się. Alicja uruchomiła silniki. Statek wzniósł się. Odleciał. Novak zacisnęła zęby, statek z trudem opierał się wichurze. Wreszcie wzbił się ponad górne warstwy atmosfery i znalazł się w przestrzeni kosmicznej. Widoczna w iluminatorze gwiazda HD 148394 była coraz mniejsza, aż w końcu stała się czerwonym punkcikiem. Alicja wybrała kurs i włączyła hipernapęd. Cała przestrzeń zawirowała, widać było tylko światło. Po kilkunastu minutach statek zaczął zwalniać, Alicja znowu zobaczyła gwiazdy. Wiedziała, że jest bardzo blisko, teraz wystarczy namierzyć ładunek i chwycić go wiązką. Udało się. Ogromne tytanowe szczypce chwyciły coś przypominającego metalowy termos i umieściły go w komorze załadunkowej. ,,Zrobiłaś to. Brawo! Niestety, szczęśliwego zakończenia nie będzie. Nie dla ciebie.”

Założyła kombinezon ochronny i ostrożnie odkręciła pokrywkę. Wewnątrz znajdował się spory meteoryt, pokryty przypominającą mech materią organiczną.

Podobny meteoryt znaleźli na HD 148394d. Alicja, Stary i Cox czekali cierpliwie, aż roboty wydobędą go spod lodu. Stali w kręgu światła, otaczająca ich ciemność zdawała się tak gęsta, że aż namacalna. Alicja poczuła mrowienie na karku, wydawało jej się, że ktoś ich obserwuje. Odwróciła się tak gwałtownie, że potrąciła Roberta.

– Wszystko w porządku? – Usłyszała ten jego śpiewny, teraz lekko zniekształcony głos i oprzytomniała. ,,To tylko ciemność” powiedziała sobie.

A chwilę potem roboty wydobyły meteoryt. Wtedy znaleźli blurpy. Przybyły z daleka, nie wiedzieli skąd. Dwa tygodnie później Alicja Novak wyjęła identyczny kawałek skały z metalowego pojemnika, przechwyconego w drodze na Ziemię. Przyglądała mu się przez chwilę, po czym ponownie umieściła go w pojemniku.

Zdjęła kombinezon. Spojrzała na panel kontrolny. Miała za mało paliwa, żeby dolecieć do najbliższej kolonii. Mogła wysłać sygnał S.O.S, ale zanim przybędzie pomoc, ona dawno będzie martwa. Była w pułapce.

Założyła więc skafander kosmiczny. Nie chciała umierać powoli za pragnienia, zamknięta w ciasnej skorupie statku. Skoro kosmos ma ją zabić, ona wyjdzie mu naprzeciw. Otworzyła kabinę pilota, została wyssana na zewnątrz. Oddalała się od statku, zupełnie jakby porwał ją niewidzialny prąd. Wkrótce statek zniknął jej z oczu. Rozejrzała się. Wokoło świeciły gwiazdy, liczniejsze niż ziarenka piasku na plaży. Nie było tam nikogo oprócz niej, otaczała ją wielka cicha pustka. Obróciła się, a gwiazdy zawirowały jak płatki śniegu. Przypomniały jej się zimy na Ziemi: czasem padał tak gęsty śnieg, że nie widać było miasta, miała wrażenie, że na świecie nie ma nikogo, tylko ona, mama, babcia, kot i sok malinowy. Domu babci już pewnie nie ma, pochłonęło go miasto, beton i żelazo zalały soczystą trawę, ptaki odeszły na zawsze.

Alicja pomyślała, że powinna być zrozpaczona, ale nie była. Właściwie czuła się niemal szczęśliwa. Rozejrzała się: otaczała ją nieskończona przestrzeń. ,,Jakie to wszystko jest piękne” pomyślała. ,,Ta cała nieskończoność.”

Mijały minuty, godziny. Poczuła głód i parcie na pęcherz. ,,To już.” Nie powinna tego przeciągać. Lepiej zrobić to teraz, póki jeszcze ma siłę. Nagle poczuła strach, żołądek ścisnął jej się w bolesnym skurczu. Zacisnęła szczęki, żeby nie zwymiotować. ,,Nie będę rzygać!” Starała się oddychać głęboko. Patrzyła w ciemność. Kosmos milczał, słyszała tylko własny oddech.

Jednym szybkim ruchem, tak, by nie mieć czasu na zmianę zdania, rozszczelniła hełm.

 

 

Alicja przypomniała sobie kocie futerko pachnące słońcem i siebie wtuloną w sierść, szczęśliwą i beztroską. Miała jakieś siedem, osiem lat, niebieską sukienkę w kwiatki i warkoczyki.

Nie wiedziała, skąd w jej głowie wziął się ten obraz z przeszłości, akurat teraz, kiedy otaczały ją białe ściany bunkra. Widocznie to wspomnienie było jej potrzebne, aby przetrwać, nie poddać się otaczającej ją ze wszystkich stron pustce.

Siedziała pod ścianą, skulona, głowę oparła na kolanach. Po raz kolejny pomyślała, że to koniec. Kiedyś skończą się zapasy żywności. Wtedy będzie miała wybór: umrzeć albo…

***

Wszystko zaczęło się dwa dni wcześniej. Doktor Alicja Novak siedziała w laboratorium, kończąc codzienny raport. Ona i drugi egzobiolog, Robert Cox, mieli sporo pracy, choć jedynymi formami życia zamieszkującymi planetę HD 148394d były nudne organizmy jednokomórkowe.

Kobieta poprawiła opadający jej na czoło kosmyk włosów, spojrzała na migający monitor, wsłuchiwała się w jednostajny szum klimatyzacji. Zamarzyła o herbacie (,,zamarzyć o czymś” to wyrażenie często używane przez jej babcię, Alicji kojarzyło się z domem), odsunęła się od komputera, przymknęła oczy i pomyślała, że trzeba by się ruszyć, bo herbata sama się nie zrobi.

Wtedy wszedł Robert.

– Zauważyłaś, że Stary ostatnio zachowuje się dziwnie? – zapytał, lekko przeciągając samogłoski. Nawet nie spojrzał na koleżankę: podszedł do akwarium z myszami i zajął się odczytywaniem wyników pomiarów aktywności życiowej, wyświetlających się na małym monitorku.

– Nie. Co takiego dziwnego zrobił? – Doktor Novak nie odrywała wzroku od ekranu komputera. Nudził ją trochę ten wymoczkowaty blondynek, ale jego towarzystwo było lepsze niż żadne.

– Spotkałem go właśnie. Uśmiechał się do siebie jakoś tak dziwnie. Wydawał się nieobecny, nie odpowiedział na moje pytanie, jakby mnie nie słyszał. Nawet na mnie nie spojrzał.

– Może jest chory? Lenka powinna go zbadać.

-To spróbuj go do tego namówić, dostaniesz ode mnie tubkę pasy czekoladowej.

– Przecież dawno zjadłeś swój przydział!

– A nie, została mi jedna tubka. Miałem ją otworzyć w Święta. Widziałaś może próbkę C47? – Alicja Novak wzruszyła tylko ramionami i wróciła do pracy, niech blondynek sam szuka swoich próbek. W końcu raport sam się nie napisze.

 

***

– Podobno na HD 198664 mają inteligentną galaretę.

– Hmmm? – To było następnego dnia po tym, jak Cox zauważył dziwne zachowanie szefa. Novak od rana siedziała nad mikroskopem i potwornie bolał ją kręgosłup. Oderwała się od okulara i próbowała rozmasować zesztywniałe mięśnie.

– Słyszałam. Potrafi przybierać różne kształty. Kiedy chce dostać jakąś rzecz, upodabnia się do niej. Ponoć szczególnie upodobała sobie kabanosy, dlatego często wygląda jak kabanos. Nie wiem, czy to świadczy o inteligencji, ale o łakomstwie na pewno. A teraz zrób mi herbaty, dobra? Albo lepiej kawy.

– Jak panienka sobie życzy. – Robert rozczochrał sobie włosy, przez co przypominały nieco zużytą samobieżną miotełkę do kurzu, jakiej używała babcia Alicji. Wkrótce przed samą Alicją stanęła upragniona kawa. Jak dobrze było zacisnąć palce na gorącym kubku!

– Podobno szef spędził cały dzień na powierzchni.

– Serio? Może coś znalazł? – Zainteresował się Cox. Usiadł na krześle.

– Niby co? Powiedziałby nam wtedy. Nie, on podobno wyszedł sam i nie było go ładnych parę godzin. Jak wrócił, to nic nie mówił, tylko się uśmiechał. Lenka aż się przestraszyła, zbadała go, ale na razie nic dziwnego nie znalazła. Teraz sprawdza jego krew.

– A może dopadli go kosmici, którzy wyżrą nam wszystkim mózgi? – Cox zachichotał z własnego dowcipu, a Alicja skrzywiła się zirytowana: czy on musi tak dziwnie przeciągać słowa i jeszcze ten jego ośli śmiech, doprawdy! – Twój najwyraźniej już zeżarli – wymamrotała i wróciła do pracy.

***

Alicji zamkniętej w bunkrze tamten żart kolegi (o kosmitach i wyżeraniu mózgów) wydał się nagle bardzo śmieszny. Śmiała się więc i śmiała, aż rozbolała ją przepona. Ledwo mogła złapać oddech. Skuliła się na zimnej podłodze, dysząc szybko jak po biegu. Tak. Już lepiej. Uspokoiła się wreszcie. Patrzyła na zegar, wiszący na ścianie. Była ósma wieczorem. Za godzinę będzie dziewiąta. Potem dziesiąta. Codziennie te same godziny, w kółko, każdego dnia.

– Czuję się jak chomik w kołowrotku. Miałam kiedyś takiego chomika, biegał, głupi, nie ruszając się z miejsca, przebierał łapkami, jakby wierzył, że gdzieś dobiegnie, może do jakiegoś chomikowego raju. Jestem jak ten chomik. A tam nad moją głową jest kosmos, tam jest inny czas, nie ten chomikowy, kołowrotkowy, tylko taki prawdziwy, sunący przed siebie, jak wielki stary pociąg. Wielki stary pociąg miażdży nieostrożnych podróżnych. Niech to szlag, gadam do siebie, jak wariatka. Hej! – Zawołała, ale nie odpowiedziało jej nawet echo…

***

Zauważyła je po południu. Myszy. Wszystkie leżały martwe na dnie akwarium. Plamy krwi przypominały różyczki namalowane na szybie. Czerwone kropelki przykleiły się do szklanych ścianek. Alicja natychmiast wezwała Roberta Coxa.

***

– Jak to zniknęły? Co chcesz przez to powiedzieć? – Alicja przysiadła na biurku ze skrzyżowanymi ramionami, wpatrując się w Roberta Coxa, jakby widziała go po raz pierwszy. Tamten chodził w kółko, z rękami w kieszeniach.

– Blurpy. Wszystkie zniknęły. Nie ma ich. Ktoś, je, cholera, podpieprzył!

– Po co? I co do ma wspólnego z tymi zdechłymi myszami? Mówże wreszcie!

Cox rzucił niespokojne spojrzenie na drzwi, które wcześniej starannie zamknął.

– Wszczepiłem im blurpa.

– Wszczepiłeś im… Skąd ci to przyszło do głowy?

– Nie wiem. Sama wiesz… Były uśpione. Może od tysięcy lat. Ale żywe, wiedziałem to, miałem rację! I wiesz, co? Pomyślałem, że spróbuję z myszami. Co mi szkodziło? I udało się, blurpy ożyły, zagnieździły się w mózgach myszy. To pasożyty.

– Nie wykorzystałeś wszystkich. Tylko część…

– Właśnie. I ta reszta zniknęła.

– Kto mógł je zabrać? I po co?

– Nie wiem. Nie mam pojęcia.

– A skąd wiesz, że to nie ja, geniuszu?

– Aaa… to…ty? – Cox zatrzymał się i wytrzeszczył oczy.

– Nie, to nie ja. Zajmijmy się tymi myszami. Rusz się ofiaro!

Ostrożnie zbadali myszy. To, co zostało z ich mózgów, przypominało Alicji kaszkę z sokiem malinowym, zjadaną u babci. Kochana babunia siadała z robótką po drugiej stronie stołu, dziergając czapeczkę, sweterek albo szalik, przez otwarte okno wpadało powietrze pachnące koniczyną, mama robiła sobie poranną kawę i dobrze im było, z dala od rozrastającego się miasta, dobrze widocznego na horyzoncie. Po niebie śmigały szybkoloty, spłoszone ptaki kryły się wśród gałęzi jeszcze nie ściętych drzew. A babcia opowiadała bajki, sok malinowy (z prawdziwych malin!) pieścił Ali język: to było dobre. Tak, pomyślała dorosła Alicja, egzobiolog, to było dobre, ale się skończyło. Teraz zamiast kaszki z sokiem mam mysie mózgi. A raczej nie mózgi, tylko coś, co pojawiło się na ich miejscu. Coś, co przypominało jajeczka, dużo jajeczek, całe mnóstwo jajeczek.

– Musimy to zabezpieczyć. – Usłyszała głos Coxa. I swoją odpowiedź: tak.

– Sprawdzałeś aktywność mózgu?

– Trzy razy dziennie. Kilka godzin przed śmiercią myszy zapadły w śpiączkę. Potem je znalazłaś.

– Ale kto… – Alicja nie dokończyła. Odwróciła się. Ktoś wszedł do środka. Ich lekarka, Lenka. Alicja lubiła Lenkę, sympatycznego rudzielca zawsze uśmiechniętego od ucha do ucha. Teraz Lenka też się uśmiechała. Tylko jakoś inaczej. Patrzyła na nich, nie mrugając. Jedną rękę chowała za plecami.

– Leenkaa? Coo roobisz? – Cox zrobił krok do tyłu. W tym momencie Lenka rzuciła się na niego, wbijając mu igłę w szyję. Alicja nie pamiętała później, jak znalazła się za drzwiami. Zamknęła laboratorium i uciekła. Wrzask Roberta dźwięczał jej w uszach.

***

 Siedziała oparta o ścianę. Starała się nie zasnąć. Dochodziła północ. Godzinę wcześniej zgasło światło, zapaliła więc małą latarkę, żeby nie siedzieć w ciemności. Mały krąg światła, a poza nim mrok. Oświetlała ściany, sufit i wszystkie kąty. Była sama. Sama w ciemności. Jak pół roku temu, kiedy ześliznęła się z lodowca.

Dopiero co przylecieli z Tytana, na którym pracowali prawie dwa lata. Pierwszy raz od przylotu wyszli na powierzchnię HD 148394d, planety krążącej wokół czerwonego karła, dziesięć lat świetlnych od Układu Słonecznego. HD 148394d, jedyna z czterech planet układu znajdująca się w ekosferze, okrążała swą gwiazdę stale zwrócona do niej tą samą stroną. Bazę założono po nocnej stronie planety, tam też odkryto różne jednokomórkowe formy życia.

Wyszli we troje: Alicja, Robert i szef. Zbierali próbki. Alicja słyszała zniekształcone głosy kolegów, pikanie czujników oraz swój własny oddech. Szli powoli po grubej pokrywie lodowej. Otaczające bazę wysokie góry chroniły ich przed gwałtownymi wichurami, szalejącymi na planecie, więc nie byli ze sobą spięci.

W pewnej chwili Alicja pośliznęła się i zjechała po zboczu kilkumetrowego wzniesienia. Znalazła się na dnie jakby niewielkiej dolinki. Wstała: cała i zdrowa, na szczęście. Reflektory oświetlały większą część badanego przez nich właśnie terenu, ale dolinka znajdowała się poza kręgiem światła. Alicja zapaliła latarkę, w jasnym dysku ukazała się zimna biel wiecznego śniegu. Ponad jej głową świeciły gwiazdy, doskonale widoczne na czarnym niebie. Była sama w tej otchłani, pośród nieprzeniknionej ciemności, tam, gdzie nigdy nie ma świtu, w krainie nieustającej nocy. Poczuła się samotna, zagubiona gdzieś w kosmosie, z dala od ludzi. Miliardy gwiazd świeciły na niebie, w nigdy niezmąconej ciszy: milczące niebo obcego świata. ,,Jestem tu intruzem” pomyślała Alicja, ,,skazą na doskonałości.” Znaleźli ją po kilku minutach, ale Alicji wydawało się, że minęła cała wieczność, zanim zobaczyła dwie postaci w skafandrach na górze, na granicy światła i ciemności.

***

Obudził ją ból głowy, lekki ucisk jak przy deszczowej pogodzie. Wstała i oparła głowę o chłodną ścianę.

Czyżby miała to w sobie?

Nie wiedziała czy innych bolała głowa. Nie wiedziała, kiedy umrą. Cztery osoby skazane na zagładę. Bez pomocy. Bez nadziei.

Tymczasem na Ziemi prawie osiem miliardów ludzi nie zdawało sobie sprawy ze zbliżającego się niebezpieczeństwa.

***

 

Po ucieczce z laboratorium biegła przed siebie, nie zastanawiając się, dokąd zmierza. Nagle natknęła się na trzy z czterech robotów znajdujących się w bazie: stały nieruchome, jeden przy drugim. Lampki kontrolne nie świeciły się.  

Novak pobiegła do sali Komputera Głównego. Brak łączności z Ziemią. W stronę planety macierzystej podąża ładunek wysłany trzy godziny wcześniej. Zmiana polecenia niemożliwa.

A co z Hermesem? Alicja spróbowała nawiązać łączność z komputerem sterującym ich statkiem, znajdującym się na orbicie. Nic. Hermes zniknął.

Wtedy postanowiła ukryć się w bunkrze. Przeczekać. Może tam będzie bezpieczna.

Blurpy. To Cox je tak nazwał. Alicja nie lubiła nadawać nazw, wydawało jej się to niestosowne, jakby zawłaszczali sobie to, co do nich nie należało. Byli przecież tylko gośćmi w tych obcych światach, wędrowcami podróżującymi od planety do planety.

Kiedyś, na Tytanie, wydawało jej się, że dostrzegła coś kątem oka. Stała nad krystalicznie przejrzystym jeziorem metanu pomarańczowe chmury kłębiły się na niebie, a w oddali majaczyły góry. Wszystko miało ciepłą brązowoczerwoną barwę, przez co wydawało się trochę nierzeczywiste: jakby wystarczył silniejszy podmuch wiatru, żeby się rozpadło. Wokoło panował rdzawy półmrok, jak na Ziemi o zachodzie słońca, kiedy ostatnie promienie znikają za horyzontem. Po jeziorze pływało stadko latawców, ogromnych jednokomórkowców żywiących się wodorem. Alicja, zafascynowana, przykucnęła na brzegu, żeby lepiej im się przyjrzeć i przez chwilę miała wrażenie, że coś ją obserwuje. Odwróciła się, ale zobaczyła tylko szefa, zbierał próbki kilka metrów dalej, odwrócony do niej plecami. Oprócz nich nie było nikogo. Po chwili szef wyprostował się, usłyszała jego lekko zniekształcony głos:

– Wracamy, Novak. To koniec na dzisiaj. – Stary w skafandrze wyglądał dziwnie obco, niewyraźna sylwetka w półmroku, na głowie hełm, więc twarzy w ogóle nie było widać. Wrócili razem do bazy.

***

Ból głowy nie ustępował. Mógł być skutkiem zmęczenia i stresu. Albo objawem obecności blurpa w mózgu. Alicja wolałaby to pierwsze wyjaśnienie. Bo jeśli to blurp, zostało jej najwyżej kilkanaście godzin do zapadnięcia w śpiączkę i śmierci.

Podczas sekcji zwłok myszy nosili kombinezony ochronne, więc wtedy nie mogła się zarazić. Ale mogli to dodać do jedzenia. Albo do wody.

Alicja zerwała się z miejsca i podbiegła do lustra wiszącego nad jedną z umywalek. Blada cera, sińce pod oczami, rozszerzone źrenice. Musiała oprzeć się o umywalkę, bo brakowało jej sił.

Jak długo jeszcze? Ile jeszcze musi znieść? ,,Ja tego nie wytrzymam, kurwa, nie wytrzymam!” Lustro pękło kalecząc boleśnie jej dłoń. To przyniosło jej ulgę. Nie panikuj. Rób, co chcesz, ale nie wpadaj w panikę!

Znalazła apteczkę, opatrzyła krwawiącą rękę. Bolało. ,,To dobrze, że boli, to znaczy, że jeszcze żyję.” – pomyślała. Teraz musi pomyśleć. Wystarczy… pomyśleć.

Zasnęła. Przyśniła jej się Ziemia. Miała czternaście lat, przyjechała do babci. Dzień był gorący, tylko lekki wietrzyk nieco łagodził upał. Kropelki potu spływały jej po plecach, łaskocząc delikatnie.

Miasto znajdowało się bliżej niż kiedyś, prawie czuła zapach rozgrzanego betonu, silniki szybkolotów wypłoszyły ptaki, które wyniosły się gdzie indziej. Coraz trudniej było zdobyć maliny, słodkie maliny.

Alicja nie myślała ani o mieście ani o malinach. Wpatrywała się w przejrzyste, błękitne niebo. Wysoko nad jej głową świeciło słońce. Trochę niżej jaśniało intensywnie drugie źródło światła. Supernowa. Tamtego dnia Alicja zrozumiała, że kiedyś tam poleci, wysoko ku gwiazdom. Czasem śniła o tym, że staje się lżejsza od powietrza, unosi się: wkrótce Ziemia znika, a odległe galaktyki wirują wokół niej. Jakaś odwieczna tęsknota kazała jej opuścić dom i wyruszyć w nieznane.

We śnie śnionym w bunkrze Alicja nie wróciła domu na kolację, ale uniosła się i wokoło zaroiło się od gwiazd, a Ziemia stała się malutką plamką. Nagle usłyszała melodię, znała ją, przypomniała ją sobie, kiedy leżała w komorze hibernacyjnej na statku kosmicznym Hermes. Mijali wtedy Plutona, czekał ich bardzo długi sen, bo podróż miała trwać prawie czterdzieści lat. Taka ładna piosenka: czy to babcia ją śpiewała czy mama?

,,Dookoła woda niebieska,

 na wodzie łódka z orzeszka.

 I w paski i prążki, i w paski

 i w prążki leciutki  żagiel ze wstążki.

 La la la la la la la la la la la, dokąd płynie łódka ta?”

Alicja zwinięta w kłębek na twardej podłodze bunkra uśmiechnęła się we śnie.

***

Ze snu gwałtownie wyrwało ją uruchomienie oświetlenia: zaczęła się pora dzienna. Zakryła ręką oczy, próbując obronić się przed jaskrawym sztucznym światłem. Tylko Lenka, która całe życie spędziła na statkach i stacjach kosmicznych była całkowicie do niego przyzwyczajona.

Alicja mrugając, powoli usiadła. Otaczały ją te same puste białe ściany, co poprzedniego wieczoru. Ta sama zimna podłoga. Zegar na ścianie wskazywał szóstą.

Z jednej z licznych tubek wycisnęła na mały talerzyk śniadanie: pożywna mieszanka w kształcie kulki zatrzęsła się lekko jak galaretka. Zjadła powoli, siedząc na podłodze i trzymając talerzyk w lewej ręce. Wstała powoli. W zamyśleniu gładziła chłodną, gładką ścianę.

Nie chciała reszty życia spędzić w bunkrze. Nadziei na ratunek i tak nie miała, ich zespół był sam w tej części kosmosu.

Przynajmniej będzie mogła coś zrobić.

Podeszła do drzwi. Otworzyły się po wpisaniu odpowiedniego kodu. Przed sobą miała długi korytarz. Szła ostrożnie, najciszej jak potrafiła. W jednej ręce ściskała gaz paraliżujący, w drugiej małe lusterko. Dotarła do pierwszego zakrętu. Przy pomocy lusterka sprawdziła, co znajduje się za nim. Pusto.

Słyszała tylko odgłos własnych kroków oraz szum klimatyzacji. Od czasu do czasu oglądała się za siebie. Nikt się za nią nie skradał.

Zatrzymała się na chwilę przy drzwiach laboratorium. Były zamknięte, nie dochodził zza nich żaden dźwięk. Z trudem oparła się pokusie, żeby je otworzyć. Nie potrafiła pomóc Lence i Robertowi. Nie mogła pomóc nawet samej sobie. Ruszyła dalej. Powtarzała sobie, że to się niedługo skończy. Była zmęczona.

Drzwi do hangaru były otwarte. ,,Boże, tylko nie to.” Ostrożnie zajrzała do środka. Stary leżał bez ruchu na podłodze blisko wejścia. Mały statek kosmiczny klasy M -100 przeznaczony do niedalekich podróży wydawał się nienaruszony, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Alicja weszła po krótkiej chwili wahania.

Zatrzymała się, bo wydawało jej się, że usłyszała jakiś szmer. ,,Ktoś za mną stoi.” Odwróciła się. Nikogo.

Stary wciąż leżał. Nie ruszał się. Nie żył? A może to była tylko pułapka? Chciała sprawdzić, ale zrezygnowała. Pewnie zapadł w śpiączkę.

Wsiadła. Zapięła pasy. ,,No to ruszamy.” Wcisnęła parę przycisków i automatycznie otwierany właz hangaru umieszczony na suficie otworzył się. Alicja uruchomiła silniki. Statek wzniósł się. Odleciał. Novak zacisnęła zęby, statek z trudem opierał się wichurze. Wreszcie wzbił się ponad górne warstwy atmosfery i znalazł się w przestrzeni kosmicznej. Widoczna w iluminatorze gwiazda HD 148394 była coraz mniejsza, aż w końcu stała się czerwonym punkcikiem. Alicja wybrała kurs i włączyła hipernapęd. Cała przestrzeń zawirowała, widać było tylko światło. Po kilkunastu minutach statek zaczął zwalniać, Alicja znowu zobaczyła gwiazdy. Wiedziała, że jest bardzo blisko, teraz wystarczy namierzyć ładunek i chwycić go wiązką. Udało się. Ogromne tytanowe szczypce chwyciły coś przypominającego metalowy termos i umieściły go w komorze załadunkowej. ,,Zrobiłaś to. Brawo! Niestety, szczęśliwego zakończenia nie będzie. Nie dla ciebie.”

Założyła kombinezon ochronny i ostrożnie odkręciła pokrywkę. Wewnątrz znajdował się spory meteoryt, pokryty przypominającą mech materią organiczną.

Podobny meteoryt znaleźli na HD 148394d. Alicja, Stary i Cox czekali cierpliwie, aż roboty wydobędą go spod lodu. Stali w kręgu światła, otaczająca ich ciemność zdawała się tak gęsta, że aż namacalna. Alicja poczuła mrowienie na karku, wydawało jej się, że ktoś ich obserwuje. Odwróciła się tak gwałtownie, że potrąciła Roberta.

– Wszystko w porządku? – Usłyszała ten jego śpiewny, teraz lekko zniekształcony głos i oprzytomniała. ,,To tylko ciemność” powiedziała sobie.

A chwilę potem roboty wydobyły meteoryt. Wtedy znaleźli blurpy. Przybyły z daleka, nie wiedzieli skąd. Dwa tygodnie później Alicja Novak wyjęła identyczny kawałek skały z metalowego pojemnika, przechwyconego w drodze na Ziemię. Przyglądała mu się przez chwilę, po czym ponownie umieściła go w pojemniku.

Zdjęła kombinezon. Spojrzała na panel kontrolny. Miała za mało paliwa, żeby dolecieć do najbliższej kolonii. Mogła wysłać sygnał S.O.S, ale zanim przybędzie pomoc, ona dawno będzie martwa. Była w pułapce.

Założyła więc skafander kosmiczny. Nie chciała umierać powoli za pragnienia, zamknięta w ciasnej skorupie statku. Skoro kosmos ma ją zabić, ona wyjdzie mu naprzeciw. Otworzyła kabinę pilota, została wyssana na zewnątrz. Oddalała się od statku, zupełnie jakby porwał ją niewidzialny prąd. Wkrótce statek zniknął jej z oczu. Rozejrzała się. Wokoło świeciły gwiazdy, liczniejsze niż ziarenka piasku na plaży. Nie było tam nikogo oprócz niej, otaczała ją wielka cicha pustka. Obróciła się, a gwiazdy zawirowały jak płatki śniegu. Przypomniały jej się zimy na Ziemi: czasem padał tak gęsty śnieg, że nie widać było miasta, miała wrażenie, że na świecie nie ma nikogo, tylko ona, mama, babcia, kot i sok malinowy. Domu babci już pewnie nie ma, pochłonęło go miasto, beton i żelazo zalały soczystą trawę, ptaki odeszły na zawsze.

Alicja pomyślała, że powinna być zrozpaczona, ale nie była. Właściwie czuła się niemal szczęśliwa. Rozejrzała się: otaczała ją nieskończona przestrzeń. ,,Jakie to wszystko jest piękne” pomyślała. ,,Ta cała nieskończoność.”

Mijały minuty, godziny. Poczuła głód i parcie na pęcherz. ,,To już.” Nie powinna tego przeciągać. Lepiej zrobić to teraz, póki jeszcze ma siłę. Nagle poczuła strach, żołądek ścisnął jej się w bolesnym skurczu. Zacisnęła szczęki, żeby nie zwymiotować. ,,Nie będę rzygać!” Starała się oddychać głęboko. Patrzyła w ciemność. Kosmos milczał, słyszała tylko własny oddech.

Jednym szybkim ruchem, tak, by nie mieć czasu na zmianę zdania, rozszczelniła hełm.

 

 

Alicja przypomniała sobie kocie futerko pachnące słońcem i siebie wtuloną w sierść, szczęśliwą i beztroską. Miała jakieś siedem, osiem lat, niebieską sukienkę w kwiatki i warkoczyki.

Nie wiedziała, skąd w jej głowie wziął się ten obraz z przeszłości, akurat teraz, kiedy otaczały ją białe ściany bunkra. Widocznie to wspomnienie było jej potrzebne, aby przetrwać, nie poddać się otaczającej ją ze wszystkich stron pustce.

Siedziała pod ścianą, skulona, głowę oparła na kolanach. Po raz kolejny pomyślała, że to koniec. Kiedyś skończą się zapasy żywności. Wtedy będzie miała wybór: umrzeć albo…

***

Wszystko zaczęło się dwa dni wcześniej. Doktor Alicja Novak siedziała w laboratorium, kończąc codzienny raport. Ona i drugi egzobiolog, Robert Cox, mieli sporo pracy, choć jedynymi formami życia zamieszkującymi planetę HD 148394d były nudne organizmy jednokomórkowe.

Kobieta poprawiła opadający jej na czoło kosmyk włosów, spojrzała na migający monitor, wsłuchiwała się w jednostajny szum klimatyzacji. Zamarzyła o herbacie (,,zamarzyć o czymś” to wyrażenie często używane przez jej babcię, Alicji kojarzyło się z domem), odsunęła się od komputera, przymknęła oczy i pomyślała, że trzeba by się ruszyć, bo herbata sama się nie zrobi.

Wtedy wszedł Robert.

– Zauważyłaś, że Stary ostatnio zachowuje się dziwnie? – zapytał, lekko przeciągając samogłoski. Nawet nie spojrzał na koleżankę: podszedł do akwarium z myszami i zajął się odczytywaniem wyników pomiarów aktywności życiowej, wyświetlających się na małym monitorku.

– Nie. Co takiego dziwnego zrobił? – Doktor Novak nie odrywała wzroku od ekranu komputera. Nudził ją trochę ten wymoczkowaty blondynek, ale jego towarzystwo było lepsze niż żadne.

– Spotkałem go właśnie. Uśmiechał się do siebie jakoś tak dziwnie. Wydawał się nieobecny, nie odpowiedział na moje pytanie, jakby mnie nie słyszał. Nawet na mnie nie spojrzał.

– Może jest chory? Lenka powinna go zbadać.

-To spróbuj go do tego namówić, dostaniesz ode mnie tubkę pasy czekoladowej.

– Przecież dawno zjadłeś swój przydział!

– A nie, została mi jedna tubka. Miałem ją otworzyć w Święta. Widziałaś może próbkę C47? – Alicja Novak wzruszyła tylko ramionami i wróciła do pracy, niech blondynek sam szuka swoich próbek. W końcu raport sam się nie napisze.

 

***

– Podobno na HD 198664 mają inteligentną galaretę.

– Hmmm? – To było następnego dnia po tym, jak Cox zauważył dziwne zachowanie szefa. Novak od rana siedziała nad mikroskopem i potwornie bolał ją kręgosłup. Oderwała się od okulara i próbowała rozmasować zesztywniałe mięśnie.

– Słyszałam. Potrafi przybierać różne kształty. Kiedy chce dostać jakąś rzecz, upodabnia się do niej. Ponoć szczególnie upodobała sobie kabanosy, dlatego często wygląda jak kabanos. Nie wiem, czy to świadczy o inteligencji, ale o łakomstwie na pewno. A teraz zrób mi herbaty, dobra? Albo lepiej kawy.

– Jak panienka sobie życzy. – Robert rozczochrał sobie włosy, przez co przypominały nieco zużytą samobieżną miotełkę do kurzu, jakiej używała babcia Alicji. Wkrótce przed samą Alicją stanęła upragniona kawa. Jak dobrze było zacisnąć palce na gorącym kubku!

– Podobno szef spędził cały dzień na powierzchni.

– Serio? Może coś znalazł? – Zainteresował się Cox. Usiadł na krześle.

– Niby co? Powiedziałby nam wtedy. Nie, on podobno wyszedł sam i nie było go ładnych parę godzin. Jak wrócił, to nic nie mówił, tylko się uśmiechał. Lenka aż się przestraszyła, zbadała go, ale na razie nic dziwnego nie znalazła. Teraz sprawdza jego krew.

– A może dopadli go kosmici, którzy wyżrą nam wszystkim mózgi? – Cox zachichotał z własnego dowcipu, a Alicja skrzywiła się zirytowana: czy on musi tak dziwnie przeciągać słowa i jeszcze ten jego ośli śmiech, doprawdy! – Twój najwyraźniej już zeżarli – wymamrotała i wróciła do pracy.

***

Alicji zamkniętej w bunkrze tamten żart kolegi (o kosmitach i wyżeraniu mózgów) wydał się nagle bardzo śmieszny. Śmiała się więc i śmiała, aż rozbolała ją przepona. Ledwo mogła złapać oddech. Skuliła się na zimnej podłodze, dysząc szybko jak po biegu. Tak. Już lepiej. Uspokoiła się wreszcie. Patrzyła na zegar, wiszący na ścianie. Była ósma wieczorem. Za godzinę będzie dziewiąta. Potem dziesiąta. Codziennie te same godziny, w kółko, każdego dnia.

– Czuję się jak chomik w kołowrotku. Miałam kiedyś takiego chomika, biegał, głupi, nie ruszając się z miejsca, przebierał łapkami, jakby wierzył, że gdzieś dobiegnie, może do jakiegoś chomikowego raju. Jestem jak ten chomik. A tam nad moją głową jest kosmos, tam jest inny czas, nie ten chomikowy, kołowrotkowy, tylko taki prawdziwy, sunący przed siebie, jak wielki stary pociąg. Wielki stary pociąg miażdży nieostrożnych podróżnych. Niech to szlag, gadam do siebie, jak wariatka. Hej! – Zawołała, ale nie odpowiedziało jej nawet echo…

***

Zauważyła je po południu. Myszy. Wszystkie leżały martwe na dnie akwarium. Plamy krwi przypominały różyczki namalowane na szybie. Czerwone kropelki przykleiły się do szklanych ścianek. Alicja natychmiast wezwała Roberta Coxa.

***

– Jak to zniknęły? Co chcesz przez to powiedzieć? – Alicja przysiadła na biurku ze skrzyżowanymi ramionami, wpatrując się w Roberta Coxa, jakby widziała go po raz pierwszy. Tamten chodził w kółko, z rękami w kieszeniach.

– Blurpy. Wszystkie zniknęły. Nie ma ich. Ktoś, je, cholera, podpieprzył!

– Po co? I co do ma wspólnego z tymi zdechłymi myszami? Mówże wreszcie!

Cox rzucił niespokojne spojrzenie na drzwi, które wcześniej starannie zamknął.

– Wszczepiłem im blurpa.

– Wszczepiłeś im… Skąd ci to przyszło do głowy?

– Nie wiem. Sama wiesz… Były uśpione. Może od tysięcy lat. Ale żywe, wiedziałem to, miałem rację! I wiesz, co? Pomyślałem, że spróbuję z myszami. Co mi szkodziło? I udało się, blurpy ożyły, zagnieździły się w mózgach myszy. To pasożyty.

– Nie wykorzystałeś wszystkich. Tylko część…

– Właśnie. I ta reszta zniknęła.

– Kto mógł je zabrać? I po co?

– Nie wiem. Nie mam pojęcia.

– A skąd wiesz, że to nie ja, geniuszu?

– Aaa… to…ty? – Cox zatrzymał się i wytrzeszczył oczy.

– Nie, to nie ja. Zajmijmy się tymi myszami. Rusz się ofiaro!

Ostrożnie zbadali myszy. To, co zostało z ich mózgów, przypominało Alicji kaszkę z sokiem malinowym, zjadaną u babci. Kochana babunia siadała z robótką po drugiej stronie stołu, dziergając czapeczkę, sweterek albo szalik, przez otwarte okno wpadało powietrze pachnące koniczyną, mama robiła sobie poranną kawę i dobrze im było, z dala od rozrastającego się miasta, dobrze widocznego na horyzoncie. Po niebie śmigały szybkoloty, spłoszone ptaki kryły się wśród gałęzi jeszcze nie ściętych drzew. A babcia opowiadała bajki, sok malinowy (z prawdziwych malin!) pieścił Ali język: to było dobre. Tak, pomyślała dorosła Alicja, egzobiolog, to było dobre, ale się skończyło. Teraz zamiast kaszki z sokiem mam mysie mózgi. A raczej nie mózgi, tylko coś, co pojawiło się na ich miejscu. Coś, co przypominało jajeczka, dużo jajeczek, całe mnóstwo jajeczek.

– Musimy to zabezpieczyć. – Usłyszała głos Coxa. I swoją odpowiedź: tak.

– Sprawdzałeś aktywność mózgu?

– Trzy razy dziennie. Kilka godzin przed śmiercią myszy zapadły w śpiączkę. Potem je znalazłaś.

– Ale kto… – Alicja nie dokończyła. Odwróciła się. Ktoś wszedł do środka. Ich lekarka, Lenka. Alicja lubiła Lenkę, sympatycznego rudzielca zawsze uśmiechniętego od ucha do ucha. Teraz Lenka też się uśmiechała. Tylko jakoś inaczej. Patrzyła na nich, nie mrugając. Jedną rękę chowała za plecami.

– Leenkaa? Coo roobisz? – Cox zrobił krok do tyłu. W tym momencie Lenka rzuciła się na niego, wbijając mu igłę w szyję. Alicja nie pamiętała później, jak znalazła się za drzwiami. Zamknęła laboratorium i uciekła. Wrzask Roberta dźwięczał jej w uszach.

***

 Siedziała oparta o ścianę. Starała się nie zasnąć. Dochodziła północ. Godzinę wcześniej zgasło światło, zapaliła więc małą latarkę, żeby nie siedzieć w ciemności. Mały krąg światła, a poza nim mrok. Oświetlała ściany, sufit i wszystkie kąty. Była sama. Sama w ciemności. Jak pół roku temu, kiedy ześliznęła się z lodowca.

Dopiero co przylecieli z Tytana, na którym pracowali prawie dwa lata. Pierwszy raz od przylotu wyszli na powierzchnię HD 148394d, planety krążącej wokół czerwonego karła, dziesięć lat świetlnych od Układu Słonecznego. HD 148394d, jedyna z czterech planet układu znajdująca się w ekosferze, okrążała swą gwiazdę stale zwrócona do niej tą samą stroną. Bazę założono po nocnej stronie planety, tam też odkryto różne jednokomórkowe formy życia.

Wyszli we troje: Alicja, Robert i szef. Zbierali próbki. Alicja słyszała zniekształcone głosy kolegów, pikanie czujników oraz swój własny oddech. Szli powoli po grubej pokrywie lodowej. Otaczające bazę wysokie góry chroniły ich przed gwałtownymi wichurami, szalejącymi na planecie, więc nie byli ze sobą spięci.

W pewnej chwili Alicja pośliznęła się i zjechała po zboczu kilkumetrowego wzniesienia. Znalazła się na dnie jakby niewielkiej dolinki. Wstała: cała i zdrowa, na szczęście. Reflektory oświetlały większą część badanego przez nich właśnie terenu, ale dolinka znajdowała się poza kręgiem światła. Alicja zapaliła latarkę, w jasnym dysku ukazała się zimna biel wiecznego śniegu. Ponad jej głową świeciły gwiazdy, doskonale widoczne na czarnym niebie. Była sama w tej otchłani, pośród nieprzeniknionej ciemności, tam, gdzie nigdy nie ma świtu, w krainie nieustającej nocy. Poczuła się samotna, zagubiona gdzieś w kosmosie, z dala od ludzi. Miliardy gwiazd świeciły na niebie, w nigdy niezmąconej ciszy: milczące niebo obcego świata. ,,Jestem tu intruzem” pomyślała Alicja, ,,skazą na doskonałości.” Znaleźli ją po kilku minutach, ale Alicji wydawało się, że minęła cała wieczność, zanim zobaczyła dwie postaci w skafandrach na górze, na granicy światła i ciemności.

***

Obudził ją ból głowy, lekki ucisk jak przy deszczowej pogodzie. Wstała i oparła głowę o chłodną ścianę.

Czyżby miała to w sobie?

Nie wiedziała czy innych bolała głowa. Nie wiedziała, kiedy umrą. Cztery osoby skazane na zagładę. Bez pomocy. Bez nadziei.

Tymczasem na Ziemi prawie osiem miliardów ludzi nie zdawało sobie sprawy ze zbliżającego się niebezpieczeństwa.

***

 

Po ucieczce z laboratorium biegła przed siebie, nie zastanawiając się, dokąd zmierza. Nagle natknęła się na trzy z czterech robotów znajdujących się w bazie: stały nieruchome, jeden przy drugim. Lampki kontrolne nie świeciły się.  

Novak pobiegła do sali Komputera Głównego. Brak łączności z Ziemią. W stronę planety macierzystej podąża ładunek wysłany trzy godziny wcześniej. Zmiana polecenia niemożliwa.

A co z Hermesem? Alicja spróbowała nawiązać łączność z komputerem sterującym ich statkiem, znajdującym się na orbicie. Nic. Hermes zniknął.

Wtedy postanowiła ukryć się w bunkrze. Przeczekać. Może tam będzie bezpieczna.

Blurpy. To Cox je tak nazwał. Alicja nie lubiła nadawać nazw, wydawało jej się to niestosowne, jakby zawłaszczali sobie to, co do nich nie należało. Byli przecież tylko gośćmi w tych obcych światach, wędrowcami podróżującymi od planety do planety.

Kiedyś, na Tytanie, wydawało jej się, że dostrzegła coś kątem oka. Stała nad krystalicznie przejrzystym jeziorem metanu pomarańczowe chmury kłębiły się na niebie, a w oddali majaczyły góry. Wszystko miało ciepłą brązowoczerwoną barwę, przez co wydawało się trochę nierzeczywiste: jakby wystarczył silniejszy podmuch wiatru, żeby się rozpadło. Wokoło panował rdzawy półmrok, jak na Ziemi o zachodzie słońca, kiedy ostatnie promienie znikają za horyzontem. Po jeziorze pływało stadko latawców, ogromnych jednokomórkowców żywiących się wodorem. Alicja, zafascynowana, przykucnęła na brzegu, żeby lepiej im się przyjrzeć i przez chwilę miała wrażenie, że coś ją obserwuje. Odwróciła się, ale zobaczyła tylko szefa, zbierał próbki kilka metrów dalej, odwrócony do niej plecami. Oprócz nich nie było nikogo. Po chwili szef wyprostował się, usłyszała jego lekko zniekształcony głos:

– Wracamy, Novak. To koniec na dzisiaj. – Stary w skafandrze wyglądał dziwnie obco, niewyraźna sylwetka w półmroku, na głowie hełm, więc twarzy w ogóle nie było widać. Wrócili razem do bazy.

***

Ból głowy nie ustępował. Mógł być skutkiem zmęczenia i stresu. Albo objawem obecności blurpa w mózgu. Alicja wolałaby to pierwsze wyjaśnienie. Bo jeśli to blurp, zostało jej najwyżej kilkanaście godzin do zapadnięcia w śpiączkę i śmierci.

Podczas sekcji zwłok myszy nosili kombinezony ochronne, więc wtedy nie mogła się zarazić. Ale mogli to dodać do jedzenia. Albo do wody.

Alicja zerwała się z miejsca i podbiegła do lustra wiszącego nad jedną z umywalek. Blada cera, sińce pod oczami, rozszerzone źrenice. Musiała oprzeć się o umywalkę, bo brakowało jej sił.

Jak długo jeszcze? Ile jeszcze musi znieść? ,,Ja tego nie wytrzymam, kurwa, nie wytrzymam!” Lustro pękło kalecząc boleśnie jej dłoń. To przyniosło jej ulgę. Nie panikuj. Rób, co chcesz, ale nie wpadaj w panikę!

Znalazła apteczkę, opatrzyła krwawiącą rękę. Bolało. ,,To dobrze, że boli, to znaczy, że jeszcze żyję.” – pomyślała. Teraz musi pomyśleć. Wystarczy… pomyśleć.

Zasnęła. Przyśniła jej się Ziemia. Miała czternaście lat, przyjechała do babci. Dzień był gorący, tylko lekki wietrzyk nieco łagodził upał. Kropelki potu spływały jej po plecach, łaskocząc delikatnie.

Miasto znajdowało się bliżej niż kiedyś, prawie czuła zapach rozgrzanego betonu, silniki szybkolotów wypłoszyły ptaki, które wyniosły się gdzie indziej. Coraz trudniej było zdobyć maliny, słodkie maliny.

Alicja nie myślała ani o mieście ani o malinach. Wpatrywała się w przejrzyste, błękitne niebo. Wysoko nad jej głową świeciło słońce. Trochę niżej jaśniało intensywnie drugie źródło światła. Supernowa. Tamtego dnia Alicja zrozumiała, że kiedyś tam poleci, wysoko ku gwiazdom. Czasem śniła o tym, że staje się lżejsza od powietrza, unosi się: wkrótce Ziemia znika, a odległe galaktyki wirują wokół niej. Jakaś odwieczna tęsknota kazała jej opuścić dom i wyruszyć w nieznane.

We śnie śnionym w bunkrze Alicja nie wróciła domu na kolację, ale uniosła się i wokoło zaroiło się od gwiazd, a Ziemia stała się malutką plamką. Nagle usłyszała melodię, znała ją, przypomniała ją sobie, kiedy leżała w komorze hibernacyjnej na statku kosmicznym Hermes. Mijali wtedy Plutona, czekał ich bardzo długi sen, bo podróż miała trwać prawie czterdzieści lat. Taka ładna piosenka: czy to babcia ją śpiewała czy mama?

,,Dookoła woda niebieska,

 na wodzie łódka z orzeszka.

 I w paski i prążki, i w paski

 i w prążki leciutki  żagiel ze wstążki.

 La la la la la la la la la la la, dokąd płynie łódka ta?”

Alicja zwinięta w kłębek na twardej podłodze bunkra uśmiechnęła się we śnie.

***

Ze snu gwałtownie wyrwało ją uruchomienie oświetlenia: zaczęła się pora dzienna. Zakryła ręką oczy, próbując obronić się przed jaskrawym sztucznym światłem. Tylko Lenka, która całe życie spędziła na statkach i stacjach kosmicznych była całkowicie do niego przyzwyczajona.

Alicja mrugając, powoli usiadła. Otaczały ją te same puste białe ściany, co poprzedniego wieczoru. Ta sama zimna podłoga. Zegar na ścianie wskazywał szóstą.

Z jednej z licznych tubek wycisnęła na mały talerzyk śniadanie: pożywna mieszanka w kształcie kulki zatrzęsła się lekko jak galaretka. Zjadła powoli, siedząc na podłodze i trzymając talerzyk w lewej ręce. Wstała powoli. W zamyśleniu gładziła chłodną, gładką ścianę.

Nie chciała reszty życia spędzić w bunkrze. Nadziei na ratunek i tak nie miała, ich zespół był sam w tej części kosmosu.

Przynajmniej będzie mogła coś zrobić.

Podeszła do drzwi. Otworzyły się po wpisaniu odpowiedniego kodu. Przed sobą miała długi korytarz. Szła ostrożnie, najciszej jak potrafiła. W jednej ręce ściskała gaz paraliżujący, w drugiej małe lusterko. Dotarła do pierwszego zakrętu. Przy pomocy lusterka sprawdziła, co znajduje się za nim. Pusto.

Słyszała tylko odgłos własnych kroków oraz szum klimatyzacji. Od czasu do czasu oglądała się za siebie. Nikt się za nią nie skradał.

Zatrzymała się na chwilę przy drzwiach laboratorium. Były zamknięte, nie dochodził zza nich żaden dźwięk. Z trudem oparła się pokusie, żeby je otworzyć. Nie potrafiła pomóc Lence i Robertowi. Nie mogła pomóc nawet samej sobie. Ruszyła dalej. Powtarzała sobie, że to się niedługo skończy. Była zmęczona.

Drzwi do hangaru były otwarte. ,,Boże, tylko nie to.” Ostrożnie zajrzała do środka. Stary leżał bez ruchu na podłodze blisko wejścia. Mały statek kosmiczny klasy M -100 przeznaczony do niedalekich podróży wydawał się nienaruszony, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Alicja weszła po krótkiej chwili wahania.

Zatrzymała się, bo wydawało jej się, że usłyszała jakiś szmer. ,,Ktoś za mną stoi.” Odwróciła się. Nikogo.

Stary wciąż leżał. Nie ruszał się. Nie żył? A może to była tylko pułapka? Chciała sprawdzić, ale zrezygnowała. Pewnie zapadł w śpiączkę.

Wsiadła. Zapięła pasy. ,,No to ruszamy.” Wcisnęła parę przycisków i automatycznie otwierany właz hangaru umieszczony na suficie otworzył się. Alicja uruchomiła silniki. Statek wzniósł się. Odleciał. Novak zacisnęła zęby, statek z trudem opierał się wichurze. Wreszcie wzbił się ponad górne warstwy atmosfery i znalazł się w przestrzeni kosmicznej. Widoczna w iluminatorze gwiazda HD 148394 była coraz mniejsza, aż w końcu stała się czerwonym punkcikiem. Alicja wybrała kurs i włączyła hipernapęd. Cała przestrzeń zawirowała, widać było tylko światło. Po kilkunastu minutach statek zaczął zwalniać, Alicja znowu zobaczyła gwiazdy. Wiedziała, że jest bardzo blisko, teraz wystarczy namierzyć ładunek i chwycić go wiązką. Udało się. Ogromne tytanowe szczypce chwyciły coś przypominającego metalowy termos i umieściły go w komorze załadunkowej. ,,Zrobiłaś to. Brawo! Niestety, szczęśliwego zakończenia nie będzie. Nie dla ciebie.”

Założyła kombinezon ochronny i ostrożnie odkręciła pokrywkę. Wewnątrz znajdował się spory meteoryt, pokryty przypominającą mech materią organiczną.

Podobny meteoryt znaleźli na HD 148394d. Alicja, Stary i Cox czekali cierpliwie, aż roboty wydobędą go spod lodu. Stali w kręgu światła, otaczająca ich ciemność zdawała się tak gęsta, że aż namacalna. Alicja poczuła mrowienie na karku, wydawało jej się, że ktoś ich obserwuje. Odwróciła się tak gwałtownie, że potrąciła Roberta.

– Wszystko w porządku? – Usłyszała ten jego śpiewny, teraz lekko zniekształcony głos i oprzytomniała. ,,To tylko ciemność” powiedziała sobie.

A chwilę potem roboty wydobyły meteoryt. Wtedy znaleźli blurpy. Przybyły z daleka, nie wiedzieli skąd. Dwa tygodnie później Alicja Novak wyjęła identyczny kawałek skały z metalowego pojemnika, przechwyconego w drodze na Ziemię. Przyglądała mu się przez chwilę, po czym ponownie umieściła go w pojemniku.

Zdjęła kombinezon. Spojrzała na panel kontrolny. Miała za mało paliwa, żeby dolecieć do najbliższej kolonii. Mogła wysłać sygnał S.O.S, ale zanim przybędzie pomoc, ona dawno będzie martwa. Była w pułapce.

Założyła więc skafander kosmiczny. Nie chciała umierać powoli za pragnienia, zamknięta w ciasnej skorupie statku. Skoro kosmos ma ją zabić, ona wyjdzie mu naprzeciw. Otworzyła kabinę pilota, została wyssana na zewnątrz. Oddalała się od statku, zupełnie jakby porwał ją niewidzialny prąd. Wkrótce statek zniknął jej z oczu. Rozejrzała się. Wokoło świeciły gwiazdy, liczniejsze niż ziarenka piasku na plaży. Nie było tam nikogo oprócz niej, otaczała ją wielka cicha pustka. Obróciła się, a gwiazdy zawirowały jak płatki śniegu. Przypomniały jej się zimy na Ziemi: czasem padał tak gęsty śnieg, że nie widać było miasta, miała wrażenie, że na świecie nie ma nikogo, tylko ona, mama, babcia, kot i sok malinowy. Domu babci już pewnie nie ma, pochłonęło go miasto, beton i żelazo zalały soczystą trawę, ptaki odeszły na zawsze.

Alicja pomyślała, że powinna być zrozpaczona, ale nie była. Właściwie czuła się niemal szczęśliwa. Rozejrzała się: otaczała ją nieskończona przestrzeń. ,,Jakie to wszystko jest piękne” pomyślała. ,,Ta cała nieskończoność.”

Mijały minuty, godziny. Poczuła głód i parcie na pęcherz. ,,To już.” Nie powinna tego przeciągać. Lepiej zrobić to teraz, póki jeszcze ma siłę. Nagle poczuła strach, żołądek ścisnął jej się w bolesnym skurczu. Zacisnęła szczęki, żeby nie zwymiotować. ,,Nie będę rzygać!” Starała się oddychać głęboko. Patrzyła w ciemność. Kosmos milczał, słyszała tylko własny oddech.

Jednym szybkim ruchem, tak, by nie mieć czasu na zmianę zdania, rozszczelniła hełm.

 

 

Alicja przypomniała sobie kocie futerko pachnące słońcem i siebie wtuloną w sierść, szczęśliwą i beztroską. Miała jakieś siedem, osiem lat, niebieską sukienkę w kwiatki i warkoczyki.

Nie wiedziała, skąd w jej głowie wziął się ten obraz z przeszłości, akurat teraz, kiedy otaczały ją białe ściany bunkra. Widocznie to wspomnienie było jej potrzebne, aby przetrwać, nie poddać się otaczającej ją ze wszystkich stron pustce.

Siedziała pod ścianą, skulona, głowę oparła na kolanach. Po raz kolejny pomyślała, że to koniec. Kiedyś skończą się zapasy żywności. Wtedy będzie miała wybór: umrzeć albo…

***

Wszystko zaczęło się dwa dni wcześniej. Doktor Alicja Novak siedziała w laboratorium, kończąc codzienny raport. Ona i drugi egzobiolog, Robert Cox, mieli sporo pracy, choć jedynymi formami życia zamieszkującymi planetę HD 148394d były nudne organizmy jednokomórkowe.

Kobieta poprawiła opadający jej na czoło kosmyk włosów, spojrzała na migający monitor, wsłuchiwała się w jednostajny szum klimatyzacji. Zamarzyła o herbacie (,,zamarzyć o czymś” to wyrażenie często używane przez jej babcię, Alicji kojarzyło się z domem), odsunęła się od komputera, przymknęła oczy i pomyślała, że trzeba by się ruszyć, bo herbata sama się nie zrobi.

Wtedy wszedł Robert.

– Zauważyłaś, że Stary ostatnio zachowuje się dziwnie? – zapytał, lekko przeciągając samogłoski. Nawet nie spojrzał na koleżankę: podszedł do akwarium z myszami i zajął się odczytywaniem wyników pomiarów aktywności życiowej, wyświetlających się na małym monitorku.

– Nie. Co takiego dziwnego zrobił? – Doktor Novak nie odrywała wzroku od ekranu komputera. Nudził ją trochę ten wymoczkowaty blondynek, ale jego towarzystwo było lepsze niż żadne.

– Spotkałem go właśnie. Uśmiechał się do siebie jakoś tak dziwnie. Wydawał się nieobecny, nie odpowiedział na moje pytanie, jakby mnie nie słyszał. Nawet na mnie nie spojrzał.

– Może jest chory? Lenka powinna go zbadać.

-To spróbuj go do tego namówić, dostaniesz ode mnie tubkę pasy czekoladowej.

– Przecież dawno zjadłeś swój przydział!

– A nie, została mi jedna tubka. Miałem ją otworzyć w Święta. Widziałaś może próbkę C47? – Alicja Novak wzruszyła tylko ramionami i wróciła do pracy, niech blondynek sam szuka swoich próbek. W końcu raport sam się nie napisze.

 

***

– Podobno na HD 198664 mają inteligentną galaretę.

– Hmmm? – To było następnego dnia po tym, jak Cox zauważył dziwne zachowanie szefa. Novak od rana siedziała nad mikroskopem i potwornie bolał ją kręgosłup. Oderwała się od okulara i próbowała rozmasować zesztywniałe mięśnie.

– Słyszałam. Potrafi przybierać różne kształty. Kiedy chce dostać jakąś rzecz, upodabnia się do niej. Ponoć szczególnie upodobała sobie kabanosy, dlatego często wygląda jak kabanos. Nie wiem, czy to świadczy o inteligencji, ale o łakomstwie na pewno. A teraz zrób mi herbaty, dobra? Albo lepiej kawy.

– Jak panienka sobie życzy. – Robert rozczochrał sobie włosy, przez co przypominały nieco zużytą samobieżną miotełkę do kurzu, jakiej używała babcia Alicji. Wkrótce przed samą Alicją stanęła upragniona kawa. Jak dobrze było zacisnąć palce na gorącym kubku!

– Podobno szef spędził cały dzień na powierzchni.

– Serio? Może coś znalazł? – Zainteresował się Cox. Usiadł na krześle.

– Niby co? Powiedziałby nam wtedy. Nie, on podobno wyszedł sam i nie było go ładnych parę godzin. Jak wrócił, to nic nie mówił, tylko się uśmiechał. Lenka aż się przestraszyła, zbadała go, ale na razie nic dziwnego nie znalazła. Teraz sprawdza jego krew.

– A może dopadli go kosmici, którzy wyżrą nam wszystkim mózgi? – Cox zachichotał z własnego dowcipu, a Alicja skrzywiła się zirytowana: czy on musi tak dziwnie przeciągać słowa i jeszcze ten jego ośli śmiech, doprawdy! – Twój najwyraźniej już zeżarli – wymamrotała i wróciła do pracy.

***

Alicji zamkniętej w bunkrze tamten żart kolegi (o kosmitach i wyżeraniu mózgów) wydał się nagle bardzo śmieszny. Śmiała się więc i śmiała, aż rozbolała ją przepona. Ledwo mogła złapać oddech. Skuliła się na zimnej podłodze, dysząc szybko jak po biegu. Tak. Już lepiej. Uspokoiła się wreszcie. Patrzyła na zegar, wiszący na ścianie. Była ósma wieczorem. Za godzinę będzie dziewiąta. Potem dziesiąta. Codziennie te same godziny, w kółko, każdego dnia.

– Czuję się jak chomik w kołowrotku. Miałam kiedyś takiego chomika, biegał, głupi, nie ruszając się z miejsca, przebierał łapkami, jakby wierzył, że gdzieś dobiegnie, może do jakiegoś chomikowego raju. Jestem jak ten chomik. A tam nad moją głową jest kosmos, tam jest inny czas, nie ten chomikowy, kołowrotkowy, tylko taki prawdziwy, sunący przed siebie, jak wielki stary pociąg. Wielki stary pociąg miażdży nieostrożnych podróżnych. Niech to szlag, gadam do siebie, jak wariatka. Hej! – Zawołała, ale nie odpowiedziało jej nawet echo…

***

Zauważyła je po południu. Myszy. Wszystkie leżały martwe na dnie akwarium. Plamy krwi przypominały różyczki namalowane na szybie. Czerwone kropelki przykleiły się do szklanych ścianek. Alicja natychmiast wezwała Roberta Coxa.

***

– Jak to zniknęły? Co chcesz przez to powiedzieć? – Alicja przysiadła na biurku ze skrzyżowanymi ramionami, wpatrując się w Roberta Coxa, jakby widziała go po raz pierwszy. Tamten chodził w kółko, z rękami w kieszeniach.

– Blurpy. Wszystkie zniknęły. Nie ma ich. Ktoś, je, cholera, podpieprzył!

– Po co? I co do ma wspólnego z tymi zdechłymi myszami? Mówże wreszcie!

Cox rzucił niespokojne spojrzenie na drzwi, które wcześniej starannie zamknął.

– Wszczepiłem im blurpa.

– Wszczepiłeś im… Skąd ci to przyszło do głowy?

– Nie wiem. Sama wiesz… Były uśpione. Może od tysięcy lat. Ale żywe, wiedziałem to, miałem rację! I wiesz, co? Pomyślałem, że spróbuję z myszami. Co mi szkodziło? I udało się, blurpy ożyły, zagnieździły się w mózgach myszy. To pasożyty.

– Nie wykorzystałeś wszystkich. Tylko część…

– Właśnie. I ta reszta zniknęła.

– Kto mógł je zabrać? I po co?

– Nie wiem. Nie mam pojęcia.

– A skąd wiesz, że to nie ja, geniuszu?

– Aaa… to…ty? – Cox zatrzymał się i wytrzeszczył oczy.

– Nie, to nie ja. Zajmijmy się tymi myszami. Rusz się ofiaro!

Ostrożnie zbadali myszy. To, co zostało z ich mózgów, przypominało Alicji kaszkę z sokiem malinowym, zjadaną u babci. Kochana babunia siadała z robótką po drugiej stronie stołu, dziergając czapeczkę, sweterek albo szalik, przez otwarte okno wpadało powietrze pachnące koniczyną, mama robiła sobie poranną kawę i dobrze im było, z dala od rozrastającego się miasta, dobrze widocznego na horyzoncie. Po niebie śmigały szybkoloty, spłoszone ptaki kryły się wśród gałęzi jeszcze nie ściętych drzew. A babcia opowiadała bajki, sok malinowy (z prawdziwych malin!) pieścił Ali język: to było dobre. Tak, pomyślała dorosła Alicja, egzobiolog, to było dobre, ale się skończyło. Teraz zamiast kaszki z sokiem mam mysie mózgi. A raczej nie mózgi, tylko coś, co pojawiło się na ich miejscu. Coś, co przypominało jajeczka, dużo jajeczek, całe mnóstwo jajeczek.

– Musimy to zabezpieczyć. – Usłyszała głos Coxa. I swoją odpowiedź: tak.

– Sprawdzałeś aktywność mózgu?

– Trzy razy dziennie. Kilka godzin przed śmiercią myszy zapadły w śpiączkę. Potem je znalazłaś.

– Ale kto… – Alicja nie dokończyła. Odwróciła się. Ktoś wszedł do środka. Ich lekarka, Lenka. Alicja lubiła Lenkę, sympatycznego rudzielca zawsze uśmiechniętego od ucha do ucha. Teraz Lenka też się uśmiechała. Tylko jakoś inaczej. Patrzyła na nich, nie mrugając. Jedną rękę chowała za plecami.

– Leenkaa? Coo roobisz? – Cox zrobił krok do tyłu. W tym momencie Lenka rzuciła się na niego, wbijając mu igłę w szyję. Alicja nie pamiętała później, jak znalazła się za drzwiami. Zamknęła laboratorium i uciekła. Wrzask Roberta dźwięczał jej w uszach.

***

 Siedziała oparta o ścianę. Starała się nie zasnąć. Dochodziła północ. Godzinę wcześniej zgasło światło, zapaliła więc małą latarkę, żeby nie siedzieć w ciemności. Mały krąg światła, a poza nim mrok. Oświetlała ściany, sufit i wszystkie kąty. Była sama. Sama w ciemności. Jak pół roku temu, kiedy ześliznęła się z lodowca.

Dopiero co przylecieli z Tytana, na którym pracowali prawie dwa lata. Pierwszy raz od przylotu wyszli na powierzchnię HD 148394d, planety krążącej wokół czerwonego karła, dziesięć lat świetlnych od Układu Słonecznego. HD 148394d, jedyna z czterech planet układu znajdująca się w ekosferze, okrążała swą gwiazdę stale zwrócona do niej tą samą stroną. Bazę założono po nocnej stronie planety, tam też odkryto różne jednokomórkowe formy życia.

Wyszli we troje: Alicja, Robert i szef. Zbierali próbki. Alicja słyszała zniekształcone głosy kolegów, pikanie czujników oraz swój własny oddech. Szli powoli po grubej pokrywie lodowej. Otaczające bazę wysokie góry chroniły ich przed gwałtownymi wichurami, szalejącymi na planecie, więc nie byli ze sobą spięci.

W pewnej chwili Alicja pośliznęła się i zjechała po zboczu kilkumetrowego wzniesienia. Znalazła się na dnie jakby niewielkiej dolinki. Wstała: cała i zdrowa, na szczęście. Reflektory oświetlały większą część badanego przez nich właśnie terenu, ale dolinka znajdowała się poza kręgiem światła. Alicja zapaliła latarkę, w jasnym dysku ukazała się zimna biel wiecznego śniegu. Ponad jej głową świeciły gwiazdy, doskonale widoczne na czarnym niebie. Była sama w tej otchłani, pośród nieprzeniknionej ciemności, tam, gdzie nigdy nie ma świtu, w krainie nieustającej nocy. Poczuła się samotna, zagubiona gdzieś w kosmosie, z dala od ludzi. Miliardy gwiazd świeciły na niebie, w nigdy niezmąconej ciszy: milczące niebo obcego świata. ,,Jestem tu intruzem” pomyślała Alicja, ,,skazą na doskonałości.” Znaleźli ją po kilku minutach, ale Alicji wydawało się, że minęła cała wieczność, zanim zobaczyła dwie postaci w skafandrach na górze, na granicy światła i ciemności.

***

Obudził ją ból głowy, lekki ucisk jak przy deszczowej pogodzie. Wstała i oparła głowę o chłodną ścianę.

Czyżby miała to w sobie?

Nie wiedziała czy innych bolała głowa. Nie wiedziała, kiedy umrą. Cztery osoby skazane na zagładę. Bez pomocy. Bez nadziei.

Tymczasem na Ziemi prawie osiem miliardów ludzi nie zdawało sobie sprawy ze zbliżającego się niebezpieczeństwa.

***

 

Po ucieczce z laboratorium biegła przed siebie, nie zastanawiając się, dokąd zmierza. Nagle natknęła się na trzy z czterech robotów znajdujących się w bazie: stały nieruchome, jeden przy drugim. Lampki kontrolne nie świeciły się.  

Novak pobiegła do sali Komputera Głównego. Brak łączności z Ziemią. W stronę planety macierzystej podąża ładunek wysłany trzy godziny wcześniej. Zmiana polecenia niemożliwa.

A co z Hermesem? Alicja spróbowała nawiązać łączność z komputerem sterującym ich statkiem, znajdującym się na orbicie. Nic. Hermes zniknął.

Wtedy postanowiła ukryć się w bunkrze. Przeczekać. Może tam będzie bezpieczna.

Blurpy. To Cox je tak nazwał. Alicja nie lubiła nadawać nazw, wydawało jej się to niestosowne, jakby zawłaszczali sobie to, co do nich nie należało. Byli przecież tylko gośćmi w tych obcych światach, wędrowcami podróżującymi od planety do planety.

Kiedyś, na Tytanie, wydawało jej się, że dostrzegła coś kątem oka. Stała nad krystalicznie przejrzystym jeziorem metanu pomarańczowe chmury kłębiły się na niebie, a w oddali majaczyły góry. Wszystko miało ciepłą brązowoczerwoną barwę, przez co wydawało się trochę nierzeczywiste: jakby wystarczył silniejszy podmuch wiatru, żeby się rozpadło. Wokoło panował rdzawy półmrok, jak na Ziemi o zachodzie słońca, kiedy ostatnie promienie znikają za horyzontem. Po jeziorze pływało stadko latawców, ogromnych jednokomórkowców żywiących się wodorem. Alicja, zafascynowana, przykucnęła na brzegu, żeby lepiej im się przyjrzeć i przez chwilę miała wrażenie, że coś ją obserwuje. Odwróciła się, ale zobaczyła tylko szefa, zbierał próbki kilka metrów dalej, odwrócony do niej plecami. Oprócz nich nie było nikogo. Po chwili szef wyprostował się, usłyszała jego lekko zniekształcony głos:

– Wracamy, Novak. To koniec na dzisiaj. – Stary w skafandrze wyglądał dziwnie obco, niewyraźna sylwetka w półmroku, na głowie hełm, więc twarzy w ogóle nie było widać. Wrócili razem do bazy.

***

Ból głowy nie ustępował. Mógł być skutkiem zmęczenia i stresu. Albo objawem obecności blurpa w mózgu. Alicja wolałaby to pierwsze wyjaśnienie. Bo jeśli to blurp, zostało jej najwyżej kilkanaście godzin do zapadnięcia w śpiączkę i śmierci.

Podczas sekcji zwłok myszy nosili kombinezony ochronne, więc wtedy nie mogła się zarazić. Ale mogli to dodać do jedzenia. Albo do wody.

Alicja zerwała się z miejsca i podbiegła do lustra wiszącego nad jedną z umywalek. Blada cera, sińce pod oczami, rozszerzone źrenice. Musiała oprzeć się o umywalkę, bo brakowało jej sił.

Jak długo jeszcze? Ile jeszcze musi znieść? ,,Ja tego nie wytrzymam, kurwa, nie wytrzymam!” Lustro pękło kalecząc boleśnie jej dłoń. To przyniosło jej ulgę. Nie panikuj. Rób, co chcesz, ale nie wpadaj w panikę!

Znalazła apteczkę, opatrzyła krwawiącą rękę. Bolało. ,,To dobrze, że boli, to znaczy, że jeszcze żyję.” – pomyślała. Teraz musi pomyśleć. Wystarczy… pomyśleć.

Zasnęła. Przyśniła jej się Ziemia. Miała czternaście lat, przyjechała do babci. Dzień był gorący, tylko lekki wietrzyk nieco łagodził upał. Kropelki potu spływały jej po plecach, łaskocząc delikatnie.

Miasto znajdowało się bliżej niż kiedyś, prawie czuła zapach rozgrzanego betonu, silniki szybkolotów wypłoszyły ptaki, które wyniosły się gdzie indziej. Coraz trudniej było zdobyć maliny, słodkie maliny.

Alicja nie myślała ani o mieście ani o malinach. Wpatrywała się w przejrzyste, błękitne niebo. Wysoko nad jej głową świeciło słońce. Trochę niżej jaśniało intensywnie drugie źródło światła. Supernowa. Tamtego dnia Alicja zrozumiała, że kiedyś tam poleci, wysoko ku gwiazdom. Czasem śniła o tym, że staje się lżejsza od powietrza, unosi się: wkrótce Ziemia znika, a odległe galaktyki wirują wokół niej. Jakaś odwieczna tęsknota kazała jej opuścić dom i wyruszyć w nieznane.

We śnie śnionym w bunkrze Alicja nie wróciła domu na kolację, ale uniosła się i wokoło zaroiło się od gwiazd, a Ziemia stała się malutką plamką. Nagle usłyszała melodię, znała ją, przypomniała ją sobie, kiedy leżała w komorze hibernacyjnej na statku kosmicznym Hermes. Mijali wtedy Plutona, czekał ich bardzo długi sen, bo podróż miała trwać prawie czterdzieści lat. Taka ładna piosenka: czy to babcia ją śpiewała czy mama?

,,Dookoła woda niebieska,

 na wodzie łódka z orzeszka.

 I w paski i prążki, i w paski

 i w prążki leciutki  żagiel ze wstążki.

 La la la la la la la la la la la, dokąd płynie łódka ta?”

Alicja zwinięta w kłębek na twardej podłodze bunkra uśmiechnęła się we śnie.

***

Ze snu gwałtownie wyrwało ją uruchomienie oświetlenia: zaczęła się pora dzienna. Zakryła ręką oczy, próbując obronić się przed jaskrawym sztucznym światłem. Tylko Lenka, która całe życie spędziła na statkach i stacjach kosmicznych była całkowicie do niego przyzwyczajona.

Alicja mrugając, powoli usiadła. Otaczały ją te same puste białe ściany, co poprzedniego wieczoru. Ta sama zimna podłoga. Zegar na ścianie wskazywał szóstą.

Z jednej z licznych tubek wycisnęła na mały talerzyk śniadanie: pożywna mieszanka w kształcie kulki zatrzęsła się lekko jak galaretka. Zjadła powoli, siedząc na podłodze i trzymając talerzyk w lewej ręce. Wstała powoli. W zamyśleniu gładziła chłodną, gładką ścianę.

Nie chciała reszty życia spędzić w bunkrze. Nadziei na ratunek i tak nie miała, ich zespół był sam w tej części kosmosu.

Przynajmniej będzie mogła coś zrobić.

Podeszła do drzwi. Otworzyły się po wpisaniu odpowiedniego kodu. Przed sobą miała długi korytarz. Szła ostrożnie, najciszej jak potrafiła. W jednej ręce ściskała gaz paraliżujący, w drugiej małe lusterko. Dotarła do pierwszego zakrętu. Przy pomocy lusterka sprawdziła, co znajduje się za nim. Pusto.

Słyszała tylko odgłos własnych kroków oraz szum klimatyzacji. Od czasu do czasu oglądała się za siebie. Nikt się za nią nie skradał.

Zatrzymała się na chwilę przy drzwiach laboratorium. Były zamknięte, nie dochodził zza nich żaden dźwięk. Z trudem oparła się pokusie, żeby je otworzyć. Nie potrafiła pomóc Lence i Robertowi. Nie mogła pomóc nawet samej sobie. Ruszyła dalej. Powtarzała sobie, że to się niedługo skończy. Była zmęczona.

Drzwi do hangaru były otwarte. ,,Boże, tylko nie to.” Ostrożnie zajrzała do środka. Stary leżał bez ruchu na podłodze blisko wejścia. Mały statek kosmiczny klasy M -100 przeznaczony do niedalekich podróży wydawał się nienaruszony, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Alicja weszła po krótkiej chwili wahania.

Zatrzymała się, bo wydawało jej się, że usłyszała jakiś szmer. ,,Ktoś za mną stoi.” Odwróciła się. Nikogo.

Stary wciąż leżał. Nie ruszał się. Nie żył? A może to była tylko pułapka? Chciała sprawdzić, ale zrezygnowała. Pewnie zapadł w śpiączkę.

Wsiadła. Zapięła pasy. ,,No to ruszamy.” Wcisnęła parę przycisków i automatycznie otwierany właz hangaru umieszczony na suficie otworzył się. Alicja uruchomiła silniki. Statek wzniósł się. Odleciał. Novak zacisnęła zęby, statek z trudem opierał się wichurze. Wreszcie wzbił się ponad górne warstwy atmosfery i znalazł się w przestrzeni kosmicznej. Widoczna w iluminatorze gwiazda HD 148394 była coraz mniejsza, aż w końcu stała się czerwonym punkcikiem. Alicja wybrała kurs i włączyła hipernapęd. Cała przestrzeń zawirowała, widać było tylko światło. Po kilkunastu minutach statek zaczął zwalniać, Alicja znowu zobaczyła gwiazdy. Wiedziała, że jest bardzo blisko, teraz wystarczy namierzyć ładunek i chwycić go wiązką. Udało się. Ogromne tytanowe szczypce chwyciły coś przypominającego metalowy termos i umieściły go w komorze załadunkowej. ,,Zrobiłaś to. Brawo! Niestety, szczęśliwego zakończenia nie będzie. Nie dla ciebie.”

Założyła kombinezon ochronny i ostrożnie odkręciła pokrywkę. Wewnątrz znajdował się spory meteoryt, pokryty przypominającą mech materią organiczną.

Podobny meteoryt znaleźli na HD 148394d. Alicja, Stary i Cox czekali cierpliwie, aż roboty wydobędą go spod lodu. Stali w kręgu światła, otaczająca ich ciemność zdawała się tak gęsta, że aż namacalna. Alicja poczuła mrowienie na karku, wydawało jej się, że ktoś ich obserwuje. Odwróciła się tak gwałtownie, że potrąciła Roberta.

– Wszystko w porządku? – Usłyszała ten jego śpiewny, teraz lekko zniekształcony głos i oprzytomniała. ,,To tylko ciemność” powiedziała sobie.

A chwilę potem roboty wydobyły meteoryt. Wtedy znaleźli blurpy. Przybyły z daleka, nie wiedzieli skąd. Dwa tygodnie później Alicja Novak wyjęła identyczny kawałek skały z metalowego pojemnika, przechwyconego w drodze na Ziemię. Przyglądała mu się przez chwilę, po czym ponownie umieściła go w pojemniku.

Zdjęła kombinezon. Spojrzała na panel kontrolny. Miała za mało paliwa, żeby dolecieć do najbliższej kolonii. Mogła wysłać sygnał S.O.S, ale zanim przybędzie pomoc, ona dawno będzie martwa. Była w pułapce.

Założyła więc skafander kosmiczny. Nie chciała umierać powoli za pragnienia, zamknięta w ciasnej skorupie statku. Skoro kosmos ma ją zabić, ona wyjdzie mu naprzeciw. Otworzyła kabinę pilota, została wyssana na zewnątrz. Oddalała się od statku, zupełnie jakby porwał ją niewidzialny prąd. Wkrótce statek zniknął jej z oczu. Rozejrzała się. Wokoło świeciły gwiazdy, liczniejsze niż ziarenka piasku na plaży. Nie było tam nikogo oprócz niej, otaczała ją wielka cicha pustka. Obróciła się, a gwiazdy zawirowały jak płatki śniegu. Przypomniały jej się zimy na Ziemi: czasem padał tak gęsty śnieg, że nie widać było miasta, miała wrażenie, że na świecie nie ma nikogo, tylko ona, mama, babcia, kot i sok malinowy. Domu babci już pewnie nie ma, pochłonęło go miasto, beton i żelazo zalały soczystą trawę, ptaki odeszły na zawsze.

Alicja pomyślała, że powinna być zrozpaczona, ale nie była. Właściwie czuła się niemal szczęśliwa. Rozejrzała się: otaczała ją nieskończona przestrzeń. ,,Jakie to wszystko jest piękne” pomyślała. ,,Ta cała nieskończoność.”

Mijały minuty, godziny. Poczuła głód i parcie na pęcherz. ,,To już.” Nie powinna tego przeciągać. Lepiej zrobić to teraz, póki jeszcze ma siłę. Nagle poczuła strach, żołądek ścisnął jej się w bolesnym skurczu. Zacisnęła szczęki, żeby nie zwymiotować. ,,Nie będę rzygać!” Starała się oddychać głęboko. Patrzyła w ciemność. Kosmos milczał, słyszała tylko własny oddech.

Jednym szybkim ruchem, tak, by nie mieć czasu na zmianę zdania, rozszczelniła hełm.

 

 

v

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
JoannaP · dnia 03.06.2016 21:51 · Czytań: 1030 · Średnia ocena: 5 · Komentarzy: 3
Komentarze
Olowiany Zolnierzyk dnia 04.06.2016 23:35
Brak mi słów aby napisać komentarz. Zatkało mnie. Niesamowite!
To jest masakra.
Ten tekst zasługuje, aby merytorycznie na niego odpowiedzieć.
desert rose dnia 05.06.2016 16:07 Ocena: Świetne!
Bardzo dobre opowiadanie. Czyta się szybko, bez żadnych zgrzytów. Co prawda raczej nie przepadam za czytaniem fantasy wolę je pisać (Boże, co za bezsensowne zdanie) ale podobało mi się. Pozdrawiam i zapraszam do siebie.
JoannaP dnia 05.06.2016 22:57
Dzięki za przeczytanie i komentarze.
Ołowiany Żołnierzyku: mam nadzieję, że Cię odetkało;)
Desert Rose: fajnie, że się podobało. Zajrzę do Ciebie.
Pozdrawiam
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
Brytka
28/05/2022 02:22
Akurat mowa tu o chorych układach w korporacji. pozdrawiam… »
wolnyduch
27/05/2022 21:56
No to dobrze, że nie palisz, bo wydłużasz sobie dzięki temu… »
Florian Konrad
27/05/2022 21:02
A ja nie palę od 2008 :) Modami gardzę. Cytując klasykę:… »
wolnyduch
27/05/2022 19:17
Emocjonalne burze nam nie służą, ale ludzie wrażliwi są na… »
wolnyduch
27/05/2022 19:08
Dążenie do zapamiętania za wszelką cenę jest bez sensu, ale… »
wolnyduch
27/05/2022 18:41
Sądzę, że niejedna osoba się nad tym zastanawia. Nie wiem,… »
Yaro
27/05/2022 18:35
Dziękuję za komentarze :) Pozdrawiam Was serdecznie:) »
wolnyduch
27/05/2022 18:32
Msz, uszczypliwe półsłówka nie biorą się znikąd, no chyba,… »
wolnyduch
27/05/2022 18:18
Dobry wieczór D.U Dziękuję za czytanie, gratuluję, że… »
Zdzislaw
27/05/2022 14:40
Również pozdrawiam, Wolnyduchu :) »
d.urbanska
27/05/2022 12:40
Cudny wiersz. Malarski i emocjonalny. Bardzo mi się udał :)»
d.urbanska
27/05/2022 12:37
Wolnyduchu dziękuję za wizytę i ocenę. Też zastanawia mnie… »
Marian
27/05/2022 09:26
Tetu, bardzo dziękuję za odwiedziny i cieszę się, że tekst… »
Marian
27/05/2022 09:22
Wolnyduchu, dziękuję za wizytę i rzeczowy komentarz. »
wolnyduch
26/05/2022 21:04
Tak bywa, fajne. Pozdrawiam :) »
ShoutBox
  • Pulsar
  • 20/05/2022 20:45
  • Szanowna redakcjo! Na mój BLOG nikt nie może publikować. Jedynie komentować i wyrażać wszystko co wątrobie zalega. Zatem nie jestem [link]żeniem.
  • Pulsar
  • 20/05/2022 20:25
  • oto adres:
  • Pulsar
  • 20/05/2022 20:20
  • Oto adres:
  • Pulsar
  • 20/05/2022 20:18
  • Oto adres:
  • Pulsar
  • 20/05/2022 20:15
  • Zabrakło znaków. Coś podobnego. A ja dopiero się rozkręcam. Zatem zapraszam wszystkich do mojego BLOGA, nieśmiałego. u mnie można o wszystkim, nie tylko o poezji. W ramach obowiązujących norm internet
  • Pulsar
  • 20/05/2022 20:08
  • Zapraszam na mojego nieśmiałego BLOGA. Wszystkich, nawet tych bez ślepej kiszki i z dwunastnicą zapasteryzowanymi metaforami. Co zrobić, trudno! Z żołądkiem zakwaszonym refluksem. RRRUU! Wszystko ule
  • Yaro
  • 16/05/2022 19:07
  • To fajnie:)
  • mike17
  • 16/05/2022 17:17
  • Opróżniłem pocztę Jarku :)
  • mike17
  • 16/05/2022 14:29
  • Jarku, nie zapomniałem o Tobie :)
Ostatnio widziani
Gości online:0
Najnowszy:Usunięty
Wspierają nas