Mazury IV - TamaraUA
Proza » Długie Opowiadania » Mazury IV
A A A
Klasyfikacja wiekowa: +18

To, co robiłem w pierwszy dzień pracy, nazywa się – okrzesywaniem drewna. Nie -goleniem-, jak to określiłem przy porannej odprawie, czym wzbudziłem ogólny śmiech. „To się fachowo nazywa -O krze sy wanie- Zyga” - poinformował mnie leśniczy, śmiejąc się razem z innymi. Nie poczułem się głupio. Nawet nie zrobiłem wyuczonej, obrażonej miny. Ich śmiech był pozbawiony szyderstwa. Chyba uznali to za zamierzony żart, a ja, robiąc minę chytrego lisa, utwierdziłem ich w tym. Odprawa przedłużyła się z mojego powodu. Mój żart przypomniał Sławkowi swój pierwszy dzień w lesie i uraczył nas krótką historyjką:

- A pamiętacie, jak kazaliście mi okorować pnie, a ja źle zrozumiałem i pół dnia okrywałem pnie gałęziami?- kolejna fala śmiechu wypełniła las.- Była zima, myślałem, że drzewa zmarzną, więc je okrywałem!

Zapowiadało się na długi wesoły początek dnia. Już syn Sławka rozpoczął swoją opowieść słowami „- A jak ja...” Gdy niespodziewanie wtrącił się sam leśniczy i donośnym głosem, ale z nutą swobody, przerywał Andrzejowi.

- Dość panowie! - Radość i śmiech szybko znikają z naszych twarzy.

- Będziecie sobie wspominać w czasie obiadu, a teraz do roboty!!! - uśmiechnął się i szybko przeleciał wzrokiem po naszych twarzach.

- Do roboty!- krzyknął Antoni i rzuciwszy sobie pękaty silnik piły motorowej na ramię, ruszył do gazika. Pilarze dziś pracują po drugiej stronie lasu, więc cała czwórka zapakowała się do terenówki. Na miejscu pozostaliśmy tylko my dwoje. Maciejak i ja.

Praca przy goleniu drzew ( tak będę to nazywać, brzmi lżej i radośniej) jest upiorna. Gdy wczoraj padłem około południa, miałem nadzieje, że pierwszy dzień jest najgorszy i dalej pójdzie już łatwiej. Myliłem się. Już po godzinie mięśnie zaczęły prosić o odpoczynek. Ramiona powoli sztywniały, jakbym pakował na siłowni. Potem było tylko gorzej. Do zmaltretowanych ramion dołączyły plecy, grożąc złamaniem w pół. Na koniec niespodziewanie odezwały się dłonie. Nie odzywały się przez cały poranek by zaskoczyć mnie nagłym piekącym ogniem. Dłonie nie poprzestały na bólu. Postarały się uwidocznić swoje pretensje, tworząc kilka sporych pęcherzy. Nigdy ciężko nie musiałem pracować. Zwłaszcza dłońmi. Czasami nogi pracowały, do utraty sił unosząc mnie jak najdalej przed milicją. Ale nie dłonie. Nigdy. Jestem z miasta. Tam nie ma ciężkiej pracy. Są biura, sklepy, banki. Nie ma tam lasu, kopalni, czy kamieniołomów. W mieście pracuje się głową. No zgoda. Są ludzie, którzy wykonują proste prace wymagające wysiłku dłoni, ale to nie byłem ja. Ja umiałem korzystać z głowy. Wiedziałem jak sprawić, by auto z jednego miasta trafiło do miasta sąsiedniego i zmieniło przy tym właściciela. Umiałem to i to było moje zajęcie. A praca była lekka. Nie wymagała wysiłku fizycznego tylko wiedzy. Poza tym w ciszy, bez szefa nad głową. Bez sztywnych godzin. Co prawda, często w godzinach nocnych, ale za to nie w pełnym wymiarze godzin. A płaca? Bardzo zadowalająca. W nockę mogłem zarobić dwie miesięczne pensje nauczyciela. A teraz?

Wbijam siekierę w szeroki pień po wysokiej sośnie i spoglądam na swoje dłonie. Nie chcę myśleć kategoriami, czy coś zyskuję, czy może tracę. Ale takie myśli krążą mi w głowie i jak sępy unoszą się nad słabnącą wolą, gdacząc przy tym – Frajer! Frajer!

Różowy kolor skóry, biało- żółtawe balony u nasad palców, pulsujące żarem mięśnie i sztywne ścięgna. Ta część ciała zdaje się krzyczeć do mnie- NIE ! NIE CHCEMY TAK ŻYĆ!

A ja zaczynam je rozumieć i im współczuć. Ostatnie dwa lata były wakacjami. Nikt nie zmuszał mnie do ciężkiej pracy. Nikt nie kazał mi kopać rowów, nosić worki, napieprzać młotkiem. Tylko odpoczywać. Do znudzenia. Całymi dniami leżałem na koi. Całymi tygodniami potrafiłem leżeć i tylko wstawałem na posiłek, czy do toalety. Spałem, ile tylko mogłem. Ile mógł mi dać znudzony mózg. A każdy sen był jak przerwa w odsiadce. Czas ukradziony systemowi. Wydarty z wyroku. Wyliczyłem sobie, że jak prześpię dziennie dwanaście godzin, to wyrok skróci mi się o połowę. Gdybym mógł spać po osiemnaście godzin, wyrok trwałby tylko pół roku. Marzyłem, by przespać całość i wyjść na drugi dzień. Marzyłem, by zapaść w śpiączkę. Taką dwuletnią. I obudzić się jako wolny człowiek. Wrócić do kolegów. W jedną noc zarobić kasę na alkohol i kobietę. A potem żyć!

Czemu nie kazali mi pracować! Powinni kazać mi całymi dniami kopać rowy! Powinni kazać mi, trzymać w dłoniach łopatę, aż ręce nauczą się; czym jest praca. A tak tylko czuję żal. Czuje się oszukany. Dziwne, że tak teraz myślę. Wcześniej myślałem, że jestem wybrańcem. Że życie to kochanka, która wszystko mi odda w imię mojego istnienia. Że wszystko, co tylko zapragnę, mogę sobie zwyczajnie wziąć. Bo tak chcę. Bo jest mi to potrzebne. Bo mam taką ochotę. Coś się zmieniło. Coś mnie zmieniło.

Z oddali słychać nadjeżdżający samochód. Czyżby to już pora obiadowa? Dźwięk motoru narasta, zbliża się i już mogę go rozpoznać. To nie Gazik leśniczego, lecz wycie zbyt słabego, na tę masę pojazdu, silnika Poloneza. Jeszcze go nie widzę, a już czuję swędzenie na karku. Jestem pewny, czuję to, że to policja. I że jedzie do mnie. Wiem to. Niebieska bryła z białym napisem MO, jeszcze się nie przemalował?, na boku wyłania się zza skarpy leśnego duktu i niosąc za sobą chmurę pyłu, podjeżdża na skraj naszej polany. Instynktownie napinam się w sobie, przelatuje mi myśl o ucieczce, jak iskra przemyka mi przez myśl chęć, by się skryć. Nie robię tego. Stare przyzwyczajenia, z nocnych wypadów na miasto po cudzą własność i nawyki często ratujące mnie przed wpadką na gorącym uczynku, jeszcze są we mnie. Ale nie ulegam im. Nie mam takiej potrzeby. Nie ma powodu, bym uciekał, choć... Spoglądam na srebrne ostrze siekiery, którą oburącz trzymam teraz w dłoniach i mam dziwne uczucie, że to źle wygląda. Chyba powinienem ją odłożyć. Tęgi policjant właśnie wygramolił się zza kierownicy, spojrzał w moją stronę i zaraz zakrył oczy daszkiem służbowej czapki. Idzie ku mnie. Powoli zbliża się, a ja nadal trzymam w dłoniach narzędzie, które w innych okolicznościach z pewnością uznane zostałoby za broń ofensywną. Jeszcze mam czas by zmienić swoją zawadiacką postawę i odłożyć niby broń. Mam czas by zmienić wyraz twarzy z pogardliwego na pokorny. Nie czynię żadnych zmian. Stoję zwrócony w jego stronę w lekkim rozkroku i spoglądam w znienawidzony niebieski kolor zmierzający do mnie. Zatrzymał się kilka metrów ode mnie i bez słowa kiwnął na mnie ręką, bym podszedł. Pogięło go?! Nie ma mowy!

Milczymy. Ja nadal stoję w postawie wojownika, uzbrojonego wojownika, a on wyprostował się i wlepił we mnie swoje ostre spojrzenie. Naprawdę go pogięło! Myśli, że się go wystraszę? Że podbiegnę jak piesek i grzecznie przywitam go słowami „Witam panie władzo! Co słychać? Czemu to zawdzięczam waszą wizytę?”

- Podejdź synu! - basowy głos pasujący do masywnej postaci niebieskiego smerfa przerywa moje kąśliwe myśli.

- Nie jestem twoim synem! Zrób sobie swojego albo poproś sąsiada. Jak sam nie potrafisz!

Zmarszczył brwi, jego gęsty wąs drgnął nerwowo pod szerokim nosem, a wargi wydymały mu się nieprzyjemnie.

- Jak ja podejdę, to ty …

- A witam synku! - nagle zza moich pleców słyszę głos Maciejaka.

- Dzień dobry tato – odpowiedział policjant, zaskoczony nie mniej jak ja.

Stary stanął obok mnie, z siekierą trzymaną oburącz i w lekkim rozkroku. Spoglądam ze zdziwieniem to na Maciejaka, to na twarz milicjanta. W oczach pod czarnym daszkiem służbowej czapki widzę te same oczy co u starca stojącego obok mnie. Obydwoje teraz patrzą na mnie, a ja w końcu rozumiem. Teraz dostrzegam nawet podobieństwo w budowie ciała. Tylko stary jest trochę niższy, chyba dlatego, że się lekko garbi. Jest też szczuplejszy, ale to może dlatego, że pracuje fizycznie, a jego syn raczej nie często wstaje zza biurka.

Policjant ponownie spojrzał mi w oczy, zmieniając gwałtownie wyraz twarzy, na mniej życzliwy. Ale już nie wściekły.

- Mam sprawę do tego tu obywatela. Chcę pogadać z naszym nowym mieszkańcem, - zrobił szyderczy uśmiech, patrząc mi w oczy, - przywitać w naszej społeczności.

- A co ty nie wiesz, gdzie on mieszka, że po lasach za nim leziesz?

Policjant zmieszał się, otworzył usta, chcąc coś powiedzieć, ale nie usłyszeliśmy nic poza cichym przełknięciem śliny. Zamknął usta.

- Zyga jest gościem u Turka, dla twojej informacji, ale ty to wiesz prawda?- w głosie starca słychać sarkazm.

Czarny wąs zadrgał nad grubymi wargami.

- Tato.- Wypowiedział błagalnym tonem prośbę, - ja pracuję. Możesz zostawić nas na chwilę? Nic mu się nie stanie. Obiecuję – i położył dłoń na sercu, a oczy uśmiechnęły mu się w zadowoleniu.

- Ty lepiej powiedz, kiedy przyjdziesz skopać matce ogródek? Czeka już, Bóg wie ile czasu.

- Nie ile, tylko kilka dni. Przyjdę, jak będę miał wolne od służby.- Uniósł wzrok ponad daszek czapki i dodał,- w sobotę mam wolne. Wtedy do was wpadnę.

- Powiem matce, to przygotuje twoje ulubione kartacze. Dla Joasi też będzie coś, co lubi, to weź ją ze sobą.

- Dobrze tato. Tylko daj mi teraz pracować. Dobrze?

- A małżonka twa, też niech przyjdzie, to pomoże matce przy obejściu.

- Tak, powiem jej. Też przyjdzie. Wszyscy przyjdziemy,- i jakby chciał wejść ojcu w słowo, uprzedzić kolejne zdanie,- wiem, też dostanie kartacze, bo je wszyscy bardzo lubimy tato. Tylko na Boga daj mi porozmawiać z tym tu,- rzucił wzrokiem w moją stronę -człowiekiem.

- A od kiedy ty na Boga się powołujesz? Che? Nawróciłeś się nagle? To może w kościele cię zobaczym?

To się chyba nie skończy. Mam wrażenie, że to ja tu przeszkadzam. Nie istnieje w tej rozmowie, a z ich postawy wnioskuję, że to może zajść za daleko. Wbijam siekierę w gruby pień powalonego drzewa i ruszam w stronę samochodu.

Rozmowa, już wchodząca na wyższe tony, nagle urwała się.

Jestem już w połowie drogi, gdy słyszę zza pleców łagodny głos policjanta.

- Cześć tato. Widzimy się w sobotę. Pozdrów matkę.

- Do soboty synku – odpowiedział równie delikatnie starzec.

Zatrzymuję się przy radiowozie, odwracam i opieram o tylne drzwi wysłużonego już modelu z fabryki na Żeraniu.

Stary nie odszedł, tylko usiadł, oparł łokcie na kolanach i podpierając jedną dłonią głowę, przygląda się nam.

- Czego chce ode mnie władza?

Spojrzał mi ukradkowo w oczy. Nie zobaczył w nich wrogości. Lubie bardzo starego Maciejaka, a że ten oto tu jest jego synem, w jakiś sposób każe mi go polubić. Nie posuwam się aż do takich uczuć wobec niego, ale znika moja wrogość. A to już dużo i na więcej nie powinien liczyć.

- Tylko zamienić słowo – niezręczna rozmowa ze swoim ojcem w mojej obecności mocno zachwiała jego pewnością siebie.

- Słucham?

- Przyjechałeś z Czarnego? Zgadza się?

Czarne to miejscowość, w której siedziałem. Dla takiego jak ja słowo to brzmi jak obietnica piekła. Włosy zjeżyły mi się na karku. Czego on ode mnie chce?

- Pytałem o coś?!- Szybko otrzepał się i jego głos już nie brzmi tak łagodnie.

- Tak,- odpowiadam, patrząc mu w oczy, ale w gardle czuję twardą grudkę.

- Po co tu przyjechałeś?

Niby pytanie proste. Być może oczywiste, ale nie umiem na nie odpowiedzieć. Niby gdzieś tam w głębi siebie wiedziałem, że „mendy” nie zapomną o mnie. Każdy „pies”, gdy tylko natknie się na nowego mieszkańca, zaraz sprawdzi go w kartotece. Jeden telefon i już wszystko wiedzą. Co mam mu powiedzieć? Że przyjechałem tu, bo zachciało mi się mieszkać w lesie? Wśród drzew? Pracować, waląc siekierą przez cały dzień? No właśnie!

- Rąbać drzewa.

Chyba go zatkało, bo zrobił minę, jakby mu coś stanęło w gardle. Aż cofnął głowę i lekko nią potrząsnął na boki, marszcząc przy tym brwi.

- Rąbać drzewa- powtarzam, gdyby jednak nie dotarło to do niego. - Pracować w lesie. Siekierą. -

- Ty mi tu nie chrzań o lesie! - w końcu oprzytomniał i zrobił minę złego policjanta. - Mów co robisz w moim rejonie? Po co tu przyjechałeś? Nie tęskno ci do miasta? Do swoich koleżków? - Przybrał na twarz szyderczy uśmieszek, - tu nie ma zbyt wielu samochodów.

To zabolało. Gnida wie jak mnie wyprowadzić z równowagi. A już go prawie nie nienawidziłem. Złość gotuje się we mnie. Mam ochotę mu...Gdyby nie ten...

Policjant zrobił krok w moją stronę, zbliżył swoją twarz do mojej na odległość centymetra i wbił we mnie swoje szare oczy. Poczułem jego zapach. Swąd przepoconego munduru i zapach mydła do golenia. Tak pachnie każdy pies i zmiana nazwy z milicji na policje, nic tu nie zmienia. „Pies” zawsze będzie śmierdział jak „pies”.

- Póki jesteś na moim terenie- zrobił małą pauzę, jakby chciał, abym dokładnie sobie przyswoił jego słowa,- nawet nie próbuj, nawet nie pomyśl, by coś wykręcić. Pamiętaj, będę miał na ciebie baczenie. Nie zrobisz nic, o czym ja bym się nie dowiedział. Nigdzie się nie ukryjesz przed moim wzrokiem. Dobrze to sobie zapamiętaj, - i sycząc mi w twarz, dodaje – synku.

Zaczynam się uspokajać. To nie jest moja pierwsza rozmowa z władzą. Zdążyłem przywyknąć. Wiem, że w końcu się wystrzela i będzie musiał to skończyć. Wiem, że jak straszą, to tylko dlatego, że nic nie mają. Nic nie mogą zrobić, więc tylko warczą, straszą spojrzeniem i szczerzą zęby. Gdyby miał coś na mnie, odbyłoby się to w milczeniu. Skułby mnie w kajdanki i zapakował na tylne siedzenie radiowozu. Wiem o tym i mówię mu o tym swoim obojętnym wzrokiem. Mówię mu to, lekko unosząc kąciki ust i czekam, aż skończy.

Jego oczy błądzą po mojej twarzy, zauważył, że jego słowa nie robią na mnie żadnego wrażenia, że stroszy się na darmo. Chyba nigdy nie miał do czynienia z byłym więźniem. Z osobą, która przebywała dwadzieścia cztery godziny na dobę ze służbą więzienną. Może, gdyby popracował kilka miesięcy jako strażnik więzienny, zrozumiałby, że nie złamie mnie byle pogróżkami. Powinien wiedzieć, że zanim dałem się złapać, byłem kilka razy przesłuchiwany na komendzie. Że, byłem wielokrotnie straszony, przetrzymywany bez wyjaśnień i bity, tak by nie było śladów, przeważnie grubą książką w głowę, zdążyłem się uodpornić na takie gadanie.

Odsunął się ode mnie, nie puszczając wzrokiem moich oczu. Tak jak ja nie daje się zgnoić jego gadką, tak i on nie wypada ze swojej roli twardego przedstawiciela prawa. Ile razy to już widziałem? Zaraz zrobi gest ręką z wyciągniętym palcem wskazującym mówiącym- Uważaj! Może nawet wypowie to. I powiedział.

- Postaraj się. abyśmy nie musieli znowu rozmawiać. Uwierz mi. Tak będzie dla ciebie zdrowiej.

- Dla ciebie też. - Nie wytrzymałem. Miałem ochotę wbić mu szpile w oko i to zrobiłem.

Zdziwił się. Nie przygotował się na taką ripostę, ale szybko pojawił się uśmiech pod czarnym jak węgiel wąsem.

- I tu się mylisz synku. Jesteś dla mnie łatwą ofiarą. Zrób coś nielegalnego. Ukradnij samochód, łódkę. Zabierz z podwórka rowerek. Przejdź nie tą stroną jezdni, co trzeba. A zwalę się na ciebie jak wszystkie nieszczęszczenia świata.- W jego twarzy widzę autentyczną radość. Wygląda teraz jak człowiek, któremu obiecano długo oczekiwany awans. On nie kłamię. Zrobi to z wielką radością. Jest mi nieswojo. Przełknąłem, mimo suchości w ustach.

- Dasz mi taką szanse?- uśmiech zwycięscy nie ginie z jego lica. Przełykam kolejny raz. Przez chwilkę czeka, na moją odpowiedz. Milczę.

- Jesteś na zwolnieniu warunkowym. Masz się meldować w komisariacie raz w tygodniu. - Nie czeka na moją zgodę, czy potwierdzenie. Nie musi. Gdybym zapomniał zameldować się, lub zaczął ukrywać się, można by mi cofnąć warunkowe. Wróciłbym do paki odsiedzieć resztę wyroku.

Przełykam kolejną suchą grudę.

W końcu odwraca się w stronę Maciejaka, kiwa do niego ręką i krzyczy – Cześć tato!! Do soboty!!- i już nie patrząc na mnie, wsiadł do Poloneza. Zapalił silnik i odjechał. Jestem zły. Na niego, za zgnojenie mnie. Na system, że taki gnój ma nade mną władzę. Na cały świat, że... Przecież swoje odsiedziałem! Powinienem być czysty. Jak niezapisana kartka. Powinienem być traktowany jak każdy inny obywatel! A nadal jestem dla nich złodziejem, elementem, marginesem! Tym którego trzeba się pozbyć! Wygnać ze społeczeństwa! Najlepiej zamknąć gdzieś, na stałe! Tak, aby nikt już nie musiał obawiać się mnie!

Jestem też zły na siebie, że dałem się zgnoić, przez byle „pieska” z jakiejś wiochy na końcu świata. Cicho przeklinam kilka razy, po czym ruszam w stronę Maciejaka.

 

Wracamy do pracy. Stary nie spytał się- czego chciał jego syn- policjant, a ja nie mam zamiaru tego wyjaśniać.

Od poranka miałem ochotę zagadnąć Maciejaka i wypytać o Kupre i jego wilka, ale teraz chcę zostać sam. Nie mam ochoty na rozmowy z kimkolwiek. Chwytam siekierę i mszczę się za swoje na powalonych, bezbronnych drzewach. Dużo myślę. Zastanawiam się. Co może oznaczać dla mnie ta wizyta? Czy, faktycznie, będzie mnie pilnował, czy tylko straszył? Nie mam zamiaru wracać do tego co robiłem przedtem, ale wiem, że jak władza zechce, to znajdzie powód by utrudnić mi tu życie. Przepędzić mnie, lub nawet zamknąć z powrotem do paki. Wystarczy, że ktoś coś zawinie. Że zginie komuś coś a winny szybko się znajdzie. Będę to ja, były więzień i kryminalista. Człowiek, który nigdy nie pracował uczciwie. Nikt nie da mi alibi, nikt nie poręczy za mnie. Nie zaryzykuje dla obcego.

Ten pies, jak zechce, może rozpowiedzieć po okolicy, kim jestem, skąd przybyłem, co robiłem. Nigdy mi nie zaufają, nie przyjmą do domu, nie zaproszą do stołu. Pozostanie mi tylko…? Co? Mam wrócić do miasta? Gdzie łatwo się skryję. Gdzie łatwo ukryję swoje stare uczynki? Może znajdę pracę? Może? Bezrobocie dopadło nawet duże miasta. Trudno znaleźć pracę jako robotnik budowlany nie mówiąc już o czymś normalnym. Bez matury nie chcą nawet na kierowce w piekarni!

W lesie nikt nikogo nie pyta: skąd przybył, co tu robi. Nie sprawdza świadectw pracy, wykształcenia. Nie wymaga dziwnych podań, listów motywacyjnych i całej tej pierdologii papierkowej. Tu jest inny świat. Las, drzewo, siekiera i człowiek. I to mi odpowiada.

Robota może i ciężka, ale dobrze płatna. Mam gdzie mieszkać. Mam co jeść. Jest tu spokój o jakim marzyłem przez ostatnie kilka miesięcy. A będąc już tu, mam wrażenie, że marzyłem o tym przez całe życie. Tak jakbym nigdy nie miał mieszkał w mieście. Jakbym urodził się w blokowisku przez przypadek. Mam wrażenie, że tam byłem na jakimś zesłaniu. Za karę. Że zostałem zmuszony tam żyć i robić to co robiłem, bo nie pasowałem do tamtego świata. On był mi obcy, zły i wrogi.

 

Tu czuję się wolny, szczęśliwy. Czuję tu życie. Jak płynie, jak szumi, jak wolno przemija. Bez pośpiechu. W równym tempie. Bez gonitwy. Mam wrażenie, że nie mam potrzeby się śpieszyć.

Gdzieś uleciał ze mnie głód posiadania wielkich pieniędzy. Zniknęło pragnienie posiadania drogiego samochodu, sprzętu stereo, złotego zegarka i ciuchów z zachodu. Nie ma tego we mnie i mam uczucie, że tak jest lepiej, wygodniej i prościej.

Zmęczyło mnie życie w ciągłym napięciu. W wiecznym pędzie ku szczęściu kupionym za pieniądze. Bo wszystko co wcześniej miałem zwyczajnie kupiłem. Mimo, że pieniądze przychodziły mi łatwo to nie posiadałem zbyt dużo. Nie miałem złotego zegarka, wypasionej fury i urządzonej bogato chaty. Tylko stary samochód, pokój u kolegi i dziewczynę, która udawała, że mnie kocha. Do bani z tym! Teraz mam inny cel. Żyć dla siebie, nie dla pieniądza- jak powiedział Młotek. Spełnić swoje marzenia. Spokojnie żyć, pracować i czekać. Tylko czekać i wierzyć; a na pewno to otrzymam. Nigdy wcześniej tak nie myślałem. Było wręcz odwrotnie. Wszystko czego pragnąłem, o czym marzyłem musiałem sam wywalczyć. Wyrwać życiu, lub ludziom. Wykraść, zabrać, przywłaszczyć. A teraz nigdzie mi się nie spieszy. Jestem tu i teraz i nic się więcej nie liczy. Wcześniej nie znałem tego uczucia. Świat był dla mnie polem walki. Kto sprytniejsze, szybszy i silniejszy, ten otrzymywał nagrodę. Szczęście, pieniądze, kobiety; wszystko!

Więzienie mnie zmieniło. Moja pierwsza wpadka, głupia, wstydliwa wpadka. Wyrok w zawieszeniu, a potem kolejna. Na szczęście nie przybili mi wszystkiego a tylko paragraf czternaście – krótkotrwałe użycie pojazdu. Nie znaleźli świadków. Nie było nikogo, kto by mnie wsypał. Musieli odpuścić wiele moich uczynków z braku dowodów. Ale zrobili z tego wielką sprawę, była prasa, były zdjęcia i dostałem po całości. Trzy lata w więzieniu o zaostrzonym rygorze. Gdy usłyszałem – Czarne – nogi ugięły mi się w kolanach. Wiedziałem czym jest to więzienie. Znałem je dobrze z opowiadań. Znałem ludzi po Czarnym. Znałem ich przed odsiadką i nie poznawałem ich po powrocie. Czarne ich zmieniało. Na gorsze. Nawet jak na moje standardy, drobnego złodziejaszka. Stawali się bezwzględnymi, pozbawionymi zasad ludźmi. Unikałem ich. Bałem się ich. Nie chciałem stać się taki. Wolałem być sobą, a dziś…

Chcę być kimś innym. Nowym człowiekiem. A może…? Może być właśnie sobą? Zacząć być wreszcie Zygą. Nie ksywą na mieście, lecz właśnie Zygą. Kimś z imienia i nazwiska. Tak jak mnie tu znają.

Ten „pies” może mi w tym przeszkodzić. Może to zrobić a ja nie wiem jak temu zapobiec. Mogę tylko czekać, mieć nadzieję, że nic się nie zdarzy. Modlić się, że nikt nie będzie miał ochoty coś ukraść na moje konto.

Młotek uprzedzał mnie, że w małym miasteczku nie ukryje się, że milicja, no teraz to policja, że szybko mnie wyłapią i będą próbowali, pozbyć się mnie. „Musisz być ostrożny”- mówił- „nie włóczyć się nocami, nie wdawać się w bójki, nie pić do upadłego”- uprzedzał mnie.

Więc nie będę pił, wychodził w nocy, nie będę wdawać się w bójki. Czy mogę zrobić coś więcej? Coś przychodzi mi do głowy. Chytry plan. A gdyby tak bardziej zaprzyjaźnić się z Maciejakiem? A jeszcze lepiej z panią Gertrudą? Mogli by nakłonić syna, by dał mi spokój. Może przekonali by go, by zostawił mnie. Tak! To dobry plan i w dodatku uczciwy. Lubię Maciejaka a jego żona jest uroczą starszą panią, którą mógłbym traktować jak swoją babcię, której nigdy nie poznałem. Już widzę się w ich domu. Przy wspólnym posiłku, na który chętnie by mnie zapraszali. Było by fajnie. Tak rodzinnie. Komendant musiałby sobie odpuścić. Bo niby co by powiedział ludziom? Że jego rodzice zapraszają na obiad kryminalistę? Tak! Plan jest doskonały. Tylko muszę go szybko uruchomić, zanim on wpadnie na pomysł, by rozgadać ludziom gdzie spędziłem ostatnie dwa lata.

Do obiadu precyzuję szczegóły mojego podstępu. Rozważam różne możliwości, by szybko wylądować w domu Maciejaków. Sposobów znajduję kilka, ale najbardziej podoba mi się pomysł z ogródkiem. Zapamiętałem rozmowę ojca z synem o skopaniu ziemi. Gdybym zaoferował swoją pomoc; gdyby przyjął moją pomoc, a tego jestem pewny, szybko bym zyskał ich przychylność. „Czy to nie jest idealny plan?” - zadaje sobie sam to pytanie. Już widzę minę komendanta, gdy dowiaduję się, że jestem dobrym znajomym jego rodziców. Jak wścieka się, bo wie, że musi teraz milczeć.

Jak tylko podjeżdża gazik Turka ja jestem gotowy. Czekam aż stary podejdzie do mnie i bez zbędnego gadania mówię:

- Ja mógłbym pomóc w ogródku.

Starzec zatrzymał się przy mnie ze zdziwioną miną.

- Mógłbym skopać wam ogródek, - dodaję – chętnie to zrobię.

Szkliste szare oczy zwęziły się do cienkiej linii.

- Zrobię to za darmo. - Przypominam sobie, że miałem to powiedzieć w pierwszym zdaniu.

Jego spojrzenie nie wróży mi nic dobrego. Czyżby przejrzał mój plan? Niemożliwe.

- Nie Zyga. Zrobi to syn. - odpowiedział po krótkiej pauzie, po czym ruszył w kierunku gazika i Turka czekającego na drodze.

Nie odzywamy się do siebie przez drugą cześć dnia a ja na razie odpuszczam sobie plan wkradnięcia się w łaski Maciejaków. W sobotę, to już jutro, przejdę się do wioski. Muszę zrobić małe zakupy na niedzielę. Przy okazji przejdę się obok domu lekarza. Morze uda mi się go spotkać? Nie liczę na rozmowę, ale nie mogę oprzeć się pokusie by go zobaczyć. Sprawdzić na ile przypomina tego z książki.

Mam też ochotę zobaczyć jezioro. Wiem z mapy, że jest ogromne a ja nigdy nie widziałem wielkich jezior. Te w obrębie mojego miasta to zwykłe sadzawki w porównaniu z tym tutaj. Będę musiał przejść przez całą wieś. W biały dzień. Trochę mnie to peszy ale? Myślę, że i tak już wszyscy wiedzą o mnie więc może to i dobrze by mnie zobaczyli? Oswoili się z moim widokiem? Nie jestem tego pewny. Nie wiem czy to nie za szybko dla nich. Dla mnie. To dziwne, ale pomyślałem właśnie, że w mieście, wychodząc na ulice spotyka się masę ludzi i nikt nie zwraca na nikogo uwagi. Nikt nie mówi dzień dobry obcym ludziom na ulicy. Nie interesuje się kim jest mijany człowiek, dokąd zmierza szybkim krokiem elegancka kobieta. Dlaczego starzec, w brudnym cuchnącym płaszczu, siedzi całymi dniami przy małej fontannie nieopodal kościoła. Tu będzie inaczej. Nie przejdę bez pozdrowienia obok nieznanej osoby. Nie uchylę się od odpowiedzi dokąd idę. Wiem, że tak będzie, bo już tu mieszkałem. Nie naprawdę oczywiście, ale byłem w tej wsi czytając książkę.

Ciekawe, czy opodal sklepu mieszka człowiek, który maluje obrazy i rzeźbi w drewnie? Wcale nie muszę nikogo o to pytać. Będę to wiedział, gdy zajrzę do jego ogródka.

Do końca dnia pracy zapominam o bólu w plecach i ramionach. Tak jakby poddały się i przestały krzyczeć o litość. Skóra na dłoniach stała się obca w dotyku, a bąble zniknęły bez śladu. Dziwne to ale nie szukam zbytnio na to wytłumaczenia. Jest ok.

Przetrwałem kolejny dzień i to jest dla mnie ważne. Jutro i w niedzielę trochę odpocznę i nabiorę sił na kolejny tydzień.

Wracamy z Turkiem do leśniczówki gdy jest już szaro. Prawie nie rozmawiamy. Spytał się tylko jak mi dziś poszło i czy ręce bolą? Odpowiedziałem zgodnie z prawdą: że praca mi się podoba, a dłonie już przywykły. Uśmiechnął się. Turek pewnie wie już o moim spotkaniu z policją ale nie zaczyna tego tematu. Szkoda bo mam ochotę przejść przez to już dziś. Załatwić to jednego dnia. I tak dziwnie się czuję w jego obecności, w jego domu. Tak jakbym go okłamywał. Ukrywał przed nim kim jestem. Kim byłem – poprawiam się szybko w myślach.

W domu cisza i pustka. Nie mogę się jeszcze do tego przyzwyczaić, to tego uczucia, gdy wchodzi się do ciemnych pomieszczeń w których nie czeka nikt. Mam wrażenie, że wchodzę do grobowca. Do martwego pomieszczenia, które nie istnieje dopóki nie wejdzie w nie człowiek. Zapalam szybko światła, to na korytarzu a potem w kuchni. Turek został na zewnątrz tłumacząc mi, że chce sprawdzić obejście. Cokolwiek miał na myśli zajęło mu to kilka minut. Zanim wszedł do domu, woda już gotowała się na małej kuchence elektrycznej.

- Herbata? - zagadnął.

Pokiwałem głową.

- A może masz ochotę na mały kieliszeczek czegoś dobrego? - dodaje z nadzieją, że nie odmówię.

Piekielny bimberek?- myślę sobie, czemu nie. Jest już po robocie. Jest piątek wieczór. Czemu nie.

- A z przyjemnością się napije, - i żeby zabrzmiało skromnie dodaje – ale tylko po jednym.

Spojrzał na mnie zdziwionym wzrokiem. Po co ta moja udawana skromność?! Kogo chcę tym oszukać? Siebie, czy jego?

Odwraca się i wychodzi do sąsiedniego pokoju. Do swojego gabinetu.

Czemu nie obróciłem tego w żart. Mogłem powiedzieć, ze to żart. Taki który nie wyszedł, ale miał to być tylko żart. Czuje się jeszcze większym oszustem!

Zalewam wrzątkiem dwie szklanki z sypką czarną herbatą. Taką samą jaką piłem w więzieniu. „Yunnan”; w kartonowym prostokątnym opakowaniu. W odpowiedniej dawce, mniej więcej pół na pół z wodą, dawał niezłego kopa po którym słychać było w głowie własne serce. Nie pozwalał spać. Czasami całą noc. Dręczył suchością w ustach i szybkim oddechem i sprawiał ,że rozmowa w celi kwitła nowym życiem. Były nowe tematy i nowe marzenia. Dawał złudzenie, że ludzie z którymi siedzisz, są ciekawsi. Bardziej interesujący jako mówcy i bardziej zaangażowani jako słuchacze. Czaj działa jak alkohol. I tak jest traktowany za kratami. Pije się go okazjami ale i też nałogowo.

 

Turek wraca z pękatą butelką wypełnioną czymś czerwonym. Stawia na stół i wyciąga z szafki dwa kieliszki. Malutkie jak naparstki i na wysokich nóżkach. Szkło jest grube i szlifowane głęboko w romby. Dyskretnie spoglądam na szyjkę butelki, na jej korek. Upewniam się tylko bo wiem, że etykieta na butelce nie ma nic wspólnego z jej zawartością.

Siadamy naprzeciw siebie. Czerwień wypełnia szkło. Jest jak krew. Czemu pomyślałem właśnie o krwi?

- Jeszcze ci nie mówiłem Zyga, ale nie mieszkamy tu sami, - zawiesza głos, daje mi czas na zrozumienie jego słów. No jasne. Drugi pokój na górze. Ten od poduszki pachnącej miętą.

- Jutro przyjeżdża moja siostrzenica. - Jego oczy wędrują po mojej twarzy. Jakby chciał coś z niej wyczytać. Nie poruszyłem się, a mój wzrok nadal obserwuje załamanie czerwieni na jednym z rombów szkła.

- Pojadę po nią z samego rana więc zostaniesz sam w domu. - A to co miało znaczyć?! Spojrzałem mu w oczy. Za kogo on mnie ma?!

Chyba zrozumiał moje oburzenie, pokiwał lekko głową w zakłopotaniu i dodał tłumacząc się.

- Chciałem cię tylko uprzedzić, że rano wyjeżdżam do miasta. Wrócimy być może pod wieczór, nie wiem. Chciałem żebyś wiedział. - Pierwszy raz widzę go takiego. Aż czuję jego zmieszanie. Jak jest mu niezręcznie.

- Nie ma problemu – odpowiadam z lekkością i nie ma w mych słowach cienia zarzutu. Nie chcę aby czuł się niezręcznie. Nie teraz. Nie w chwili gdy zbieram się na odwagę by mu powiedzieć kim byłem.

Kieliszek w jego palcach obraca się wokół własnej osi. Krwisty płyn lekko drga w grubym szkle tworząc na zewnątrz nierówne linie. Pomyślałem nagle o sektach pijących krew z ludzkich czaszek. Drobny kieliszek jest ze szkła, może z kryształu i nie przypomina kształtem czaszki. No może trochę. Jest pękaty u podstawy cienkiej nóżki i zwęża się ku krawędzi.

- To nalewka z wiśni. Kiedyś robiła ją moja matka. - Mówi to z nostalgią nadal spoglądając na obracający się kieliszek. Jasna żarówka oświetlająca kuchnie straciła swą moc. Zrobiło się smutno. Poczułem ten żal. To tęsknota za kimś kogo się kochało. Za matką. Niewidzialna siła ściska mi pierś uciska serce, dławi gardło. To moja matka.

- Wypijmy Zyga! - To już inny Turek. Ten twardy i stanowczy. - Wypijmy za nasze matki! -

Unoszę małe szkło do ust.

- Za nasze matki. - Podejmuje toast ale nie mogę pozbyć się twardej grudki w gardle i głos lekko mi drży.

Słodki, gęsty i spirytusowy. Tak bym określił smak tego co mam teraz w ustach. Pozwalam płynowi rozlać się po policzkach i przełykam rozmiękczając twardą grudkę w moim gardle. Czuję intensywny smak wiśni. Jest tak mocny jak … miłość matki? Nie chcę teraz o tym myśleć. Nie o niej. Czemu wyjechał z tym akurat teraz? Oczy zapiekły grożąc potokiem łez. Spoglądam w bok. Na emaliowany bielą zlew i szafkę obok niego. Na dwie filiżanki herbaty. Mam wrażenie, że nie pasują tu.

- Panie Turek…- Zbieram się na odwagę i wypowiadam słowa po których muszę już kontynuować. - Chcę coś panu powiedzieć o mnie. - Wypowiedziałem to i już czuję ulgę. Nie wiem dlaczego, ale sama deklaracja przyznania się uwalnia ze mnie cząstkę ciężaru. Mimo, że najgorsze jest jeszcze przede mną, czuję ulgę.

Spoglądam w twarz leśniczego. Jest spokojny, skupiony na mnie.

- Trzy dni temu wyszedłem z więzienia.- Spuszczam wzrok i czekam. Czekam ale nic się nie dzieje. Nie pada żadne pytanie. Nie słyszę by choć sapnął, chrząknął. Nie poruszył się nawet. Zapada cisza w której słyszę dalekie pohukiwanie sowy. Swoim huuuoo-huuuoo, huuuoo-huuuoo wyraziła zaskoczenie moimi słowami. Tylko ona. Nikt więcej. Czekam. Co teraz zrobi mój gospodarz? Czy dalej będzie chciał, bym mieszkał pod jego dachem? Nie jestem pewny jego decyzji, ale jestem pewny, że dobrze zrobiłem. Matka uczyła mnie, że prawda prowadzi do dobra. Znowu ona. Matka. Sowa nie przestaje pohukiwać a ja nie umiem zdobyć się na kolejny krok. Powinienem teraz wstać. Chyba tak. Powinienem spojrzeć mu w oczy w których będzie odpowiedz. A potem wyjść. Może spakować się i wrócić tu, by się pożegnać. A może..?

Ręka leśniczego chwyta butelkę i ją unosi. Śledzę jej ruch z nadzieją w sercu. Butelka zatacza łuk, jak pływak skaczący do wody kieruje się w moją stronę i napełnia mój kieliszek czerwienią. Potem robi to samo z drugim kieliszkiem. Unoszę oczy, wpierw na złożone ręce pod brodą, na jasną bliznę wzdłuż szczęki a potem na jego oczy. Są spokojne. Nie ma w nim niczego niepokojącego.

- Wiedziałem Zyga, – mówi spokojnym głosem - od chwili, gdy cię pierwszy raz zobaczyłem. -

 

Tej nocy długo rozmyślam nad tym, co dziś się wydarzyło. Zwłaszcza nad moją spowiedzią przed Turkiem. Tak. To była prawdziwa spowiedź. Rozkleiłem się i przyznałem się do wszystkiego, nie tając przy tym jaki byłem. Opowiedziałem mu o moich najgorszych uczynkach: jak wyrwałem kluczyki jednemu facetowi, brutalnie go uderzyłem i wskoczyłem do jego auta. Śmiejąc się patrzyłem w lusterko jak wstaje i spogląda na odjeżdżający samochód. Nie krzyczał, nie biegł za mną, wydawał się, że nie rozumie co się stało. A potem zadzwoniłem do niego i podałem cenę za odzyskanie auta. Odpowiadał krótko i spokojnie, jak ktoś kto został pokonany a ja mam nad nim władzę.

Jak dostałem zlecenie na konkretny samochód. Włamałem się do mieszkania młodego małżeństwa by odnaleźć klucze i dowód od nowiutkiej beemki. Poszedłem do ich sypialni i patrzyłem jak śpią. Klucze leżały na nocnej szafce wraz ze świeżutkim dowodem. Nie zostawiłem żadnych śladów ale i tak wiedzieli, że byłem tam. Nigdy nie odzyskali samochodu, który jeszcze tej samej nocy przekroczył wschodnią granicę.

Ze zwieszoną głową, wpatrzony w stół, opowiadałem o rozbieranych samochodach, o wywożeniu ludzi w las, bo mieli ochotę powiadomić milicje, o pobiciach w jakich brałem udział.

Turek nie przerywał mi, gdy ze zwieszoną głową , wpatrzony w punkt na sole zwierzałem się z mojego życia. Gdy skończyłem, gdy zrzuciłem ten ciężar, jaki dręczył mnie od początku gdy tu przybyłem, byłem wdzięczny, że mogłem mu to powiedzieć. Poczułem nawet maleńką radość z tego, że nie muszę się dalej ukrywać. Że teraz wie kim jestem, kim byłem i mogę zacząć od początku. Tak jak tego pragnąłem. Z nową kartą.

Turek chwilę milczał a potem zadał pytanie, spytał co dalej zamierzam robić?

Powiedziałem prawdę, że nie chcę wracać do miasta, bo tam będę robił to co robiłem. Że czeka tam na mnie stare życie, starzy koledzy i wszystko to czego nie chcę już robić.

Że pragnę zacząć od początku, pracować, kupić dom, pokochać i być kochanym i żyć.

Powieki szczypały mnie, gdy uniosłem wzrok i spojrzałem mu w oczy. Zobaczyłem w nich zrozumienie i troskę. Patrzył na mnie jak ojciec. Miałem ochotę rozpłakać się, puścić napięte mięśnie i uwolnić bulgoczący we mnie żal i wstyd.

Długo siedzieliśmy wlewając w siebie małe porcje krwawej słodkości. Turek nie roztrząsał tego co mu opowiedziałem. Nie pytał o nic a tylko patrzył na mnie z uśmiechem. Z wyrazem radości na twarzy, jakby spotkał dawno niewidzianej osoby ; kogoś mu bliskiego.

Na koniec opowiedziałem mu o wizycie policjanta. O moich obawach, że zrobi wszystko by się mnie pozbyć i o tym, że będę musiał meldować się raz w tygodniu. On tylko uśmiechnął się i powiedział, żebym się zbytnio nim nie przejmował. Że to w gruncie rzeczy dobry człowiek. Powiedział, że to syn Maciejaka, że nie zrobi nic co by nie było zgodne z prawem. Że nie mam się czego obawiać. Alkohol i jego słowa uspokoiły mnie. Zacząłem inaczej patrzeć na swoją przyszłość. Turek zapewnił mnie, że muszę dać sobie czas. Mówi to z radością i taką pewnością, że gdy kończymy i idę do swojego pokoju, cieszę się jak dzieciak, który ma jutro otworzyć świąteczne prezenty.

Za lekko uchylonym oknem, las cicho szumi.

Spoglądam długo przez okno myśląc, marząc o przyszłości. A potem śnię o lasie, drewnianym domku i szczęściu jakie w nim mieszka.

 

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
TamaraUA · dnia 07.08.2016 09:29 · Czytań: 357 · Średnia ocena: 0 · Komentarzy: 0
Komentarze

Ten tekst nie został jeszcze skomentowany. Jeśli chcesz dodać komentarz, musisz być zalogowany.

Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
wolnyduch
27/05/2022 19:17
Emocjonalne burze nam nie służą, ale ludzie wrażliwi są na… »
wolnyduch
27/05/2022 19:08
Dążenie do zapamiętania za wszelką cenę jest bez sensu, ale… »
wolnyduch
27/05/2022 18:41
Sądzę, że niejedna osoba się nad tym zastanawia. Nie wiem,… »
Yaro
27/05/2022 18:35
Dziękuję za komentarze :) Pozdrawiam Was serdecznie:) »
wolnyduch
27/05/2022 18:32
Msz, uszczypliwe półsłówka nie biorą się znikąd, no chyba,… »
wolnyduch
27/05/2022 18:18
Dobry wieczór D.U Dziękuję za czytanie, gratuluję, że… »
Zdzislaw
27/05/2022 14:40
Również pozdrawiam, Wolnyduchu :) »
d.urbanska
27/05/2022 12:40
Cudny wiersz. Malarski i emocjonalny. Bardzo mi się udał :)»
d.urbanska
27/05/2022 12:37
Wolnyduchu dziękuję za wizytę i ocenę. Też zastanawia mnie… »
Marian
27/05/2022 09:26
Tetu, bardzo dziękuję za odwiedziny i cieszę się, że tekst… »
Marian
27/05/2022 09:22
Wolnyduchu, dziękuję za wizytę i rzeczowy komentarz. »
wolnyduch
26/05/2022 21:04
Tak bywa, fajne. Pozdrawiam :) »
wolnyduch
26/05/2022 21:03
Ciekawie, z polotem i wyobraźnią, pozdrawiam serdecznie :) »
mike17
26/05/2022 20:59
Jarku, wiersz przejmujący i pełny treściowo. Dziś pieniądz… »
wolnyduch
26/05/2022 20:59
Dobrze się czyta, a przy okazji pokazuje polskie realia,… »
ShoutBox
  • Pulsar
  • 20/05/2022 20:45
  • Szanowna redakcjo! Na mój BLOG nikt nie może publikować. Jedynie komentować i wyrażać wszystko co wątrobie zalega. Zatem nie jestem [link]żeniem.
  • Pulsar
  • 20/05/2022 20:25
  • oto adres:
  • Pulsar
  • 20/05/2022 20:20
  • Oto adres:
  • Pulsar
  • 20/05/2022 20:18
  • Oto adres:
  • Pulsar
  • 20/05/2022 20:15
  • Zabrakło znaków. Coś podobnego. A ja dopiero się rozkręcam. Zatem zapraszam wszystkich do mojego BLOGA, nieśmiałego. u mnie można o wszystkim, nie tylko o poezji. W ramach obowiązujących norm internet
  • Pulsar
  • 20/05/2022 20:08
  • Zapraszam na mojego nieśmiałego BLOGA. Wszystkich, nawet tych bez ślepej kiszki i z dwunastnicą zapasteryzowanymi metaforami. Co zrobić, trudno! Z żołądkiem zakwaszonym refluksem. RRRUU! Wszystko ule
  • Yaro
  • 16/05/2022 19:07
  • To fajnie:)
  • mike17
  • 16/05/2022 17:17
  • Opróżniłem pocztę Jarku :)
  • mike17
  • 16/05/2022 14:29
  • Jarku, nie zapomniałem o Tobie :)
Ostatnio widziani
Gości online:32
Najnowszy:Urok osobisty
Wspierają nas