Przysługa za przysługę - Darcon
Proza » Fantastyka / Science Fiction » Przysługa za przysługę
A A A

– Gotowe? – zapytał tyran.

Tak, to było jedyne określenie, które pasowało do mojego kierownika. Chociaż nie, nie jedyne. Pasuje jeszcze ciemiężca, dręczyciel, prześladowca. O, despota też jest dobre, brzmi tak coolowo, korporacowo.

– Już prawie skończyłem – wydusiłem z siebie, starając się na niego nie patrzeć.

– W piątek mówiłeś to samo.

Stał tak nade mną. Wielki, dobrze zbudowany blondyn, lat około trzydziestu. Młody – gniewy, jak określał tyrana Karol. Marek Szwarc, nasz firmowy Schwarzenegger..., Arnold, jak go wszyscy nazywali. Kat nad swoją ofiarą. To przez niego ludzie wynoszą się z naszego działu. Przynajmniej tak wszyscy mówią.

 

– Czepiał się?

– A jak myślisz? – zapytałem ze złością.

Czasami retoryczne pytania Karola bardzo mnie denerwowały.

– U mnie też był, ale jakoś poszło na spokojnie. Dał mi czas do środy.

Facet naprawdę się cieszył.

– Poczekaj, jeszcze do środy daleko. Na pewno mu się zmieni i pogna cię aż miło! – byłem zły, że mi się oberwało, a jemu nie.

– Przestań, chyba mi tego nie życzysz?! – przyjaciel spojrzał na mnie z wyrzutem. – Co, mało razy po mnie jeździł? Chociaż dzisiaj dał mi spokój.

– Coś ty, żartowałem. Fajnie, że ci odpuścił.

– Zobaczysz, od ciebie też się kiedyś odczepi.

– Pewnie tak...

Ale szczerze w to wątpiłem. Do końca dnia nie mogłem się skupić na pracy. Czy każdy mój tydzień musiał zaczynać się tak samo?

 

„Przyjdź do mojego biura”. Informacja na komunikatorze od Arnolda. Zmroziło mnie, przez chwilę nie mogłem się ruszyć. W końcu westchnąłem ciężko i ruszyłem korytarzem.

– Siadaj, ale najpierw zamknij za sobą drzwi – mój dręczyciel był stanowczy, to nie wróżyło nic dobrego.

– Potrzebujesz coś ode mnie? – wypaliłem bez sensu, bojąc się, że ryknie „Zwalniam cię!”.

– Mówiłeś w poniedziałek, że już kończysz. Jest czwartek i nadal nie mam u siebie twojego raportu! – tyran bębnił ołówkiem o biurko.

– Tak, planowałem skończyć w terminie, ale dane które dostałem są niepełne...

– Przestań! – krwiopijca prawie syczał przez zęby. – Przecież tobie ciągle coś się przytrafia..., kurwa! Człowieku, ogarnij się wreszcie! Czy do ciebie nie dociera, że jak coś ma być skończone na piątek, to ma być na piątek, a nie na wtorek, czwartek, czy za tydzień??! Ile razy można cię prosić?!

„Prosić?” pomyślałem. Tak, to początek mojego końca...

 

Potrzebowałem odprężenia. Byłem tak spięty, że ciągle bolał mnie kark. Pomyślałem, że łyczek czegoś mocniejszego odpowiednio mnie rozmiękczy i znieczuli. Miałem taką ulubioną knajpkę. Podawali tam świetne trunki, a i pogadać można było na luzie.

 

– Naprawdę? Masz takie możliwości? – zapytałem pełen nadziei, ale w tej samej sekundzie ogarnął mnie sceptycyzm. – Nabijasz się ze mnie, przecież nawet ci nie powiedziałem, o kogo mi chodzi.

Siedziałem przy barze, nerwowo obracając szklankę w dłoni. Nie pamiętam nawet kiedy ten gość się przysiadł i jak rozmowa zeszła na temat pracy. Tak czy siak, wyżaliłem mu się, jak przez pewnego pana jest mi ciężko.

– O Arnolda, krwiopijcę.

– Skąd wiesz?! – nie mogłem uwierzyć, że on go znał.

– A, kilka osób z twojej firmy wspominało już o nim – uśmiechnął się pod nosem. – Z twojego opisu wywnioskowałem, że chodzi o Szwarca.

– Mnie to wcale nie śmieszy – nie spodobał mi się jego uśmiech, był jakiś dziwny.

– Coś ty, nie śmiałem się z ciebie – zreflektował się. – Po prostu pomogłem już komuś od was. Ale nic związanego z nim – dodał, widząc mój pytający wzrok. – Na pewno nauczka by mu się przydała, słyszałem że kawał drania.

– To delikatnie powiedziane! – nie kryłem emocji. – Żeby tak poczuł ból, to może w końcu by się ode mnie odczepił. Żeby też się podręczył! Zobaczymy, czy byłby wtedy taki twardy!

– No ba! Załatwione! – facet wyciągnął do mnie rękę.

Spojrzałem na niego, facet naprawdę mówił poważnie.

– Ale wiesz, że nie chodziło mi o prawdziwy, fizyczny ból. Rozumiesz? – zapytałem niepewnie. – Nie chcę trafić do kryminału...

– Oczywiście, że wiem – oburzył się. – Za kogo ty mnie masz? Jakiegoś gangusa, czy lumpa?

– Nie, no tak. Wiesz, tak powiedziałem – dodałem przepraszająco. – Nie wyglądasz na bandziora.

– To co, zawieramy pakt? I temat załatwiony – powiedział rzeczowo. – Kiedyś ty wyświadczysz mi jakąś przysługę.

Pakt? Co to za koleś. Nic, ważne, że w końcu będę miał spokój.

– Pewnie, jak tylko będę mógł coś dla ciebie zrobić – odparłem ochoczo. – Tu masz do mnie numer.

 

* * *

 

Od kilku dni miałem w pracy spokój. Dokładnie od następnego dnia, po mojej rozmowie z nieznajomym. Nie wiem jak to zrobił i jak udało mu się to tak szybko, ale Arnold przestał się mnie czepiać. W sumie, to chyba w ogóle nie widziałem go od tamtej pory.

– Karol, nie wiesz co się dzieje z naszym kieruniem? Zauważyłeś, że ostatnio już się mnie nie czepia?! – nie mogłem ukryć radości w głosie.

– To ty nic nie wiesz? – kumpel zrobił zdziwioną minę.

– A co mam wiedzieć? – zapytałem, bujając się leniwie na krześle.

– Synek Arnolda, znaczy Marka jest w szpitalu.

– Co?

– No tak, od piątku, znaczy od poprzedniego piątku.

– Nie wiedziałem, a co mu się stało? Ktoś go pobił? – zaniepokoiłem się.

– Nie, no coś ty. On ma dopiero 7 lat. Na onkologii – Karol posmutniał. – Podobno to glejak.

– Glejak? A co to jest? – dopytywałem, jednocześnie oddychając z ulgą, choć niepokój do końca nie minął.

– Guz. Rak mózgu, podobno bardzo zaawansowany...

– Jezu... – poczułem zimno. Pomyślałem o nieznajomym. Nie, to niemożliwe. – Ale to chyba nie ja...

– Słucham? Co nie ty? – przyjaciel spojrzał ze zdziwieniem.

– Nic, nic – machnąłem ręką. – Jesteś pewien, że Arnold, to znaczy Marek, dowiedział się o tym w piątek?

– No tak, miałem mu wtedy oddać raport, a on nie przyszedł w ogóle do pracy.

–Podobno guz rozwija się w błyskawicznym tempie. Jednego dnia dzieciak zdrowy, drugiego umierający... Co za los – ciągnął.

– Jak to jednego dnia? Przecież żaden nowotwór nie rozwija się tak szybko.

– Anka tak powiedziała. Chłopak podobno regularnie przechodził badania. Marek chciał, żeby został sportowcem. Dzieciak dobrze grał w piłkę.

Po tej rozmowie nie mogłem się już skupić na pracy. Analizowałem to, co powiedział mi Karol. Tłukłem się z myślami. Ale w końcu, to przecież nie moja wina. Tylko ten dziwny zbieg okoliczności. Nie pamiętam jak dotarłem po pracy do domu. Zajrzałem do lodówki, choć wcale nie chciało mi się jeść. Coś ciągle irytująco brzęczało. A, telefon.

– Witam! To ja!

Zamarłem, od razu rozpoznałem ten głos.

– Pewnie już wiesz. I jak, zadowolony? – zapytał. – Jest tak jak chciałeś. Żadnego bólu fizycznego, ale zapewniam cię, że na pewno to odczuł, ha ha! Jak obiecałem, tak masz. Teraz Arnold nie znajdzie już czasu, żeby cię dręczyć.

Zemdlałem.

 

* * *

 

Przebudziłem się, chyba. Tak, na pewno. Nie czułem ręki, tak mi ścierpła. Przekręciłem się ciężko i wyciągnąłem ją spod siebie. Na przemian zaciskałem i prostowałem palce, starając się by krążenie wróciło jak najszybciej. Syknąłem, bolało gdy krew rozpływała się po palcach...

Tak, to mi się udało. „Krew rozpływała się po palcach”. Wykrzywiłem twarz w grymasie, na oślep szukałem butelki na ławie, strąciłem jakieś szkło. Mam, jak najszybciej się napić.

 

– Co się z tobą dzieje? – Karol dopytywał się po cichu. – Czuć od ciebie alkohol? Chcesz, żeby cię wylali?!

– Daj mi spokój..., nie masz się czym zajmować?! – warknąłem.

Popatrzył tylko na mnie i poszedł do siebie.

 

Znowu dzwonił. Rozpoznałem numer, nie odebrałem. Stałem patrząc w lustro. Czy ten zarośnięty gość, to naprawdę ja? Tak, Piotr Malec, kat. Zabójca dzieci.

Pod ławą leżała chyba jeszcze jakaś butelka...

 

– Nie wiem jak załatwiłeś te zwolnienie, ale uważaj z tym – kumpel mówił prawie szeptem. – Przestań, zanim się połapią.

– Wiesz, miałem ostatnio ciężki okres – powiedziałem usprawiedliwiająco.

– Wiem – burknął, nawet na mnie nie patrząc.

– Słuchaj... a nie wiesz gdzie leży synek Marka? – zapytałem. – To znaczy, w którym szpitalu?

– Chyba w wojewódzkim. A co? – zainteresował się.

– Nic, tak byłem ciekawy...

 

– Dzień dobry, gdzie jest oddział onkologiczny dla dzieci? – zapytałem panią w informacji.

– Windą na trzecie piętro, a później na prawo – odpowiedziała, wskazując mi kierunek do wind. – Proszę pamiętać o pozostawieniu płaszcza w szatni.

Spojrzałem po sobie, byłem cały mokry, na zewnątrz mocno padało.

 

Stałem przed drzwiami oddziału i obracałem w dłoniach numerek z szatni. W końcu przekroczyłem próg i podszedłem do stanowiska pielęgniarek.

– Dzień dobry, może mi pani powiedzieć, gdzie leży Mateusz Szwarc?

– Chwileczkę – siostra spojrzała w rozpiskę. – Sala numer 11, w głębi korytarza. Ale proszę pamiętać, że nie można wchodzić do środka.

Nie pytałem, dlaczego nie można wchodzić do środka, ruszyłem w kierunku wskazanym przez pielęgniarkę, a z każdym krokiem serce biło mi coraz szybciej. Oblizałem wargi, strasznie mi spierzchły. Numer 3, dalej następne..., numer 9, w końcu dotarłem. Numer 11. W ścianie sali było olbrzymie okno, przez które mogłem zajrzeć do środka.

Stało tam tylko jedno łóżko, na którym leżał mały chłopiec. Drobny blondynek, chyba spał. Od razu było widać, że nie jest zdrowy. Stałem tak i nie mogłem się ruszyć patrząc na to bezbronne dziecko.

– Piotr? Co ty tutaj robisz? – za mną stał Marek z kubkiem kawy. – Przyszedłeś do Mateuszka?

– Ja... – spanikowany myślałem co powiedzieć, czułem się jak złapany na gorącym uczynku. – Byłem u siostry, pracuje na tym oddziale. Pomyślałem, że zajrzę...

– Rozumiem. Dziękuję – stanął obok mnie i spojrzał na synka. – Po operacji wpadł w śpiączkę..., lekarze mówią, że jego stan jest bardzo ciężki. Że trzeba czekać.

Nic nie odpowiedziałem, co miałbym mu powiedzieć? Stałem tak wpatrzony w chłopca, powstrzymując się, żeby nie uciec korytarzem.

– Słuchaj Piotrek – zaczął. – Wiem, że w pracy nie zawsze jestem miły.

– Daj spokój – machnąłem lekceważąco ręką.

– Nie, naprawdę – mówił dalej. – Ale to góra tak mnie ciśnie, ciągle muszę tłumaczyć się z opóźnionych planów. Mówiłem im nieraz, że terminy są nierealne, ale to do nich w ogóle nie dociera. Każą mi wyrabiać się, albo zwalniać ludzi i przyjmować nowych.

Spojrzałem na niego. Nigdy nie zastanawiałem się, dlaczego taki właśnie jest, dlaczego nas gnębi. Przyjąłem to za rzecz oczywistą.

– Więc wiesz, wolę czasem przycisnąć śrubę, niż zwolnić – nerwowo poprawił włosy. – W końcu każdy musi z czegoś żyć, pensji nie dają za siedzenie w domu, prawda?

– Nie, no tak – bąknąłem. Uświadomiłem sobie nagle, że rzeczywiście tytanem pracy to nie byłem. Nie pamiętam kiedy ostatni raz wyrobiłem się z planem na czas. A jednak cały czas pracowałem.

– Dzięki, że zajrzałeś – objął mnie za ramię. – To pomaga.

Długi czas siedziałem na ławce przed szpitalem kryjąc twarz w dłoniach i płacząc.

 

* * *

 

– To ja. Musimy się spotkać – starałem się brzmieć stanowczo, musiałem coś zrobić. – Natychmiast.

– No , w końcu – usłyszałem w słuchawce. – Dzwoniłem do ciebie kilka razy, nie odbierałeś.

– Zajęty byłem – skłamałem.

– Domyślam się, teraz wolny od zmartwień i trosk, musisz pewnie nieźle szaleć – zaśmiał się do słuchawki. – Wyślę ci adres SMS-em. Wpadaj, pogadamy.

 

Wjechałem windą na ostatnie piętro biurowca. Wysiadłem. Cisza, żadnych osób czy korporacyjnego ruchu, którego się spodziewałem. Na końcu krótkiego korytarza znajdowały się tylko jedne drzwi. Popchnąłem je i zajrzałem do środka. Ciemne pomieszczenie, w którym paliła się tylko jedna lampa nad recepcją. Wszystko było w czarnych, albo ciemno szarych kolorach, nie widziałem dobrze w tym słabym świetle.

– Zapraszam! – szczupła brunetka, z ciasno spiętymi włosami i okularami z monstrualnie grubymi oprawkami, machnęła na mnie zachęcająco.

Podszedłem do kontuaru. Patrzyła na mnie piękna, długowłosa kobieta, młoda. Jej wzrok ginął mi w refleksach okularów, chociaż dziwiłem się skąd się brały. Bo przecież nie od tego kaganka nad głową.

– Ja do... – zająknąłem się. Zdałem sobie sprawę, że nawet nie wiem jak on się nazywa.

– Prezes już na pana czeka – wskazała mi ogromne, czarne drzwi. Podziękowałem cicho i ruszyłem w ich kierunku. Nabrałem powietrza w płuca i zapukałem, nasłuchując odpowiedzi.

– Śmiało! – usłyszałem za plecami.

Nacisnąłem klamkę i wszedłem do środka. Stanąłem powoli na progu i oniemiałem. Patrzyłem na ogromne pomieszczenie, musiało być wielkości boiska do koszykówki. Cała sala była w czerwonym kolorze, a raczej w różnych jego odcieniach. Podłoga była najciemniejsza, w głębokim odcieniu bordo. Tworzyły ją szklane, olbrzymie tafle, na kształt wielkiego lustra pod nogami. Czerwone były też meble, w wyzywających odcieniach. I szkarłatne ściany, na których wisiały duże kinkiety, a podobne do nich olbrzymie żyrandole, zwisały z sufitu. Całości dopełniały dziesiątkami zasłon, przez które nie przedostawała się nawet odrobina światła, a pomiędzy którymi stały posągi jakiś postaci. Tylko one było w innym kolorze niż czerwień, miały barwę złota.

– Wchodź śmiało.

Dopiero teraz zauważyłem go w drugim końcu sali. Stał i machnął na mnie zza biurka.

Trochę potrwało, zanim do niego dotarłem. Stał i uśmiechał się do mnie. Za sobą miał ścianę z pewnego rodzaju wodospadem. Chociaż, nie wiem czy można było to tak nazwać, bo nie spływała po nim woda, tylko jakaś gęsta substancja w bordowo-brunatnym kolorze. Coś jak farba, albo krew... Wzdrygnąłem się.

– Piękna prawda?! – raczej stwierdził, niż zapytał. – Jestem z niej dumny. Ale siadaj, opowiadaj. Co tam u ciebie. Musisz być teraz szczęśliwy, w końcu możesz odetchnąć w pracy.

– Ja właśnie w tej sprawie – od razu zacząłem od sedna. – Musisz to wszystko cofnąć.

– Słucham?

– No, to co się stało. Nie wiem co tam podałeś temu chłopcu – zacząłem monolog. – I nie interesuje mnie to. Ale wiem, że coś wykombinowałeś, na pewno. Musisz to teraz tylko odwrócić. Nie wnikam jak i w ogóle. Po prostu się nie zrozumieliśmy, ale musisz to cofnąć, naprawić.

– O czym ty mówisz? – spojrzał na mnie marszcząc brwi. – Jakie wycofanie, przecież sam tego chciałeś!

– Nic takiego nie chciałem! – podniosłem głos. – Zwariowałeś? Ten chłopiec umiera! Ciesz się, że nie poszedłem na policję! Musisz to naprawić, a ja wtedy zapomnę o wszystkim.

– Nic nie będę naprawiał – powiedział spokojnie.

– Posłuchaj...

– To ty posłuchaj! – nie zauważyłem, żeby otwierał usta, ale jego głos dosłownie eksplodował w mojej głowie. – Zawarliśmy pakt i ja dotrzymałem swojej części umowy.

– Co...? – zamrugałem przerażony i oszołomiony.

– Ty wypełnisz swoją część umowy w odpowiednim czasie – pochylił się nad biurkiem w moim kierunku. – A teraz wypierdalaj!!

 

* * *

 

– Przepraszam, czy mógłbym w czymś pomóc?

– Słucham? – dotarło do mnie, że ktoś coś mówi.

– Jest już dosyć późno, chciałbym zamknąć kościół – jakiś ksiądz pochylał się nade mną. – Może mogę w czymś pomóc? Biuro parafialne będzie czynne od samego rana...

– Nie dziękuję, już sobie idę – starałem zebrać się w sobie i nie zachwiać przy wstawaniu. – Przepraszam, nie wiedziałem, że jest już tak późno.

Ruszyłem w stronę wyjścia.

– Proszę pana...

Chyba znowu pójdę się napić. Tak, nie myśleć o tym chociaż przez chwilę.

– Synu, zaczekaj!

Odwróciłem się niepewnie.

– Proszę zaczekać – powtórzył ksiądz. – Usiądźmy na chwilę.

Z chwili zrobiła się godzina, później kolejne. Nie wiem, jak długo rozmawialiśmy, ale całkowicie się posypałem. Opowiedziałem wszystko jak leci. Od pierwszego dnia w nowej pracy, przez gnębienie, ten straszny układ, aż po wizytę w szpitalu. Nie interesowało mnie, co o mnie pomyśli, czy mi uwierzy. Musiałem to w końcu z siebie wyrzucić. Powiedzieć komuś, żeby nie zwariować.

– Ksiądz mi nie wierzy – bardziej stwierdziłem, niż zapytałem.

Przez dłuższy czas milczał. W końcu spojrzał na mnie.

– Wierzę ci chłopcze.

Położył mi rękę na ramieniu. Załkałem cicho, nie mogłem złapać oddechu. Ukryłem twarz w dłoniach i rozpłakałem się. Sam do końca nie wierzyłem w to co się stało, dlatego tak bardzo ulżyło mi, że ktoś tego nie negował. Przecież nie chciałem tego, to nie przyszło by mi do głowy, nawet w najczarniejszych myślach. Takie nieszczęście, ból i cierpienie. Jeszcze długo nie mogłem się opanować. On nic nie mówił, czekał cierpliwie, aż się uspokoję. W końcu, powiedział.

– Może będę mógł ci pomóc.

– Jak? Czy to da się w jakikolwiek sposób naprawić?! – patrzyłem na niego bezsilnie. – Jak ksiądz, może mi pomóc? Nie da się.

– Nie ja, ale znam kogoś – powiedział cicho. – Mam przyjaciela..., opowiem mu o tobie. Może coś poradzi.

Serce zabiło mi szybciej. Choć nie wierzyłem w możliwość pomocy, to chwyciłem się tej nadziei.

– Naprawdę? – patrzyłem na niego wyczekująco.

– Tak. Nie wiem tylko, kiedy będę się z nim widział. To bardzo zajęty... – zamyślił się. – On jest bardzo zajęty, ale czasem do mnie wpada. Przyjdź do mnie za kilka dni. Może odwiedzi mnie w tym czasie.

 

Chodziłem do kościoła codziennie, ale tajemniczy przyjaciel księdza Tymoteusza nie pojawił się. W pracy wziąłem urlop, nałgałem coś na szybko, a że ostatni raz brałem wolne trzy lata temu, więc nie miałem z tym żadnego problemu. Nie mógłbym się skupić na pracy. Ciągle myślałem o Mateuszku, o tym co się stało, jak to spowodowałem, jak cienka jest granica między dobrem, a złem. Zacząłem regularnie się modlić. To dziwne, nigdy nie byłem specjalnie religijny, a teraz, po każdej modlitwie czułem się lepiej. I nie chodzi o to, że człowiek w trwodze często kieruje się w stronę Boga, ale będąc w kościele i modląc się, czułem się bardziej spokojny. Poczułem, że ktoś czuwa nade mną i Mateuszkiem. Gdy tylko ten spokój mijał, zaczynałem znowu pić. Żeby się nie bać, żeby przez chwilę nie pamiętać.

– Piotrze? – Tymoteusz wyrwał mnie z zamyślenia.

– Tak? – zapytałem mrużąc oczy, musiałem przysnąć.

– Dał mi znać, ma dzisiaj przyjść – ksiądz uśmiechnął się do mnie. – Ale nie wiem, o której godzinie. Może być bardzo późno, nie chcesz poczekać w domu? Zadzwoniłbym do ciebie, gdyby się pojawił.

– Nie, nie. Zaczekam. Lepiej żebym go nie przegapił.

– Więc dobrze. Gdybyś mnie potrzebował, wiesz gdzie mnie znaleźć.

Przytaknąłem.

– Nie będę ci przeszkadzał w modlitwie – odwrócił się i poszedł w stronę zakrystii.

 

– Piotrze? Piotr?

Uniosłem głowę. Nade mną stał rosły mężczyzna, w wieku około 40, może 50 lat. Tak naprawdę ciężko było określić, równie dobrze mógł mieć mniej albo więcej. Miał spokojne, ale zdecydowane spojrzenie. Wyglądał jak zawodowy żołnierz. Żołnierz? Nie, to nie była twarz żołnierza, ale wzbudzał szacunek samą swoją osobą.

– To ja, która jest godzina? – zapytałem rozcierając kark, cały zesztywniałem. Musiałem znowu zasnąć.

– Jest już po drugiej – odpowiedział. – Przepraszam, że musiałeś tyle czekać. Jestem Michał.

– Nic się nie stało, musiałem przysnąć na chwilkę – poprawiłem szybko marynarkę, żeby nie wyglądać jak lump.

– Dobrze – mężczyzna usiadł obok mnie i wnikliwe na mnie spojrzał. – Ksiądz Tymoteusz trochę mnie wprowadził, ale opowiedz teraz ty, co się stało.

Poczułem się dziwnie, czekałem na tę chwilę, ale zawahałem się. Księdzu powiedziałem pod wpływem emocji. Ale była mi potrzebna każda pomoc. Spojrzałem na niego. Dziwne..., mimo że go nie znałem, wydawał się najwłaściwszą osobą, której powinien o tym wszystkim opowiedzieć.

– Wierzysz mi? Wierzy mi pan? – zapytałem, gdy już skończyłem.

– Możesz mi mówić po imieniu.

Wstrzymałem oddech na chwilę. Może jednak nie powinien o tym wszystkim mówić? Przecież za takie gadki zamykają w psychiatryku, a to w końcu nie klecha, nie obowiązuje go tajemnica spowiedzi.

– Tak.

Wypuściłem głośno powietrze. Siedzieliśmy dłuższy czas w milczeniu.

– Co chcesz teraz z tym zrobić? – zapytał. – Chciałbyś to naprawić?

– Tak, bardzo! – wręcz krzyknąłem. – A da się? Czy to w ogóle jest możliwe?

– Wiem, że nie życzyłeś źle chłopcu, ani jego ojcu. Ale teraz ciąży to na twoim sumieniu.

Jeśli myśli, że mi tym pomaga...

– Wszystko zależy od tego, czy żałujesz. Czy uwierzysz, że można to naprawić.

Nie wiedziałem co odpowiedzieć. Bardzo chciałem, aby to nigdy się nie wydarzyło, ale czasu nie cofnę.

– Chciałbym. Zrobię wszystko, co tylko będzie możliwe.

– Więc zaczniemy od jutra. Pójdziemy razem do twojego dręczyciela. Tego prawdziwego.

 

Na drugi dzień naszły mnie wyrzuty sumienia. Mój wierzyciel wydawał się być niebezpieczny. Za chwilę mogę mieć na sumieniu nie tylko Mateuszka.

– Jesteś pewny? – spojrzałem na Michała.

– Zapomniałeś, w jakiej sprawie idziemy? – odpowiedział pytaniem na pytanie.

Od razu przed oczy wrócił mi obraz śpiącego chłopca. Leżącego bez ruchu, bezwładnego, a raczej bezbronnego. Którego ja...

– Nie, nie. Nie zapomniałem – szybko zaprzeczyłem, bojąc się, że się rozmyśli. – Tylko wiesz, on nie wygląda na takiego co odpuszcza.

– Zobaczymy.

 

– Pan prezes oczekuje panów – za ladą siedziała ta sama sekretarka.

– Tak? – zdziwiłem się. – Nie zapowiadałem się, ale to prawda, muszę się z nim zobaczyć.

– Pan prezes wiedział, że pan jeszcze przyjdzie – dodała dobitnie.

– Więc proszę nas prowadzić do pani wszech wiedzącego prezesa – Michał był wyraźnie pewniejszy siebie ode mnie.

Sekretarka zmieszała się pod wpływem jego spojrzenia i już bez słowa, zaprowadziła nas pod drzwi gabinetu. Odtworzyła je zdecydowanym ruchem i gestem skierowała do środka.

Tym razem pokój wydawał mi się jeszcze większy. Stojąc w wejściu, ledwo rozpoznałem sprawcę mego nieszczęścia. Tak samo jak poprzednio, siedział za biurkiem na drugim końcu sali.

– Witaj Piotrze! – mężczyzna wstał energicznie. – Witaj Michale. Witaj w moich skromnych progach.

Mówiąc to, szerokim gestem wskazał po gabinecie. Spojrzałem zdziwiony na towarzysza.

– Co, nie powiedział ci? – usłyszałem. – Tak, zawsze był skryty i małomówny.

Zatkało mnie. Więc byli kolegami? Czy to jakaś gra? Teraz dopiero mi dowalą? Myśli w kosmicznym tempie przebiegały mi po głowie.

– Choć – Michał opiekuńczo ścisnął mnie za ramię i pociągnął w stronę biurka. – Tak znamy się. Ale nie jesteśmy przyjaciółmi.

– Michale, ranisz me serce.

Gość wyraźnie się naśmiewał. Tak łatwo dałem mu się podjeść. Temu, rany, cały czas nie wiedziałem kim jest.

– Och, mam wiele imion.

– Co? – spojrzałem zdziwiony. Czy pytałem na głos?

– Nie.

Nie miałem pewności, czy to „nie” było potwierdzeniem, że nie są przyjaciółmi, czy kolejną odpowiedzią na moje niewypowiedziane pytanie. Wolałem się nie upewniać. Nie wiedziałem już, co o tym wszystkim myśleć, bałem się tego, co podpowiadał mi instynkt, a w co nie chciał uwierzyć rozum.

Oklapłem w fotelu ze spuszczoną głową. Bezsilny i zrezygnowany. Czułem, że nie śnię tylko dlatego, że byłem potwornie zmęczony, a całe ciało ciążyło mi jak ołów. Marzyłem tylko, aby o wszystkim zapomnieć, żeby to w ogóle się nie wydarzyło. Trafić w niebyt, bez czucia, bez myśli, bez przeszłości.

– … nie jesteś panem – dotarł do mnie stanowczy głos Michała. – Jesteś i zawsze byłeś upadłym. Jak to byś określił, podwładnym. I tylko podwładnym. Nigdy nie miałeś najmniejszych szans wygrać. Kiedy to w końcu zrozumiesz?

Patrzyłem na nich, nie rozumiejąc o co chodzi.

– I to – przyjaciel zatoczył ręką dookoła. – Bezsensowna ułuda, w której ciągle się pławisz. Czy naprawdę myślisz, że ten kiczowaty przepych wywiera na kimś wrażenie? Nie podoba mi się i zupełnie nie pasuje do tego miejsca.

Michał podszedł do jednej z zasłon i chwycił ją w dłoń. Od miejsca, w którym ją złapał zaczęła robić się biała, a biel rozpływała się coraz szerzej i szerzej. Mrugnąłem, nie będąc pewnym, tego co widzę. Otworzyłem usta ze zdumieniem patrząc, jak cała kotara przechodzi w biel, a jasność rozlewa się po całym pomieszczeniu.

– O Boże... – złapałem się za głowę i skuliłem w sobie jak zbity pies. To nie mogło dziać się naprawdę...

– Mówiłem ci, żebyś nie wzywał tu jego imienia! – mój dręczyciel syknął jak wąż. – A ty...!!

– Co ja, Samaelu? – Michał patrzył spokojnie.

Pokój całkowicie wypełnił się bielą, kotary zafalowały. Pojawiły się na nich kwiaty, podłoga pokryła się pięknym dywanem. Takim, jaki najczęściej widzi się przy kominkach. Takim, na którym od razu chce się usiąść. Zasłony rozsunęły się, musiałem osłonić dłońmi oczy, kiedy jasne światło wlało się z zewnątrz do środka. Czerwony wodospad przeobraził się w krystalicznie czystą wodę. Okna otworzyły się z hukiem. Dziesiątki ptaków wpadło przez nie do środka i rozsiadło się na murku wokół wody. Kilkanaście z nich fruwało pod sufitem ćwierkając radośnie.

– Tak jest znacznie lepiej – usłyszałem.

– Kiedyś, kiedyś mi za to zapłacisz! – nienawiścią w spojrzeniu Samaela dałoby się zabić. Zabić, gdyby tylko to nie był Michał...

– Musimy już iść – mój obrońca zignorował groźbę. – Piotr nie jest ci nic dłużny. Nigdy nie był.

 

***

 

Siedziałem na ławce. Oddychałem głęboko ciepłym, świeżym powietrzem. Od kilku dni już nie piłem i czułem się lepiej. Naprawdę wierzyłem, że teraz wszystko się zmieni.

– Słuchaj, wtedy miałem pijacką delirkę, znaczy zwidy. Prawda? – pytałem niepewnie. – Wiesz. Tam, w gabinecie.

Michał tylko się uśmiechnął.

– Postarasz się umówić Mateuszka na wizytę, u tego znanego onkologa?

– Słucham? – nie od razu załapałem.

– Mówiłeś o nim wtedy w kościele.

– Ach. Tak, pamiętam – spuściłem głowę. – Taka przysługa za przysługę?

– Nie, dlaczego? – zapytał zdziwiony. – Chyba nie myślisz o tym w ten sposób? Sam wtedy mówiłeś, że możesz.

– Nie, nie – szybko zaprzeczyłem. – Tak głupio mi się wyrwało. To po tamtym.

– To już nie wróci Piotrze – mój nowy przyjaciel ścisnął mnie za rękę. – Wierzę w ciebie.

Podniósł się z ławki.

– A teraz wstań, czas zrobić coś dobrego.

I wstałem.

 

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
Darcon · dnia 23.11.2016 18:59 · Czytań: 852 · Średnia ocena: 5 · Komentarzy: 7
Komentarze
skroplami dnia 24.11.2016 17:46 Ocena: Świetne!
Współcześnie, pięknie, prawdziwie.
Chociaż cuda nie są tak wyraźne i dostrzegalne.
I, co ważne i w tekście widoczne, "cuda" wielokrotnie przez zło tworzone. Zło jest niezwykle podstępne, najczęściej dziś w krawacie. Oczywiście, te większe :). Nie? Ok, zło bywa obok, na wyciągnięcie ręki, na chodniku, plujące nam w twarz, bywa że mieszka obok.
Opowiadanie z początkiem, środkiem, końcem i sednem :). Architektura utworu bez zarzutu, czyta się zapominając o czymś co obok :). W treści widać gdzie, co, jak :).
Świetne.
Skull dnia 25.11.2016 09:49
Cytat:
kor­po­ra­co­wo

Może lepsze byłoby korporacyjnie?
Cytat:
przy­ja­ciel spoj­rzał na mnie z wy­rzu­tem na twa­rzy.

Pogrubiona część jest zbędna, gdyż w domyśle wiadomo, którą częścią ciała patrzył z wyrzutem i na pewno nie były to łokcie :)
Cytat:
Sia­daj, ale naj­pierw za­mknij za sobą drzwi – mój drę­czy­ciel był sta­now­czy, to nie wró­ży­ło nic do­bre­go.

Kropka po drzwi i mój z wielkiej litery
Cytat:
prze­cież nawet ci nie po­wie­dzia­łem o kogo mi cho­dzi.

Przecinek przed o kogo
Cytat:
dodał wi­dząc mój py­ta­ją­cy wzrok.

Przecinek przed widząc
Cytat:
Pro­szę pa­mię­tać o po­zo­sta­wie­niu płasz­cza w szat­ni. Spoj­rza­łem po sobie, byłem cały mokry, na ze­wnątrz mocno pa­da­ło.

Tu ci się chyba enter zgubił.

Masz problem z interpunkcją i to poważne. Zalecam poczytać zasady. Problem jest też z zapisem dialogów. Też powinieneś poczytać zasady. Ostatnia uwaga dotyczy wielokropków - nie jestem ekspertem, ale nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek spotkał się z przecinkiem po wielokropku, a u ciebie jest regularnie.
Posługujesz się bardzo sprawnie językiem polskim i przyjemnie mi się czytało. Tekst jest pozytywny, chociaż dla mnie trochę naiwny. Osobiście wstawiłbym więcej dramatyzmu, bo w końcu główny bohater zetknął się aż z dwoma boskimi istotami! Ale ogólnie jest fajnie :)
Pozdrawiam
Darcon dnia 25.11.2016 21:30
Skroplami, dziękuję za miły komentarz, to zawsze buduje. Swoją drogą, to ciekawa, krótka forma literacka :)
Skull, czytam i poprawiam, ale jako autor zawsze mam problemy z poprawkami czysto warsztatowymi, dla wyłapania błędów, interpunkcji i literówek. Ciągle zbaczam na treść. Z czasem powinno być lepiej. Dziękuję za komentarz.
Skull dnia 25.11.2016 22:04
Znam ten ból i wiem, że nawet jak przeczytasz dziesięć razy pod rząd, to wszystkiego nie wyłapiesz. W tym przypadku sprawdza się czas. Za miesiąc, dwa, gdy wyrzucisz tekst z głowy i do niego usiądziesz, nagle zobaczysz nowe błędy :)
Aronia23 dnia 27.11.2016 22:47 Ocena: Świetne!
Darcon, przeczytałam. "Przysługa za przysługę", no i... nic. Ty przeczytaj moje "Bagno", "Stworzoną z mgły" to baśnie, mity. Sam napisałeś do skulla "czytam i poprawiam, ale jako autor zawsze mam problemy z poprawkami czysto warsztatowymi, dla wyłapania błędów, interpunkcji i literówek. Ciągle zbaczam na treść. Z czasem powinno być lepiej. Dziękuję za komentarz." Jakie to miłe, ze Cię poznałam, a raczej wyrywek Twej twórczości. Bestsseler napisać? Pisz, życzę powodzenia. Powielaj Lewisa Carolla czy gier komputerowych. Postacie z Madagaskaru żyją? A znasz Maurycego Beniowskiego? On był królem Mdagaskaru, który uważano kolonię zamorską Polski. Stąd w latach 50. XX w. Żydów Polacy chcieli wysłać na Madagaskar. No to prasuję spódnicę na jutro, bluzkę i idę do klubu go - go dla kobiet. Będzie się działo. Opiszę żywe postacie, bajecznie wijące się. Dziękuję.
Ten_Smiertelny dnia 21.12.2018 12:03
Ustaliliśmy już Darcon, że umiesz radzić sobie z krytyką, nie muszę się więc hamować… A jednak chciałbym się jakoś asekurować. Jak by to powiedzieć… Lubię cię Darcon; darzę szacunkiem jako autora i mimo iż mój entuzjazm do portalu znacznie opadł, a czasem wściekam się w myślach na was redaktorów widząc jak klasyfikujecie poszczególne teksty, to jednak bardzo doceniam to co robicie i bynajmniej nie wątpię w wasze umiejętności i doświadczenie – tzn. czasem wątpię, ale nie zawsze <lol>. Poza tym nie piszę niczego złośliwie i krytykując staram się zwykle jakość pomóc autorowi, jednocześnie pozostając szczerym… Dobra – dosyć asekuracji.

Teraz chwilę bez owijania w bawełnę: Tekst jest niestety dość słaby. Doczytałem go do końca tylko dlatego, że sam pieklę się, gdy ktoś komentuje dzieło przed jego pełnym przeczytaniem.

Jednak koniec nie zmienia mojego odbioru, nie ma w nim bowiem żadnego zaskoczenia. Przeciwnie cały utwór jest okropnie naiwny, dialogi w całości nieprawdopodobne i sztuczne, a wszystko zupełnie niestrawne i przewidywalne. Czytelnik jest zawsze dwa kroki przed rozwojem akcji i wie wszystko to czego nie wie bohater, jednocześnie wiedza ta nie sprawia, że obawia się o niego, gdyż właściwie nic bohaterowi nie grozi…

Twierdzisz, że wiele nauczyłeś się na portalu być może więc teraz sam już dostrzegasz te wszystkie potknięcia. Może będziesz wstanie zrozumieć o co mi chodzi…

Jakoś chciałbym odwlec omawianie całego opowiadania, gdyż jest ogrom rzeczy które chciałbym ci powiedzieć i po prostu zdaję sobie sprawę, że pewnie nie dam rady. Zacznę więc od błahostki, to jest: gatunek.

Na jakiej zasadzie zaklasyfikowałeś to opowiadanie jako Fantastykę/SF? Science Fiction to z pewnością nie jest, bo ono musi zawierać pierwiastek Science i tyczyć się przyszłości i domniemanych odkryć naukowych (przynajmniej jako usprawiedliwienie i otoczka) – o czym zapewne doskonale wiesz. Jednak Fantastyka to również z pewnością nie jest. Jeśli ktoś śmie nazwać Boga, lub Szatana, postacią fantastyczną (w znaczeniu fikcyjną/zmyśloną) to gotów jestem, pojedynkować się z nim na rewolwery. W zwykłym życiu przecież działy się rzeczy dużo bardziej niesamowite i niezwykłe niż w tym opowiadaniu (czego świadectwem Biblia). W całym tekście nie ma żadnych elementów które same w sobie, nie mogłyby być uznane za realistyczne przez teistę, jest to więc jedynie obyczajówka.

Nie ma sensu od razu klasyfikować dzieła jako fantastykę tylko dlatego, że zawiera elementy w które ktoś mógłby nie wierzyć, bo przecież nie ma takiej rzeczy w którą wszyscy ludzie by wierzyli i byliby co do tego zgodni. Niektórzy przecież i dziś nie wierzą, że Ziemia jest okrągła; czy byłby zatem sens, skutkiem tego klasyfikować „80 dni dokoła świata” jako fantazy?

W ogóle całość czyta się zupełnie jak opowiadanie obyczajowe. Takie więc przyporządkowanie tego opowiadania (jak ty zrobiłeś) wprowadza czytelnika w błąd. Spodziewałem się bowiem, od ciebie klasycznego SF i przez jakiś czas czytając, oczekiwałem czegoś zupełnie innego niż otrzymałem.

Tak ogólnie to chyba lubię twój styl. Z opowiadań które wcześniej przeczytałem wyniosłem wrażenie, że jest prosty – w tym dobrym sensie. Nieudziwniony, nieprzesadnie literacki i poetyczny, a przez to czytelny i przejrzysty, co ułatwia lekturę. Tutaj jednak miałem wrażenie jakbyś chciał umówić się z czytelnikiem, ty udajesz, że przedstawiasz sytuację, tylko po wierzchu ją opisując, a czytelnik udaje, że wszystko widzi i dobrze się bawi. Przez przesadne uproszczenia nie można naprawdę wczuć się w sytuację bohatera i zżyć się z nim. Ma to miejsce od samego początku i trwa aż do końca.

Cytat:
– Gotowe? – zapytał tyran.

Tak, to było jedyne określenie, które pasowało do mojego kierownika. Chociaż nie, nie jedyne. Pasuje jeszcze ciemiężca, dręczyciel, prześladowca. O, despota też jest dobre, brzmi tak coolowo, korporacowo.


Pokazuj nie opisuj!
Jeśli chcesz przekonać kogoś, że ktoś jest tyranem musisz pokazać jakąś sytuację która sprawi, że czytelnik też tak uzna i zsolidaryzuje się z bohaterem narratorem.

Gdy czytałem po raz pierwszy i jeszcze nie doszyłem do końca obiecywałem sobie, że napiszę ci tutaj parę fikcyjnych sytuacji w których mógłbyś przedstawić szefa tyrana i jednocześnie pogłębić jego charakterystykę tzn. nadać mu wiarygodności. Szef mógłby być złośliwy i sarkastyczny, przemęczony a przez to zgryźliwy. Albo mógłby bać się utraty kontroli i sądzić, że tylko nieustannymi groźbami i szantażem emocjonalnym uda mu się utrzymać pracowników w ryzach. Itd. itp.

Tak zaś czytając początek, odniosłem wrażenie, że bohater się zwyczajnie obija, a szef jest pewnie naciskany z góry i sam również goniony terminami – a więc tak naprawdę to on jest tym dobrym.

Śmieszne, że dokładnie o to ci chodziło (!), bo tak też jest dalej w tekście. Od początku chciałeś „oczyścić” szefa (czy raczej skłonić bohatera do refleksji) dlatego zostawiłeś już na wstępie wskazówki, że jest dobry i daje Karolowi więcej czasu, a więc jednak potrafi być wyrozumiały itd.

To jednak błąd!
Jeśli bowiem narratorem ma być Piotr to musimy się z nim zidentyfikować i czuć to samo co on. Jeśli dla Piotra zaskoczeniem ma być dobra strona szefa, to i dla nas (czytelników) powinno to być zaskoczenie!

Tak zaś nie jest! bohater sprawia wrażenie leniwca narzekającego właściwie nie wiadomo na co. Rolą szefa jest przecież poganiać i naciskać na pracowników. Jego narzekanie przypomina narzekanie dziecka w szkole na to, że nauczyciel jest nieludzki bo zadaje pracę domową, to tak jakby pomstował w sklepie, że wymaga się od niego pieniędzy za zakup towarów. Tzn. ja sądziłem, że może i ma rację i chciałem mu wierzyć, lecz nijak tego nie widziałem, ani nie czułem.

Utrudniało mi to zatem zidentyfikować się z bohaterem i zwyczajnie wczuć się w jego sytuację. Dlatego też chciałem radzić ci byś zmienił narratora na wszechwiedzącego. Sam o wiele bardziej lubię czytać narrację prowadzoną w trzeciej osobie, gdyż jest wtedy ona bliżej czytelnika, jednak nie wszystko można w niej zrobić. Na szybko i wiarygodnie można by scharakteryzować charakter i zachowanie wiarygodnego szefa tyrana, tylko w narracji wszechwiedzącej. Trzecioosobowa wymaga zaś jakiś konkretnych przykładów, by czytelnik mógł uwierzyć bohaterowi/narratorowi który przecież również jest stroną i niekoniecznie jest w swych zarzutach obiektywny.

Tobie jednak od początku chodziło o to by oczyścić z zarzutów szefa i problem w tym, że już od początku chciałeś to pokazać i zaznaczyć. To niepotrzebne i niewłaściwe; wyjaśnienie i oczyszczenie, wyglądałoby później lepiej, gdyby wcześniej szef przedstawiony był jako potwór. To tak jak w Incepcji – bohater przeżywa katarzis bo wcześniej jest przekonany podłości ojca (nawet wiedząc, że to iluzja), możemy również to poczuć, ponieważ również jesteśmy/byliśmy o niej przekonani.

Innymi słowy to przedstawienie wcześniej dobroci szefa (czy raczej nie do końca przedstawienie jego zła) utrudnia wczucie się w bohatera, jednocześnie wcale nie wzmacniając późniejszej puenty wyjaśnienia, lecz przeciwnie, tylko ją osłabiając. Tu powinien działać efekt kontrastu. Im mocniej przedstawiłbyś szefa w czarnych barwach na początku, tym jaśniej później świeciłby w innej sytuacji ukazując swoje ludzkie oblicze.

Tym bardziej, że nie musowo byłoby go nawet aż tak bardzo wybielać (i tak też zrobiłeś), wystarczyłoby by dało się go zrozumieć, już to mocno podziałałoby na emocje. Poza tym dobrze byłoby gdyby i szef coś wyciągnął z tej życiowej lekcji i może trochę złagodniał, czy postanowił się trochę zmienić.

Cytat:
– Czepiał się?

– A jak myślisz? – zapytałem ze złością.

Czasami retoryczne pytania Karola bardzo mnie denerwowały.

– U mnie też był, ale jakoś poszło na spokojnie. Dał mi czas do środy.

Facet naprawdę się cieszył.

– Poczekaj, jeszcze do środy daleko. Na pewno mu się zmieni i pogna cię aż miło! – byłem zły, że mi się oberwało, a jemu nie.

– Przestań, chyba mi tego nie życzysz?! – przyjaciel spojrzał na mnie z wyrzutem. – Co, mało razy po mnie jeździł? Chociaż dzisiaj dał mi spokój.

– Coś ty, żartowałem. Fajnie, że ci odpuścił.

– Zobaczysz, od ciebie też się kiedyś odczepi.

– Pewnie tak...


Strasznie sztuczne i nierealistyczne dialogi. Naprawdę myślisz, że tak to mogłoby wyglądać?
No dobra, pewnie nie mam prawa tego mówić, bo moje dialogi też bywają sztuczne; jako czytelnik jednak chce zwrócić ci na to uwagę. Spójrz, że dialogi w całym opowiadaniu wydają się sztucznie ugrzecznione i uproszczone, ciężko uwierzyć by mogły być wypowiedziane naprawdę.

Ludzie bywają zabawni, uszczypliwi i dowcipni, rzadko uprzejmie poprawni jakby nie chcieli nikogo urazić i obchodzili się jak z jajkiem. W powyższym dialogu wcale nie wygląda to jakby byli przyjaciółmi, w ogóle nijak to wygląda. „Przestań, chyba mi tego nie życzysz?!” – kto normalny powiedziałby coś takiego? To brzmi jak z podręcznika nauki relacji międzyludzkich, a reakcja na to jest jeszcze sztuczniejsza: „Coś ty, żartowałem. Fajnie, że ci odpuścił.”. Gdyby to był film amerykański na słowa: „chyba mi tego nie życzysz?”, bohater odpowiedziałby „Pewnie, że ci życzę. Jak skupi się na tobie, to odczepi się ode mnie. Trzeba kogoś poświęcić...”, a przyjaciel odpowiedziałby mu z humorem w udawanej złości: „Dupek!”.

„Wyszedłem z pokoju szefa blady jak ściana.

– Jak tam u szefa, jesteś w niebie? – zadrwił Karol, kolega z działu planów i rozwoju.

– Ta, siedzę na plaży i popijam sok pomarańczowy ze słomki – odpowiedziałem kąśliwie.

– Coś minę masz jakąś mało plażową – uśmiechnął się. – Widzisz, a mi Arnuś przedłużył czas do środy – Karol wyraźnie napawał się swym trumfem.

– Co?… – słowa ugrzęzły mi w gardle.

– Hahaha… ma się tę wrodzoną inteligencję. Szefunio nie jest potworem, trzeba tylko umieć rozmawiać z ludźmi. Poprosił byś go ładnie, to może i tobie dałby jeszcze trochę czasu do namysłu. Ale ty chyba nie potrafisz zachować zimnej krwi… Może powinieneś wziąć ode mnie jakieś lekcje…

– Jakoś i tobie ta twoja wielka inteligencja nie pomogła, gdy zmył tobą podłogę w zeszły wtorek! I co? Nie pamiętasz, jak żaliłeś mi się, że chyba cię wywali!!? Czemu wtedy nie byłeś taki mądry!? – rozzłościłem się na dobre.

– Dobra, dobra, co się wściekasz, przecież ja tak tylko sobie żartuję. Raz na wozie, raz pod wozem, nie? Jeszcze nadejdą dla nas szczęśliwe dni.

– Łatwo ci mówić – odburknąłem. – Nie ty będziesz musiał spędzać całe weekendy i noce na pracy, by i tak później odebrać burę za nieskończenie wszystkiego w terminie.”

Przyjaciel widząc jego stan, stara się humorem i bezczelnością wybić go z niego, nawet kosztem ściągnięcia na siebie gniewu.

Nie wiem czy moja wersja jest lepsza, ale może pomoże ci zrozumieć o co mi chodzi. Na pewno dialogi dałoby się napisać lepiej, bez obecnej w nich pewnej umowności i ugrzecznienia. To samo tyczy się zresztą i opisów:

Cytat:

Po­trze­bo­wa­łem od­prę­że­nia. Byłem tak spię­ty, że cią­gle bolał mnie kark. Po­my­śla­łem, że ły­czek cze­goś moc­niej­sze­go od­po­wied­nio mnie roz­mięk­czy i znie­czu­li. Mia­łem taką ulu­bio­ną knajp­kę. Po­da­wa­li tam świet­ne trun­ki, a i po­ga­dać można było na luzie.


Dlaczego on się tak przed nami tłumaczy (jak niepełnoletni przed policjantem)? Mamą jego jesteśmy, czy co? Zbijemy go za picie? Musi się przed nami usprawiedliwiać?

Wystarczyłoby proste: „Miałem już tego wszystkiego dosyć. Poszedłem się napić.” Albo od razu: „Przeklinając w myślach Szwarca neonazistę, życząc mu wszystkiego co najgorsze: raka, stwardnienia rozsianego, choroby wenerycznej i przerosty prostaty, zamówiłem u barmana następną kolejkę. Kątem oka dostrzegłem, że od pewnego czasu uważnie przygląda mi się pewna postać…”

Co to za różnica czy to jego znajoma, czy nieznajoma kawiarenka? To też niezbyt wielka nowina, że kogoś boli kark, niektórych prawie nigdy nie przestaje boleć. Pisząc to właśnie sobie sam kark nastawiłem z trzaskiem. Serio. ;p

Podobnie nierealistyczne są dialogi w knajpie. Piotr musiałby być zupełnie pijany by od tak uwierzyć, że ktoś mu coś takiego załatwi. A jeśli rzeczywiście był pijany, to czego nie czuć tego w dialogach? Nie wygłupia się ani nie bredzi od rzeczy. Nie czuć, że jest pod wpływem.

Poza tym brakuje w tym zawarciu paktu dramatyzmu, napięcia… nawet odrobiny horroru. Poczucia czegoś nadzwyczajnego, niebezpiecznego, groźnego. Tak byśmy czytając bali się, że rozmowa nie idzie w dobrym kierunku, że to nie tak powinno być; wyczuwali zło czające się gdzieś w atmosferze; jakąś złośliwość i ohydę trudną do zlokalizowania i określenia. Innymi słowy: brakuje klimatu. Powinien być też jakiś namacalny, konkretny sposób zawarcia tego paktu, a nie tak na gębę…

Cytat:

To co, zawieramy pakt? I temat załatwiony


Daj spokój! Chyba każdy człowiek na świecie wie, że pakt to się z Diabłem zawiera. Bohater musiałby być zupełnie pijany by mu się to choć nie skojarzyło, lecz i tak wątpię że nie pomyślałby o tym. Poza tym, każdy szuka racjonalnego wyjaśnienia, nikt nie zgodzi się zawrzeć z kimś umowy bez choćby pomysłu na to w jaki sposób miałaby ona zostać racjonalnie zrealizowana. Piotr powinien jakoś domyślać się jak on mógłby tego dokonać.

„W przyglądającej się postaci Piotr dostrzegł coś znajomego. Odczuł instynktownie jakby ją znał i kiedyś spotkał, a jednak nie pamiętał kiedy i gdzie; było to uczucie tym dziwniejsze, że drugiego takiego indywiduum nie było chyba na świecie i spotkawszy go raz, raczej nie dało się go zapomnieć. Piotr odwrócił się teraz i skoncentrował na nim całą swą uwagę.

Nieznajomy ruszał się nad wyraz płynnie i powoli, jakby w spowolnieniu które nagle przyśpiesza i zatrzymuje się nieoczekiwanie. Podszedł do niego teraz bezszelestnie. Jego chód wyglądał prawie nieludzko, jakoby zbyt doskonale i perfekcyjnie, wręcz nierzeczywiście. Gdy sięgał ręką do ust, albo głaskał się po niezwykle gładkiej skórze, miało się wrażenie jakby wiłą się ona jak wielki wąż przyczajony i wciąż gotowy do ataku. Oczy szare, niezwykle duże, wciąż biegały, w te i wewte, nigdy się nie zatrzymując.

– Za upadek wszelkich szefów! – wzniósł toast i uśmiechnął się wilczo, drapieżnie.

Piotr stuknął się z nim kieliszkiem, lecz zaraz ciarki wystąpiły na całym jego ciele, zimny pot zrosił mu czoło. Nieznajomy śmiał się.

Był to odgłos nieludzki i niezwierzęcy, ostry, głęboki, niewyobrażalny, niepojęty, przenikający człowieka na wskroś i dotykający go do głębi. Przeszywający serce i jakby budząc najciemniejsze i najbardziej skryte instynkty strachu i zwątpienia.

Trwało to tylko krótką chwilę, lecz Piotr miał ochotę odwrócić się na piecie i pognać gdzie pieprz rośnie. Tak wielka trwoga nim ogarnęła, że nie pamiętał już o niczym i nikim, chciał tylko biec; biec jak najdalej i najdalej; uciekać gdziekolwiek i jakkolwiek. Nim jednak zrobił choć krok, jego oczy spotkały się z wlepianymi w niego srebrnymi oczami nieznajomego. Był to wzrok tak kojący i hipnotyzujący, że Piotr momentalnie się uspokoił i zrelaksował.

– Za upadek wszelkich szefów – usłyszał jak jego gardło, jak w hipnozie, powtarza usłyszaną myśl, jak jedną jedyną i niepowtarzalną prawdę, pochodzącą wprost z głębin serca. – Za upadek wszelkich szefów!

– Tak, za upadek wszystkich szefów! – powtórzył głośniej nieznajomy.

– Za upadek! – wykrzyczał z zaangażowaniem i z pasją Piotr.

– Nie chcemy ich! Nie potrzebujemy!

– Precz z szefami!

– Precz z władzą!

– Precz!

– Precz! – krzyczeli naprzemiennie na cały głos, waląc pięściami w stół. – Precz! Precz! Precz! Precz! – A głos ich uderzeń roznosił się wokoło powodując jakby drżenie ziemi. Jakby miała ona zaraz rozerwać się wraz z niebem na pół i spaść w otchłań piekielną i straszną.

Ten krzyk był tak wciągający i przyjemny, że nie było żadnego sposobu by przestać. W krótkiej chwili zmieniło się to w jeden wielki wrzask, właściwie ryk opętańczy i wściekły. Trwający całe miesiące i lata, całe wieki i tysiąclecia. Nieustający i niezmienny. Piotr myślał już, że nigdy się od niego nie uwolni, że będzie tak krzyczeć i krzyczeć w nieskończoność, nigdy nie umrze lecz będzie wył wściekły, wył przez wszystkie wieki w nieskończoność – lecz nagle jakby ocucił się ze snu.

Wokoło knajpa wrzała radośnie, a nieznajomy stykał się z nim kieliszkiem mówiąc – za upadek wszelkich szefów! – głosem bardzo miłym, cichym i współczującym.

Krótką chwilę później Piotr był już z nieznajomym w najlepszej komitywie. Śmiał się i żartował. Nie mógł zrozumieć jak wcześniej mógł czuć choćby jakiś cień obawy. Przypadkowo napotkany człowiek okazał się w końcu bardzo miłym i przyjemnym towarzyszem.

Wreszcie znalazł kogoś kto go naprawdę rozumiał, akceptował i gotów był go wysłuchać. Zwierzył mu się ze wszystkich swoich problemów ze Szwarcem, a nieznajomy zdawał się bardzo mu współczuć, w końcu zapytał zagadkowo:

– A gdybym mógł od tak sprawić, że Szwarc zazna prawdziwego cierpienia?

– Chcesz mu sprać facjatę? – zaśmiał się Piotr. – Dawno bym to zrobił, gdybym mógł, ale… daj spokój! to przecież nic by nie dało, a tylko narobiłbyś sobie i mnie kłopotów…

– Nie chodziło mi o ból fizyczny – mężczyzna zaprzeczył z uśmiechem. – Wystarczy, że pstryknę palcami – zrobił gest ręką – a Szwarc zazna takiego cierpienia, że już nigdy się po nim nie podniesie.

– Hahaha! chciałbym to zobaczyć, ciekawe jak… – śmiech zamarł w ustach Piotra. No jasne! już pamięta! Spotkał już kiedyś tego człowieka na jednej z imprez integracyjnych, to była chyba jakaś wysoko postawiona szycha. Ktoś kto mógłby jednym pstryknięciem wywalić Szwarca na zbity pysk, albo sprawić, że jego praca zamieni się w koszmar. A więc o to tu chodziło!

– Mogę to zrobi, będziesz jednak winny mi przysługę – kontynuowała tajemnicza postać.

– „Przysługę” – zastanowił się Piotr. A tak! Wielkie szychy lubią mieć swoich agentów, w niższych szeregach, które donoszą im o postępach prac, tak by na wszelki wypadek byli zabezpieczeni, w razie gdyby ktoś pośrodku ich okłamywał. A więc miałby być kimś takim? Trudna sprawa, nie chciał być szpiclem, donoszącym na kolegów, jednak wizja upokorzonego tyrana Szwarca, była naprawdę kusząca…

– Dobra, zgadzam się! – zdecydował w końcu.

– W takim razie musimy podpisać pakt.

– Hahaha!!! – zaśmiał się Piotr. – Możemy pisać nawet moją krwią, wolisz pobrać ją z ręki, czy może mam odsłonić łydkę? – zażartował sobie pokazując żyłę jak do zastrzyku, jednak w tej chwili dłoń nieznajomego zaatakowała niczym wąż, rozcinając skórę aż do lepkiej tryskającej krwi.

– Aaaa! Co ty!?…. – syknął z bólu i zaczął tamować krwawienie.

– Podpisuj! – rozkazująco nakazał nieznajomy, podając mu zakrwawiony długopis z czerwonym wkładem i napisaną krwią umowę. – Już! – krzyknął groźnie.

Drącymi rękami Piotr podpisał świstek nawet go nie czytając. Czuł, że jeśliby odmówił, jego życie zakończyłoby się w jednej chwili.

***

– Pik! pik!! pik!!! – budzik zadzwonił zgodnie ze swym irytującym natręctwem. Piotr zerwał się przerażony z łóżka. – Co za sen! – pomyślał i spojrzał na rękę; nie było nawet śladu ukąszenia. – To wszystko przez te głupie filmy z wampirami!

Głowa bolała go niemiłosiernie, kac po wczorajszym dawał mu się we znaki, a praca czekała na wykonanie…”


Uff… Pozwoliłem sobie trochę pokazać ci tutaj Darconie, jak ja bym sobie to wyobrażał. Zmieniłem narratora na wszechwiedzącego, lecz chyba rozumiesz o co mi chodzi.

Muszę tutaj pochwalić cię za bardzo fajny pomysł pewnej analogi, zauważenia, że Szatan (jak bohater) również jest buntownikiem przeciwko swojemu szefowi – Bogu. Fajna i fanie przedstawiona myśl, może trochę za mało wyeksponowana, gdyż zauważyłem ją dopiero podczas pisania komentarza. :)

Cytat:

– Synek Arnolda, znaczy Marka jest w szpitalu.


Synek??? Dlaczego nie maleństwo i synunio, dzieciątko? – sarkazm.
Naprawdę dlaczego te wszystkie dialogi tak ugrzeczniłeś. Nie synek, lecz dzieciak (choć nie lubię tego słowa). Nikt się też by tak od razu nie dziwił, ani nie przejmował – to nienaturalne.

– To ty nic nie wiesz?

– A co mam niby wiedzieć?

– Dzieciak Arnolda jest chory. Szpital itd.

– A to ciekawe. Co mu jest?

– A co to za różnica!? – przyjaciel machnął ręką. – Grunt, że tyran jest zajęty a dla nas to tylko na rękę, nie?

Trudno nie było przyznać mu racji, jednak jakieś dziwne przeczucie kazało mi dowiedzieć się więcej. Największą plotkarą w firmie była Eliza, gdy ją zapytałem z miejsca obrzuciła mnie tysiącem szczegółów...”


Cytat:

Zemdlałem.

Gdy tutaj doszedłem przerwałem sobie czytanie gdzieś na tydzień, nie mogłem wytrzymać, by brnąć dalej i potrzebowałem przerwy. Już by ci zemdlał! Prędzej kaktus na dłoni by mi wyrósł! Ludzie tak szybko nie mdleją, to niemożliwe.

Poza tym można by to jeszcze łatwo racjonalnie wyjaśnić. Co powiesz na to, żeby nieznajomy był lekarzem. Być może badał chłopaka i już wcześniej wykrył guza, ale zataił to przed rodziną, ujawniając dopiero po zawarciu paktu. W ten sposób bohater nie byłby niczemu winny bo chłopiec i tak był wcześniej chory. To rozsądne i naturalne wyjaśnienie, a ludzie przecież zawsze szukają usprawiedliwień i są mistrzami w ich prędkim wynajdywaniu. :)

Wszystko można uznać za zbieg okoliczności, i kogo przekonałyby jakiś głupi telefon. Bez żartów. Osobiście na miejscu bohatera wykręciłbym się na piecie, stwierdził, że nie mam z tym nic wspólnego, a tamta rozmowa to były tylko takie żarty, które tylko kretyn mógłby wziąć na serio. Po czym pokazał język i zagrał trąbą na nosie.

Cytat:

Cho­ciaż, nie wiem czy można było to tak na­zwać, bo nie spły­wa­ła po nim woda, tylko jakaś gęsta sub­stan­cja w bor­do­wo-bru­nat­nym ko­lo­rze. Coś jak farba, albo krew... Wzdry­gną­łem się.

Od początku wiadomo, że to krew, tak jak od początku wiadomo, że to jakiś czort czy inne licho. Bohater ze swym wolnym kapowaniem wydaje się być idiotą i irytuje czytelnika, który wszystko rozumie już od dawna.

///
Dalszą część tekstu można by omówić w podobny sposób, lecz właściwie powtarzałbym wciąż te same zarzuty, przystanę więc w tym miejscu i przejdę do ogólniejszej krytyki, tym razem, treści.

Krótko będzie tak: Nie zgadzam się.

A teraz wyjaśnienie: To bardzo stereotypowe patrzeć na cierpienie jak na zło i myśleć że Szatan zsyła choroby. To absolutnie niezgodne z Pismem Świętym i w ogóle bezsensowne.

Jeśli chcesz pomóc dziecku, lejesz mu wodę utlenioną na ranę i powodujesz ból. Jeśli zaś chcesz dziecku zaszkodzić, karmisz go słodyczami co jest dla niego przyjemnością, lecz w efekcie malec nabawia się cukrzycy i psują mu się zęby.

To co nieprzyjemne niekoniecznie jest złe. Przeciwnie, chcąc kogoś nauczyć często niezbędna jest chłosta i cierpienie. Chcąc kogoś wyleczyć, często niezbędna jest bolesna operacja. Bóg zaś jest zarówno nauczycielem, jak i lekarzem, by skłonić człowieka do poprawy musi często sprowadzać na niego cierpienie, podobnie by uzdrowić jego duszę, musi nieraz sprawić mu ból.

Pismo Święte jest pełne przykładów w których Bóg karze, chcąc skłonić ludzi do poprawy postępowania. Apostoł Paweł w Liście do Hebrajczyków pisze tak:

12, 5. a zapomnieliście o zachęcie, z którą do was jak do synów się zwraca, mówiąc: "Synu mój, nie lekceważ karania Pańskiego, ani nie upadaj na duchu, gdy cię strofuje.
6. Albowiem kogo Pan miłuje, tego karci: smaga zaś biczem każdego syna, którego przyjmuje.
7. W karności trwajcie. Bóg odnosi się do was jak do synów. A jakiż to syn, którego by ojciec nie karcił?
8. A jeśli jesteście bez karania, którego uczestnikami stali się wszyscy, więc jesteście nieprawymi dziećmi, a nie synami.
9. Nadto ojcowie nasi rodzeni pouczali nas a szanowaliśmy ich; czyż nie będziemy daleko więcej posłuszni Ojcu duchów, a będziemy żyć?
10. Tamci przecież przez krótki okres dni według swej woli nas pouczali, ten zaś w tym, co pożyteczne jest dla przyjęcia jego uświęcenia.
11. A wszelkie karcenie chwilowo wprawdzie zdaje się nie przynosić wesela ale smutek, potem jednak wyćwiczonym przez siebie przynosi przebłogi owoc sprawiedliwości.

Jezus Chrystus zaś uzdrawiając chorego powiedział do niego tak:
Ewangelia Jana 5, 14. Oto stałeś się zdrowym, już nie grzesz, aby ci się co gorszego nie zdarzyło.

Poświadcza zatem, że choroba może wynikać z grzechu, czego można w Piśmie znaleźć wiele przykładów. Nie oznacza to naturalnie, że każda choroba wynika z grzechu, lecz trzeba mieć świadomość, że Bóg dążąc do poprawy ludzkości, korzysta z chorób i narzędzi sprawujących cierpienie, chcąc naszej poprawy. Cierpienie uszlachetnia człowieka, często może go odmienić. Cierpienie innych otwiera nam też oczy i daje okazję do uczynku miłosierdzia. Pismo mówi, że Bóg na przykład nie pozwoli by zniknęli ubodzy z ziemi, byśmy mieli możliwość im pomóc. Być może więc czasem ktoś po to jest bezdomny, by ktoś wziął go do swego domu i zyskał przyjaciela.

Bóg mógł przykładowo celowo dozwolić, a nawet sprowokować to, by zbójcy napadli na człowieka, po to by Samarytanin mógł mu później pomóc i przez to sam stać się lepszy, oraz zaprzyjaźnić się z nim.

Nie należy zatem patrzeć w tak prymitywny sposób w stylu – boli znaczy niedobre, znaczy Szatan. Dobre drzewo wydaje dobre owoce, a złe drzewo złe. Owocem działania Diabła nie jest ulepszenie ludzkości. Przeciwnik Boga chce by ludzie stali się gorsi, w jego interesie jest więc by byli bogaci (bogaty ma ciężej wejść do królestwa niż wielbłąd przez ucho igielne) i dobrze się im żyło. W takiej Sodomie ludzie przecież mieli początkowo doskonałe warunki do życia. Izraelici również ilekroć bogacili się i żyło im się dostatnio, odchodzili od Stwórcy, a gdy zostawali poniżeni i zgnębieni wracali do Niego.

To nie jest więc tak, że jak ludziom dobrze, to są dobrzy. Raczej tak, że jak ludziom źle, to stają się lepsi.

Jeśli będziesz dziecko wychowywał w ten sposób, że niczego mu nie odmówisz i nigdy nie sprawisz nawet najmniejszej przykrości, czy trudu, to w efekcie wychowasz zarozumiałego samoluba. A jak nas ma wychowywać nasz Ojciec niebiański?

Jak zatem ma mi się podobać treść opowiadania?
O wiele lepiej i rozsądniej byłoby gdyby to Bóg (!!!) zesłał chorobę na chłopca. Cierpienie uszlachetnia. Złoto w piecu się wypala, i w ogniu próbuje!

Wolałbym gdyby choroba była od Boga i rzeczywiście otworzyła oczy złemu szefowi. Koniec końców zdarzają się tyrani i niemiłosierni zwierzchnicy. Taki Dan Houser zadowolony z siebie, pochwalił się na przykład niedawno, że w jego firmie zdarzają się stugodzinne (!) tygodnie pracy. A jego pracownicy nieraz lądowali wyczerpani u lekarzy i psychiatrów wyeksploatowani do granic możliwości i ich nadgodziny były często bezpłatne. W Polsce podobne studio (CD Project Red) zmuszało do pracowania 12 godzin na dobę ich zwierzchnicy nie chcą się nawet z tego tłumaczyć.

Mogę sobie wyobrazić tyrana, który opierdziela człowieka na czym świat stoi, za drobne spóźnienie i nie chce słuchać jego tłumaczeń, że matka mu zachorowała, twierdząc, że życie osobiste pracowników go nie obchodzi i mają je zostawić za drzwiami. Któremu później choruje dziecko i w efekcie zaczyna dostrzegać ludzkie cierpienie i przewartościowywać swoje dotychczasowe wartości.

Dla samego malca to też plus. Może w efekcie zastanowi się bardziej nad swoim życiem i zrozumie, że lepiej poświęcić je na coś lepszego, niż ganianie za napompowanym pęcherzem. Bóg stworzył człowieka w konkretnym celu, a każde drzewo które nie wydaje dobrych owoców będzie wycięte i w ogień wrzucone.

Wystarczy pomyśleć jak wiele dobrego może być z takiej nieprzyjemnej sytuacji i jak wiele złego z jej braku, by móc to nawet docenić.

Ponadto niezmiernie wkurza mnie zakończenie. O co chodzi z tym umawianiem „Mateuszka” do onkologa? To chorobę szatan umie zesłać w sposób nadprzyrodzony, a Bóg, czy też anioł, nie potrafi jej uleczyć w sposób nadprzyrodzony? Toż to kpina jakaś.

List Jakuba 5, 14 Choruje kto między wami? Niech wezwie kapłanów Kościoła i niechaj się nad nim modlą, namaszczając go olejkiem w imię Pańskie. 15. A modlitwa płynąca z wiary uzdrowi chorego i ulży mu Pan, a jeśliby był w grzechach, zostaną mu odpuszczone.

//
Na koniec drobnica: Niezbyt podoba mi się ta twoja kreacja demona. Powinien być bardziej przekonywający, manipulujący… sympatyczny…

Chrystus bądź co bądź był dosyć ostry, nazywał ludzi plemieniem żmijowym i skarżył się: „dokądże was będę cierpiał”, był bardzo emocjonalny: płakał i radował się, nawet do najbliższego Piotra w złości powiedział „precz szatanie!”. Proroctwo mówi, że nie miał wyglądu który by się ludziom podobał.

Szatan (czy też jakiś demon) powinien być jego przeciwieństwem: intelektualny, opanowany, nieszczery, manipulujący i przystojny.

U ciebie mimo, że był prezesem wyszedł jakiś taki… prymitywny.
Chciałbym też dowiedzieć się z tekstu jakiej przysługi w zamian oczekiwał demon.

///
To może będę kończyć, nie powiedziałem może wszystkiego, lecz na pewno dużo. Może coś z tego jakoś ci pomoże, a może uznasz, że zwyczajnie się nie znam… W każdym razie, pozdrawiam cię Darconie. Powodzenia w pisaniu.

Ten Śmiertelny

PS:
Fajna jest w tekście również ostateczna puenta mówiąca, że tym drugim razem to nie jest przysługa za przysługę. :)

PS2:
W ShoutBoxie pisałeś nawiązując do słów Chrystusa, że nie samym słowem człowiek żyje, a ciebie przekonuje także obraz i podałeś link do trailera AWAKEN. Przez to miałem po trochu wrażenie, że jesteś moralnym daltonistą… naprawdę Darcon, obejrzyj sobie jeszcze raz ten trailer i odpowiedz mi: Czy naprawdę nie czujesz tam wielkiego zła? Zło jest wyczuwalne już w samej piosence, a obraz tylko je jeszcze potęguje, jest w nim jakaś okropność, jak w wzorze hinduskiego dywanu (jakby to powiedział ekspert w tej sprawie G.K. Chesterton) i sztuce Azteków. Trailer Awaken jest oczywiście zewnętrznie piękny i kolorowy, ale wewnątrz pełny niegodziwości i wypaczenia. Bije od niego jakimś okropnym złem i szaleństwem. Taki właśnie klimat powinien być zawarty w gabinecie szatana/demona nie zaś jakieś stereotypowe kiczowate fontanny krwi, jak w amatorskim teledysku metalowym, czy kiepskim niskobudżetowym horrorze dla nastolatków…

PS3:
Pomyśl tylko Darcon jak wielkim zaskoczeniem byłoby gdyby okazało się, że on z aniołem Bożym (!) ten pakt podpisał, a pomóc przyszedł mu diabeł! To byłoby wstrząsające i jakże odkrywcze! W Biblii czytamy, że Szatan udaje anioła światłości, nie od rzeczy byłoby więc by anioł światłości udawał Szatana (!). Jakże wielkim zaskoczeniem byłoby gdyby odkrył później, że na podpisanym krwią (pakt krwią to mus nad musy) pakcie, jest nakaz by porozmawiał i pogodził się z szefem, co już i tak uczynił; to mogłoby być takie przesłanie, że Bóg oczekuje od nas i tak tego, co zrobilibyśmy chętnie, poruszeni własnym odruchem serca. Skoro zło przychodzi do nas pod pozorem oświecenia, postępu, edukacji, rozwoju i przyjemności, dobro może przychodzić mieniąc się ciemnotą, obskurantyzmem, cierpieniem i głupotą. Zły człowiek zawsze udaje dobroczyńcę, dobry nieraz zaś, udaje niegodziwego i samolubnego. Stąd bierze się choćby całe tsundere… lol
Chętnie więc odwróciłbym całe twe opowiadanie do góry nogami…
Darcon dnia 24.12.2018 23:46
Dziękuję, Ten_Śmiertelny, za tak obszerny komentarz. Przyznaję, że jeszcze tak długiego nigdy nie dostałem. Za sam poświęcony czas chylę czoła.
Odpowiedź muszę powielić na trzy części.
Pierwsza - odnośnie uwag do opowiadania i merytorycznych wskazówek. Tak, w dużej mierze masz rację. To prosta historia, stereotypowa i od zawsze miałem problemy z dialogami, więc nie zamierzam w tym względzie polemizować. :)
Druga - odnośnie Twojej wersji opowiadania. Nie podoba mi się. :) Nie uważam jej za lepszą, jest inna, to prawda. Myślę, że to kwestia gustów.
Trzecia - odnośnie Boga, filmu "Awaken" i Twojego wywodu. To ideologia, a nie prawda objawiona. Nie podzielam jej, myślę wręcz, ze jesteśmy tutaj daleko od siebie. Nie czuję zła w tym zwiastunie, czuje i widzę piękno w świecie i człowieku.

Jeszcze raz dziękuję za tyle poświęconego czasu, ale jak sam zauważyłeś, potrafię przyjmować krytykę i jeśli napiszesz w przyszłości krótszy komentarz, pewnie będzie dla mnie równie cenny.
Tego komentarza nie mogę zaznaczyć jako "pomógł" z powodu dzielących nas punktów 2 i 3.

Pozdrawiam i życzę Wesołych Świąt.
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
skroplami
28/05/2022 17:50
Treść rozmów naprawdę rzeczywista, idealnie rzeczywista :).… »
skroplami
28/05/2022 17:04
Dobre, całkiem dobre. Ale do połowy lepsze jak dalej.… »
Florian Konrad
28/05/2022 16:21
Oj tam, dwie pierwsze powieści poszły z dymem, przyznaję.… »
wolnyduch
28/05/2022 16:20
No to zmienię na brzeg, choć na ogół nie jestem taka… »
wolnyduch
28/05/2022 16:18
Rozumiem, no ale jest ta telepatyczna i duchowa więź, bo… »
wolnyduch
28/05/2022 16:14
Re: D.U Ok, rozumiem, pozdrawiam serdecznie i życzę… »
Kobra
28/05/2022 16:11
...brzeg może być. Jest super. Ja myślałam po potoku, rzece… »
wolnyduch
28/05/2022 16:06
Zmieniłam na wers po wyjściu na brzeg, ale skoro piszesz, że… »
Kobra
28/05/2022 15:59
Coś mi się widzi, że zmiana "wody" na coś innego… »
wolnyduch
28/05/2022 15:46
Witaj Koberko No co ja zrobię, że ja kocham rym...:) No… »
Kobra
28/05/2022 14:48
Wody/tetrapody - zamierzony rym? I może trochę pozmieniać te… »
d.urbanska
28/05/2022 14:42
WD - to nie przejęzyczenie, lecz ludowa forma: udałaś mi się… »
czarnanna
28/05/2022 13:50
Wolny duchu, serdecznie dziękuję za podzielenie się odbiorem… »
wolnyduch
28/05/2022 12:12
Rozumiem, no cóż metafory zawsze są cenne, ale co do układów… »
wolnyduch
28/05/2022 12:08
Czegóż się nie robi w imię przyjaźni/miłości, nawet picie… »
ShoutBox
  • Pulsar
  • 20/05/2022 20:45
  • Szanowna redakcjo! Na mój BLOG nikt nie może publikować. Jedynie komentować i wyrażać wszystko co wątrobie zalega. Zatem nie jestem [link]żeniem.
  • Pulsar
  • 20/05/2022 20:25
  • oto adres:
  • Pulsar
  • 20/05/2022 20:20
  • Oto adres:
  • Pulsar
  • 20/05/2022 20:18
  • Oto adres:
  • Pulsar
  • 20/05/2022 20:15
  • Zabrakło znaków. Coś podobnego. A ja dopiero się rozkręcam. Zatem zapraszam wszystkich do mojego BLOGA, nieśmiałego. u mnie można o wszystkim, nie tylko o poezji. W ramach obowiązujących norm internet
  • Pulsar
  • 20/05/2022 20:08
  • Zapraszam na mojego nieśmiałego BLOGA. Wszystkich, nawet tych bez ślepej kiszki i z dwunastnicą zapasteryzowanymi metaforami. Co zrobić, trudno! Z żołądkiem zakwaszonym refluksem. RRRUU! Wszystko ule
  • Yaro
  • 16/05/2022 19:07
  • To fajnie:)
  • mike17
  • 16/05/2022 17:17
  • Opróżniłem pocztę Jarku :)
  • mike17
  • 16/05/2022 14:29
  • Jarku, nie zapomniałem o Tobie :)
Ostatnio widziani
Gości online:20
Najnowszy:Urok osobisty
Wspierają nas