Misja Lucjana - bemik
A A A
Od autora: Specjalnie na święta

Kiedy wreszcie dostał to zlecenie od Szefa, poczuł, że teraz dopiero zacznie naprawdę żyć. A właściwie działać, a tak uściślając – pracować. Spełniało się marzenie jego życia. Postanowił, że zanim cokolwiek rozpocznie, musi dokonać zmian. Najpierw w swoim image. Nie żeby był niezadowolony z tego, czym go obdarzył Stwórca. Wręcz przeciwnie. Był dumny z szerokich ramion, węźlastych mięśni i gęsto obrośniętej klatki piersiowej. Dumą napawały go też mocne nogi, lekko przykurczone – zgodnie z najnowszą modą. Do tego wyjątkowo zadbane pazury, ostro spiłowane i nabłyszczone. A szczyt elegancji to kopyta. Szerokie, czarne, no i w ogóle bezkonkurencyjne. Uważał też, że jego kolce nad piętami są wręcz figlarne. Wprawdzie miał zastrzeżenia co do ogona, ale odpowiednie preparaty sprawiały, że kita wydawała się bardziej puszysta i gęsta.

Z szuflady biurka wyciągnął małe lusterko i przyjrzał się sobie. Wystudiowanym ruchem poprawił czuprynę, poślinił palec i przygładził brwi. Uśmiechnął się szeroko i z przerażeniem zauważył, że między przednimi zębami utkwił mu kawałek jedzenia. Rozejrzał się ostrożnie po biurze i z ulgą stwierdził, że nikt nie zwraca na niego uwagi. Koledzy pilnie stukali w klawiatury przygotowując raporty i sprawozdania dla Szefa. Zbliżał się koniec roku i każdy miał obowiązek podsumować swoje działania. Zarówno sukcesy jak i porażki. Szczególnie porażki. W takim przypadku należało bardzo szczegółowo omówić przyczyny, wyrazić skruchę, naszkicować plan działań naprawczych, a koniec takiego sprawozdania koniecznie miał być opatrzony obietnicą poprawy. Nikt nie wiedział, czy On czyta te wypociny, ale też nikt nie zaryzykowałby ominięcia procedury. Szef bardzo rygorystycznie podchodził do wszelakich rozporządzeń, szczególnie własnych i do tego wydanych na piśmie.

Lucjan uśmiechnął się leciutko, wygrzebał spośród spinaczy, zszywaczy, kartek i ołówków lekko zużytą wykałaczkę i wydłubał tkwiący między zębami kawałeczek lunchu. On sam dawno już uporał się ze sprawozdaniem. Nie miał zbyt wiele do napisania. Do tej pory był zwykłym pracownikiem biurowym, teraz dopiero, po siedmiuset latach, awansował na pracownika w terenie.

- Agent Lucjan – powiedział do swego odbicia w lusterku i automatycznie wyprostował ramiona. - Teren działania: Warszawa, okres działania: 1 grudnia – 2 stycznia. Cel – jedna dusza ludzka.

Przypomniał sobie rozmowę z Szefem. W całej karierze był w Jego gabinecie tylko trzy razy. Pierwszy, gdy przyjmowano go do pracy, drugi, gdy udało mu się podpalić kosz na śmieci i tylko dzięki przytomności umysłu Samuela uniknęli pożaru całego biura, no i trzeci raz, teraz. Lucjan nadal odczuwał lekkie drżenie kolan. Kiedy Samuel przekazał mu, że Szef go wzywa, sądził, że to kolejny żart kolegów. Nie pierwszy zresztą i z pewnością nie ostatni. Jakoś się nie polubili. Może z wyjątkiem Samuela. To coś, co ich łączyło, trudno było nazwać przyjaźnią, ale też nie byli wrogami. Jedynie właśnie starszy o tysiąc trzysta lat Samuel wydawał się nieco Lucjana rozumieć. Nigdy nie brał udziału w kawałach, jakie robili mu koledzy. Raz go nawet ostrzegł, że ma wysmarowane smołą krzesełko. Chociaż, czego Lucjan długo nie mógł mu darować, śmiał się do rozpuku, kiedy wyczesał grzywę szczotką nasączoną wolno schnącym klejem. Musiał się potem ostrzyc na krótko i popadł w chwilową depresję. Jedynie Samuel rozumiał jego tęsknotę za pracą na Ziemi, jego zauroczenie ziemskimi gadżetami, muzyką i samymi ludźmi. Ale nie takimi, jacy trafiali do nich. Ci byli albo bardzo smutni, albo bardzo gniewni, czasem radośni, ale tak dziwnie, jakby na granicy obłędu. Lucjan lubił zwykłych ludzi, takich co pracowali, mieli rodziny, domy, przyjaciół, zwierzęta. Dlatego przyszedł do pracy w tym biurze, bo to dawało mu szansę, że kiedyś zostanie oddelegowany na Ziemię. I choć czekał bardzo długo, dłużej o dwieście lat niż przeciętny pracownik biura, to się w końcu doczekał. Jakieś sto lat temu zaczął podejrzewać, że Szef o nim zapomniał albo że gdzieś zawieruszyły się jego papiery. Poprosił nawet Samuela, żeby to sprawdził, ale on powiedział mu, że jest bardzo długa kolejka oczekujących i dlatego tyle to trwa. I żeby się uzbroić w cierpliwość. No i Lucjan czekał i czekał, aż w końcu się doczekał. Jutro jeszcze tylko jeden test i w drogę. Nie bał się, że obleje, bo Samuel poinstruował go, jakie odpowiedzi należy zakreślać. Widać, że sam zdał kiedyś celująco, ale gdy Lucjan zapytał o pobyt na Ziemi, tylko wzruszył ramionami i udał, że jest bardzo zajęty.

- Młody, tylko nie zapomnij ubranka – ryknął któryś kolega – bo jak cię na Ziemi ujrzą nagusieńkiego, to na widok twego przyrodzenia połowa populacji padnie trupem.

- Ale to z przerażenia, że diabeł, a ma takie maciupeńkie – dokończył ktoś niewybredny żart.

- Radzę ci za czarcie złoto zrobić sobie małą operację plastyczną – dorzucił ktoś jeszcze.

- Panowie - wtrącił się Samuel – sprawozdania pokończone? Nie? To do roboty!

Rozeszli się niechętnie, a Lucjan odetchnął z ulgą. Nie bardzo wiedział, jak ma się zachować.

- Dzięki, Samuel – szepnął cicho.

- A ty już skończyłeś? - warknął na niego starszy kolega. - To zmykaj do siebie. Transformacja to nie taka prosta sprawa.

- Wiem, wiem. Już próbowałem...

- I co ci wyszło? - zapytał z zaciekawieniem Samuel.

- Nic specjalnego, ale rzeczywiście muszę nad tym trochę popracować.

Nie chciał się przyznać, że już pięciokrotnie próbował zmiany swojego wyglądu i nigdy nie był do końca zadowolony. Wolał też przemilczeć fakt, że po paru niewybrednych żartach kolegów usiłował sobie poprawić co nieco i niestety skończyło się to dość przykro. Swoją ludzką postać obdarzył tak gigantycznym atrybutem męskości, że zachwiało to jego równowagą i runął na kolana. Po tym doświadczeniu uznał, że nie warto sprzeczać się z Naturą i że najlepiej będzie, jeśli spróbuje ją naśladować.

 

* * *

- No, młody – Samuel spojrzał w nową twarz kolegi – masz tu kartę z funduszem reprezentacyjnym. Na warunki ziemskie to bardzo duże kwoty. Tu masz komórkę i czarną kulę. I pamiętaj – masz tylko ziemski miesiąc czasu. To niezbyt dużo. Zabierz się ostro do roboty. Jasne?

- Jasne... - Lucjan starał się, żeby głos mu nie drżał, ale i tak starszy kolega wyczuł jego niepewność i strach.

- No stary, głowa do góry. To nie takie trudne – pocieszał go przyjaciel. - Dam ci parę wskazówek. Spraw sobie wypasioną brykę.

- Co?

- No, luksusowy samochód. W portfelu miej zawsze parę tysięcy i najważniejsze – nie zapomnij kim jesteś!

- Dzięki, Samuel. Na mnie już pora...

- I jeszcze jedno, w tej chwili najważniejsze...

- Tak? Co?

- Załatw sobie jakieś ubranie.

* * *

Jazda tunelem nie była zbyt przyjemna, a zetknięcie z lodowatym powietrzem pozbawiło Lucjana tchu.

- O rany – stęknął, a z ust wyleciał mu obłoczek pary. – Jak oni mogą tu żyć? Tu jest lodowato jak w otchłani. Hotel! Muszę mieć jakąś bazę!

Hol hotelu powitał go feerią barw i zapachów. Wszędzie stały ogromne choinki przystrojone mnóstwem kolorowych bombek. Wszystko skrzyło się i błyszczało, aż można było dostać zwrotu głowy.

- Dobry wieczór. Czym mogę służyć? - Recepcjonistka zlustrowała go wprawnym okiem i poczuła, że oto stoi przed nią ktoś bardzo niezwykły..

- Chciałbym wynająć pokój. Na miesiąc. Do drugiego stycznia.

- Ma pan jakieś specjalne życzenia? - Widać było, że pani jest gotowa do spełnienia wszystkich życzeń nowego gościa.

- Czy ja wiem? - Lucjan zastanawiał się. - Chciałbym mieć do dyspozycji łazienkę. To chyba wszystko.

Dziewczyna zaśmiała się i zatrzepotała rzęsami, ale nie wypadła z roli profesjonalistki.

- Oczywiście. Jakieś inne życzenia specjalne?

- Nie. Raczej nie.

- Dowód lub paszport poproszę! – Kobieta odwróciła się w stronę komputera, aczkolwiek nadal rzucała powłóczyste spojrzenia znad klawiatury.

- Słucham? - Lucjan zaczął nerwowo grzebać po kieszeniach.

- Dowód lub paszport. Muszę pana zarejestrować.

- Już, już, chwileczkę... - W kieszeniach pałętały mu się rękawiczki, papierowe banknoty i bilon, ale czarnej kuli nie mógł zlokalizować. Wreszcie przypomniał sobie, że ma ją w kieszeni garnituru a nie kurtki. Z ulgą chwycił ją w dłoń i po chwili poczuł w drugiej ręce mały, plastikowy kartonik. - O proszę! - Podał recepcjonistce.

- Lucjan Szatański – Dziewczyna spojrzała na niego pytająco i słodko jednocześnie, a przynajmniej miała nadzieję, że on tak to odczyta.

- Tak – potwierdził i pomyślał, że po powrocie zatłucze kolegów za to nazwisko.

- Proszę. – Młoda kobieta podała mu dowód i klucz do pokoju, jednocześnie muskając koniuszkami palców jego dłoń. - Pokój numer trzynaście na trzynastym piętrze. Mam nadzieję, że nie jest pan przesądny? Doba hotelowa kosztuje...

- Przesądny nie jestem, a za cały pobyt zapłacę z góry. – Uśmiechnął się. Zdążył zauważyć, jakie zrobił wrażenie. Jednocześnie podziwiał jej profesjonalizm. Zauroczenie zauroczeniem, ale o pieniądzach nie zapomniała.

- Kartą?

- Oczywiście. - Znowu ścisnął kulkę i po chwili miał kolejny plastikowy kartonik.

- Pana bagaże?

- Nie mam żadnych. – I żeby ukrócić dalsze pytania, podziękował i odmaszerował do windy.

Nawet nie zdawał sobie sprawy, jaki jest wyczerpany. Kiedy dotarł do pokoju, padł na łóżko i głęboko odetchnął. Rozluźnił ramiona i roztarł mięśnie karku. Po chwili spał.

* * *

Lucjan postanowił dać sobie jeden dzień na oswojenie z nowym światem. Wyszedł z hotelu zaraz po śniadaniu i szwendał się po ulicach. Kiedy zmarzł lub zgłodniał, wchodził do knajpek, barów i restauracji. Jadł i słuchał. I doszedł do wniosku, że ludzie są dość monotonni i przewidywalni. Przy większości stolików rozmowy toczyły się wokół tematu świąt, prezentów, świątecznych wizyt i rewizyt. Rozmawiały o tym z dużym natężeniem przede wszystkim kobiety, ale i mężczyznom udzieliła się ta mania. Z tym że panowie mieli więcej problemów. Bo zrobienie prezentów dla rodziny to nie taka prosta sprawa. Może synowi kupić rękawice do boksu, a córce złoty łańcuszek? Tylko czy syn lubi ten sport, a może woli muzykować. A córka? Ile ona właściwie ma lat, a może wolałaby lalkę? Boże, a co dla żony? Znowu perfumy? Co ona w zeszłym roku mówiła o tym zapachu, który jej podarowałem? Podobał się jej, czy wręcz przeciwnie?

Lucjan zastanawiał się, o co tyle zamieszania. Są sklepy, w nich masa rzeczy. Wejść, kupić i do widzenia. Machnął ręką.

 

* * *

Marianna zatrzymała się przed wystawą sklepu po raz dwudziesty. Robiła to za każdym razem, kiedy szła do pracy. To nic, że było wściekle rano, że wiał wiatr i właśnie znowu wzmógł się mróz. Zatrzymywała się przed sklepem od miesiąca, od kiedy na wystawie pojawił się TEN sweter. Czerwony, mięciutki, puszysty, z szerokim golfem. Właśnie taki wymarzyła na prezent dla mamy. Jedyny mankament sweterka stanowiła cena. Dziewczyna zdawała sobie sprawę, że w tym przypadku wynika ona przede wszystkim z lokalizacji butiku, marki i tego, że zbliżają się święta. Ale mimo że zwiedziła masę innych sklepów i sklepików, nigdzie nie natrafiła na taki sam.

Westchnęła ciężko i rzuciła ostatnie spojrzenie na wystawę. Wreszcie odwróciła wzrok i powędrowała zrezygnowana dalej. Nie stać jej na takie ekscesy.

 

* * *

Było już ciemno, kiedy wyszła z pracy. W świetle latarni fruwały grube płatki śniegu. Spadały na włóczkową czapkę i zatrzymywały się na niej na dłużej. Te, które spadły na jej twarz, rozpuszczały się i spływały jak grube łzy. Przecierała policzki wełnianą rękawiczką, żeby pozbyć się niemiłej wilgoci. Na przystanku stała w towarzystwie takich samych zmęczonych, stłamszonych ludzi jak ona. Autobus jak zwykle nie przyjeżdżał o wyznaczonej porze.

- Jak to się dzieje, że kiedy jest obrzydliwa pogoda, ten cholerny autobus zawsze się spóźnia – myślała wściekła. W lecie rzadko muszę tyle czekać!

Wreszcie nadjechał. Wsiadła razem z innymi i ustawiła się koło szyby. Nie, żeby wyglądać przez okno. Było tak zaparowane, że nawet przecieranie nic nie pomagało. Co chwila zachodziło mgłą. Stojąc przy oknie chciała odizolować się od reszty, uniknąć przypadkowych rozmów, oddechów, spojrzeń. W ścisku dojechała do placu Zbawiciela, przesiadła się na tramwaj. Był piątek po południu, przed nią dwudniowy weekend. Koszmar. Lubiła swój dom, lubiła siedzieć w fotelu koło mamy i patrzeć jak przybywa wzorku w nowym swetrze. Ale nie cały czas. NIE CAŁY CZAS! Wszystko w niej krzyczało, że jest młoda, atrakcyjna, że powinna mieć chłopaka. Wysiadła przy Rotundzie. Krzyk w jej wnętrzu ucichł. Skręciła w boczną uliczkę, weszła do sklepu, pozdrowiła znajome sprzedawczynie, zapakowała bułeczki, a po namyśle dorzuciła do koszyka lody czekoladowe. To nic, że zima. W jej pokoju jest ciepło, a książka, którą teraz czyta, przeniesie ją na tropikalną wyspę. Lody będą jak znalazł.

Na ulicy śnieżna paćka okleiła jej buty, czuła jak zimna wilgoć obłapia stopy. Zatrzymała się, żeby obtupać śniegowe błoto i wtedy zwaliła się na nią betonowa ściana. Runęła w breję. Bułki rozsypały się po chodniku, na szczęście lody były szczelnie zamknięte i takie pozostały.

Kiedy niezdarnie usiłowała się pozbierać, jakaś potężna siła uniosła ją do góry.

- Strasznie cię przepraszam, tak nagle się zatrzymałaś. Nie zdążyłem wyhamować! Biegłem... Biegłem do autobusu.

- Nic się nie stało – Dziewczyna otrzepywała ubranie z błota. - Ale bułki nie nadają się.

- Odkupię ci! – Mężczyzna wyciągnął chustkę i pomagał jej ścierać błoto z płaszcza. Ogarnął dłonią spadającą mu na twarz grzywkę.

Marianna spojrzała na niego właśnie, gdy rozmazywał sobie po twarzy soczystą smugę błota i wybuchnęła śmiechem. Lucjan spodziewał się, że raczej zacznie płakać, kląć albo złorzeczyć, a ona chichotała serdecznie, radośnie. I wtedy poczuł, że zima znika z Ziemi. Uśmiechnął się. Najpierw nieśmiało i z zażenowaniem. Potem coraz śmielej, aż wreszcie śmiał się na całe gardło. Stali oboje ubłoceni, na smutnej, zimowej ulicy, a wokół nich wirowały płatki śniegu. I czuli, że jest jakoś inaczej niż zwykle. To znaczy, przynajmniej ona czuła, że jest inaczej.

- Marianna. – Wyciągnęła rękę do nowego znajomego.

- Lucjan. – Chwycił jej dłoń. - Czy w ramach przeprosin dasz się zaprosić na kawę?

Dziewczyna znowu wybuchnęła śmiechem.

- Czemu się śmiejesz? - Lucjan nastroszył się.

- Wyobrażasz sobie, jak wchodzimy oboje w naszych ślicznych, ubłoconych ubrankach do jakiejś kawiarni?

- No tak, nie pomyślałem o tym – zakłopotał się.

- Ale wiesz co? - Marianna wolała zbyt długo nie zastanawiać się nad tym, co chciała powiedzieć. – Mieszkam tu niedaleko. Zapraszam cię na herbatę i może uda nam się oczyścić trochę twój płaszcz.

* * *

Rozejrzał się po pokoju. Całą jedną ścianę zajmowały półki z książkami i biurko. Po drugiej stronie stała wersalka, nad nią też półka z książkami. Tuż za drzwiami była niewielka szafa. Żadnych zdjęć, oprócz jednego - mama, tata i Marianna w wieku lat kilku.

- Jest sama – pomyślał. I samotna – dorzucił w myślach widząc dużego, pluszowego zająca na łóżku.

- Siadaj – zarządziła dziewczyna odstawiając tacę z filiżankami i czarkami lodów na biurko. - Zaraz zorganizuję nam stół!

Sięgnęła za szafę i wyciągnęła drewniany, składany stoliczek. Przetarła blat i przestawiła wszystko. Zapadła niezręczna cisza. Kilka razy zaczynali na raz coś mówić i przerywali.

- Dużo czytasz, prawda? - powiedział mężczyzna wskazując na regał.

- O tak. To moje ulubione zajęcie. Oprócz pracy.

- Pracy? - Lucjan poczuł się zaskoczony.

- Bo wiesz, jestem przedszkolanką i to mi się bardzo podoba – zaczęła najpierw nieśmiało, a potem się rozkręciła.

Lucjan słuchał jak zaczarowany. Mówiła jednym tchem o dzieciach, ich rodzicach, książkach, problemach, o mamie. Jakby dotychczas tłumiła to wszystko w sobie, a teraz tama puściła i słowa jak powódź zalały kanapę, Lucjana i cały pokój. Kiedy wreszcie zaczęła, nie mogła skończyć. W końcu opanowała słowotok.

- Ja cię przepraszam, gadam i gadam jak najęta – zawstydziła się.

- Ależ skąd, to bardzo interesujące – zapewnił ją i czuł, że mówi prawdę. To, co usłyszał, było dla niego całkiem nowe i ciekawe. Mógłby jej słuchać bez końca, ale ona zamilkła na stałe.

- A ty co robisz?

- Ja? No... - Wpadł w panikę. - Jestem w podróży służbowej. Mój Szef potrzebuje nowych ludzi. Ja mam ich poszukać.

- I co? Udało ci się?

- No, nie do końca.

- Co to za praca?

- No wiesz, właściwie ... biurowa...

Jego męki zostały na szczęście przerwane, bo z pokoju obok dobiegło wołanie.

- Zaraz wracam, zobaczę, co chce mama.

 

* * *

Umówili się na jutro. Marianna obiecała pokazać mu miasto. On zaprosił ją w ramach przeprosin za nieszczęśliwy wypadek na obiad.

- Zobacz, wszyscy szaleją z zakupami. – Dziewczyna wskazała głową tłum kłębiący się przy kasach marketu. Siedzieli w knajpce w pasażu handlowym w centrum. Właśnie wrócili ze spaceru po Starym Mieście. Podziwiali bajkowo przystrojony Nowy Świat i w końcu postanowili gdzieś odpocząć.

- Nie rozumiem tego! - Lucjan wzruszył ramionami.

- Czego?

- Tych zakupów, choinek, prezentów...

- Przecież to Święta!

- No tak, ale świętujecie cudze urodziny...

- Cudze? Co ty gadasz? To Narodzenie Chrystusa. Wszyscy się cieszą i tą radością chcą dzielić się z bliskimi.

- Niby tak, ale to trochę jakby wnuczek dostawał prezenty z okazji urodzin dziadka – zażartował.

- Nie wierzysz w Boga? - spytała zaskoczona.

- Wierzę, ale nie tak jak ty.

- To znaczy jak?

- Wierzę w Stwórcę, który dał impuls do powstania świata, stworzył ludzi, demony i anioły, dobro i zło. A teraz przygląda się tylko swojemu dziełu.

- A Chrystus?

- To jego kolejny posłaniec.

- Posłaniec?

- No tak. Był Mojżesz, Budda, Mahomet... Wszyscy mieli jakąś misję do spełnienia. Wiesz – tłumaczył dziewczynie - wyobrażam to sobie jak pałac z ogromną ilością komnat. Każdy kolejny mesjasz otwiera drzwi do następnej sali, a to przybliża nas do sali tronowej, gdzie zasiada Bóg. Dzięki nim ludzie wkraczają na kolejny poziom.

- Jakieś to pokrętne – sprzeciwiła się Marianna.

- Pokrętne? Wcale nie. Zauważ, że każda religia ma te same założenia. Istotne założenia. Nie zabijaj, nie kradnij – przykazania z twojego Dekalogu możesz odnaleźć w islamie, buddyzmie, judaizmie czy w jakiekolwiek innej religii. Założenia są takie same.

- Właściwie masz rację, ale...

- Nie ma ale... Problem polega na tym, że ludzie nie potrafią wyzbyć się swoich nawyków. A na dodatek na siłę próbują innych do nich przekonać. Stąd wojny. Według mnie Wielki Manitou, Allah, Jehowa czy jakikolwiek bóg to ten sam Bóg Stwórca, którego czczą wszyscy ludzie, tylko każdy na swój sposób.

- Może rzeczywiście masz rację, ale ja i tak kocham te Święta, zapach choinki, no i pierogi z kapustą i grzybami.

 

* * *

Marianna stała na przystanku. W świetle latarni wyglądała na zagubioną. Kiedy go dostrzegła, uśmiech wypłynął na jej twarz. Lucjan poczuł się przez to bardzo wyjątkowo.

- Czy ja się zakochałem? - zadał sobie pytanie, ale nie zdążył zastanowić się nad odpowiedzią, bo nadjechał autobus. Wskoczyli do nagrzanego wnętrza i przecisnęli w stronę okna. Na każdym kolejnym przystanku dosiadało się mnóstwo ludzi. Było duszno i tłoczno, ale Lucjan czuł się szczęśliwy. Napór ludzi sprawił, że stali z Marianną tak blisko, jak nigdy dotąd. Nie miała się czego przytrzymać, więc złapała go za klapy kurtki. Otoczył ją ramieniem, aby uchronić przed innymi ludźmi bądź upadkiem. Poczuł, że mógłby tak jechać całą wieczność. Ale niestety, wkrótce musieli wysiadać. I znowu powtórzył się ten sam, co zawsze rytuał. Marianna stanęła przed wystawą sklepową i zauroczona wpatrywała się w sweter. Już wiedział dlaczego.

- Oddałabyś duszę za ten sweter, co? - spytał trochę tylko żartem.

- Duszę? – zaśmiała się. – Nie, ale mogłabym oddać urlop, żeby zdobyć na to kasę!

Lucjanowi kamień spadł z serca. Próbował, ale nic z tego nie wyszło. Może już sobie dać spokój z kuszeniem.

- Idziemy? Zimno tu.

 

* * *

Wigilia stała się tym dniem, który zaważył na reszcie jego życia. Nie chodzi o to, że była to jego pierwsza wigilia, że spędzał ją w rodzinie. Nie chodzi nawet o to, że popsuł trochę nastrój odmawiając połamania się opłatkiem. Nie chodzi również o to, że tego wieczoru po raz pierwszy pocałował ziemską kobietę i że sprawiło mu to nieziemską przyjemność. Chodzi o to, że po raz pierwszy zaufał człowiekowi i powiedział prawdę o sobie.

- Marianno, chcę ci coś ważnego powiedzieć – zaczął poważnie.

- Że masz żonę i trójkę dzieci? – zażartowała.

- Nie, nie mam. Gorzej

- Co może być gorszego?

- Jestem demonem.

- Kim? - zaśmiała się.

- W waszym języku – diabłem.

- Bredzisz. Diabłów nie ma.

- Są. Jest Bóg, są ludzie, są demony i anioły. Tak jak dobro i zło.

- Żartujesz sobie ze mnie. I to głupio żartujesz.

Lucjan zrozumiał, że jeśli chce, aby dziewczyna mu uwierzyła, musi jej to udowodnić. Ścisnął kulę i znaleźli się na gorącym piasku, a stopy obmywało im ciepłe morze.

- Co? Jak to zrobiłeś? Gdzie?

- Wierzysz teraz? - spytał chwytając ją za ręce.

- Chcę do domu – powiedziała płaczliwie.

Zrobił, o co prosiła.

 

* * *

Dwa świąteczne dni spędzili osobno. On, w pokoju hotelowym, wyrzucał sobie, że powiedział jej prawdę. Mógł przecież nic nie mówić i zostać. Nigdy by się niczego nie domyśliła. Z drugiej strony nie chciał zaczynać od kłamstw. Trudno, zrozumie, jeśli go odrzuci.

Ona płakała w poduszkę i jadła odsmażane pierogi z kapustą i grzybami. Po co jej to wszystko opowiedział? Wolałaby nic nie wiedzieć. Całować się, chodzić na spacery. Z drugiej strony - takim stworzył go Bóg. Może to Jego plan sprawił, że się spotkali? W końcu są święta i podobno cuda się zdarzają!

 

* * *

- Cześć! - Usłyszał jej głos w słuchawce i serce wskoczyło mu do gardła.

- Jurto Sylwester. Idziesz gdzieś?

- Nie – odpowiedział, choć nie bardzo kojarzył o co chodzi, ale i tak nigdzie się nie wybierał.

- Przyjdziesz do mnie, powiedzmy o dziewiątej ?

- Oczywiście! Przyjdę! - Serce znowu mu załomotało.

* * *

Do północy siedzieli w pokoju z mamą. Wypili noworoczny toast i pooglądali z balkonu sztuczne ognie. Potem zamknęli się w pokoju Marianny. Lucjanowi serce waliło jak młot. Czekał w napięciu, ale dziewczyna nie kwapiła się, żeby zacząć rozmowę. Podeszła do okna i uchyliła je, mimo że na zewnątrz panował siarczysty mróz.

- Zostań – powiedziała tak cicho, że nie był pewny, czy się nie przesłyszał.

- Co powiedziałaś?

- Chcę, żebyś został. Nie oddam ci za to duszy, ale dam ci moje serce i miłość. To tyle samo, jak nie więcej.

Lucjan podskoczył do niej i chwycił ją w ramiona. Uniósł nad ziemię i całował po włosach, twarzy i rękach, a ona śmiała się radośnie.

* * *

- Jesteś kompletnym idiotą! - Głos Samuela wyrażał rezygnację. Po serii wyzwisk, wrzasków i przekleństw starszy demon wreszcie się uspokoił. - Wiesz, co tracisz?

- Pracę w Biurze, okazję do spotkań z Szefem, życie prawie wieczne? O tym mówisz?

- Mniej więcej.

- No więc, wiem!

- Jak zamierzasz żyć na Ziemi?

- Jak wszyscy inni!

- A praca?

- Znajdę jakąś.

- Pieniądze? Szef zabierze ci fundusz!

- Już się zabezpieczyłem. – Lucjan uśmiechnął się. Przelał odpowiednią kwotę na nowo otwarte konto. Powinno wystarczyć do końca ludzkiego życia, a może jeszcze dłużej.

W słuchawce zapadła cisza.

- Przykro mi, Samuelu, że dostanie ci się za mnie. Tak wyszło.

- Gratuluję odwagi. Mnie jej kiedyś zabrakło.

I dodał szeptem:

- Powodzenia, człowieku!

* * *

Na zewnątrz śnieg skrzył się w świetle ulicznych lamp, a Marianna wtuliła się w wygodne zagłębienie ramienia Lucjana.

- Myślisz, że ktoś by nam uwierzył? - spytała.

- Nie ma mowy! - zaśmiał się.

- Ale wiesz co?

- No?

- To, że byłeś demonem, ma niezaprzeczalne zalety!

- O czym mówisz?

Nie padła żadna odpowiedź, tylko zaszeleściła satynowa pościel.

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
bemik · dnia 27.12.2016 10:17 · Czytań: 650 · Średnia ocena: 4,67 · Komentarzy: 8
Komentarze
JOLA S. dnia 27.12.2016 14:07 Ocena: Bardzo dobre
Witam bernik,
fajny tekst, jakieś filmy mi się przypominają i parę innych książek, ale chciałabym żeby to był początek większej całości. Jako pełny tekst już funkcjonuje, bo właściwie historia ma zakończenie.
Dobra lektura na świąteczny czas. Niezły ten demon, mogłoby być ciekawie ;)
Czekając na opinie kolegów z trudem powstrzymuję się na razie z wyróżnieniem, chociaż - za świetne dialogi należy się świetna ocena. :)
Pozdrawiam cieplutko
JOLA S.
bemik dnia 28.12.2016 09:06
Jolu, dziękuję. Sądzę, że dalej nie byłoby już tak ciekawie, z pewnością byłoby za słodko. Ale w końcu to opowiadanie świąteczne, tu może być nawet przesłodzone.
Pozwól tylko, że zwrócę Ci malutką uwagę - mój nick to beMik. :)
Dziękuję za wizytę, powiem jeszcze, że opowiadanie zostało wydrukowane parę lat temu w antologii "Świąteczne wydaje", a zysk został przeznaczony na cel charytatywny.
JOLA S. dnia 28.12.2016 12:30 Ocena: Bardzo dobre
Droga bemik,

bardzo przepraszam za to przejęzyczenie. :) To nic nie zmienia w mojej ocenie Twego dzieła. Po drugim czytaniu jestem na bardziej.....
Pozdrawiam cieplutko, życząc sukcesów, :)

JOLA S.
bemik dnia 28.12.2016 16:20
Dziękuję i wzajemnie!
Niczyja dnia 30.12.2016 09:42 Ocena: Świetne!
Droga Bemik,

Nawet nie wiesz jak ogromną przyjemność sprawiłaś mi Twoim świątecznym opowiadaniem. Naprawdę, nieziemską!:)
Cudne opowiadanie, nawet i po świętach.
Dawno nie czytałam czegoś tak ciepłego i pięknego zarazem. Tego właśnie potrzebowałam i coś takiego chciałbym czytać każdego dnia... Masz ogromny talent!
Trafiłaś w 10-tkę w mój gust. Imiona bohaterów są dobrane idealnie. Historia jest nieziemsko, nierealnie zapierająca dech w piersiach.
No dobrze, dość tych zachwytów... na ziemię mi wracać czas:(

Pozdrawiam serdecznie, poświątecznie,
Niczyja
bemik dnia 30.12.2016 13:20
Dziękuję zachwycona zachwytami ;)
al-szamanka dnia 02.01.2017 19:04 Ocena: Świetne!
Cytat:
- Wie­rzysz teraz? - spy­tał(,) chwy­ta­jąc ją za ręce.


Tylko brak tego przecinka zauważyłam, bo z takim zainteresowaniem czytałam.
Właściwie od początku wiedziałam o czym piszesz i właśnie takiego zakończenia się spodziewałam, czyli zaskoczenia nie było, ale czytało się tak słodko...
Ha, żeby tak każdy diabeł taki był ;)
Wrażliwiec :)
Ale sprytu też mu nie zabrakło i zdołał skombinować sobie pękate konto.
Myślę, że teraz forsy na czerwony sweter nie braknie.
A Marianna odważna.
W końcu wiedziała z kim się zadaje.
I przeobraziła smolistego w człowieka.

Pozdrawiam ciepło :)
bemik dnia 02.01.2017 21:44
al-szamanko, zaskoczenia nie było, bo i nie było takiego zamiaru. Ot, taka około świąteczna historyjka, która miała sprawić, że się trochę cieplej na sercu robił. Jeśli to się udało, to cel osiągnięty. Dziękuję i również pozdrawiam
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
EDyta To
25/02/2024 19:34
Stęskniony Wiosny Zbysiu, dziękujemy za miły komentarz i… »
Zbigniew Szczypek
25/02/2024 13:58
Florianie Tekst specyficzny, jak to u Ciebie. Nie będę się… »
Florian Konrad
25/02/2024 12:09
No, fakt, jego dzieła są nieco przydrogie :) Również nie na… »
Zbigniew Szczypek
25/02/2024 00:28
Florian !!! E.A.Poe to jeden z moich ulubionych autorów,… »
Florian Konrad
24/02/2024 23:27
Anioł dziwnych przypadków ? Jeśli o niego chodzi -… »
Zbigniew Szczypek
24/02/2024 22:26
Jacku To bardzo się cieszę i piję zdrowie Twoje i Kazia nie… »
Zbigniew Szczypek
24/02/2024 22:19
Kaziu Tasz to szok! Ale wszystko, do końca?! No to jest… »
Jacek Londyn
24/02/2024 21:51
Zbigniewie, prześpię się z podrzuconą mi twoją krytyką.… »
Kazjuno
24/02/2024 21:43
Więc mówię na końcu: ocena ostateczna powinna brzmieć:… »
Zbigniew Szczypek
24/02/2024 20:43
Kaziu Nic się nie stało! Tak sobie myślę, że tam gdzie… »
Kazjuno
24/02/2024 20:26
Przepraszam. Zbysiu. Przeczytałem tekst jeszcze raz, już na… »
Zbigniew Szczypek
24/02/2024 19:47
Kaziu 1. Sam pewnie wiesz, że ciężko jest utrzymać stale,… »
Zbigniew Szczypek
24/02/2024 19:23
Jacku Rozumiem zamysł, nawiązanie do "K.S.P" ale… »
Zbigniew Szczypek
24/02/2024 17:40
Florianie Jeśli tak jest, to spodoba Ci się mój obraz,… »
mike17
24/02/2024 17:01
Człowiek, który się gniewa, sam się udręcza, bo? Bo nie… »
ShoutBox
  • Zbigniew Szczypek
  • 22/02/2024 23:33
  • I teraz dopiero, gdy byłem tu i tam, pozwolę sobie zaprosić Was do mnie, na "Bal". Z góry dziękuję, za odwiedziny ;-}
  • Zbigniew Szczypek
  • 22/02/2024 22:50
  • Hej! W tym "skansenie" chroboczą korniki - więc jeszcze żyje!
  • Kazjuno
  • 22/02/2024 13:52
  • Oby nie z mocą Covida. Część ucieknie w popłochu. Niektórzy przeciążeni intelektualnie mogą powiększyć grona pacjentów zakładów psychiatrycznych. Tym zalecam mokre kompresy na rozpalone czoła.
  • Kazjuno
  • 22/02/2024 13:45
  • Sorry za literówkę. "Macie", a nie "Maci"!
  • Zbigniew Szczypek
  • 22/02/2024 13:44
  • I tu Ci Kaziu przyklasnę - brawo! "Zarażmy" towarzystwo PP nową "pandemią" ;-}
  • Kazjuno
  • 22/02/2024 13:09
  • Maci rację Pliszko Zbyszku. Szczypku. Może właśnie my (bo też ostatnio dorzuciłem pięć groszy) ponownie obudzimy z letargu PP rozleniwione towarzystwo? Szkoda było patrzeć, jak marniało w oczach.
  • Zbigniew Szczypek
  • 22/02/2024 12:48
  • Zgadzam się z Pliszką. Gdy tu się działo - komentarze/rady{kilkadziesiąt dziennie) - PP żyło, przyciągając także młode pookolenia, radosną dyskusją na temat literatury wszelakiej. Był taki gwar!
  • pliszka
  • 22/02/2024 12:26
  • Nie nazwałabym tego skansenem. Jako przedstawicielka młodych zaryzykuję stwierdzenie, że to społeczny charakter i duża interaktywność przyciąga moje pokolenie. Młodzi są tam, gdzie się dużo dzieje.
  • Redakcja
  • 22/02/2024 10:23
  • Młodzi siedzą na Wattpadzie i TikToku. Dla nich jesteśmy skansenem ;-)
Ostatnio widziani
Gości online:0
Najnowszy:Usunięty