Vilnus - Gaia
Publicystyka » Felietony » Vilnus
A A A

Part 1 - czyli za co lubię USA

Vilnus! - nagle krzyczy do ucha kierowca, szarpiąc mnie przy tym za ramię. Zerwałam się ze snu i na nogi. Chwile poźniej autokar odjeżdżał z rykiem - czy to rozpaczy czy ulgi, a ja zostałam na ciemnym dworcu, pustym, jeśli nie liczyć szybko czmychającej grupki współpasażerów i pustej butelki po wódce smutno spoglądającej na opustoszałe stanowiska 1-22 z pobliskiej ławki.

Pada - nie, padało. Wychodzę z dworca na oświetloną latarniami ulicę. Rozglądam się. 6:15. Hostel od 10:00. Zimno, ciemno, dookoła towarzystwo reklam, niemych, bo w abstrakcyjnym języku. Hmm...

I nagle jest, widzę! Dwa złote łuki jarzące się na tle nocnego jeszcze nieba. Niczym wschodzące słońce - pełne obietnicy wspaniałego dnia. Niczym zorza polarna ożywiająca ascetyczny nieboskłon. Ale to nie słońce, ino logo Maca i wizja pysznej kawy :-P

Part 2 - czyli nietoperze w hostelu

Niby Litwa, a piździ jak w kieleckim - pomyślałam, garbiąc się jeszcze bardziej przed smaganiem wiatru, co to na zmianę lewy i prawy sierpowy przypomina. Łażę w kólko to tu, to tam i podziwiam.

Starówka śliczna, a ładniejsze niż ostre bramy i inne highlighty są ukryte podwóreczka, w których przycupnęły sklepiki z rękodziełem po pierdylion za sztukę. Nawet nie wiem, kiedy zdążyło zrobić się ciemno.

Cały dzień łażenia, wieczór nadszedł wielkimi krokami, a tu 999 czekają. Taka lokalna odmiana Szatana, gdzie Polmos albo inny konglomerat ma 40% do 50% udziałów, w zależności od gatunku. Tak se myślę, że może najpierw sławny, litewski miodek na ciepło, co by zaróżowić zdrętwiałe poliki, a tu dupa. Lokalny specjał, nie specjał - miodu ni widu, ni słychu. Będzie szatan. Żeby chociaż z braćmi Litwinami w lokalnej knajpce… A gdzie tam - albo nie ma szatana, albo miejsca. No wiec uderzam do najbliższego pubu - okazuje się British - i odkrywam za barem mojego Graala. Zamawiam dziarsko szklanice, przekrzykując mecz soccer, a barman patrzy na mnie z troską i pyta: are you sure?

No w połowie drinka z wykrzywioną twarzą już sure nie jestem. Opuszczam niedogolone brytyjskie mordki wpatrzone w mecz, chwytam coś na kolację w pobliskim markecie nomen omen dosłownie pod faktycznym marketem, czyli rynkiem, i wracam socjalizować się z innymi tułaczami do hostelu.

W common roomie poruszenie - trzy Asian Americans siedzą z trzema laptopami i ewidentnie uczestniczą w sztabie generalnym przed misją militarną o najwyższym stopniu ryzyka. Między kęsami przysłuchuję się naradzie i zaczynam rozumieć, że dziewczyny planują jutrzejsze zwiedzanie. Pełne synchro - jedna rzuca hasło, druga od razu sprawdza busy i godziny, a trzecia weryfikuje czy zmieszczą się w ogólnym planie, który zapewne poczyniły jeszcze poprzedniej wiosny. W poczuciu winy dopijam wino i idę do pokoju przejrzeć swój przewodnik pożyczony od babci, wydany w poprzednim stuleciu.

Mój współlokator nr 1 wyglada na 15 lat, ale chyba ma więcej, bo zdążył już wykształcić się na stolarza i jest in town on business. Kiedy wchodzę już śpi i ja też czuję, że całonocna podróż i całodzienne łażenie nieco mnie osłabiły.

Gorąca kąpiel i książka pod kołdrą na ciasnym parterze piętrowego łóżka na pewno przyniosą zdrowy, urlopowy sen. Yeah, right... Nie śpię, gdy współspacz nr 2, który niewątpliwie powiedział ‘I‘m sure‘ więcej niż jednej rundzie 999 wpada do pokoju, wspina się po drabince na lóżko nad moim, ani też gdy zaczyna rytmicznie pochrapywać.

Ale do rzeczy. Nietoperze. Nie śpię również, gdy nagle w kurtce koło drzwi upiorną melodyjką zaczyna dzwonić komórka. Chwilę później, w ułamku sekundy wydarzyły się następujące rzeczy:
- z posłania nade mną dobiegły bliżej niezidentyfikowane odgłosy, które mogły oznaczać jedynie ‘Co za debil dzwoni do mnie w środku nocy?!’.
- moje łóżko zaczęło doznawać wstrząsów, jak podczas trzęsienia ziemi, kiedy rzeczony współlokator wyrwał się ze snu i usiłował wyrwać także z pościeli.
Wszystko trwało najwyżej kilka sekund, po czym przed moimi oczami przeleciało kłębowisko ludzkiej postaci i kołdry z hukiem waląc o podłogę. Kolega w panice ewidentnie zapomniał, że śpi na górnej pryczy…

Dusząc się ze śmiechu zapytałam ‘Are you ok, man?’ - i usłyszałam coś chyba po rusku. Rano czmychnął niepostrzeżenie, najwyraźniej zażenowany.

Wniosek - nie brataj się z litewskim szatanem, gdy nocujesz w hostelowym dormroomie.

A hostel super. Właścicielka - przysadzista Alex, która świetnie mówi po polsku, angielsku i chyba w każdym innym narzeczu, patrzy z maminą troska, przynosi koc, żebym nie zmarzła w nocy i pożycza mi dziś parasol, gdy tak leje, że zamiast zwiedzać cmentarze, siedzę, popijając kawę na starówce i czekam aż przejdzie, spisując wrażenia ostatnich dni…

Part 3 - czyli owsianka z kiełbasą

No i znowu leje. Na szczęście zdążyłam zalecieć na cmentarz Rosy i popatrzeć jak robotnicy wiercą w nagrobku Piłsudskiego, a potem w utrzymującym się poczuciu winy wywołanym przez Asian Americans z hostelu zahaczyć o kilka must-sees zanim nadszedł kolejny potop.

Ale do rzeczy. Temat na wczoraj - wileńska kuchnia. Przestudiowawszy menu wszystkich okolicznych restauracji, zdecydowałam się na 3 słonie z kuchnią chyba nieco bardziej wschodnią, bo bez boczku, kapusty, pierogów , blinów i zasmażki, a za to z tofu. Bratania się z Litewską kulturą dopełniło towarzystwo Seana z San Francisco (bastard!), który dosiadł się, kiedy zobaczył, co czytam (Sontag, ‘In America‘) i opowiedział mi historię swoich podróży.

Co dziwne, im cieplejsze klimaty przytaczał, tym bardziej szczękałam zębami. Taa.., wileńska, złota jesień. Pod moimi stopami uformowała się potężna kałuża, a i torba zaczęła przeciekać. Jak niewprawny podróżnik, który nie wziął drugiej pary człapaczy, grzecznie się pożegnałam i powędrowałam do hostelu, zahaczając znów o podziemny market.

Chwyciwszy składniki na grzańca i codzienną gazetę, udałam się do kasy, gdzie chłopaczyna począł pakować moje sprawunki i gadać po litewsku. Ja na to, ze nie poniemaju, a ten patrzy na gazetę, na mnie i pewnie se myśli - baba na haju, jak nic. No przecież nie będę mu tłumaczyć, że gazeta to do wypchania butów jest.

W hostelu nastawiłam wino i czmychnęłam pod prysznic, zużywając chyba cały bojler wrzątku. W pokoju natknęłam się na nowego współspacza. Nieśmiały. Ukłonił się (seriously!) i uciekł. Hmm.. Nic, idę zrobić grzaniec.

Po kilku godzinach z książką i koncertem Hendricksa na kablówce, nieźle nagrzana wracam do pokoju się położyć, a współlokator nieśmiało pyta, czy tu ciągle jest tak zimno. Mówię, że trochę i żeby poprosił Alex o koc na noc, a on na to, że dziękuje, koca nie weźmie, bo jest przygotowany na chłody. Pochodzi z Syberii.. A mnie jak raz kurde ciepło i myślę: ile ja wypiłam tego wina?

Kontakt z Ivanem nawiązał się dopiero nad ranem, gdy ja przewracałam się z boku na bok, a ten łaził w tę i z powrotem przez jet lag. Okazuje się, ze jest „uczonym”, jak to określił, i przyjechał na uniwerek dać wykład o Polakach i Litwinach na Syberii. No i gada po polsku, a raczej gadamy do rana. Idziemy też razem na śniadanie.

I tu, okazuje się, mamy wiele wspólnego. Ku niezadowoleniu Alex odmawiamy pancakes i każde z nas wyciąga płatki owsiane. Alex ze zdziwieniem obserwuje, jak dodaję cynamon i śliwki do moich i tylko mamrocze do siebie: „tak…, co kraj, to obyczaj…”

W momencie, w którym to mówi, patrzę na śniadanie Ivana i tracę ochotę na swoje. Otóż kolega Rosjanin płatki owsiane zagryza suszoną kiełbasą. Jeez!

Well, podróże kształcą.

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
Gaia · dnia 17.01.2017 19:25 · Czytań: 563 · Średnia ocena: 0 · Komentarzy: 1
Komentarze
Usunięty dnia 19.01.2017 05:32
W tytule mamy Wilno, a o Wilnie w tekście tyle, jak na lekarstwo. Jest MacDonald's, supermarket i hostel... Naprawdę nie widziałaś nic poza starówką? Ostra Brama? Archikatedra z przyległym do niej placem? Urokliwa, artystyczna dzielnica Uzupis? No dobra, jest Rosa, ale ile tu o niej? Jedno zdanie? Potrafisz ładnie pisać, ale strasznie z tym tekstem pędzisz. O samej Rosie można przecież pisać godzinami. Nie chodzi mi o to, by z tekstu zrobić przewodnik, ale oprócz opisywania, kto co robi w hostelu, może warto zatrzymać się na chwilę na poziomie własnych odczuć i wrażeń? Przecież tak ogromny cmentarz, z pięknymi, porośniętymi bluszczem pomnikami posępnych aniołów, w czasie jesiennej aury robi piorunujące wrażenie. Chodziłem sobie po nim w czasie pochmurnego dnia i nawet po kilku miesiącach, wracając wspomnieniami do owych chwil, wyraźnie czuję aurę żałobnego smutku oplatającego mnie swymi ciężkimi skrzydłami...

Co w tekście razi, to Ponglish. Nie wiem czy chcesz tak bardzo podkreślić, że znasz angielski (kto dziś nie zna?), czy już zapominasz polskiego... - nie widać tu praktycznego celu zastosowania niektórych anglojęzycznych wtrąceń (jakieś Yeah, right, well, czy in town on business - po jakiego?). No i tytuł - ani po polsku, ani po litewsku (co byłoby nawet zrozumiałe)...

Tekst, mam takie wrażenie, składa się z krótkich skrawków, które nie tworzą jakiejś kompletnej całości. Mało tego Wilna w Wilnie... Mało tu Ciebie... Ktoś coś powiedział, ktoś coś zjadł, ktoś pakował gazetę...
Jakbyś pewnie napisała: nothing special...
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
wolnyduch
27/06/2022 20:48
Msz sens życia, to coś więcej poza przetrwaniem, ale… »
Yaro
27/06/2022 19:09
Jezus chce byśmy się cieszyli, radowali miłość jest radością… »
Materazzone
27/06/2022 17:27
Jak dla mnie zbyt...proste? Może nie, raczej zbyt łatwe w… »
Marek Adam Grabowski
27/06/2022 15:37
Nie lubię żartów z religii (nie twierdzę, że taki był… »
Marek Adam Grabowski
27/06/2022 15:35
Dobrze napisane i fabuła fajna. W obydwu przypadkach sukces… »
Marek Adam Grabowski
27/06/2022 09:14
Dzięki! Zawsze miło cię widzieć. Pozdrawiam »
Marian
27/06/2022 07:25
Ciekawie napisane. Zgadzam się z tulipanowką, przeżyła, bo… »
Yaro
26/06/2022 13:42
Dziękuję Kasiu:)Pozdrawiam:) Duszku akurat Jezus pokazał… »
Marek Adam Grabowski
26/06/2022 09:32
Spoko. Przy okazji polecam moje ostatnie opowiadanie.… »
Marian
26/06/2022 07:44
Marku, dzięki za odwiedziny i komentarz. Akapit zaraz usunę. »
wolnyduch
25/06/2022 21:29
z pewnością nawet Jezus nie był ideałem, ale to świadczy o… »
wolnyduch
25/06/2022 21:26
Jeśli ktoś nie oglądał filmu pt. "Przełęcz… »
wolnyduch
25/06/2022 21:22
Witaj Katarzyno/Kasiu, jeśli można?... Dziękuję za… »
wolnyduch
25/06/2022 21:16
Piękne obrazowanie, czytałam z przyjemnością, pozdrawiam… »
Marek Adam Grabowski
25/06/2022 15:19
Ciekawe i dobrze napisane opowiadanie. Oddajesz magiczny… »
ShoutBox
  • Kuba1994
  • 19/06/2022 15:13
  • Witam poszukuję kogoś kto oceni moją książkę ?
  • Dobra Cobra
  • 12/06/2022 11:46
  • Nie ma co do tego wątpliwości. Ukłony.
  • Kazjuno
  • 12/06/2022 09:01
  • Noblesse oblige
  • Kazjuno
  • 11/06/2022 13:58
  • PS Zburzyć twierdzę i taktyczny odwrót.
  • Kazjuno
  • 11/06/2022 13:54
  • Dzięki Dobra Cobro. Aż rzuca się w oczy że jesteś obcykany w kodeksie rycerskości. Serdecznie pozdrawiam, Kaz
  • Dobra Cobra
  • 11/06/2022 08:02
  • Serwując się ucieczką uratowałeś swoją męską cześć ;) Zuch chłopak!
  • Kazjuno
  • 10/06/2022 19:18
  • Dopiero wczoraj wróiłem do ciemnogrodu Wałbrzycha, serwując się ucieczką od przygodnej znajomej. (Ledwo starczyło na pociąg).
  • Dobra Cobra
  • 10/06/2022 16:14
  • I dopiero teraz piszesz?
Ostatnio widziani
Gości online:32
Najnowszy:Trollformel 0
Wspierają nas